Jestem potworem, który ukradł starszej siostrze syna. Za taką mnie uważa spora część rodziny. Tylko nikt nie przyjmuje do wiadomości prawdy.
Ela, moja siostra pod koniec studiów poznała Arka i straciła dla niego głowę. Była na każde skinienie. Fakt, że całkiem przystojny, ale cwaniaczek, imprezowicz i awanturnik. Ostrzegałam Elę ja, mama, przyjaciele. Uparła się, że go zmieni. Szybko zaszła w ciążę i urodził się Damian. Arek wtedy wprawdzie pracował, ale nie krył się z tym, że zdradza Elkę na prawo i lewo, imprezował cały weekend.
Ela uznała, że ma prawo, skoro ona nie może uprawiać seksu no i biedny musi się wyluzować po pracy. Nie chciała nikogo słuchać. W dodatku facet urządzał awantury, zaczął ją bić, mały mu przeszkadzał. Nasza mama wystarała się, żeby chociaż dostali nadzór. W efekcie siostra prawie zerwała kontakt. Kiedy Damian miał trzy lata, Arek w końcu się doigrał i poszedł siedzieć za ciężkie pobicie.
Ela nareszcie zgodziła się terapię, zaczęła wychodzić na prostą. Nawet zaczęła się umawiać z nowym facetem, bardzo fajnym, który naprawdę się starał, złapał świetny kontakt z Damianem.
A potem wszystko się posypało. Najpierw nasza mama zachorowała na raka, choroba postępowała bardzo szybko. Wkrótce po po tym jak zmarła, Arek wyszedł z więzienia. Od razu zgłosił się do Elki. Przyjęła go do siebie, zerwała z Tomkiem i starała się wynagrodzić Arkowi brak paczek i widzeń, przerwała terapię. Zaczęło się piekło. Arek pije. Nieraz policja brała go na dołek, ale skoro Ela odmawia składania zeznań, nie mogli nic więcej zrobić, chociaż dzielnicowy próbował ją namówić.
Nieraz uciekali do mnie i do mojego męża. Prosiłam i przekonywałam na terapię, znaleźliśmy psycholog, która pomogła wielu współuzależnionym, ale Ela zawsze w ostatniej chwili się wycofywała. Nowy kurator niewiele się udzielał. Nikt nie był w stanie do Eli dotrzeć. W końcu po ponad 1,5 roku tej walki już nie miałam sił, wszystko zaczęło się kręcić wokół Eli i jej problemów. Po poważnej rozmowie z mężem zdecydowaliśmy już tylko ratować Damiana. Ma 7 lat i wiele rozumie.
W dodatku ojciec zaczął go bić, za cichym przyzwoleniem Elki. Zostaliśmy rodziną zastępczą dla małego. Może go odwiedzać u nas w domu. Poprosiłam też żeby zgłosiła się do nas, kiedy będzie gotowa na pomoc, bo my już dłużej nie możemy żyć jej problemami. Niestety nie rozumie, że zostając przy Arku, nie odzyska Damiana. Odmawia terapii i innych opcji pomocy.
Dalsza rodzina twierdzi, że mam obowiązek pomóc siostrze, ale ponieważ nikt nie próbuje mnie zrozumieć, ucinam wszelkie rozmowy. Nawet Damian przez jakiś czas kilka razy dziennie upewniał się, że nie będzie musiał mieszkać z ojcem i go nie oddamy. To też ciotek nie przekonuje. Teraz już ma się lepiej.
Piszę to wyznanie, aby po raz kolejny złamać troszkę stereotypów.
Nigdy nie miałem opinii grzecznego chłopaka. Bijatyki, morze alkoholu, wygodny dres, a czasami nawet dragi to był mój żywioł. Typowy dres? Nie do końca. Nigdy nie ciągnęło mnie do łatwych dziewczyn. Wręcz przeciwnie. Nienawidziłem ich. Nienawidziłem i dalej nienawidzę, kiedy ktoś się nie szanuje. Zawsze miałem wbite do głowy zasady. Do każdego, kto mnie szanował, odnosiłem się z szacunkiem. Nieważne, czy był starszy, czy młodszy. Kiedy ktoś nie miał do mnie szacunku, zaczynałem go traktować jak ścierwo. Nie miałem oporów powiedzieć nauczycielowi w technikum, że jest zwykłym chamem i prostakiem, kiedy próbował mnie obrazić, ale nie miałem też oporów pomóc bezinteresownie obcej osobie.
Dodam, że miałem za sobą tyle awantur, że potrafię się naprawdę dobrze bić. W dodatku jestem dobrze zbudowany i wysportowany.
Nigdy nie lubiłem czapek. Wolałem kaptur. Więc pewnego chłodnego dnia jechałem w środku nocy (tak, stereotypowo BMW, ale mam gdzieś, że to "auto dla buraków". Inne marki mają zazwyczaj gorsze właściwości jezdne) przez miasto. Nie mogłem usnąć i pojechałem się po prostu przejechać. Włączony amerykański hip-hop, auto jeszcze nierozgrzane, więc miałem kaptur na głowie. W przemysłowej części miasta ostatni autobus jechał o 2:30, ja po 3-ciej zobaczyłem na przystanku drobną dziewczynę. Na oko 20 lat. Podjechałem i zapytałem się na co czeka, bo o tej godzinie już tutaj nie ma autobusów. Powiedziała, że była na przystanku już o 2:15, więc autobus się najpewniej spóźni. Zaproponowałem, że ją podwiozę. Oczywiście widząc mój wygląd, kaptur na głowie i stereotypowe BMW odmówiła. Powiedziałem wtedy, że rozumiem, jeśli nie chce ze mną wsiadać do auta, ale mogę ją po prostu zaprowadzić na przystanek, gdzie spotka autobus do centrum. Nie wsiadła do auta, tylko szła koło mnie i rozmawialiśmy przez otwartą szybę. Kiedy odeszliśmy jakieś 150-200 metrów od przystanku, usłyszałem huk. Pijany kierowca wjechał w przystanek. Moje i jej wrażenie było niesamowite.
Po tej sytuacji jednak wsiadła do mojego auta. Podwiozłem ją pod przystanek, skąd miała autobus do centrum. Postanowiłem z nią poczekać. Okazało się, że tak naprawdę błąka się po mieście, bo usnęła w autobusie i miała wysiąść ponad 200 km wcześniej. Popłynęliśmy z rozmową tak, że postanowiła przenocować u mnie. I nie - nie skończyliśmy razem w łóżku. Po prostu przespała się, a następnego dnia wróciła do domu. W tym momencie mamy bardzo dobry kontakt, zaprzyjaźniliśmy się. Nie będzie zakończenia znanego z anonimowych, nie zostaliśmy małżeństwem. Co prawda był czas, kiedy coś zaczynało nas łączyć, ale doszedłem do wniosku, że jestem zbyt nieodpowiedzialny, żeby kogoś mieć.
Po prostu chcę pokazać, że tacy jak ja niekoniecznie są źli ;)
Mam zamiar oskubać mojego męża z czego tylko się da!
Czytając to, pewnie od razu macie o mnie złe zdanie, ale posłuchajcie całej historii.
Kiedy poznałam mojego obecnego męża, oboje pracowaliśmy w swoich zawodach w jednym z dużych miast w Polsce. Jednak tuż przed ślubem on zaczął przebąkiwać o wyjeździe za granicę. Ja byłam przeciwna - nasze zawody pozwalały nam dobrze żyć, miałam w PL rodzinę, przyjaciół, życie. na dodatek w jego zawodzie właściwie wystarczy przeciętna znajomość angielskiego, aby pracować gdziekolwiek za niezłe pieniądze. W moim fachu jest inaczej: aby dobrze go uprawiać, trzeba znać angielski prawie perfekcyjnie, a dodatkowo - również języku kraju, w którym się pracuje. Dlatego byłam przeciwna wyjazdom.
Jednak tuż po ślubie, mój miły przyjął propozycję pracy za granicą. Przez jakiś czas ciągnęliśmy związek na odległość, ale nie układało nam się za dobrze mieszkając osobno (mąż nie lubi rozmów przez telefon, a innej opcji długo nie było). W końcu rzuciłam pracę i przyjechałam do niego, bo zależało mi na małżeństwie.
Od razu zaczęłam intensywną naukę miejscowego języka i kurs angielskiego, jednak nadal nie jest to na takim poziomie, abym mogła pracować na stanowiskach jak w Polsce! Od lat pracuję więc poniżej kwalifikacji i cieszę się, kiedy złapię zdalną fuchę z PL. Strasznie mnie to męczy. Mój mąż z kolei od lat powtarza, że może nas utrzymać i mam sobie odpuścić i zająć się domem czy ogrodem. Strasznie mnie to frustruje, bo nie czuję się w pełni sobą, nie mogąc realizować ambicji. Rozmowy nic nie dają, bo od przyjazdu, czyli od blisko 4 lat, mój mąż inwestuje w swoją karierę, a moje prośby o powrót olewa.
W tym roku postanowiłam - wracam do Polski, szukam pracy w zawodzie, dodatkowy język i niezły angielski powinny pomóc. Jeśli mój mąż nie wróci ze mną, to czeka nas rozwód. Postawię go przed takim samym wyborem, jak on mnie przed przyjazdem tutaj.
Pytałam wstępnie prawniczki, nawet z połową naszego dotychczasowego majątku będę nieźle ustawiona. I nie, nie mam wyrzutów sumienia, że na wszystko zapracował mój mąż. Sam taką decyzję podjął!
Jestem wściekła i rozżalona, ale pora wreszcie zawalczyć o swoje marzenia i swoje ambicje!
Ostatnio będąc z kumplem w McDonaldzie widziałam coś przeuroczego, do tej pory uśmiecham się jak sobie to przypomnę :)
U mnie w mieście w maku stoi takie miejsce z poduszkami, gdzie zawsze bawią się małe dzieci. Mogą tam skakać i się wygłupiać. Wybrałam miejsce do siedzenia niedaleko owego miejsca. Chwilę po naszym przybyciu na wyżej wspomniane miejsce przybiegła dwójka dzieci, na oko mieli może 3-4 latka, chłopczyk i dziewczynka. Żeby wejść na ten obiekt trzeba ściągnąć buty. Chłopczyk poradził sobie z tym bez problemu i od razu zaczął skakać, lecz dziewczynka zaczęła po cichutku szlochać, że nie umie rozwiązać bucika i usiadła zrezygnowana.
A co na to młody dżentelmen? Podbiegł do niej, uklęknął na jedno kolano, mówiąc:
- Oj ty głuptasie, chodź się bawić! - i ściągnął jej obydwa buciki :)
Jak byłam mała, to myślałam, że ludzie jeżdżący samochodami z literą "L" na dachu zdają egzamin na lewojazdy. Natomiast osoby zdające prawojazdy miały posiadać literę "P", której nigdy nie widziałam.
Od 4 roku życia mieszkam z dziadkami. Mój młodszy brat miał wtedy 2 lata. Teraz oboje już studiujemy. Każdy od zawsze myśli: biedne dzieci, zapewne umarli im rodzice, albo źle się powodziło, więc na pewno wyjechali do pracy za granicę, żeby zapewnić dzieciom dobry byt. Nic bardziej mylnego.
Urodziłam się, jak rodzice mieli 20 lat - niby nie tak wcześnie, ale też nie tak późno. Nie byli na to przygotowani. Potem urodził się mój brat, a oni chwilę później się rozwiedli. Sąd orzekł miejsce zamieszkania dzieci przy ojcu. Mieszkaliśmy u dziadków najpierw razem z ojcem, później ojciec poznał kobietę i zamieszkali we dwójkę w jego mieszkaniu. Mama też kogoś miała.
Najpierw było fajnie: co drugi weekend rodzice zabierali nas do kina, na lody, do parku, zoo, cyrku, na wakacje za granicę. Jednak nie było ich przy nas na co dzień, pieczę nad nami sprawowała babcia. Ojciec pojawiał się co jakiś czas, żeby sprawdzić nasze lekcje - jak w zeszycie było chociaż jedno skreślenie, to musiałam przepisywać wszystko od nowa. Tak samo z grą na skrzypcach: jako 7-latka grałam tak długo, aż zagrałam wszystkie piosenki bezbłędnie, czasem zajmowało to 3h (teraz już nie gram na skrzypcach, nie znoszę tego...).
W międzyczasie mamie urodziła się córka - młodsza ode mnie o 10 lat. Dwa lata później ojcu urodził się syn. W tym czasie razem z bratem byliśmy już coraz starsi - woleliśmy wyjechać na kolonie, w weekend iść do koleżanki, zamiast spędzać czas z rodzicami. Nasze kontakty stały się coraz rzadsze.
Na chwilę obecną ojca nie widziałam już rok, z matką miałam kontakt 1,5 miesiąca temu, jak miałam problemy z ubezpieczeniem zdrowotnym. Miała oddzwonić. Nie oddzwoniła do tego czasu.
Nie jestem w stanie zrozumieć ich postępowania. Sama nie mam dzieci, jednak nie wyobrażam sobie zostawić ich tak po prostu i założyć inną, nową, szczęśliwą rodzinę. Nawet nie dokładają się dziadkom do naszego utrzymania, mimo że w tym roku przechodzą na emeryturę. Oboje rodzice mają wykształcenie wyższe, własne mieszkania, całkiem nieźle zarabiają, jednak pozbyli się dwóch małych problemów: 4-letniej córki i 2-letniego syna.
Jesteśmy bardzo wdzięczni dziadkom za wychowywanie nas. To oni pomagali nam odrabiać lekcje, oni wiedzą, co lubimy jeść, jaki jest nas ulubiony kolor, znają naszych przyjaciół, widzieli nasze uśmiechy i łzy, chodzili na wywiadówki, byli przy nas podczas pierwszych rozterek miłosnych, to oni przywozili nas pijanych z imprez, oni piorą nam gacie. To oni w wieku 40 lat poświęcili swoją drugą młodość, by znów wejść w pieluchy. To dziadkowie odbierają sobie wszystko, żeby tylko było nam dobrze. To ich traktujemy jak prawdziwych rodziców.
Jako dziecko często chorowałam, a nawet bardzo często. Mogłam leżeć w szpitalu tygodniami, dlatego też nieraz zawierałam tam przyjaźnie, niektóre z nich zresztą trwają do dziś... Ale od początku.
Historia miała miejsce w jednym z warszawskich szpitali. Z powodu przeludnienia zostałam przeniesiona z mojego oddziału dziewczęcego do oddziału chłopięcego. Trafiłam do niewielkiej sali, na której znajdywały się tylko 4 łóżka. Dzieliłam więc pokój z 3 chłopakami, w wieku podobnym do mojego. Jako dzieci lubiliśmy rozrabiać, więc o ile nie byliśmy akurat podłączeni do kroplówki uciekaliśmy z pokoju, aby bawić się na korytarzu. Oczywiście zawsze nam się później obrywało od rodziców. Znaczy, wszystkim, poza jednym chłopakiem. Nazwijmy go Łukasz. Do niego nigdy nie przychodzili rodzice. Zawsze siedział sam. Choć był ode mnie starszy o 4 lata, nieraz zdarzało mu się moczyć do łóżka. Więc gdy odwiedzała mnie mama, opowiadałam jej o wszystkim, co się działo, o chłopcu również.
Sama byłam 5-, 6-letnim dzieckiem i nie rozumiałam, dlaczego sprawa u niego tak wygląda. Moja mama zaniepokoiła się daną sytuacją i gdy następnego razu mnie odwiedziła, przyniosła ze sobą też jakieś ciastka i owoce dla chłopca. Zaczęła z nim rozmawiać, a jako psycholog potrafiła do niego dotrzeć. Łukasz otworzył się i zaczął opowiadać o swojej rodzinie. Okazało się, że jego mama zmarła na nowotwór. Ojciec był w stanie umierającym. Miał poza tym 7 rodzeństwa, z czego najstarsza dwójka miała już dzieci. Jednakże nikt z nich nie miał pracy i wszyscy razem zamieszkiwali mały, trzypokojowy domek, choć lepianka byłaby lepszym określeniem.
Mojej mamie zrobiło się Łukasza bardzo żal. Pamiętam, że gdy wyszłam ze szpitala, to dalej czasem go z mamą odwiedzałyśmy.
Gdy w końcu wyszedł, mama zabrała go z nami na wyjazd w góry. Niezwykłe było to, jak niewiele potrzebował, aby być szczęśliwym. Był za wszystko bardzo wdzięczny. Niestety niedługo po tym wydarzeniu zmarł też jego ojciec. Jego rodzinie było bardzo ciężko, a moja mama co roku ich odwiedzała w święta, przynosząc prezenty i słodycze dla najmłodszych i pomagając starszym w utrzymaniu domu.
Teraz Łukasz jest już pełnoletni i pracujący. Kilka dni temu odwiedził nasz dom z bukietem kwiatów dla mojej mamy. Podziękował za wszystko i obiecał postarać się spłacić dług, jaki ma u mojej mamy. Ta tylko się uśmiechnęła i powiedziała, że to tak jakby oczekiwała zapłaty od syna.
Jestem dumna z mojej mamy i dumna z Łukasza. W świecie, gdzie głównie słyszy się o złych wydarzeniach uważam, że należy pamiętać o tym, że to od nas zależy, ile dobrego znajdziemy wokół siebie. Moja mama zaszczepiła we mnie chęć pomagania. Teraz również spędzam sporo czasu w szpitalach, ale już nie pacjent. Jako wolontariuszka i w przyszłości, mam nadzieję, jako lekarz.
Co tu dużo mówić - jak byłem mały, to rozwaliłem komputer. Jak do tego doszło? Już tłumaczę.
Od dziecka kochałem grać w gry, szczególnie (może ktoś kojarzy) w serię Gothic.
Miałem wtedy jakoś z 6 lat, brat poszedł gdzieś do kolegi, rodziców w domu nie ma, no to przystępujemy do gry. Odpalam mojego ukochanego Gothic 2 Noc Kruka no i bang, pod obrazkiem odpala się dziwne ładowanie. Nigdy wcześniej tego nie widziałem, przestraszyłem się mocno. W panice zresetowałem komputer guzikiem, ponownie odpalam grę i znowu to samo. Czynność powtarzałem wiele razy... aż komputer nie chciał się odpalić. Wtedy już naprawdę z ciężkimi portkami i łzami w oczach poczułem zapach spalenizny... Zadzwoniłem szybko do mojego taty mówiąc, że komputer się pali. Kiedy przyjechał i zapytał co się stało, przestraszony odpowiedziałem, że włączyłem sobie komputer (oczywiście nie wspominając ile razy :D) i nagle usłyszałem jakiś huk.
Tak oto zepsułem komputer, próbując włączyć grę (podobno zasilacz nie wytrzymał i do grobu zabrał również ram od skoków napięcia).
Nikt nigdy się nie dowiedział, co tak naprawdę było przyczyną i nikt mnie nie podejrzewał. Jako że komputer ten sporo wtedy kosztował, to po prostu bałem się przyznać, zabiorę to ze sobą do grobu.
Miałam może 10 lat, jak nie mniej. Idąc korytarzem na drugim piętrze, poczułam nagłą chęć zaburzenia spokoju mojego 17-letniego brata. Weszłam do jego pokoju i dostrzegłam na ławie pokarm bogów - czekoladę!
Brat od razu zaczaił, o co mi chodzi. Zwinęłam czekoladę, a on w ekspresowym tempie wstał i zaczął mnie gonić. Pędziłam w stronę schodów... I w tym momencie poślizgnęłam się na śliskiej podłodze, spadając na brzuchu, głową w dół po kafelkowych, twardych schodach, rozłożona jak żaba. Gdy zjechałam na sam dół, od razu wstałam i spojrzałam na przerażonego brata. Spojrzałam na przerażoną minę brata i zaczęłam cieszyć się do samej siebie, z dumą ściskając zdobytą czekoladę.
Po chwili poznałam powód jego przerażenia. Miałam starte do krwi obie ręce, a nogę zdartą do samej kości i pękniętą.
No, ale czekoladę miałam!
Idę sobie ostatnio z pewnego miejsca, wzrok wbity w ziemię, na twarzy wypisane wszystkie troski świata. Z wyjściowej bramy odzywa się nagle do mnie jakiś bezdomny pan, pokazując ręką za mnie:
- Coś pani zgubiła!
Oglądam się za siebie. Nic kurde nie ma. Może gościu sobie żartuje, ale nic, wróciłam poszukać.
Patrzę po tej ziemi. Kurde, ni ma. Pan bezdomny krzyczy do mnie:
- Niech pani nie szuka, tam nic nie ma!
Chwila irytacji, złowrogie spojrzenie, w planach: wyminięcie gościa z podniesioną głową i niedanie po sobie nic znać.
Pan dodał z ogromnym optymizmem, wymachując rękoma:
- Pani uśmiech zgubiła! Niech pani nie szuka na ziemi! Tam nic nie ma!
Nic mnie tak nigdy nie uderzyło. Pan bezdomny był bogatszy ode mnie.
Dodaj anonimowe wyznanie