Wracając ze szkoły, zauważyłam mojego czarnego kota. Zaczęłam wołać "kici, kici". Kot nie reaguje. Cóż, trzeba głośniej. No to wołam i wołam. Bez efektu, więc podchodzę.
To była doniczka.
Żenująca historia, którą zaraz opowiem wydarzyła się na wakacjach. Mam 6-letniego brata, który całe dnie spędza na podwórku ze swoimi kolegami. Z okna mamy widok na niego, więc bez problemu można się zajmować w domu swoimi sprawami i co jakiś czas zerknąć co młody robi.
Tak było też tego dnia. Rodzice mieli na rano do pracy, więc mi została przyjemność pilnowania Alanka. Oznajmił mi, że wybiera się pobawić, więc siadłam na laptopa zająć się sobą. Po jakiś dwóch godzinach wpada zdenerwowany tłumacząc, że bawią się z chłopakami w Gwiezdne Wojny i tylko on nie ma miecza. Nie byłam zbyt zainteresowana, więc powiedziałam mu, żeby sobie czegoś poszukał. Po chwili usłyszałam jak przetrząsa szuflady i szafki.
Nie minęło nawet 10 minut, jak młody krzyknął zadowolony, że znalazł i wychodzi. Wciąż zajęta nie podniosłam nawet głowy i pozwoliłam mu wyjść. Jednak chwilę potem, kiedy słyszałam mojego brata wybiegającego z klatki i krzyczącego do kolegów, że już się może bawić, bo siostra pożyczyła mu swój miecz, wstałam jak poparzona i pobiegłam do okna. Teraz sobie wyobraźcie moją minę, jak zobaczyłam, że mój brat biega po podwórku z moim neonowym wibratorem...
Jak to jest mieć pecha? Powiem wam.
Mam 23 lata, cztery razy byłem w związku. Wszystkie moje dziewczyny się cięły, dwie mnie zdradziły - jedna z najlepszym przyjacielem, okłamując mnie przez miesiące, a w tym czasie przebywała z nim.
Od trzech lat jestem singlem i nie mogę trafić na odpowiednią dziewczynę.
Mam staromodne, ale szczere wartości.
Przyjaźń jest dla mnie wieczna.
Jestem w 100% za życiem, więc cieszę się, że weszło prawo zabraniające zabijania dzieci.
Ledwo toleruję lesbijki i gejów, choć uważam to za chorobę.
Transgender i cała reszta jest dla mnie zwyrodnieniem.
Tak, że jedyne co udało mi się w życiu, to przyjaciele, których mam obecnie.
Możecie mnie z błotem zmieszać, trudno, nie zrobicie tego bardziej niż moje życie dotychczas.
W lipcu zaczęłam nową pracę. Na rozmowie wszystko wydawało mi się jak najbardziej OK. Oprócz szefowej jest nas czworo, ja i dwie inne dziewczyny i kolega. Są bardzo zgrani. Szybko zrozumiałam, że do nich nie pasuję. O ile szybko przywykłam do tego, że są dość głośni i bardzo spoufalają się dosłownie z każdym, nieważne, czy klient czy kurier (flirtowanie, eksponowanie dekoltu, bardzo dwuznaczne żarty), przyzwyczaiłam się do maniery mówienia jednej z koleżanek ("Dżizaz, jesteś największą sztywniarą ever"). Nie potrafię jednak polubić kolegi. Bardzo mnie irytują jego przechwałki, ile dziewczyn miał w łóżku i opowiadanie tych historii ze szczegółami.
Kiedy odchodziłam zająć się pracą podśmiewali się, że jestem cnotką niewydymką. Dziewczyny nie mają nic przeciwko klepaniu w pupę czy dotykaniu piersi, ja jednak od razu powiedziałam, że sobie tego nie życzę, zwłaszcza że mam narzeczonego. Byłam jednak w szoku, że cała trójka w pracy popala trawkę, a kolega regularnie bierze kokainę, a szefowa nie widzi problemu, dopóki ich projekty są dobre. Na początku raz dałam się namówić, żeby w piątek po pracy iść na drinka. Czułam się przy nich jak dziwadło, a przynajmniej takie mieli miny, kiedy wypiłam jednego małego drinka, bo nie przepadam za alkoholem, co spokojnie wyjaśniłam. Wtedy kolega zaproponował mi tabletkę "żebym wreszcie wrzuciła na luz", dziewczyny bardzo chętnie się poczęstowały. Stanowczo podziękowałam. Od narkotyków trzymam się z daleka, zwłaszcza że moja przyjaciółka kilka lat temu zginęła potrącona przez naćpanego kierowcę. Od tego czasu kilka razy słyszałam, jak rozmawiali, że szefowa powinna mnie zwolnić i zatrudnić kogoś normalnego.
Wszystkiego dopełniły moje urodziny dwa tygodnie temu. Przyniosłam tort, tak jak robiłam we wcześniejszej pracy. Ekipa wpadła w zachwyt, było całkiem miło, dopóki nie zaczęli wyliczać jaki alkohol i rozluźniacze przydadzą się na wieczór. Delikatnie wyjaśniłam, że mam już plany, zamierzałam świętować z narzeczonym i naszymi przyjaciółmi. Obrazili się i teraz jawnie komentują moje sztywniactwo. Szefowa poradziła, żebym nieco wyluzowała.
Nie wiem co ze mną nie tak. Narzeczony pociesza mnie, że nic, przyjaciele też. Obecnie szukam nowej pracy, mam nadzieję, że się uda, bo nie raz słyszałam, że jestem dobra w tym co robię.
A co jest całkiem anonimowe - kolega z pracy został zatrzymany za jazdę na ostrym kacu. Nikt nie ma pojęcia, że to ja zadzwoniłam na policję bo nie chciałam, żeby kogoś potrącił.
Od najmłodszych lat wraz z dwiema młodszym siostrami należymy do drużyny harcerskiej. Jako że miewamy musztrę bywają tam też różne komendy. M.in. "granat, padnij!". Wracając ze zbiórek często opowiadałyśmy mamie co się działo i często wspominaliśmy o tej komendzie.
Raz gdy wracałyśmy z miasta o coś kłóciłam się z siostrami, a mama nie mogąc już wytrzymać naszych przekrzykiwań krzyknęła tylko :"GRANAT, PADNIJ!". Jakie było zdziwienie i jej i gościa przechodzącego obok z psem, kiedy nagle trzy dziewczyny rzuciły się na ziemię. Przechodzący pan skomentował to słowami, że nawet jego pies nie jest tak dobrze wytresowany :)
Kiedyś byłam na randce z facetem, którego poznałam w Internecie. Jestem wysoką dziewczyną, dlatego od razu pytam kolesi, jaki mają wzrost. Facet był wyższy ode mnie, czyli mogłam założyć obcasy. Podczas spotkania było fajnie i miło. Szliśmy sobie parkiem, gadając o wszystkim, gdy nagle noga mi się podwinęła, wywinęłam orła i na moje nieszczęście obcas się odłamał. Było mi bardzo wstyd, ale chłopak podszedł do tego z humorem. Pomógł mi doczłapać się do samochodu i podwiózł do domu. Jako że jestem dobrą kobietą, w zamian za pomoc uraczyłam go kawą.
Jakie było moje zdziwienie, kiedy następnego dnia dostałam kurierem nową parę butów na płaskim obcasie z karteczką: "Załóż je następnym razem, a mój urok cię nie powali".
Jestem Aspergerowcem, czy jak to inaczej nazywają, Aspem. Teraz już to wiem, ale kilkadziesiąt lat temu nie mówiło się o takich rzeczach, więc dla ludzi byłam po prostu dziwna.
Dzieciństwo było ciężkie. Miałam duży opór przed mówieniem. Rozmawiałam z mamą i członkami rodziny, których dobrze znałam, na sąsiadów i innych tylko patrzyłam. Mama złościła się, że nie mówię nikomu "dzień dobry" i nie chcę wychodzić na podwórko. Czasami siłą wyganiała mnie z domu, ale wtedy tylko siadałam na ławce pod blokiem i czekałam, aż będę mogła wejść. Wszystko poza domem było obce, groźne, nieprzewidywalne i nielogiczne.
Podstawówka była szokiem. Natłok bodźców był otumaniający, a ja nadal nie chciałam się odzywać, chociaż mój umysł krzyczał cały czas: dlaczego do mnie mówisz? Dlaczego mnie dotykasz? Nie podchodź do mnie, nie patrz na mnie, zostaw mnie w spokoju. Każdego dnia płakałam i błagałam mamę by pozwoliła mi zostać w domu. Niestety dom szybko przestał być azylem przez ojca, który średnio co miesiąc miał nowy pomysł jak mnie naprawić. Ciągle pytał co jest ze mną nie tak, kiedy w końcu znormalnieję, czy już "przestałam się wygłupiać". Gdziekolwiek nie poszłam, otrzymywałam jasny sygnał, że mam się zmienić i zachowywać jak inni, bo moje potrzeby są dziwne i nie będą akceptowane.
Jedynym wytchnieniem były dla mnie książki i bajki. Miałam świetną pamięć, więc zaczęłam mówić do ludzi cytatami. Odgrywałam sceny widziane w filmach, bo zakładałam, że to co robią aktorzy to jest to normalne zachowanie, którego wszyscy oczekują. Próbowałam znaleźć przepis na rozmowę, nauczyłam się czym są żarty, jak działa kłamstwo, czemu ludzie się kłócą. Pogodziłam się z tym, że z ludźmi trzeba rozmawiać i współpracować, że to taki sam obowiązek jak chodzenie do szkoły.
Teraz mam już prawie 40 lat. Jestem spokojną osobą z dużym poczuciem humoru, umiem dopasować się do rozmówcy, współpracownicy mnie lubią, zapraszają na piwo. Zaproszeń nie przyjmuję. Punkt czwarta moja zmiana się kończy, a razem z nią moje powinności względem innych. Nie robię tego złośliwie, ani tym bardziej z pogardy, po prostu ludzie mnie nie interesują, tak samo jak kogoś może nie interesować historia sztuki. To tylko część pracy. Kontaktów z rodziną nie utrzymuję, z nikim się nie przyjaźnię, mieszkam sama, zrozumiałam, że nie jest to żadną wadą i świat się nie zawali dlatego, że jestem trochę inna.
Pozdrawiam innych Aspergerowców.
Przez parę lat pracowałam w Norwegii. Jedną z moich prac była praca na magazynie. Przeważnie w każdym zakładzie pracy jest stołówka, z zimnym i ciepłym posiłkiem. Na moje nieszczęście kucharką, gdzie pracowałam, była dość dużych rozmiarów Norweżka. Była przesympatyczna, ale jej gotowanie polegało na odgrzewaniu gotowców. Brzuch mnie po tych lunchach tak bolał, że purkałam jak szalona. Śmierdziało okropnie. Wpadłam więc na pomysł, że wezmę z domu najtańszą perfumę i kiedy zechcę puścić takiego bunia, psiknę troszkę i po problemie. Po takim lunchu praktycznie w każdą alejkę co wjeżdżałam, to psikałam.
Pewnego dnia przychodzi do mnie szef i pyta co za perfumę używam, bo ślicznie pachnie, a on chce kupić żonie prezent. Pokazałam więc czego używam, a on mówi, że nie podoba mu się i widocznie tylko na mnie musi tak ładnie pachnieć.
Kurde, on wąchał mojego pierda z perfumą i mówił, że mam super zapach. Współczuję.
Sytuacja miała miejsce rok temu w zimę. Czekałam na przystanku na autobus, było mi bardzo zimno, bo autobus się spóźniał, a byłam ubrana tylko w cienką kurtkę sportową.
Przystanek był zatłoczony, nagle zrobiła się ogólna wrzawa. Spojrzałam w lewo - jeden z grupki chłopaków dostał ataku padaczki. Jego kumple wyraźnie nie mieli pojęcia co robić, byli przerażeni, co trochę mnie zdziwiło, bo przecież skoro go znają, powinien ich poinformować jak mu pomóc. Jeden z nich panikował żeby wyciągnąć mu język, drugi żeby przytrzymać mu ręce i nogi, ale ewidentnie było widać, że byli przerażeni i nie wiedzieli co robić.
Tak się złożyło, że niedawno w szkole mieliśmy lekcje z pierwszej pomocy i przy okazji omawialiśmy jak zachowywać się, gdy ktoś dostanie ataku padaczki. Podeszłam do grupki, uklękłam przy chłopaku, ułożyłam go na boku, zdjęłam kurtkę, podłożyłam ją pod jego głowę i trzymając ją delikatnie uważałam, żeby nie zrobił sobie w głowę krzywdy.
Piszę to, żebyście wiedzieli jak komuś pomóc, gdyż krąży na ten temat wiele mitów - pod żadnym pozorem nie wolno otwierać ust! Podczas ataku często dochodzi do szczękościsku, a na siłę rozchylanie ust może skończyć się połamanymi zębami. Nigdy nie przytrzymujcie kończyn, bo może prowadzić to do złamania. Należy ułożyć tę osobę na boku, by udrożnić drogi oddechowe i chronić GŁOWĘ. Atak trwa do 3 minut, jeżeli dłużej, należy wezwać pogotowie.
Nawiązując do historii, tak właśnie poznałam mojego najlepszego przyjaciela :)
Ostatnio czytając anonimowe wyznania na lekcji historii tak się zaśmiałam, że próbując powstrzymać śmiech aż... pierdnęłam. Wystarczająco głośno, żeby zwrócić na siebie uwagę zszokowanej nauczycielki oraz całej klasy...
Dodaj anonimowe wyznanie