W naszej klasie w liceum, była taka "typowa para" - najładniejsza dziewczyna w klasie i przystojny prymus (przewodniczący szkoły), za którym wzdychała połowa dziewczyn w klasie (tak, ja też...). Generalnie chodzili ze sobą przez całe liceum, ot, najsłynniejsza szkolna parka, świata poza sobą nie widzieli, zawsze razem, ogólnie rzadko można było ich spotkać osobno, takie papużki-nierozłączki.
Dlatego ogromnym zaskoczeniem było dla nas, gdy rozstali pod koniec klasy maturalnej. Widać było po nich, że obydwoje bardzo to przeżywali, ale nikomu z nas nie udało się wyciągnąć o co poszło, a po maturze ślad po nich zaginął. Żadne z nich nie miało konta na jakimkolwiek portalu społecznościowym, co było nieco dziwne, zważywszy na to, że w szkole byli dość popularni. Czas mijał, plotki ucichły...
Dopiero kilka miesięcy temu znów ich zobaczyłam na 10-leciu naszej matury i zagadka się rozwiązała. Przyjechali razem jako para bardzo dobrych przyjaciół, ona jest teraz zakonnicą, a on... gejem. Wiecie, co jest w tym najlepsze... że mimo tej ogromnej przepaści między nimi świetnie się rozumieją, co było widać.
Udaję przed nowymi znajomymi, że nigdy nie byłem w związku. Czemu? Bo każdy zawsze pyta o to samo i już mam tego naprawdę dość. 5 lat byliśmy razem, 3 lata mieszkaliśmy ze sobą. Gdyby nie umarła, to może bylibyśmy małżeństwem.
Co dokładnie wkurza? Pytania o seks, a potem nagłe zdziwienie, że jak to seksu nie było, jak to temat seksu w ogóle się nie pojawił, jak to nie było potrzeby itd.
NIE BYŁO, KURNA! DOBRZE NAM BYŁO RAZEM! PRZESTAŃCIE SUGEROWAĆ, ŻE MOJA EKS BYŁA DZIWKĄ!!
Już wolę udawać, że nigdy nie miałem nikogo, niż pozwalać innym szargać jej pamięć. Nawet jej nie znali. To była wspaniała osoba.
Na wstępie muszę zaznaczyć, iż mieszkam w domu wraz z babcią - rodzice wyjechali z kraju w poszukiwaniu bilonu, dziadek zmarł, gdy miałem 10 lat.
Mając 16 lat poszedłem sobie na imprezę, odrobinę wypiłem, no i musiałem jakoś dojść do domu. Szedłem sobie na piechotę, a obok mojego domu rośnie lasek, który o drugiej w nocy wygląda wyjątkowo ponuro. Wszelkie podmuch wiatru sprawiały, że na chwilę zamierało mi serce. Szedłem sobie tak z duszą na ramieniu, patrzę - a przede mną jakby postać w białej szacie. No duch po prostu. Podchodzę trochę bliżej, w każdej chwili gotowy do ucieczki, a tu słyszę "Krzyyyyysieeeek?". Niewiele myśląc, ze strachu przed duchem pobiegłem w ten las. I w tym lasku spędziłem noc.
Po powrocie usłyszałem od babci, że obudziła się w nocy i tak bardzo się wystraszyła, że mnie nie ma, że w samej koszuli nocnej poszła mnie szukać przed domem...
Moją dziewczynę poznałem kilka lat temu, ale dopiero po jakichś dwóch latach zaczęliśmy być razem. Czułem się wtedy najszczęśliwszym człowiekiem na ziemi. Układało nam się cudownie, z każdym dniem było coraz piękniej. Były wyjazdy, snucie planów na przyszłość, raz jakoś przypadkiem podczas rozmowy wymyśliłem imię żeńskie, które chciałbym dać naszej córce. Kiedy się poznaliśmy, moja wtedy jeszcze znajoma miała chłopaka i była szczupła. Kiedy my zaczęliśmy być razem, zaczęły się jej problemy z wagą, ale dzielnie z nimi walczyła.
Ogólnie to, na co można było zwrócić uwagę, to jej ogromną wrażliwość. Prawie zawsze płakała na filmach, a czasem mała nawet sprzeczka potrafiła ją doprowadzić do płaczu. W pewnym momencie zauważyłem, że bardzo zależy jej na ślubie. Nie chodziło o to, że jak najszybciej, ale być może w niedalekiej przyszłości. Ja nie byłem co do tego przekonany, powiedziałem, że źle bym się czuł, gdybym miał się oświadczyć po roku związku. Temat ucichł. Niestety ona miała przykre doświadczenia ze swoim byłym narzeczonym, ale przecież nie mogłem ponosić za to odpowiedzialności.
Nagle moja luba zaczęła drastycznie chudnąć, nie miała na nic ochoty, bardzo niechętnie wychodziła na spacery, a w jej oczach było widać smutek. Przyznała mi się, że chyba ma stany depresyjne, że co noc płacze i nie wie dlaczego, ale zwaliła to na jesienną chandrę. Miałem wrażenie, jakby coś przeczuwała. Zaczęła chodzić do różnych lekarzy, w końcu przyznała mi się, że od pewnego czasu ma dziwne objawy i musi rozwiać wątpliwości. Potem wszystko działo się szybko. Diagnozą był nieuleczalny nowotwór w zaawansowanym stadium.
Nie jestem w stanie opisać, co przeszliśmy przez tygodnie, kiedy z dnia na dzień było coraz gorzej.
Moja dziewczyna zmarła prawie rok temu. Zawsze miałem bardzo racjonalne podejście do życia, ale z tym nie potrafiłem się pogodzić. Codziennie odwiedzam ją na cmentarzu, tęsknię jak cholera. Nie mogę sobie wybaczyć, że nie włożyła tej białej sukni, że nawet nie zobaczyła pierścionka zaręczynowego, a przecież mogłem to zrobić wiedząc, jak mało czasu jej pozostało. Czuję się okropnie, jak w jakimś koszmarze. Życie bez niej totalnie straciło dla mnie sens.
Sytuacja miała miejsce tydzień temu.
Z synem mamy taką umowę, że co tydzień w niedzielę dostaje ode mnie 10 euro (mieszkamy w Niemczech).
Tego dnia strasznie bolał mnie brzuch. Syn przyszedł do mnie na balkon. Pomyślałem sobie, że pewnie chce pieniądze, jednak tego dnia niestety nie miałem kasy przy sobie. Powiedziałem więc synowi, że kieszonkowe mogę mu dać dopiero następnego dnia. Syn na to mi powiedział: "Daj spokój, tato, są rzeczy ważne i ważniejsze. Ty mi lepiej powiedz, jak się czujesz, nie potrzebujesz czegoś?".
Od tej pory myślę, że mam najlepszego syna na świecie.
Moimi sąsiadami jest młoda rodzina, dotychczas mieli tylko 11-letniego syna, a niedawno urodziły im się jeszcze bliźniaki (dwóch chłopaków).
Ten 11-latek, Maciek, był ostatnio u nas pograć na konsoli z moim młodszym bratem. Akurat przyszła do mnie koleżanka i gdy dowiedziała się o tych bliźniakach zapytała, czy to są bliźniaki jednojajowe. Maciek bez zastanowienia odpowiedział: "Nie, mają normalnie po dwa jajka!".
Byłem wysoko funkcjonującym alkoholikiem nie wiedząc o tym.
Jako małolat (przed 18) popijałem z kolegami w parku/na ogródkach działkowych itp. Podobnie jak większość nastolatków. Po przekroczeniu magicznej bariery pełnoletności zacząłem pić trochę więcej i częściej. Zawsze byłem dość ambitny jeśli chodzi o pracę, więc od 16. roku życia zawsze w jakiś sposób zarabiałem swoje pieniądze, dzięki czemu mogłem moje picie finansować. Od około 22. roku życia zacząłem pić przy każdej możliwej okazji (weekend prawie obowiązkowo, a i w tygodniu się zdarzało), piłem na tyle dużo, że moja tolerancja wzrosła do tego stopnia, że potrafiłem wypić 0,7 wódki czy whiskey bez zerwanego filmu czy tzw "zgona". Po 25. roku życia kac był coraz bardziej morderczy, w związku z czym ograniczyłem picie do weekendów, ale wciąż każdy weekend i wciąż spore ilości. Jako że już wtedy nieźle zarabiałem, to mogłem sobie pozwolić na różne alkohole z wyższej półki i lubiłem próbować nowych (dla mnie) alkoholi i różnych rzadkich czy też limitowanych edycji różnych trunków. Cały czas pracując, utrzymując normalne relacje z ludźmi itd.
Po 30. roku życia przestało mnie to bawić. Najpierw zacząłem pić mniejsze ilości (żeby nie dopuścić do kaca), choć wciąż regularnie w każdy weekend, aż w końcu doszedłem do stanu, gdzie można na palcach jednej ręki (no może dwóch) policzyć, ile razy piję w ciągu roku. I nie przekraczam ilości 3-4 jednostek alkoholu (3-4 piwa czy też 3-4 lampki wina itd). I nie powiedziałbym, że byłem alkoholikiem, ale zrozumiałem to czytając komentarze na anonimowych właśnie. Dzięki :)
Mieszkam w Anglii od 4 lat, pracuję w agencji rekrutacyjnej na średnim szczeblu zarządzającym. Niestety przez lockdown zostałam przeniesiona na część etatu... więc z kasą tak sobie.
Jeden z moich przyjaciół powiedział mi o stronie, na której możesz sprzedawać... cóż... swoją bieliznę. Założyłam konto, wypiłam butelkę wina, zrobiłam parę „naughty” fotek i poszło w świat. Nie widać oczywiście na nich mojej twarzy ani nic takiego.
I zaczęły spływać wiadomości, błagające mnie o więcej zdjęć, o filmy, o to żebym poskakała na dmuchanej piłce plażowej topless. I wiecie co jest najlepsze? Kręci mnie to w opór! Kiedy moja aplikacja pokazuje kolejne funty na moim koncie, tylko po to, żebym pokazała mu kolejne parę minut filmu, gdzie się dotykam... i wszystkie te wiadomości... Założyłam konto w zeszłym tygodniu i czynszu może z tego nie opłacę, ale na drobne przyjemności wystarcza. Tym bardziej że poświęcam na to max 2-3 godziny dziennie.
Czy to jest właśnie ten moment, w którym znalazłam swoje powołanie? W którym mam pracę, która sprawia mi niesamowitą przyjemność i jednocześnie źródło dochodu? A może coś ze mną nie tak?
Przed chwilą przeglądając stare rzeczy wzruszyłem się, gdyż znalazłem płytę CD, która miała istotny wpływ na moje życie…
To wydarzyło się prawie 6 lat temu, kiedy byłem studentem kierunku budownictwo na Politechnice. Mieszkałem wtedy w akademiku, a piętro niżej mieszkała moja koleżanka, która studiowała ten sam kierunek co ja. Oprócz wspólnych studiów łączyło nas jeszcze jedno – obydwoje byliśmy wyluzowani i pozytywnie pie*dolnięci.
Pewnego zimowego wieczoru przyszła ona do mnie, aby pożyczyć ową płytę CD. Miałem na niej nagrane kursy pochodnych i całek eTrapez. Zbliżała się sesja, więc po prostu chciała się pouczyć na egzamin z matematyki. Wręczyłem jej płytę zapakowaną w białą kopertę i dopiero kiedy wyszła przypomniałem sobie co w niej jeszcze było. Kilka dni temu wsadziłem tam prezerwatywę, ponieważ robiłem na szybko porządki w pokoju przed przybyciem gości i z pośpiechu chowałem byle gdzie to co leżało na wierzchu. Było już jednak za późno, by ją stamtąd wyjąć.
Minęła godzina i koleżanka wbiła do mnie oddać, to co pożyczyła. Zdziwiłem się, że tak szybko się nauczyła, bo przecież materiał bardzo trudny, ale ona roześmiana ładnie podziękowała i stwierdziła, że już wszystko umie. Gdy wyszła zajrzałem do koperty z płytą i zamiast prezerwatywy znalazłem karteczkę, na której napisane było: „Matematyka to królowa nauk. Ty zostań moim królem! Przyjdź do mnie o 23:00”. Nie ukrywam, że niezmiernie się wówczas ucieszyłem z takiej niespodzianki i bez wahania skorzystałem z zaproszenia.
Teraz, gdy siedzę z kubkiem kawy przed laptopem i kątem oka patrzę jak nasz mały Krystianek się bawi, to absolutnie nie mam wątpliwości, że to była najcudowniejsza noc w naszym życiu, a matematyka z eTrapezem to faktycznie klucz do sukcesu!
Mieszkam w starym domku bliźniaku. Mam balkon, na ostatnim piętrze, który oddzielony jest od balkonu sąsiada niewysokim murkiem. Jakiś czas temu mój ojciec postanowił samodzielnie dokonać licznych napraw i renowacji, niektórych niestety nie dokończył ze względu na chorobę zwaną "słomiany zapał". Właśnie to spotkało moje drzwi balkonowe: mam klamkę tylko od środka, ale nie jest zamocowana na stałe, można ją wyjąć i będąc na balkonie użyć jej z drugiej strony. Tak wygląda tło sytuacji.
Rzecz odbyła się latem, w środku nocy, około godziny 3. Zachciało mi się palić, zarzuciłam więc na piżamę szlafrok, wzięłam papierosa i parasol - bo akurat padało. Wszystko szło zgrabnie do chwili, gdy chciałam zamknąć za sobą drzwi trzymaną w dłoni klamką. Coś się zacięło, więc balansując z kiepem w zębach, parasolem i klamką w rękach, w rozwiewanym wiatrem i smaganym deszczem szlafroku, rzuciłam się całym ciałem na drzwi, dopchnęłam je, zamknęłam. I w tym momencie klamka wyślizgnęła mi się z dłoni i poszybowała na koniec balkonu. Rzuciłam się ślizgiem w jej stronę, ona zawisła na krawędzi, chwilę łapała równowagę, spojrzała na mnie szyderczo i runęła w dół w chwili, gdy już niemal jej dotykałam.
Zostałam sama, zamknięta na balkonie. Miałam dwie opcje: 1. czekać do rana, aż ktoś może przypadkiem zauważy brak mojej osoby (co raczej niekoniecznie mogłoby się wydarzyć, bo rodzice wychodzą zwykle z domu zanim ja wstaję) 2. rzucić się z balkonu w dół za klamką (już widzę swój napis na nagrobku). Został jeszcze sąsiad....
Zatem wyobraźcie sobie, że budzi was w środku nocy pukanie w drzwi balkonowe. Wstajecie, otwieracie, a tam stoi biedne przemoknięte dziewczę, w roztrzepanych włosach, w szlafroku, z parasolem w ręku i mówi: "Przepraszam, zgubiłam klamkę, możesz mnie wpuścić?".
Dodaj anonimowe wyznanie