Mam 23 lata, za chwilę bronię magisterkę. Od 1,5 roku mieszkam z chłopakiem, dogadujemy się i docieramy w każdej sferze, jednakże moi rodzice nie akceptują moich wyborów, bo są nieco starszej daty, nie dopuszczają do siebie takich "grzesznych " rozwiązań jak mieszkanie ze sobą przed ślubem i najchętniej schowaliby mnie w szafie.
Tak że pozdrawiam młode pary, które mają zjebane święta, bo rodzice ciągle męczą ich pytaniami o ślub i o dzieci tylko dlatego, że te pary mieszkają ze sobą razem i (póki co) są szczęśliwe, myślą o ślubie, ale nie w najbliższej przyszłości.
Trzymajcie się tam, ja już zdążyłam się zachłysnąć czerwonym barszczem w wigilię i nalewką wiśniową w Boże Narodzenie.
Mój brat jest od niedawna inżynierem. Na Wigilię pojechaliśmy do dziadków, przybyli również krewni, których można określić jako piąta woda po kisielu. Niby kiedyś widziani, ale na komunii kuzynki, a i to nie jest pewne. Gdy dowiedzieli się o tytule Michała, od razu poprosili go o pomoc w naprawie samochodu. Po odmowie byli bardzo oburzeni, tym bardziej, że nie pomógł nawet argument koronny "no co ty, rodzinie nie pomożesz?".
W czym był problem? Nawet nie w tym, że nie mieli zamiaru zapłacić ani grosza. Michał jest inżynierem górnictwa...
Leżeliśmy sobie z moją dziewczyną oglądając film, kiedy zaczęliśmy się łaskotać, dźgać palcami i wygłupiać. Jak zwykle na końcu skończyło się tym, że leżała uwięziona w moich ramionach. Dostała buziaka w czoło, a że lubię tego krasnala wkurzać, to zapytałem tak znikąd:
- Co byś zrobiła, gdybym z tobą zerwał?
Na co ona z szyderczym uśmiechem:
- Wróciłabym do swojego byłego.
Eeee, przyznam zatkało mnie. Mruknąłem pod nosem i odwróciłem się, na co ona odpaliła:
- Bo przecież wtedy ty byłbyś moim byłym.
Mój "foch" skończył się tak samo szybko, jak się zaczął.
Wieczorem kiedy jak zwykle razem robiliśmy kolację przyznała, że widziała taki tekst kiedyś na jakiejś stronce i zawsze chciała mi to powiedzieć! :D
Jakiś czas temu ojciec kupił dziadkom ich pierwszą komórkę. Wiadomo, jakiś prosty model z dużymi przyciskami. W weekend wpada ich odwiedzić, sprawdzić, czy wszystko w porządku. Siada sobie w pokoju, a dziadek nic się nie odzywa. To się ojciec pyta, co on taki jakiś wkurzony. Nic, zero odpowiedzi. Na to z tyłu odzywa się babcia:
- Aaaa, wkurzony jest, bo wyświetliło mu się na telefonie, że ma nową wiadomość w skrzynce, poleciał na klatkę sprawdzić, a tam nic nie było.
Na szczęście ojciec wyjaśnił dziadkom na czym polega SMS, więc już nie kursują do skrzynki za każdym razem.
Od dawna jestem dorosły, ale odkąd skończyłem szkołę nie mam żadnego hobby. Nie dlatego, że nic mnie nie interesuje, tylko nie umiem znaleźć sensu w większości czynności. W dzieciństwie zmuszano mnie do różnych konkursów czy olimpiad, z których nic nie miałem (ewentualny dyplom był dla mnie mniej wartościowy niż kawałek papieru toaletowego). Sprawiło to, że zacząłem bardzo restrykcyjnie wybierać na co przeznaczam swoją energię.
Efekt jest taki, że w nic nie chcę wkładać wysiłku, bo w mojej głowie to się zwyczajnie nie opłaca. Kolarstwo? Po co. Taniec? Po co. Golf? Po co, przecież nikogo nie zbawię, trafiając piłką do dziury. Jakiekolwiek DIY - po co, przecież mogę kupić. Wspinaczka? Po co, przecież nie muszę nigdzie włazić. Jogging? Mogę podbiec do pracy, to ma sens, bo raz, biegnę po coś, a dwa, będę tam wcześniej. Ale tak po prostu wyjść i biegać, tracić energię dla tracenia energii, a potem wrócić do domu? No absurd. Każdy jeden sport jest dla mnie idiotyzmem, każda gra stratą czasu, jeszcze artystów szanuję, coś tworzą i zostaje namacalny ślad, ale nie mogę zrozumieć ludzi, którzy spędzają czas trenując np. rzut oszczepem. Koleś, RZUCASZ KIJEM NA ODLEGŁOŚĆ - po co??? Ja osobiście czas wolny spędzam oglądając seriale czy coś, jedyna forma rozrywki, którą akceptuję to taka, w której jestem biernym odbiorcą. Nie wyobrażam sobie wysilać się robiąc coś, za co mi nie płacą.
Wbrew pozorom to nie jest jakiś hejt z mojej strony na ludzi, którzy praktykują te wszystkie rzeczy. Ja też próbowałem, naprawdę próbowałem, bo ile można oglądać Netflixa. Niestety moje myślenie bierze górę i jedyne co czuję robiąc cokolwiek to wściekłość i wrażenie, że tracę czas. Czasami zazdroszczę innym, że potrafią się zaangażować w jakieś szachy czy nawet łowienie ryb.
A Wy po co robicie to, co robicie? Może jakiś argument do mnie trafi...
Jak się roznosi wirus? Ano tak.
Pewne miasto w zachodniej Polsce, granica z Niemcami. Jest sobie stołówka szkolna, na której pracuje kilka pań. Okazuje się, że cztery z nich są zakażone, wiec idą do domku. Reszta pracuje normalnie, sanepid nic nie kazał zamykać, bo w tym czasie jak szkoły zamknięte, przygotowują jedzenie dla zachodnich sąsiadów, więc co tam, Niemca można zakazić. Pozostałe pracownice nawet nie zostały skierowane na kwarantannę, nie mówiąc o testach.
Jedna z nich za kilka dni zaczyna narzekać na brak węchu i smaku. Ale ona tego nie zgłosi, na test nie pójdzie, bo całą rodziną trafią na kwarantannę i mężuś nie będzie mógł zarabiać ojro przez 2 tygodnie. W tym czasie posyła młodsze dziecko do przedszkola, jak gdyby nigdy nic. Odwiedza rodzinę...
Nie wiem, jak to nawet skomentować, naprawdę nie wiem.
Gdy byłam mała, miałam tak około 6 lat, moja sąsiadka miała taką szopę/pracownię, w której robiła takie kozackie cukierki. Raz do niej przyjechała jakaś kuzynka z dziećmi i ta kuzynka pozwoliła mi jednego sobie wziąć.
Następnego dnia zobaczyłam, że drzwi do tej pracowni są otwarte, wiec weszłam, napchałam cukierkami wszystkie możliwe kieszenie i uciekłam.
Oczywiście rodzice się dowiedzieli i potem była drama :))
W przedszkolu rysowaliśmy w zeszytach przedmioty zaczynające się na literkę, której się właśnie uczyliśmy.
Na trzecich zajęciach namalowałem CYCKI.
Siedzieliśmy sobie ostatniej soboty w domu z moim narzeczonym. On robił coś na komputerze, ja krzątałam się po mieszkaniu. Zmęczona domowymi porządkami, postanowiłam usiąść sobie na kanapie, ale po chwili pralka przestała pracować dając znać, że jest gotowa do opróżnienia. Wyciąganie prania jest jedną z czynności, które wzbudzają we mnie chęć mordu (mamy pralkę otwieraną od góry, więc przez mój wzrost 150 cm w kapeluszu mam problem z jej opróżnianiem), dlatego poprosiłam mojego M. Trochę zamyślony powiedział, że spoko i udał się do łazienki, a ja korzystając z okazji postanowiłam, że znajdę nam jakiś film do obejrzenia na komputerze...
Nawet nie wyobrażacie sobie jakie było moje zdziwienie, gdy podeszłam do komputera z otwartą stroną "dodaj wyznanie" na anonimowych, a na niej zobaczyłam przepiękne (jeszcze nie skończone) wyznanie, jak to ostatnio podczas swojego męskiego wypadu moje kochanie "wyrwało niezłą pannę i okazywało sobie czułość w publicznej toalecie"...
Jestem chyba jedyną osobą, której związek skończy się przez, a tak właściwie to dzięki Anonimowym.
Mało anonimowe, moje najpiękniejsze wspomnienia z dawnych lat :) 24.12.2006 r. mam 9 lat. Mama już od 6 rano krząta się po kuchni, szykuje pięć potraw wigilijnych, które razem zjemy u babci (resztę potraw szykuje babcia z ciocią). Ja idę do łazienki, przemywam zaspane oczy, bo dzień wcześniej razem ze starszymi siostrami i mamą ubierałyśmy choinkę do północy, naciągam czerwone rajtuzy w kropki, wełniany czerwony sweter po siostrach i dżinsową spódniczkę do kolan. Zasiadamy do skromnego śniadania, by się nie ponajadać, bo przecież będzie taka wigilijna uczta. Za oknem śnieg sypie aż miło. Świerzbi by iść klatkę obok po kolegów i iść na sanki i na śnieżkową bitwę, jednakże mama woła do pomocy. Lepimy razem pierogi, część farszu idzie na uszka do barszczu, smażymy karpia zabitego przez tatę, a który dzień wcześniej pływał w misce w wannie, smażymy pączki nadziewane domowym dżemem truskawkowym, czas leci. Dopakowujemy prezenty dla bliskich, ja jeszcze zdążę wrzucić do skrzynki na listy świąteczną kartkę dla przyjaciółki mieszkającej dwa piętra wyżej, ubieramy się (tata przez przypadek zaciął mi brodę zamkiem zapinając kurtkę. Sic!) i wsiadamy do samochodu. Tata jeszcze zdążył zapakować do bagażnika tajemniczą ogromną torbę i potrawy przygotowane wcześniej. Jedziemy 8 km na wieś do babci, do rodzinnego domu mojego taty. Dziadek macha nam z okna, w progu wita nas ciocia, która przyjechała wcześniej, z moim kuzynem równolatkiem. Cieszę się bardzo, że ich widzę, choć za kilka godzin będę się z kuzynem tłukła z wyżej niewyjaśnionego powodu. Krzątanina przeogromna, pojawiają się kolejni goście, nanieśli trochę śniegu, ale to nic, w końcu zamieć na dworze. Wujek woła wilki przez otwarte okno, rzuca łyżkę grochu. Zasiadamy do stołu, dziadek jako głowa rodziny wita nas wszystkich, dopełnia tradycji sprzed lat, dla zdrowia każdy z nas zjada ząbek czosnku i kawałek chleba, łamiemy się opłatkiem i w końcu jemy! Koło mnie lądują moje ulubione pierogi, które robiłam z mamą i barszcz z uszkami, dźgamy się widelcami z kuzynem, ale to nic, bo i tak się oboje śmiejemy, choć moje rajtuzy w kropki pójdą do śmieci. Po kolacji wygaszamy światła i śpiewamy kolędy. Już trochę nuży mnie to śpiewanie, aż tu nagle w progu drzwi słychać wesołe "HOHOHO!!" choć od dawna już nie wierzyłam w Mikołaja, to i tak się wszyscy cieszą. Mój mały 3 letni kuzyn boi się brodacza, ale zgodnie ze wszystkimi podąża do pokoju obok, gdzie czeka już na nas choinka i prezenty! Ja i moi dwaj kuzyni rozdajemy prezenty, ale to nie jest takie proste, bo by dostać prezent każdy musi Mikołajowi zaśpiewać coś lub powiedzieć wierszyk :) Nieśmiało recytuję wierszyk o Mikołaju i dostaję paczuszkę. Pod palcami czuję słodycze i coś jeszcze!
Reszta w komentarzu
Dodaj anonimowe wyznanie