Zainspirowana jednym z wyznań, postanowiłam opisać mój pierwszy semestr studiów.
Przeprowadziłam się do innego miasta do akademika i mimo że studiowałam jeden z trudniejszych kierunków, to bardziej interesowało mnie studenckie życie i imprezy niż nauka. Dość szybko przyszła pierwsza sesja, a ja byłam, delikatnie mówiąc, kiepsko przygotowana, jednak poszłam na egzamin, licząc na odrobinę szczęścia. Na egzaminie były same pytania otwarte, więc nie mogłam strzelać w abc, ale coś tam napisałam. Nadeszło ogłoszenie wyników: dostałam 2. Byłam przeszczęśliwa, bo zależało mi tylko na tym, żeby zdać, a nie na średniej. W związku z tym stwierdziłam, że do kolejnych egzaminów też nie muszę się zbyt dużo uczyć. Znowu dostałam 2 i byłam z siebie bardzo dumna. Dopiero jakiś czas później ktoś uświadomił mnie, że na studiach jest inna skala ocen...
Na koniec dodam tylko, że do poprawek już przysiadłam i się porządnie nauczyłam, tak że wszystkie przedmioty zdałam, a studia udało mi się skończyć nie rezygnując z imprez i studenckiego życia.
Jako że była sobota rano, a mój mąż Maciek jeszcze spał, zapragnęłam dodać nieco pikanterii do naszego życia intymnego i zrobiłam sobie dość wulgarne zdjęcie, które wstawiłam na tapetę jego laptopa. Chciałam, aby mój ukochany został poczęstowany tym sprośnym widokiem podczas porannego sprawdzania poczty. Potem sprawy potoczyłyby się same, wiadomo.
Ze snu mój mężczyzna został obudzony przez dźwięk domofonu. Niczym dwa tajfuny do naszego mieszkania wpadły teściowa razem z trzynastoletnią siostrą Maćka. Odwiedziły nas „tylko na chwilę”, aby (no jakżeby inaczej!) wydrukować jakieś dokumenty. Zanim zdążyłam zareagować, mój zaspany mąż otworzył laptopa na ich oczach. Mimo że szybko go zamknął, to i tak nasi goście zobaczyli to, czego nikt poza Maćkiem miał nie zobaczyć.
Nawet nie wiecie jak bardzo chciałam złapać wirusa i zamknąć się w piwnicy na dwa tygodnie kwarantanny, żeby ominąć święta i rodzinne spotkanie...
Niektórzy starsi bracia uczą młodsze siostry pisania, liczenia, jeżdżenia na rowerze... Mój braciszek nauczył mnie, jak otwierać piwo zapalniczką.
Kiedy byłam jeszcze mała (miałam 4 lub 5 lat) wydarzyła się pewna historia, którą pamiętam do dziś. Mianowicie oglądałam bardzo dużo bajek w tamtym czasie i gdy jakiś bohater przygotowywał się do wędrówki czy ucieczki, to szykował sobie potrzebne rzeczy, po czym obwiązywał je w chustkę, którą wieszał na końcu kija, potem kij na ramię i do przodu.
Rodzice tego dnia bardzo się na mnie z jakiegoś powodu zezłościli, a ja jako małe dziecko pomyślałam, że ucieknę z domu szykując sobie taki ekwipunek jaki przed chwilą opisałam. Ale był jeden problem. Jako mała dziewczynka zawsze chodziłam wszędzie z rodzicami i nie miałam pojęcia, gdzie miałabym pójść sama. Zastanawiając się nad tym, wyszłam przed dom i krążyłam wokół dużej choinki z kijem na ramieniu i rozważałam różne opcje.
Mój dom był blisko ruchliwej ulicy. Do dziś nie wiem, co mogli sobie pomyśleć ludzie obserwując małą dziewczynkę z kijem na ramieniu, chodzącą w kółko wokół drzewa i mamroczącą sama do siebie. Zebrała się gromadka gapiów, aż w końcu jakaś starsza pani podeszła do mnie i zapytała ostrożnie co robię. Byłam już naprawdę zdesperowana, bo tak bardzo chciałam uciec z domu, a nie miałam pomysłu nawet gdzie się udać. Zaczęłam krzyczeć, że chcę uciec z domu, ale mi nie wychodzi...
W końcu przyszedł tata i zabrał mnie do domu. Okazało się, że obserwował mnie przez jakieś pięć minut, ale to było takie śmieszne, że musiał to nagrać na starą kamerę. Do dziś mamy starą kasetę z tym nagraniem.
Zauważyliście, że od x czasu, w pewnych odstępach od siebie, pojawiają się wyznania, pisane w oparciu o podobny schemat, mało charakterystycznym, przyzwoitym stylem, w miarę ogarnięte ortograficznie, ale z zauważalnie podlaskim "rodowodem", mające w założeniu dość chwytliwy (lub lekko kontrowersyjny) temat, ogólnie dopracowane merytorycznie, jednak czasem zawierające drobne nieścisłości, które mocno wnikliwemu czytelnikowi podpowiadają nieautentyczność?
Przy każdym kolejnym przypominam sobie wyznanie osoby, która jakiś czas temu cieszyła się, że od lat dodaje wymyślone historie, żeby obserwować jak ludzie dyskutują w komentarzach i komentuje jako autor, a nikt tego nie podejrzewa.
Autorze - kimkolwiek jesteś - robisz to nieźle, ale do perfekcji trochę brakuje. Wiedz o tym, że komentarze ludzi są znacznie ciekawsze od samego tekstu i żyją własnym życiem, na które autentyczność wyznania często wielkiego wpływu nie ma. Dlatego czasem udzielam się w nich, mimo że rozpoznaję "dzieło".
Ten wpis może wywołać niemałe kontrowersje: jestem za całkowitą depopulacją ludności.
Tak, tak jest. Od czego to się zaczęło? Od wpisu o ptakach dodo. Dokładniej od emisji jednego z odcinków pewnej popularnej amerykańskiej bajki dla dzieci, której praktycznie cały odcinek skupił się na ptakach dodo. Gdy kilka lat temu obejrzałem pierwszy odcinek tej animacji, zacząłem czytać o tych pięknych ptakach, o tym, jak ludzie je bez sensu mordowali. Później poszukiwałem różnych innych zwierząt, które ludzie zabijali dla samej rozrywki, przez głupie przekonania, dla jedzenia. I tak trafiłem na mamuty, na wilka tasmańskiego, na nosorożca białego północnego (który jest już praktycznie wymarły). I z każdym nowo odkrytym zwierzęciem wzrastała moja nienawiść i agresja do gatunku ludzkiego.
Przez wiele lat miałem nadzieję na jakąś zarazę, wojnę, wybuch wulkanu, który wybiłby przynajmniej połowę ludzkości, w tym mnie i moich bliskich. Może pozbawiłby mnie życia, bo sam nie jestem w stanie się zabić. I gdy w końcu coś takiego przyszło, czytałem dzień w dzień o liczbie zgonów, zakażeń i doszedłem do smutnego dla mnie wniosku: ta zaraza nigdy w życiu nie wybije połowy ludzkości. Nawet gdyby zaraziła się cała populacja ziemska (około 7 miliardów), to zmarłby niecały miliard (albo i mniej. Mówią, że covid ma śmiertelność na poziomie 5-10%).
Dlatego też jestem naprawdę smutny. Ludzie potrafią wybijać niewinne zwierzęta, a nie potrafią sami siebie wybić. I nie, nie jestem psychopatą. Nie potrafiłbym zabić niewinnych ludzi, nie potrafiłbym pójść do galerii i np. zdetonować bombę. To są tylko moje chore marzenia o tym, by coś takiego się stało. I wiem, że prawdopodobnie do czegoś takiego nie dożyję ani ja, ani moje dzieci...
Moi rodzice "znaleźli" u mnie wczoraj e-papierosa, dali mi długie kazanie i karę. U mnie, to znaczy w moim pokoju. To znaczy u mnie w mieszkaniu. Znaleźli, to znaczy zobaczyli jak leżał na szafce. To znaczy, mam już 28 lat, a rodzice dali mi karę...
Historia o tym, jak bąk odmienił moje życie.
Pewnego pochmurnego dnia siedziałam na kanapie przed telewizorem. Oglądając nudnawy film, a w przerwach na reklamy jeszcze nudniejsze powtórki tureckiej telenoweli, poczułam, że zbiera mi się na pierd. Wypuściłam chmurę gazu łzawiącego o niezwykłym zapachu: w pokoju zaczęło pachnieć wiejskim jajkiem! I to takim prawdziwym, od kury. Toteż nabrałam ochoty na jajko na twardo.
Poszłam do kuchni w celu przygotowania upragnionej strawy, jednak spostrzegłam, że nie posiadam w swojej lodówce jajek, więc udałam się po nie do okolicznego sklepu.
Po zwyczajnych zakupach, kiedy wracałam do domu, coś znajdującego się w krzakach przykuło moje spojrzenie. Była to mała, czarna, zwinięta psia kulka, cała trzęsła się z zimna. Kiedy ją zobaczyłam, wiedziałam, że jesteśmy sobie pisane. Wzięłam ją do domu, umówiłam wizytę u weterynarza, a historia toczyła się dalej.
Moja wierna kompanka wprowadziła do mojego (nieco monotonnego) życia promyk szczęścia, a na jednym z porannych spacerów poznałam - dzięki niej - mojego obecnego męża. :)
Gdy miałem 10 lat, pewnej zimy poszedłem z rodzeństwem poślizgać się na zamarzniętym stawie. A gdy już wracaliśmy do domu, postanowiłem wejść jeszcze raz na lód. Będąc na środku zamarzniętego stawku zacząłem skakać i śpiewać piosenkę zespołu Ich Troje "Zawsze chciałbym z tobą być". Rodzeństwo nalegało, abym sobie odpuścił i abyśmy wrócili do domu. Nagle musiałem zakończyć mój cover, bo załamał się pode mną lód. Wpadłem do wody. Z tego zimna nie czułem nóg i zacząłem panikować.
Rodzeństwo biegało dookoła szukając kija, aby mi pomóc, ale do brzegu było około 10 metrów. Krzyczałem, aby nie wołali mamy, bo mi się dostanie za to, że mam mokre ciuchy, ale z drugiej strony prawie się topiłem i wołałem o pomoc. Chciałem się wydostać, ale lód się ciągle kruszył. Starsze rodzeństwo z racji, że nie miało jak mi pomóc, zaczęło krzyczeć "WSTAŃ!". Ja wstałem, a wtedy się okazało, że wody było po kolana. I wyszedłem własnymi siłami. Śmiechu było co nie miara, aż po dziś dzień.
To uczucie, kiedy wszyscy narzekają, że w sylwestra wprowadzili zakaz przemieszczania się, a ty i tak nigdzie nie idziesz, bo jesteś przegrywem, ale i tak udajesz zdenerwowanie, żeby inni nie dowiedzieli się, że nie masz nic ciekawszego do roboty w noc sylwestrową.
Eh, ciężkie jest życie przegrywa...
Dodaj anonimowe wyznanie