Na pewno kojarzycie pocztę walentynkową w szkołach (głównie podstawówka i gimnazjum). Tydzień zbierania kartek i miłosnych listów, aby później w Dzień Zakochanych rozdać je uczniom.
W 6 klasie podstawówki byłam odpowiedzialna za segregację oraz roznoszenie wyżej wspomnianych dowodów sympatii.
Niestety, chyba nie była to praca dla tak ciekawskiej dziewczynki jak ja.
Przeczytałam wszystkie listy i kartki. Jeśli coś było zamknięte, a dało się otworzyć, to również tak robiłam, byle tylko przeczytać zawartość.
Był sierpniowy, ciepły piątek i wolny długi weekend w związku z Świętem Matki Boskiej. Z moim chłopakiem Piotrkiem postanowiliśmy to wykorzystać i wraz z naszym dobrym kumplem pojechaliśmy nad jezioro.
Zajechaliśmy pod wieczór, zanim się rozstawiliśmy z namiotami powoli zaczął zapadać zmierzch. Mimo tego zapragnęliśmy we trójkę wypłynąć naszą łódką na środek jeziora. Chłopaki strasznie lubili się kąpać na środku jeziora. Ja niestety nie umiem pływać. Piotr okazał się prawdziwym gentlemanem. Chwycił mnie i na rękach zaniósł do łódki. Odpłynęliśmy, ale bez naszego kumpla Kamila. Zapytałam czemu tak, na to Piotr odpowiedział, że Kamil dopłynie do nas drugą łódką. Musi się przebrać, bo mu kąpielówki trzasły tam gdzie nie trzeba podczas zakładania. Tak więc jak było w planie dopłynęliśmy na środek jeziora.
Piotr wskoczył do wody i zanurkował, a ja podziwiałam zachód słońca z łódki. Dość długo nie wypływał i zaczynałam się martwić. Nerwowo wypatrywałam Kamila, czy już do nas płynie, bo co ja zrobię gdyby moja miłość zaczęła tonąć. Nagle wynurzył się i podekscytowany trzymał obydwie ręce złożone: "Kochanie, zobacz co znalazłem na dnie jeziora". Wychyliłam się z łódki, bo byłam bardzo ciekawa. Podejrzewałam, że złapał pewnie jakąś rybkę.
Powoli otwierał dłonie i moim oczom ukazał się śliczny złoty pierścionek. Widząc moją zszokowaną minę powiedział: "Jak ci się nie podoba, to król jeziora ma na dnie dużo innych pierścionków, mogę zanurkować i wymienić...". Z tego szczęścia i zaskoczenia niewiele pamiętam, co działo się później. Nie powiedziałam nawet "tak", choć oboje wiedzieliśmy, że tego chciałam. Nic nie wydusiłam z siebie, żadnego słowa. Podobno podałam mu nie tę co trzeba rękę, by założył pierścionek na palec. Sam wziął sobie właściwą dłoń.
Dopiero dwa dni później, gdy emocje opadły, przytuliłam się do mojego narzeczonego oglądającego film i rzekłam: "Tak, wyjdę za ciebie!".
Niedawno, gdy z nudów przeglądałam internet, znalazłam artykuł, w którym opisano zalety spania... bez ubrań. Napisano tam, że zdjęcie ubrania (w tym także bielizny) daje więcej swobody, rozluźnia ciało i pomaga się zrelaksować. Dlatego następnego wieczora przed snem, gdy byłam już sama w swoim pokoju, zrzuciłam z siebie wszystko i położyłam się spać. Faktycznie poczułam się lepiej, chociaż z początku było mi trochę zimno. Zasnęłam spokojnie. Nie przewidziałam jednak tego, że następnego dnia rano zaśpię, a matka zrobi mi niezapowiedzianą pobudkę do szkoły.
Mama weszła do mojego pokoju i energicznym ruchem ściągnęła ze mnie kołdrę. Zanim zdążyłam cokolwiek zrobić, ona zobaczyła mnie kompletnie nagą. Chwyciłam za poduszkę, zasłaniając nią krocze, a rękami zakrywając piersi. Matka dała mi długi wykład o szanowaniu własnego ciała, który w ramach kary wysłuchałam we wspomnianej wcześniej pozycji. Wstydziłam się jak nigdy wcześniej. Dopiero gdy skończyła, kazała mi się ubrać i zalogować na zajęcia. Przez pół godziny płakałam, a gdy się już uspokoiłam, włączyłam resztę lekcji. Miałam kilka nieusprawiedliwionych godzin i szlaban na telefon przez tydzień.
Upalna niedziela. Msza święta odbywa się, ale z racji upału i braku klimatyzacji w kościele ledwo siedzę. Pot leje się ze mnie strumieniami. Rozkojarzenie wręcz sięga zenitu. Nagle ważna część Mszy - ofiara.
Miałem na sobie koszulę z dwiema kieszonkami na piersiach. Koszulę tę miałem na sobie również poprzedniego wieczoru, kiedy byłem u dziewczyny. Rano, zaspany, założyłem ją ponownie. Zbliża się do mnie taca, a więc sięgam do jednej z kieszeni koszuli, aby rzucić pieniądz, który uprzednio zgarnąłem z domu. Myk! I jest, jest ofiara... w postaci prezerwatywy. Ludziom tak kopary opadły do ziemi, że niemal słyszałem dźwięk spadających zębów na podłogę...
Kiedyś pracowałem w pizzerii. Jako nowy pracownik zostałem dokładnie przeszkolony, abym wiedział jakie są moje obowiązki. Na niektórych zmianach odpowiedzialny byłem za przygotowywanie ciasta, na innych musiałem przyjmować zamówienia, a jeśli trafił mi się dyżur wieczorny, to moim zadaniem było posprzątanie kuchni. Jako że żyję dość skromnie, a w tamtych czasach posiadanie tak zaawansowanego technologicznie sprzętu, jakim jest zmywarka, było prawdziwą rzadkością, już pierwszego dnia miałem spory problem z obsługą tego wynalazku. A że nikogo ze mną na zmianie wówczas nie było, nie chciałem wyjść na pierdołę i postanowiłem sam rozgryźć wszystkie funkcje tego urządzenia. Okazało się to dość proste. Ustawiłem program, wstawiłem naczynia, a na koniec wlałem do specjalnej przegródki pół butelki płynu do naczyń i nacisnąłem guziczek START… Nie wiedząc, że do zmywarek powinno się wkładać specjalne tabletki, bardzo z siebie zadowolony wyszedłem na papierosa.
Kiedy wróciłem ze zgrozą zobaczyłem, że cała kuchnia pokryta była grubą warstwą piany, która dosłownie rosła w oczach. Piana była dosłownie wszędzie – na podłodze, na szafkach, suficie, kuchence, na mnie… Aby ratować sytuację, musiałem przedrzeć się do zmywarki, awaryjnie otworzyć ją i przez pół nocy sprzątać całą kuchnię. Wyglądałem jak zimowy bałwan po tygodniu walki na froncie. Cztery razy wywróciłem się na śliskiej od płynu podłodze. Skończyłem robotę koło 4 nad ranem i nieprzytomny wróciłem do domu.
Dopiero pół roku później dowiedziałem się, że przemysłowa kamera zarejestrowała całą moją rozpaczliwą akcję. Filmik został odpowiednio skrócony, kilkukrotnie przyspieszony, okraszony muzyką z „Benny’ego Hilla” i hula do dziś po sieci :/
Pewnego weekendu parę lat temu wraz z grupą znajomych udało nam się spotkać. Niektórych nie widziało się dość sporo czasu, bo to praca za granicą, zamieszkiwanie innych zakątków Polski, obowiązki. Wypad był organizowany bardzo długo, by zgrać 11 osób w jeden wieczór.
Przyszedł czas na umówione spotkanie w docelowym miejscu i doszliśmy do wniosku, że zamiast do pubu, wybierzemy się do domu jednego spośród naszych znajomych. Tak więc wezwaliśmy trzy taksówki, aby po nas przyjechały i zabrały w docelowe miejsce. Nagle dostrzegłam nieznanego mi faceta, który podszedł jakby nigdy nic i wkręcił się w rozmowę, rozgadany, roześmiany - może go nie kojarzę? Może to czyjś znajomy spotkany po drodze i doszedł?
Taksówki przyjechały. Zajechaliśmy do docelowego miejsca, organizacja jedzenia, alkoholu, miejsca.. Spotkanie trwa, wszyscy dobrze się bawią. Nagle brakuje wódki - trzeba to naprawić. Na zapytanie kto chętny skoczyć do sklepu - ów nieznajomy się zgłosił. Wszyscy zadowoleni, bo chętny się znalazł, posypały się pieniądze, delikwent poszedł do sklepu - wrócił z zaopatrzeniem. Wszystko pięknie. Aż nagle w końcu nie wytrzymałam i pytam się:
- Kto ty jesteś?
- Adam - odpowiada.
- Ale z kim ty tu przyszedłeś?
- Sam.
- Jak sam? Nikogo z nas nie znasz?
- Nie, zobaczyłem grupę rozbawionych ludzi, więc dołączyłem, fajną imprezę macie, mogę zostać?
I został.
Cztery lata temu byłam na imprezie ze znajomymi. Cała imprezę obserwował mnie jeden chłopak. Gdy tylko wyszłam na chwilę na dwór wyszedł za mną i zagadał. Wróciliśmy do stolika, a on wyskakuje z tekstem: "Jesteś moją przyszłą żoną". Ja w śmiech, impreza się skończyła, wymieniliśmy się numerami.
I tak od roku jestem żoną tego chłopaka. Jasnowidz. ;)
Zacznę od tego, że jestem zwykłą nastolatką. Dobrze się uczę, mam hobby i lubię czytać książki. Mam w pokoju trochę książek, które sama sobie kupuję, jak jestem gdzieś na mieście. Ogólnie nie dogaduję się z rodzicami. Moja matka jest zapatrzoną w Boga chrześcijanką, wkurzająca - tyle powiem, a tata? Za dużo by gadać. Nie udaję nawet, że mam do nich szacunek, bo tak nie jest.
Dziś przyjechała ciotka, która jest gorliwą chrześcijanką. Matka z ciotką przylazły mi do pokoju, nie dały się nawet wyprosić, bo one nigdzie nie pójdą, bo nie. Jak ja wyszłam, to ciotka zaczęła grzebać mi w rzeczach i jak zobaczyła jakiś tytuł z wyrazem "wąż", a dokładniej "cień węża", to od razu zabrała mi całą serię tych książek, przylazła na dół do kuchni, w której byłam i zaczęła się wydzierać skąd je mam. Bo ona oczywiście uważała, że to przeklęte książki, że diabelskie, bo niby o jakimś wężu, a niby wąż to diabeł. Oczywiście w tym uczestniczyła moja porąbana matka, która też zaczęła się na mnie wydzierać, że co ja takie książki czytam, że to źle. Zrobiła awanturę na cały dom. Mój tata wkroczył, oczywiście był po stronie matki. Coś gadał, że jak dorosnę, to wywali mnie z domu, bo ma mnie dość. I tak już mi nawet pieniędzy zbytnio nie daje, bo po co niby. On nawet jedzenia nie chce mi kupować ze sklepu, bo gada, że chemia, że to trujące, bo jakieś konserwanty i inne gówna. Mieszkamy na wsi i on uważa, że to co mamy jest wystarczające i po co więcej.
Moi rodzice nie są rodzicami jakich bym chciała, nie są dla mnie nawet autorytetem w żadnym stopniu. Mam ich dość, ciągle się do mnie o coś czepiają, bo im się coś nie podoba, ciągle mają do mnie problem, nie szanują mojej prywatności, nie są dla mnie wsparciem. Nawet nie pozwalają mi mieć zwierzaka w domu, bo niby zwierzak pasożyty roznosi i jego miejsce jest na podwórku.
Miałam bardzo bliski kontakt ze swoim dziadkiem, dlatego kiedy zmarł rok temu, to mi dostał się jego dom w spadku. Dziadek był z zawodu mechanikiem, więc obok był dobudowany warsztat. Wprowadziłam się do domu dość szybko, ale długo nie wiedziałam, co zrobić z owym warsztatem. Wyniosłam stamtąd wszystkie narzędzia i ogólnie wszystko wyczyściłam. Pewnego wieczoru przeglądając internet trafiłam na stronę schroniska dla zwierząt i patrząc na te smutne, wygłodzone mordki serce zaczęło mi pękać. W jednej chwili w mojej głowie zrodził się plan.
Przerobiłam warsztat na mini schronisko dla psiaków, z tym że dałam im prawdziwy dom. Psy zbierałam z ulicy, zanosiłam do weterynarza, itp. Czasami adoptowałam ze schroniska i brałam do siebie, aby poczuły trochę miłości i ciepła. Niestety szybko brakło miejsca dla nowych. Co robić? I tu pomogła mi przyjaciółka. Otworzyłyśmy razem stronę internetową, na której były zdjęcia i opisy psów oraz kontakt do nas. Wszystko było idealnie. Ludzie rzadko decydują się brać psy ze schroniska ale nie w tym przypadku. Telefony się urywały. Jeśli ktoś nie mógł wziąć któregoś czworonoga do siebie, to przyjeżdżał i się z nimi bawił, wyprowadzał na spacery. Szybko zdobyliśmy rozgłos oraz wolontariuszy. Młodzież za darmo opiekowała się na zmianę psiakami, a ja tylko pośredniczyłam tak naprawdę w adopcjach.
Pewnego dnia jedna z dziewczyn zabrała starego owczarka niemieckiego na spacer. Napadło ją dwóch chłopaków. Psinka rzuciła się na pomoc i ugryzła jednego z chłopaków w nogę. Bardzo szybko sprawa w sądzie. Chłopak był synem jakiegoś ważnego przedsiębiorcy. Szybki wyrok. Owczarek ma być uśpiony. Mało tego, mam zamknąć swoje schronisko, bo to działalność nielegalna. Psów nie musiałam oddawać do schroniska, bo szybko wolontariusze znaleźli dla nich nowe domy, ale już więcej nie wzięłam żadnego nowego zwierzaka. Szkoda, że ludziom przeszkadza wszystko, bo te psy naprawdę były szczęśliwe.
O tym, że nie ma uczciwości nawet tam, gdzie wydaje się, że powinna być.
W roku 2020 pisałem maturę. Jestem dobry z matematyki. Nie jestem jakimś mistrzem/geniuszem matematycznym, ale na poziomie licealnym byłem jednym z lepszych. Chociaż nie ukrywajmy, wystarczy się uczyć według klucza. Ale mniejsza z tym.
Zadania zamknięte rozwiązałem bez problemu, tak jak i większość otwartych. Jednak ostatnie zadanie mnie zaskoczyło, zacząłem je robić, ale stanąłem w miejscu. Zważywszy na to, że reszta poszła mi dobrze, nie traciłem czasu i odpuściłem. Pogodziłem się z faktem, że nie dostanę 100%, tak więc oddałem arkusz i poszedłem. Jak może wiecie, było to zadanie za 6 punktów, więc dużo straciłem.
Około dwa miesiące później sprawdziłem wynik, no i jednak dostałem te 100% z matematyki.
Przekaz jest taki, że egzaminatorzy zawyżają wam wyniki dla statystyk. Owszem, są też sytuacje, gdzie komuś naliczyli mniej niż powinien mieć, ale ja miałem odwrotnie.
Uprzedzając, nie narzekam na osoby oceniające. Jestem zadowolony.
Jeżeli spytajcie czemu nic nie zrobiłem z tym, że ewidentnie wykryłem oszustwo, to odpowiedź jest prosta - nie ma w tym mojej winy. To oni źle naliczyli albo celowo zawyżyli punkty. Nie zamierzam tracić korzyści. Jak już pisałem, nie macie co liczyć na uczciwy wynik z matury.
Dodaj anonimowe wyznanie