#ynM3b

Zaraz na początku studiów poznałem spoko kumpla. Śmieszyły nas te same żarty, mieliśmy podobne poglądy itd. Po pewnym czasie stworzyliśmy zgraną paczkę z jeszcze dwoma innymi kolegami z roku.

Przyszła sesja. Niestety mój kumpel nie został dopuszczony do jednego z egzaminów w pierwszym terminie. Zorganizował posiadówkę dzień przed tym egzaminem i zaprosił mnie oraz pozostałych dwóch kumpli z paczki. Stwierdziliśmy, że uczyliśmy się sporo, przedmiot łatwy, a jeszcze możemy sobie podyskutować na temat związany z przedmiotem na posiadówce, więc czemu nie? 
Organizator imprezy miał genialny plan jak zrobić, żeby nie iść na drugi termin solo. Zaczęło się od alkoholu. My jednak się pilnowaliśmy, żeby nie obudzić się rano w tragicznym stanie. Tak się jednak złożyło, że przesiedzieliśmy na posiadówce do czwartej. Nie było opcji, żebyśmy szli spać, skoro za pięć godzin się zaczyna egzamin, a trzeba jeszcze się przyszykować i dojechać autobusami, więc postanowiliśmy zarwać nockę. Wtedy dobroczynny przyjaciel wpadł na kolejny pomysł: „Skoro i tak zarywacie nockę, dam wam po tabletce z kofeiną, da wam kopa i nie będziecie przysypiali”. Wyszedł i po chwili wrócił z garścią tabletek i rozdał nam po dwie. „Jedna na teraz, druga na potem, jakby któryś z was miał wysoką tolerancję”.

Około czwartej wyszliśmy od kumpla i poszliśmy do mnie, żeby przeczekać do rana. Około szóstej stało się to, czego się najmniej spodziewaliśmy. Wszyscy trzej, jeden po drugim, lecieliśmy do kibla z ostrą sraczką... Taaaak, w ramach dowcipu dostaliśmy środki przeczyszczające. Natychmiast wyjąłem cały arsenał leków przeciwbiegunkowych (na niewiele się one zdały). Z zaciśniętymi pośladkami dotarliśmy na egzamin w pierwszym terminie, na szczęście zdaliśmy na 85% i dwa razy po 90%. A kolega przestał być moim kolegą.

#LZsts

Stoję ja sobie dziś przy przejściu dla pieszych i czekam, aż zaświeci się zielone światło.
Jakiś dzieciak, może z 10-letni, bardzo się zniecierpliwił i postanowił dostać się na drugą stronę ulicy natychmiast. Jednocześnie z naprzeciwka ruszył też wielki, łysy dres. Obaj spotkali się na środku. Dresiarz, chwyciwszy dzieciaka za kark, zatargał go z powrotem na chodnik, wrzeszcząc „Ja ci, kur#a dam przechodzić na czerwonym świetle! Matka cię nie nauczyła zasad panujących na drodze?”.

Kiedy małolat został bezceremonialnie zrzucony na miejscu, wszyscy przechodnie czekający na zielone światło spojrzeli na dresa z wyraźnym podziwem. A mógł zabić...

#ZLPBF

Mieszkam w akademiku, dzielę kuchnię z 7 osobami.
Każdy z nas ma swoje rzeczy, talerze, garnki, no i oczywiście jedzenie. Mamy niestety spory problem z tajemniczym znikaniem wszystkiego, zaczynając od łyżek czy patelni, po gąbki do mycia naczyń. Nikt się nie przyznał, nikt nikogo nie złapał na gorącym uczynku.

Pewnego dnia zachciało mi się kakao, a że jest zimno i do sklepu daleko, postanowiłam zapytać współlokatora, czy mogę mu trochę ukraść. Zanim przystąpiłam jednak do czynu, stwierdziłam, że sprawdzę najpierw, czy on w ogóle kakao posiada. Jesteśmy sobie na tyle bliscy, że nie mamy problemu ze szperaniem w swoich szafkach, więc bez skrępowania zaczęłam szukać.

W tym momencie do kuchni wparowało trzech moich współlokatorów. Powiedzieli, że podejrzewali mnie o te kradzieże, a teraz mają mnie na gorącym uczynku. Próbowałam się wytłumaczyć, ale nie przyjmują tego do wiadomości. Nawet właściciel kakałka wstawił się za mną, ale dalej nic.

Nie odzywają się do mnie już trzeci tydzień, ponadto chcą, żebym oddała pieniądze za zaginione rzeczy, które niby ukradłam. Chyba się wyprowadzę.

#OydUf

Poszedłem po pracy do łazienki umyć nogi. Stanąłem sobie pod prysznicem i nagle poczułem mokro w spodenkach. Perfidnie zlałem się w gacie.

Czasem zdarza mi się siknąć pod prysznicem. Głowa odnotowała, że jestem pod prysznicem, ale zapomniała o fakcie, że do mycia nóg zdjąłem tylko skarpetki i spodnie.

Od dziś nie sikam pod prysznicem.

#GF7cw

Od dziecka uwielbiam zupę ogórkową, mógłbym ją jeść codziennie, nigdy mi się nudzi. W przedszkolu często nam ją dawali, ale mi zawsze było mało, chciałem więcej...  Więc znalazłem na to sposób.

Mówiłem dzieciom przy stoliku, że to zupa z glonów i wodorostów, więc żadne dziecko nie chciało jej jeść, a ja wcinałem i swoją, i ich porcję :D

#84V8I

Kilka lat temu z grupką znajomych pomyśleliśmy sobie „Idą święta Bożego Narodzenia, Mikołaj, rodzina i tak dalej, pomyślimy o tych, którym którejś z tych rzeczy brakuje”. Zaczęliśmy plany z koncertem charytatywnym, zaangażowaliśmy się – plakaty, kapele, promocja, klub... Nie było łatwo, ale się udało, koncert wypalił, uzbieraliśmy kolo 1,5 tysiąca złotych, wzięliśmy listę dzieciaków z domu dziecka z sąsiedniego miasta i ruszyliśmy na zakupy. Nakupowaliśmy miśków, zabawek, słodyczy i innych gadżetów, które by uszczęśliwiły dzieciakom święta. Był dzień przed wigilią, ruszyliśmy do domu dziecka. Grupka metalowców, satanistów i punków wybrała się szerzyć dobro. W domu dziecka doświadczyliśmy szoku. Tyle radości z otrzymanych upominków przerosło nasze najskrytsze przewidywania. Panie zaproponowały nam zostanie i zabawę z grupą 3-, 4-latków, oczywiście zostaliśmy i bawiliśmy się z nimi przez kilka godzin. Pojawiły się łzy, złapało nas za serducha, ale z bólem serca wróciliśmy do swoich domów.

Pomoc innym to zajebiste uczucie, więc już okrojonym składem pomyśleliśmy o kolejnym koncercie. Znalazł się cel kolejnej zbiórki, kolejne kapele i kolejni ludzie, którzy zechcieli nas wspierać. Znowu wszystko poszło świetnie, koncert w mega atmosferze, dopisali ludzie i ponownie uzbieraliśmy pokaźną sumę. Umówiliśmy się w klubie z tatą dziewczynki, na którą zbieraliśmy pieniądze, przekazaliśmy im co do grosika. Był nam bardzo wdzięczny, dziękował nam z 20 razy, opowiedział nam dokładnie historię dziewczynki i znowu dziwne uczucie na żołądku i ta zajebista satysfakcja.

Po kilku dniach dostaliśmy wiadomość od znajomego z klubu, że ludzie na nas gadają. Koncert charytatywny, ładnie zarabiają na takim evencie. Zabolało nas to bardzo, bo każdy zespół zrzekł się wynagrodzenia, kluby nie wzięły od nas ani złotówki, a na nagłośnieniowca dopłacaliśmy z własnej kieszeni, i to niemało.

Tym, którzy tak na nas pluli, a może to czytają: dziewczynka, której opłaciliśmy jeden turnus leczenia, zrobiła takie postępy, że uzdolniła się do samodzielnego chodzenia. I to był nasz cel! Wcale nas ta historia nie zniechęciła, gadanie ludzi jest nieważne, koncerty były, są i będą przez nas organizowane!

#vprAs

Nie jestem z tego dumny.

W latach 90. jeździliśmy na obozy integracyjne, były tam też chore osoby. Mieliśmy wszyscy po około 17-19 lat, my byliśmy odpowiedzialni za różne zabawy ruchowe, pływanie, kajaki etc. Jedna z opiekunek tej chorej grupy wpadła mi w oko, ja jej chyba też, ale była taka dosyć powściągliwa w kontaktach, zwłaszcza z młodszym o 15 lat mną. Gdzieś usłyszałem, że ta opiekunka, nazwijmy ją Dorota, po alkoholu traci nad sobą panowanie, odwala jej. Stąd też nie pije.
Kiedy chowaliśmy kajaki do przechowalni, zaproponowałem jej słodkiego szejka z lodami. Poszliśmy do pokoju, bo moja lodówka zawsze była wyposażona w to, co niezdrowe. Potrafiłem przemycić w szejku sporo alkoholu i nie dało się tego wyczuć. Wypiła bardzo łapczywie, zrobiłem jeszcze dwa, opróżniła w dosłownie kilka chwil. Schlała się i była na mnie zła, a miało być tak pięknie... Na drugi dzień unikałem Doroty jak ognia, bo myślałem, że doniesie na mnie i po sprawie – wyjazd do domu.
Wieczorem przyszła do pokoju z samogonem, wypiliśmy i wtedy przestałem być prawiczkiem.
Do końca obozu, a trwał 3 tygodnie, co noc piliśmy i się zabawialiśmy w moim pokoju.

Ostatniego dnia dowiedziałem się, że ma męża, odebrał ją z obozu... Głupio mi do dzisiaj.

#nl7Nh

Moja nauczycielka fizyki z gimnazjum uwielbiała wymyślać własne zadania podczas zajęć. Najczęściej inspirowała się uczniami, których zapraszała do tablicy. Tak więc u nas nie było zwykłych żaróweczek choinkowych, których opór mieliśmy obliczyć – mieliśmy Zosię (obecną przy tablicy), która postanowiła zaoszczędzić kasę, którą wcześniej wydawała na fajki i kupić dla rodziców na Mikołajki najpiękniejsze niebieskie światełka choinkowe... których na sam koniec opór musiała Zosia obliczyć.
Po części było to zabawne, ale tylko wtedy, gdy samemu nie stało się przy tablicy.

W drugiej klasie gimnazjum drastycznie przytyłam. Lekarz wówczas przepisał mi leki hormonalne (niesłusznie, ale to inna opowieść). Panowała powszechna opinia, że przez dwa lata nauki żywiłam się jedynie chipsami i McDonaldem, jednak nikt głośno o tym nie mówił, więc nie miałam nawet jak temu zaprzeczyć. Widać również fizyczka zainteresowała się moją tuszą, bo gdy byłam przy tablicy, nauczycielka swoim piskliwym głosem dyktowała: „Kamila postanowiła w końcu schudnąć, więc wyszła pobiegać. Gdy tak sobie biegła, spostrzegła wózek. Uznała, że to dobry pomysł, żeby na niego wskoczyć. Oblicz prędkość Kamili i wózka, jeśli wiesz, że masa Kamili wynosi... dziecko, ile ty ważysz?”.

Klasa chichotała, ja spaliłam buraka, a ze wstydu i stresu nie byłam w stanie nic odpowiedzieć.

„Noo... na moje oko setka będzie! Napiszcie 100 kg. A jak szybko biegasz? Raczej nieprędko, nie? Ale damy ci 5 m/s, to chociaż szybko policzysz, mam nadzieję. Wózek ma masę 150 kg”.

Jak można się domyślić, wszyscy się potem ze mnie nabijali, więc wróciłam zapłakana do domu. Gdy rodzice dowiedzieli się, co się stało, poszedł raban na całą szkołę, a ze względu na to, że wszyscy uczniowie treści zadań mieli w zeszycie, ciężko się było nauczycielce wybronić. Fizyczka ostatecznie przystopowała z opowieściami, ograniczając się do „dzbanka Janka” i „uczniów 2 C w samolocie na bezludną wyspę”.

A ja właśnie znalazłam swoje stare zeszyty z fizyki przy okazji remontu. Ładnie palą się w kominku.

#i5HHm

W naszej rodzinie kot był zawsze (i pies też, ale nie o nim mowa) W sumie przez moje życie przewinęły się dwa koty, jeden był z nami jeszcze zanim się urodziłam. Oba koty nauczone były porządku, nie biegały po blatach, spały w swoich posłaniach (i na moim łóżku, bo się na to godziłam), nie prosiły nawet o jedzenie przy stole.

Dwa lata temu wzięliśmy nowego, trzeciego kota. Od początku był żarłokiem i już jako kociak tylko łaził z nosem przy ziemi, bacznie sprawdzając, czy gdzieś na podłogę nie spadł nam przypadkiem jakiś smaczny kąsek, trzeba było uważać, bo żarł WSZYSTKO. Najgorsze jednak było jego łażenie po blatach i stole. Wiedział, że mu nie wolno, ale tylko wtedy, kiedy patrzymy... Kiedy jemy, to zazwyczaj się zamykamy i zawsze pamiętamy, by przykryć WSZYSTKO.

Pewnego dnia na imprezie rodzinnej organizowanej u nas mama wróciła do kuchni po resztę rzeczy ze stołu, patrzy, a tu... kot wtranżala surówkę. Miska oczywiście pełna karmy, ale nie, trzeba jeść surówkę! Matka robiła surówkę na szybko nową... Innym razem musieliśmy wymyślić na szybko wymówkę, dlaczego nie będzie grzanej kiełbasy... (zapomnieliśmy ją przykryć w tym całym zamieszaniu i kot może i kiełbasy nie sięgnął, ale wodę, w której się ugotowała, wypił). Nie powiemy przecież, że kot się poczęstował, bo to wstyd, żeby kot w domu po garach łaził, no i jest to zwyczajnie obrzydliwe...

Parę dni temu jemy sobie obiad jak co dzień, kot spał na górze, więc się nie zamykaliśmy. Ale nie, obudził się, dziadyga, przylazł i bezczelnie wskoczył na stół. Już chcę go zabierać i drzwi do kuchni zamknąć, aż tu on obwąchuje pierwszą najbliższą niego rzecz – ogórki kiszone. Jak wystrzelił do tyłu, to ze stołu spadł i uciekł z kuchni (zawsze najpierw powącha, potem kosztuje). Wpadłam wtedy na iście szatański plan.
Jako że mieliśmy parę dekli do słoików, które już przesiąknięte zapachem kiszonych ogórków (oraz ten świeżutki z obiadu), porozkładałam je w całej kuchni w strategicznych miejscach. Przez jeden dzień obserwowaliśmy, jak kot wskakuje sobie na blat, wącha dekielek na swojej drodze i ucieka. Minęło parę dni, a ten nawet do kuchni nie wchodzi...
WYGRALIŚMY!
Dodaj anonimowe wyznanie