Moja mama nigdy nie była fanką bajek na dobranoc.
A jak już udało nam się z siostrą czasami ubłagać ją, by coś nam opowiedziała, to raczyła nas tym samym, popisowym numerem:
"Dawno, dawno temu, na dzikim zachodzie, Bolek i Lolek jechali na koniu: patataj, patataj, patataj, patataj, patataj, patataj, patataj...".
I tak do naszego zaśnięcia.
Poznałem przypadkowo laskę, niestety okazało się, że miała dzieci i faceta i że go zdradziła, a ja byłem jej kochankiem.
Cała sprawa zaczęła się niepozornie, napisałem do randomowej laski z nudów, bo akurat miałem chęci pogadać, rozmawiało mi się z nią mega swobodnie, była "inna" niż kobiety, z którymi się spotykałem wcześniej, tzn. rozmowa się kleiła jak cholera, temat za tematem, wręcz nie mogłem się doczekać, aż będziemy dalej gadać. Gadaliśmy przez telefon, pisaliśmy do siebie, aż po tygodniu doszło do spotkania. Było tak samo pozytywnie - upiekła mi ciasto, byliśmy na kawie etc., ogólnie bardzo przypadliśmy sobie do gustu. Odprowadziłem ją do pracy i pojechałem do domu. No i tak się spotykaliśmy, to na obiad, to poszliśmy na spacer, to oglądaliśmy film, byłem pełen euforii, bo jak pisałem wcześniej, wszystko mi w niej pasowało.
Mijały kolejne tygodnie, gadaliśmy ze sobą coraz więcej i więcej, ona niestety pracowała na zmiany, więc głównie pisaliśmy, ale i tak cały czas utrzymywaliśmy kontakt. No i tak zaczęły się tematy seksu, ja jej wysyłałem opowiadanka, żeby ją podkręcić itd., ona mi nagie foty, filmiki, nakręcaliśmy się na siebie cały czas. Pragnąłem jej, a ona mnie, ale z jakiś powodów nie chciała jeszcze złamać tej bariery (po czasie dowiedziałem się o co chodziło). No ale jak możecie przypuszczać, nie trwało to długo. Spotkaliśmy się wieczorem, jedzonko, miła atmosfera, zrobiłem jej masaż, bo akurat była obolała, no i dała się ponieść chwili... Po wszystkim było jeszcze bardziej intensywnie, jeszcze więcej fot, codziennie gadaliśmy o tym, że jak wróci, to będziemy się kochać, to tu, to tam. W zasadzie to jest temat na opowiadanie, ale na inną stronę, no ale pokrótce - żadnych ograniczeń, tylko euforia.
Spotykaliśmy się jak często mogliśmy, z racji covida było sporo ograniczeń, ale nie ma tego złego, kombinowaliśmy i udawało się coś wymyślić. Mijał miesiąc za miesiącem, ona z racji profesji miała cały czas kupę pracy, no ale to zrozumiałe i czekaliśmy na to, żeby znów mieć dla siebie choć chwilę. Rozstaliśmy na chwilę, bo miała iść do szpitala na zabieg, ale covid i brak odwiedzin, choć i tak gadaliśmy ze sobą co chwila, czekałem z niecierpliwością aż wróci. Tęskniłem za nią okropnie, w międzyczasie jeszcze zdążyliśmy się pokłócić, no ale w końcu wróciła, cała obolała, ale nadal pragnęła mnie, a ja jej. Niestety sielanka zaraz miała się skończyć - po paru miesiącach powiedziała swojemu obecnemu partnerowi, że ma kogoś i może sobie kogoś szukać na boku, a w tym czasie ona będzie ze mną. No i jak pewnie się domyślacie, gość dowiedział się o mnie, a ja o nim.
Obecnie czuję się jak gówno... Głównie dlatego, że obrabiałem czyjąś laskę i to nie tylko kac moralny, postawiłem się na jego miejscu i jak dla mnie to jest jedna wielka masakra. Nie mogę się teraz ogarnąć, a tym bardziej z kimś się związać na nowo. Zająłem się sobą i póki co cały czas mam z tyłu głowy to, że tak to wszystko wyszło.
Za młodu bawiliśmy się z kolegami w dzwonienie do ludzi domofonem i wkręcanie ich, np. że wygrali pralkę czy coś innego.
Raz kolega wpadł na genialny pomysł, żeby udawać komornika. No to dzwonimy:
- Halo? - zgłasza się kobieta.
- Dzień dobry, komornik - mówi kolega pogrubiając swój głos.
- O mój Boże, proszę nie!
- Tak, proszę otworzyć!
- Ja zapłacę! Obiecuję! - odpowiada przejęta kobieta.
- Otwierać!
- Dobrze...- bzzzzzzzzzzzzzzz (dźwięk otwierania) - [w tle] Andrzej schowaj telewizor!
Takie z nas były urwisy.
Od czterech lat trenuję boks. Jestem dziewczyną, wysoką, ale drobną, choć mięśnie nóg, rąk i brzucha wyrobiły mi się nieźle przez ten czas. Ale nie o moich treningach mowa.
Było wtedy już po 2 w nocy, wracałam sobie od znajomych do domu, szłam w kierunku przystanku tramwajowego przez taki niby park, ale bardziej wygląda to jak taki lasek. Idę spokojnie, z słuchawkami w uszach, przez ramię miałam przewieszoną torebkę. Niczego nieświadoma, gdy w uszach rozbrzmiewał zespół AD/DC, ktoś poklepał mnie po ramieniu - odwracam się i bum! Centralnie w kość policzkową dostałam z pięści... gość wyrwał torebkę i zaczął biec. Byłam trochę oszołomiona, ale myślę sobie: "no nie, do cholery, nikt tak mnie traktować nie będzie".
Sprintem pobiegłam za nim i podcięłam gościowi nogi, ten gleba, ale oczywiście nie odbyło się bez podcięcia również mi nóg, krew ciekła mi do oka, bo bez rozwalonego łuku brwiowego się nie odbyło. Trochę miałam już zaburzoną równowagę, więc runęłam jak długa na ziemię i dostałam kopa w nerkę... Wkurzyłam się strasznie, bo po pierwsze bić się umiem, po drugie nikt nie będzie tak traktował kobiet! Nie wiem, ile miałam w tamtym czasie adrenaliny i siły, ale podniosłam się w momencie i gość dostał ode mnie z całej siły pięścią w nos, później jeszcze w kość policzkową, a gdy już leżał, kopnęłam go w jaja. Może to zabrzmi okrutnie, ale skoro on mógł - to czemu ja nie mogę? Facet się już nie podniósł, ledwo przyłożył rękę do twarzy, ja z uśmiechem podniosłam torebkę z ziemi i rzuciłam krótkie:
- Frajer z ciebie, skoro nawet nie potrafisz dać rady trzy razy mniejszej dziewczynie od siebie. Bijesz się gorzej niż niejedna baba.
I poszłam.
Uprzedzając pytania: tak, na przystanku prawie straciłam przytomność, tak do dzisiaj boli mnie cały bok, ale szczęśliwsza nigdy nie byłam ;-)
Trzy lata temu łaziliśmy z kumplem wieczorem po okolicy, mieszkaliśmy wtedy na przedmieściach. Kupiliśmy dla siebie dwulitrową colę i słuchaliśmy muzy, gadając ze sobą o wszystkim, co przyszło na myśl.
Na sygnalizacji świetlnej zatrzymało się auto, które głośno puszczało muzę. Siedziały tam dwie dziewczyny. Jedna wywaliła plastikową butelkę przez okno, mój kumpel ją podniósł i poszliśmy w zaułek. Szybko nasikał do butelki i bez zakręcania wrzucił ją im przez okno.
Żadne z nas nie miało z tego ubawu. Traktowaliśmy to poważnie. Skoro one olewały środowisko, to on olał je. Dosłownie.
Ostatnio gadaliśmy o tym i przyznał, że nie jest dumny z metody, jaką wtedy zastosował. Ja żeby rozluźnić jego poczucie winy żartobliwie powiedziałem, że trzeba było je obsrać. Odpowiedział, że szkoda wysiłku na tak gównianych ludzi.
Ale jak tylko nadarza się okazja, to wrzucamy śmieci tam, skąd zostają wyrzucone.
Była to lekcja chemii w gimnazjum, gdy nauczyciel wszedł do klasy z zapytaniem, czy jest ktoś chętny na zawody pływackie, bo jedna osoba się wykruszyła. Bez zastanowienia zgłosiłem się na ochotnika, mając świadomość, że nie umiem pływać, ale pomyślałem "no co mi tam, ominą mnie lekcje". Pobiegłem szybko do domu (szkołę mam jakieś 5 min od domu), po czepek oraz bokserki, no bo kąpielówek niestety nie miałem. Cały czas w głowie mi siedziało to, że nie umiem pływać i w jaki sposób przepłynąć basen, który dla mnie był ogromny... Było już za późno na wycofanie się z tej oczywistej klęski.
Nadeszła moja kolej... Stałem na murku nr 1, gdy spojrzałem w prawo na resztę, uświadomiłem sobie "Co ja tu do cholery robię?!". Nadeszła ta chwila. Sędzia zawodów zagwizdał, wszyscy zawodnicy wskoczyli do wody na główkę. I tu kolejny problem, gdyż kompletnie nie umiem skakać na główkę, więc skoczyłem na klasyczną bombę jak w Aqua Parku, chlapiąc wodą wszystkich, którzy stali koło mnie. Zanim ogarnąłem się w wodzie po tej bombie, inni zawodnicy byli już w połowie basenu, więc chciałem ich jakoś dogonić. Pływałem w taki sposób, jakby ktoś raził mnie paralizatorem, rękami uderzałem w tafle wody jak Najman w matę. I stało się. Zachłysnąłem się wodą i spanikowałem. Zacząłem iść na dno i ratownicy musieli mnie wyławiać specjalnym kijem. Wyciągali mnie jak złowionego tuńczyka. To był dla mnie koniec zawodów, jedynie co dostałem, to 5 z WF za aktywność.
Koniec końców, nigdy nie idź na zawody pływackie, jak nie umiesz pływać.
Odczuwam tak wielką samotność, że przestałem sypiać w swoim dwuosobowym łóżku. Śpię na kanapie w salonie, bo jest wąska i mogę się wtulić w oparcie.
Jakiś czas temu miałam wyjątkowo fatalny dzień. Była to zabójcza kombinacja mojego PMS-u z problemami w pracy, kłótnią z siostrą, rozstrojem żołądka oraz ogólnego przygnębienia. Wracałam do domu wściekła na cały świat, kiedy przystojny chłopak z idącej naprzeciwko mnie grupki przechodniów krzyknął radośnie w moim kierunku: „Hej, śliczna dziewczyno! Uśmiechnij się!”. Od razu poczułam się lepiej i uśmiechnęłam się szeroko. To było niczym ciepły promyk słońca, wprowadzający odrobinę blasku do tego parszywego dnia!
Widząc mój uśmiech, chłopcy ryknęli śmiechem, a ja zorientowałam się, że ich słowa skierowane były do idącej równolegle ze mną blondyny w miniówie.
Ta historia przydarzyła mi się w przedszkolu. Jako dziecko nigdy nie lubiłam leżakowania. Po prostu nie umiałam zasnąć w dzień. Wtedy kiedy inne dzieci spały, ja podsłuchiwałam, o czym rozmawiały nauczycielki.
Podczas jednego leżakowania strasznie zachciało mi się kupę. Niby mogłam wstać i pójść do toalety, ale bałam się, że nauczycielki odkryją, że podsłuchiwałam je całe życie i dadzą mi jakąś karę. Miałam więc nadzieję, że ta kupa poczeka. Niestety, nie poczekała... Doszłam do wniosku, że wstyd się będzie przyznać, ale o ukryciu tego faktu chyba nie było mowy. Wyciągnęłam więc dowód z majtek i rzuciłam na dywan, po czym udawałam, że nic się nie stało. Inne dzieci w końcu smacznie spały i miałam nadzieję, że ujdzie mi to płazem. Jak łatwo się domyślić, nie uszło.
Tuż po leżakowaniu przyszła pani sprzątaczka i podniosła owo brązowe coś z ziemi. Ja cała przerażona, modliłam się tylko, żeby się w dodatku na ten dywan nie zsikać ze strachu. Sprzątaczka zamiast szukać producenta stwierdziła, że to plastelina i dała do pojemnika z plasteliną. Cóż...
Do tej pory zastanawiam się, czy z tej "naturalnej plasteliny" nikt nic nie ulepił. Ja potem już raczej unikałam wszelkich robótek z plasteliny, by nie znaleźć tej z niespodzianką :)
Żyłam sama z mamą i siostrą w małym miasteczku, taty nie miałam przyjemności poznać. Nie prowadziłyśmy dostatniego życia. Wprawdzie nigdy nie brakowało na chleb czy rachunki, ale już na jakieś markowe ciuchy owszem. Odkąd pamiętam marzyłam o bogactwie, życiu w luksusie, podróżach, dlatego już od 1 klasy gimnazjum planowałam pójść do renomowanego liceum w dużym mieście. Już w połowie mojej gimnazjalnej edukacji zaczęłam pracować, aby mieć na to ''super'' życie. Uzyskałam bardzo wysoką średnią, aby dostać się do wymarzonej szkoły i udało się.
W szkole poznałam grupkę osób, widać, że zamożnych. Bardzo chciałam się do nich dopasować, dlatego udawałam snobkę. Jak się do nich wpasowałam? Przypadkiem. Miałam na sobie jakieś ciuchy z lumpeksu i sweter babci, bo na inne nie było mnie stać, ale dzięki temu wzięli mnie za hipsterkę. Na początku było super! W końcu miałam odłożone pieniądze. Zaczęły cotygodniowe wypady do hotelu na drugi koniec Polski, bo "tutaj nic się nie dzieje" i wagary w jednej z ich willi. Co ta tym idzie - imprezy. I to nie takie w zwykłych klubach. To musiały być kluby gwiazd! Drink za 70 zł? Żaden problem. Kupmy sobie kilka. To oni namówili mnie na spróbowanie narkotyków, przeróżnych, sama w sumie nie wiem, co mi wciskali. Szybko jednak pieniądze się skończyły. Obwiniałam moją mamę, że nie jest w stanie mi zapewnić takiego życia. A ona biedna dawała mi ile mogła. Brała nadgodziny, harowała jak wół. A co ja na to? Kradłam jej drogie alkohole z barku, żeby nie iść do znajomych z pustymi rękami. Kradłam też ze sklepów ubrania. Okradałam nawet moich ''przyjaciół'' z biżuterii ich mam albo różnych pierdół. Oni nawet nic nie zczaili, a ja byłam o jeden wypad do Warszawy do przodu.
Przez 2 lata ani razu nikt z mojej paczki nie był u mnie w domu, bo jak miałabym ich gościć w skromnym domku, skoro oni mieszkają w wielkich domach z basenem? Zawsze miałam jakąś wymówkę. Była też sytuacja, że był wyjazd ze szkoły do Grecji. Wszyscy podekscytowani, tylko nie ja. Od razu wiedziałam, że nie będzie mnie stać. Ale mama się zawzięła i jakoś mi się udało. A co na miejscu? Ja byłam oczarowana. A moi znajomi? Marudzili, że w takich warunkach oni nie zamierzają mieszkać. Oczywiście im wtórowałam.
Piekło zaczęło się, gdy znajomy wpadł z narkotykami. Policja i te sprawy. Ale jakimś dziwnym trafem do rozprawy nie doszło - tata pewnego z tych znajomych był sędzią, inny prawnikiem. Tylko ja miałam problemy. Zawaliłam szkołę, ledwo zdałam do następnej klasy. Byłam agresywna. Szukałam coraz to nowych sposobów na zdobycie pieniędzy. Ale kradzieże się wydały. Wszystko się wydało. Chodziłam do psychologa, skończyłam z tym. Liceum skończyłam przez internet pod bacznym okiem mamy.
Na początku byłam na nią wściekła. Teraz już wiem, że zawdzięczam jej być może życie.
Dodaj anonimowe wyznanie