#EF9Ir

Macie czasami tak, że palniecie jakąś głupotę w towarzystwie i czujecie mega zażenowanie, palicie buraka i w ogóle Bieszczady? No ja mam trochę inaczej. Palę cegłę, kiedy to ktoś inny palnie gafę. Żal mi tego kogoś, że zrobił z siebie pośmiewisko, udaję wtedy, że niczego nie zauważyłam, żeby nie poczuł się zmieszany.

#1OoZz

Jestem magistrem inżynierem i jestem niezatrudnialnym przegrywem – apoteoza podstawowego/zawodowego wykształcenia. 

Niestety byłem ciekawy świata i nigdy nie byłem typowy. Kiedy moi rówieśnicy bawili się tazosami, ja rozmyślałem nad projektami samolotów, pojazdów, badaniami w zakresie zoologi, botaniki itd. Pod koniec podstawówki napisałem pierwszą książkę, w której zawarłem swoje ponad roczne obserwacje związane z interesującymi mnie zwierzętami (ponad 100 stron). Byłem za młody, aby móc ocenić w pełni reakcję dorosłych (np. nauczycieli ze szkoły), ale podejrzewam, że większość mi w samodzielność pracy nie uwierzyła. Opis reakcji rówieśników pominę. Lata mijały, moje zainteresowania się rozwijały. Nie miały dla mnie znaczenia stereotypowe podziały na nauki humanistyczne i ścisłe. Wygrywałem w zasadzie wszystkie możliwe konkursy z jednej dziedziny, ale jak poszedłem do liceum, to z kolei na profil diametralnie odwrotny. W szkole zawsze uchodziłem za dziwaka i kujona, chociaż w praktyce nigdy się nie uczyłem. Nawet jak przygotowywałem się do konkursów, to robiłem to na dzień przed i finalnie najgorszym miejscem, jakie mi się trafiało, bywało drugie czy trzecie. Matura napisana bez problemu i bez nauki na poziomie pozwalającym na dostanie się w zasadzie wszędzie w Polsce. Później ciężkie studia na państwowej uczelni w jednym z większych miast, zdane z łatwością. Oczywiście również byłem wzorem rzetelnej pracy, wykładowcy kłaniali mi się z uznaniem. I co dalej? I nic w sumie. Pracy w zawodzie brak, w pokrewnych branżach również bez sukcesów. Próbowałem pracy na uczelni i podejścia do doktoratu, ale kto próbował, ten wie, jak to wygląda. Na uczelnię za słaby, na woźnego za dobry i tak w koło Macieju, od pośredniaka do pseudo pracy kompletnie oderwanej od wykształcenia, na umowie zlecenie i to na chwilę raz na parę miesięcy. Gdybym nie zajmował się udzielaniem korepetycji dla uczniów i studentów, to w zasadzie nic bym nie robił, chociaż są pewne plusy, bo przynajmniej miałem czas napisać kolejne dwie książki. Oczywiście do szuflady, bo i tak nikogo nie będą interesować. Dokąd zmierzam? Nie wiem, ale po latach, całym życiu wiecznego niezrozumienia mam coraz mniej siły na cokolwiek. Już niejednokrotnie próbowałem z tym wszystkim skończyć, ale jak widać, jeszcze się nie udało. Jeśli się tak zdarzy, że będę miał kiedyś dzieci, to nie będę ich zachęcać do edukacji, za bardzo będę je kochać, aby wyrządzać im aż taką krzywdę. Jakbym miał sam jeszcze raz wszystko przeżyć, to zrobiłbym jak mój znajomy z podstawówki. Skończyłbym beznadziejne gimnazjum, a potem jeszcze gorszą zawodówkę i poszedł do roboty, choćby tak jak on, jako kierowca autobusu. Wyszedłbym na tym zdecydowanie lepiej.
PS.: Za parę dni wyniki rekrutacji na sprzątaczkę na mojej Alma Mater, więc trzymajcie kciuki, może w końcu mi się uda.

#fw4e5

Ostatnio była u mnie w domu nowo poznana dziewczyna, dobrze nam się rozmawiało i wszystko było super, w trakcie spotkania coś ją złapało i biegała w te i we wte z toalety do pokoju i z powrotem, ja ją oczywiście zrozumiałem, zaparzyłem jej herbatę i ją wspierałem. Kiedy w końcu po siódmym razie wyszła, powiedziała, że bardzo źle się czuje i jedzie do domu, ja to oczywiście zrozumiałem i pożegnałem się z nią, Gdy w końcu sam po godzinie poszedłem skorzystać z toalety, zastałem tam kupę na desce, kupę wszędzie w kiblu, ślady kupy na spłuczce, kawałek zużytego papieru na podłodze, zakrwawiony tampon położony na półkę bez niczego i ślady krwi wytartej o kafelki... Napisałem do niej, aby to skonfrontować, ale nie skreśliłem jej. Wiecie, co mi odpisała? „Przestań przeżywać, posprzątałeś, bo to twoje mieszkanie i twój obowiązek”...

#VcErh

Musiałem pojechać do odległego, małego miasteczka. Dojechałem wieczorem i byłem głodny jak jasna cholera. Sklepy były już pozamykane, żadnych Żabek, całodobowych, stacji benzynowej, no nic w zasięgu. Znalazłem za to niewielką budkę z kebabami. Podchodzę więc i proszę o żarełko, ale słyszę: „Zamykamy już dzisiaj, zapraszam jutro”. Do jutra to ja już zdechnę z głodu, pomyślałem sobie, i jakimś cudem wybłagałem, żeby facet mi zrobił coś do jedzenia, a po chwili dostałem sporą kanapkę. Podziękowałem, zrobiłem z dziesięć kroków od budki, zatopiłem łapczywie zęby w jedzeniu... i wtedy z tego wszystkiego wylazł karaluch i wszedł mi na twarz. Zrzuciłem gnoja, kanapka wylądowała na chodniku, sam mało nie rzygnąłem w pierwszym momencie, spojrzałem na budkę z kebabem, ale facet tak szybko się uwinął z zamknięciem, że zobaczyłem tylko, jak odjeżdża samochodem.

Rozejrzałem się po okolicy załamany — nie było tam nikogo, pusto. Buda zamknięta, martwy karaluch, kanapka na chodniku...

Zjadłem ją.

#j0c0m

Hej, mam 17 lat, 170 cm wzrostu i ważę 44 kg. Od zawsze byłam szczupła, najwyższa waga w moim życiu to było 54 kg. Nie mam zaburzeń odżywiania, nie stosuję żadnych diet, jem to co chcę i ile chcę. Sekret tkwi w tym, że bardzo szybko po zaczęciu posiłku odczuwam sytość, dlatego jem dużo małych posiłków w ciągu dnia. Przechodząc do sedna, odkąd byłam mała, aż do tej pory, słyszę tylko dwa typy komentarzy na temat swojej sylwetki:

Typ 1: Zazdrość albo komplementy. Ludzie (głównie kobiety), potrafią mi wygłaszać epopeje, jak bardzo chcieliby mieć taką figurę jak ja, wcięcie w talii, brzuch, który nie jest płaski, tylko wklęsły, uda grubości łydek itd.

Typ 2: „Troska”, mówiąc teoretycznie. Teksty pokroju „facet nie pies, na kości nie leci”, „skóra i kości”, „zero kobiecych kształtów”, „zjedz coś, bo wyglądasz, jakbyś wyszła z Auschwitz” albo moje ulubione: „jadłaś coś dzisiaj?”. Tak, jadłam...

Powiecie mi, że się nad sobą użalam, może to i prawda, tylko dlaczego bodyshaming w stronę osób grubych jest potępiany, a w stronę osób chudych jest ignorowany? Bo nie mają na co narzekać, skoro wyglądają jak modele? Jest na co narzekać. Chciałabym przytyć co najmniej 10 kilo, nienawidzę tych tekstów od innych ludzi, nienawidzę tego, że widać mi 10 par żeber bez wciągania brzucha, każde ścięgno i kość. Że sprawia mi ból siedzenie na twardej powierzchni, bo kości wbijają mi się wszędzie.
Zdrowie? Niedawno wróciłam ze szpitala, trafiłam tam ze względu na wysokie ciśnienie. Zrobili mi badania i co? Nic. Wszystko w normie, z wyjątkiem poziomu TSH oraz żelaza, które mieszczą się w dolnej granicy normy, ale mimo wszystko są akceptowalne. Dostałam zalecenia, żeby jeść więcej i receptę na witaminę D3 oraz żelazo. Szkoda, że robię wszystko, co mogę, a waga nadal stoi w miejscu albo spada jeszcze niżej, a lekarze mnie straszą, że jeśli nie przytyję, to trafię do szpitala na oddział zamknięty, gdzie będę karmiona przymusowo dożylnie (każdy lekarz wmawia mi zaburzenia odżywiania).

Podsumowując, życie osób skrajnie chudych i skrajnie grubych nie jest łatwe i proszę was, nie traktujcie wychudzonych osób, jakby wygrały los na loterii, my tak samo się staramy, żeby przytyć, jak osoby otyłe, żeby schudnąć...

#7HVw1

Dlaczego nie warto być zbyt miłym sprzedawcą?


Pracuję w lodziarni od kilku lat, gdzie wystawionych mamy 12 smaków lodów do wyboru. Jakiś czas temu przyszła klientka, której nie pasował żaden wystawiony smak. Powiedziałam jej, że mam kilka dodatkowych smaków w zapasie, które możemy wyjmować tylko wtedy, gdy inny się skończy, ale jeśli naprawdę żaden jej nie odpowiada, mogę dla niej wyjątkowo otworzyć jakiś inny. I wtedy się zaczęło... Klientka koło 15 minut nie mogła się zdecydować, który smak mam jej otworzyć, ostatecznie wybrała i bez słowa wyszła, nie mówiąc nawet prostego „dziękuję”. Niestety teraz owa pani przychodzi co najmniej dwa razy w tygodniu, żądając ode mnie, bym wymieniła jej, jakie mam smaki w zapasie i otworzyła dla niej nowy. Próbowałam jej grzecznie wytłumaczyć, że zrobiłam to wyjątkowo ten jeden raz i więcej tego nie zrobię, tym bardziej że nie raczyła nawet podziękować. Ostatecznie zostałam zwyzywana od bezczelnych gówniar. 
Teraz za każdym razem gdy przychodzi i każe mi iść na zaplecze po nowe lody, z wielką satysfakcją i uśmiechem na ustach mówię tylko, że nie mam takiego zamiaru :)

#hRlwk

Mając 22 lata, odkryłam, jak bardzo przemoc ekonomiczna zostawiła ślady na mojej psychice.
Dopóki mieszkałam z rodzicami, zawsze było mi żałowane: na ciuchy, rzeczy pierwszej potrzeby, nawet lodówka potrafiła stać pusta tygodniami.
Teraz gdy już mieszkam na własnym utrzymaniu, nie pozwalam na to, żeby lodówka stała pusta czy czegoś mi brakowało. Potrafię sobie kupić droższą rzecz za odkładane pieniądze, ale problem w tym, że… jak już mam sobie coś kupić, np. jakiś ciuch, szkoda mi zawsze na siebie pieniędzy, rozważam zakupy w lumpeksach. Jeśli chodzi o jakieś rzeczy do użytku codziennego, często szukam najtańszych. I myślę, że to nie tylko oszczędność, bo gdyby to było to, to nie czułabym wyrzutów sumienia w momencie, gdzie kupię sobie jakiś droższy ciuch raz na ruski rok albo lepszej jakości rzecz do domu.
W skali miesiąca odkładam naprawdę sporą sumę jak na osobę w moim wieku (jest 4-cyfrowa), więc naprawdę nie mogę narzekać na pieniądze, a mimo to zawsze żal mi było wydać na siebie pieniądze.
Moje otoczenie tego nie widzi, bo mam to w ryzach, ale ja zawsze czuję, jak mocno muszę się boksować ze swoją psychiką, żeby choć czasem na siebie nie żałować.

#x8Iyo

Historia z mojego późnego dzieciństwa, która obrazuje moją inteligencję i głupotę zarazem.

Całość miała miejsce w czwartej klasie szkoły podstawowej. Wspólnie z klasą wyjechaliśmy na wycieczkę klasową do Trójmiasta. Dla mnie był to okres pierwszych zauroczeń i miłostek. Wraz ze mną do klasy chodziły prześliczne siostry bliźniaczki, które wraz ze swoimi przyjaciółkami były papużkami nierozłączkami. To właśnie jedna z tych sióstr została szczególnie ukochana przez moje serce.
Będąc na sopockim molo, postanowiłem się oświadczyć. Nie wiedziałem do końca jak to mam zrobić. Miałem problem. Były to jeszcze czasy, gdy dziewczyny pytało się o to, czy „będziemy ze sobą chodzić”. Mój durny umysł wpadł na pomysł – skoro Wiktoria i Dominika są nierozłączne, to trzeba brać je w pakiecie... Kupiłem więc dwa pierścionki i oświadczyłem się na molo.

PS Dostałem kosza :(

#e7vFo

W 2016 roku odeszła ode mnie dziewczyna. Powiedziała, że kogoś poznała, bo zrozumiała, że nic ze mną nie osiągnie, a ona chce mieć dom, rodzinę, więc odchodzi. Powiedziała mi tak po 11 latach razem. Strasznie się pokłóciliśmy, kochałem ją, a jednocześnie wtedy znienawidziłem. Długo nie mogłem sobie z tym poradzić. Była dla mnie wszystkim i nigdy po niej drugi raz nie zakochałem się, nigdy nawet nie potrafiłem już stworzyć normalnego związku. 
Kilka dni temu spotkaliśmy się po latach, kiedy przywiozłem jej pelet. Stanąłem jak słup soli, kiedy ją zobaczyłem. Mąż, prawdopodobnie facet, z którym mnie zdradzała i dla którego zostawiła, dwójka dzieci i dom z ogrodem. Czyli to, o czym marzyła, a czego ja jej nie byłem w stanie dać. Wcale nie wyglądała na nieszczęśliwą, wręcz przeciwnie. Widziałem ich szczęśliwe małżeństwo, zadbaną kobietę, matkę i żonę i tego faceta, który mi ją zabrał. 
Boli jak cholera, na nowo nie umiem sobie z tym poradzić. Miała rację, że jestem nieudacznikiem i skończę jako nikt. Mam prawie 40 lat, nic nie osiągnąłem, nie mam ani rodziny (i już pewnie nie będę miał), ani nawet własnego mieszkania. Historia bez happy endu dla mnie. No nie umiem sobie z tym dać rady.
Dodaj anonimowe wyznanie