#9uQrt

Mój wujek po wypadku stracił nogę i nosi protezę. Ale jest bardzo pracowitym człowiekiem i ima się każdego zajęcia, aby trochę sobie dorobić.

W tamtym czasie, to jest jakiś rok temu, załapał fuchę, bodajże jako dekarz w Stacji Kontroli Pojazdów.
No i siedzi sobie na tym dachu, aż tu nagle odczepiła mu się noga i spadła wprost na maskę nadjeżdżającego właśnie auta.

Kierowca przeżył mini zawał, bo myślał, że kogoś przejechał. Nie był w stanie powiedzieć ani słowa. A mój wujek, jak gdyby nigdy nic, krzyczy:
- Panie, rzuć mi nogę!

Mina kierowcy... No cóż - oceńcie sami :D

#dLALy

Wyznanie będzie o mojej pracy dorywczej.

Mam 17 lat i jestem uczniem liceum. Mam normalną rodzinę i nie jesteśmy biedni, stać nas na różne rzeczy. Jednak nie lubię pasożytować na rodzicach i brać od nich pieniędzy, chociaż oni mogliby mi je dać albo coś mi kupić. I teraz przechodzę do części głównej wyznania.

Ta moja dorywcza praca polega na zbieraniu złomu. Wiele ludzi uważa że jest to praca upokarzająca i niepasująca do przeciętnego człowieka. Jest to praca, która wymaga cierpliwości, dużej siły oraz sprytu. Mieszkam na blokowisku, gdzie są altany śmieciowe. Są tam kubły na metal i często biorę z nich puszki. 


Oprócz tego czasem zaglądam na tyły altan, gdzie jest wyrzucone są czasami elektrośmieci. Jak już znajdę taki sprzęt to jestem zadowolony, ponieważ zawiera on miedź, która jest dość że tak powiem cenna, ponieważ na skupie kosztuje 15 zł za kilogram (żelazo i stal kosztują ok.0,5 zł, a aluminium ok. 2-3 zł). Chociaż wiem, że na innych skupach jest czasami wyższa cena, ale mieszkam w małym mieście i nie ma tam wiele skupów. Puszki i żelazstwo dość łatwo znaleźć, bo mogę je wyciągnąć z kosza, ale z miedzią jest nieco problemu, ponieważ trzeba dość długo jej szukać, bo ludzie nie zawsze wyrzucą elektrośmieć do altanki. 


Oprócz tego znajdowałem rzeczy, które później bardzo mi się przydawały np. koszyk do roweru lub stara lampa naftowa, którą odrestaurowałem. Ale nie ograniczam się tylko do altanek na blokowiskach. Bardzo często zbieram elektrośmieci ze śmietnika na tyłach galerii handlowej w moim mieście. Często są tam pralki, lodówki i inne duże AGD. Nie mogę rozebrać tego na miejscu więc taki sprzęt zabieram do babci. Wymaga to dobrej siły fizycznej, bo spróbujcie nieść 2 odkurzacze lub duży metalowy okap idą w szybkim tempie aby nikt was nie zauważył. Jednak zabranie sprzętu to połowa drogi. 


Sprzęt ten trzeba rozebrać aby dostać się do miedzi. Biorę w tedy duży młot i rozbijam obudowę. Wystarczy kilka uderzeń i ma się już dostęp do elementów w środku np. silniki i transformatory. Następnie trzeba te elementy rozebrać aby uzyskać zwoje miedzi. Nie jest to łatwe zadanie, ponieważ niektóre silniki lub transformatory są bardzo mocno złożone i nie raz trzeba użyć młotka lub szlifierki, aby to rozebrać.

Teraz opowiem o zarobkach. Mój dziadek również zbiera złom i czasem mi pomoże w rozbieraniu. Gdy idziemy na złomowisko, on zbiera swój złom (zbieramy oddzielnie, on ma swój złom, a ja swój). Gdy otrzymamy pieniądze to dzielimy się po połowie. Zazwyczaj mam z tego 60 zł.

Najbardziej "dorobiłem" się na złomie w czasie powodzi. Gdy powódź przeszła przez miasto, dużo ludzi wyrzucało zalane rzeczy. W tym wiele elektrośmieci. Raz znalazłem 2 ogromne transformatory z których uzyskałem 3 kg miedzi.

Co prawda nie mam z tego dużo pieniędzy, ale zawsze jakiś grosz wpadnie i jestem 😀

#g5vWP

Wracając do WOŚP-u...
Mam 18 lat. Mój brat ma 8. I właśnie 8 lat temu w mojej rodzinie wydarzył się ogromny dramat.

Odkąd pamiętam, dość szybko zacząłem rozumieć pewne rzeczy dorosłych. Moja mama zmagała się z rakiem, dzięki swojej dociekliwości doskonale wiedziałem, czym jest ta choroba i jak bardzo wyniszcza człowieka. Przed chorobą mamy rodzice zawsze chcieli mieć drugie dziecko. Miałem 9 lat, kiedy ona zachorowała. Kilka miesięcy później dowiedzieliśmy się, że mama jest w 2 miesiącu ciąży. Każdy wie, jak wielkim ryzykiem jest ciąża podczas tej choroby. Ale mama chciała donosić tę ciąże. Odmówiła chemio- i radioterapii. Tylko po to, żeby dać mojemu tacie upragnionego potomka, a mi rodzeństwo.

Z każdym miesiącem ciąży widzieliśmy, jak mama znika na naszych oczach. W pewnym momencie tata i lekarze rozważali aborcję. Mama się nie zgodziła. W 7 miesiącu ciąży nastąpiło załamanie. Ciąża, wespół z rakiem, doszczętnie wyniszczyły mamę... Umarł jej mózg, ale serce jej i dziecka nadal biło. A biło tylko dlatego, że istnieje pewien człowiek, uważany przez środowisko kościelne za złodzieja. Człowiek, który robi koncerty dla brudasów i satanistów. Który co roku robi wielkie rzeczy. Serce mojej matki biło tylko dzięki maszynie z czerwonym serduszkiem. Lekarze podjęli decyzję o cesarskim cięciu. Mój braciszek, uwaga, również żyje dzięki inkubatorowi z serduszkiem. Mamy nie udało się uratować.

Dziś mija prawie 8 lat od tamtych wydarzeń. Mamy nie udało się uratować, ale jej część żyje w moim bracie. Poświęciła się dla niego, choć to poświęcenie nie owocowałoby, gdyby nie te maszyny z serduszkami. Gdyby nie pewien człowiek. Dziś jestem wolontariuszem, zbieram pieniądze, pomagam w organizacjach aukcji itp. Wiele razy byłem przeklinany przez mojego księdza, laski babeczek prawie lądowały na mojej głowie, a w szkole śmieją się, że i tak nic z tego nie mam. Gdyby tylko znali prawdę, wiedzieli co przeżywałem, co czułem. Oczywiście, nie wspomnę o publicznym potępieniu pewnych pań i panów posłów. I wiecie co? Te słowa zabolały prawie tak bardzo mocno jak ból, kiedy traciłem moją matkę.

Nawet jeśli nie wszystkie zebrane pieniądze trafiają na kupno sprzętu medycznego, pytam się - co z tego? Ile za te pieniądze zostało zakupione? Ilu trudu włożyły tysiące osób, żeby zebrać choć trochę pieniędzy? Niech nawet zabierają sobie pewną część z tych zbiórek, tak czy siak, pomaga Owsiak :) Głoście tę prawdę. A wszystkim, którzy to potępiają... Życzyłbym, ale moje serce na to nie pozwala, żeby Wasze dzieci, odpukać, walczyły o życie, z pomocą tej maszyny i wygrały. Niech Orkiestra gra! Do końca świata i jeden dzień dłużej :)

#ZjKnq

Było to parę lat temu.

Miałem około 9 lat i rozpłakałem się w kościele. Mama się mnie zapytała z lekkim uśmiechem, czy się wzruszyłem mszą, a mnie po prostu nogi bolały i nie mogłem usiąść bo, ksiądz mówił i mówił i nie można było siadać.


Do dzisiaj wspomina, że taki wrażliwy jestem, że za dzieciaka na mszy płakałem, a ja nie wyprowadzam jej z błędu.

#CjRD0

Zabrałam mojego chłopaka na imprezę do moich znajomych. Jako że rzadko zdarza się okazja z nimi spotkać, postanowił dobrze to uczcić. Facet jak to facet, nie ma umiaru. Tak było też w tym przypadku.

Po imprezie mieliśmy spać u mojej koleżanki. Droga nie była długa, jednak mój ukochany zmarzł niesamowicie. Kiedy weszliśmy do domu koleżanki, było mu tak zimno w stopy, że prawie płakał. Alkohol robił swoje, więc biedaczek usypiał na siedząco z nogami pod moją koszulką, żeby było mu ciepłej. Wiadomo, że jak to z noclegami bywa, było nas kilkoro w pokoju. W dodatku były to same dziewczyny. Gadaliśmy jeszcze chwilę, ale widziałam, że on już nie daje rady, więc położyłam go na łóżku i zaczęłam rozpinać mu koszulę, żeby nie spał w opakowaniu. A on zaczął krzyczeć do mnie:
- Zostaw mnie, kobieto, ja mam dziewczynę, daj mi spokój!!!
Ja nadal próbuję rozpinać tę koszulę, na co on:
- Daj mi spokój, gdzie jest moja dziewczyna, ja nie mogę się rozbierać, tu jest tyle obcych dziewczyn!!! Bez niej nie zasnę, chcecie mnie wykorzystać! Gdzie ona jest?!

Rano wstał i miał do mnie pretensje, dlaczego pozwoliłam spać mu w ubraniu, przecież wiem jak on tego nie lubi!

#QHgzY

Jakiś czas temu zdałam sobie sprawę, że w naszym małżeństwie role całkiem się odwróciły. Zaprosiłam mojego męża na rocznicową randkę. Poszliśmy na do restauracji, gdzie to ja zapłaciłam za posiłek. Następnie wróciliśmy do domu. Mój ukochany umył podłogę, zrobił pranie, a następnie położył się do łóżka. Na sugestie cielesnych uciech zareagował jęczeniem, że boli go głowa. A potem zjadł aspirynę i naburmuszony poszedł spać.

#2x5fX

Parę lat temu miałam taką sytuację, że dużo jeździłam komunikacją miejską, w związku z czym posiadałam bilet miesięczny. Akurat tego dnia nie wzięłam go ze sobą, pieniędzy też nie miałam, a na to spotkanie nie mogłam się spóźnić. Stwierdziłam, że dzisiaj niedziela, to na pewno nie będzie kontroli.

Przejechałam kilka przystanków i oczywiście moje szczęście zadziałało: widzę kanarów. No super, pomyślałam, i zaczęłam się zastanawiać czy mogę jakoś z tego wybrnąć. Patrzę na kontrolera i nagle widzę moją szansę: wytatuowany fragment wiersza z "Władcy Pierścieni", brzmiący tak: 'Nie każde złoto jasno błyszczy'.

Mężczyzna podchodzi do mnie, a ja uśmiecham się i dopowiadam:
'Nie każdy błądzi, kto wędruje,
Nie każdą siłę starość niszczy,
Korzeni w głębi lód nie skuje.'

On ma na twarzy wyraz bezbrzeżnego zdumienia, odwraca się, sprawdza bilet innej pani. Ja już się cieszę, że mi się upiekło, ale kanar znowu podchodzi do mnie, i... daje mi bilet ze swojego pliku (w moim mieście kanary też kasują bilety, z tym, że dostają je darmo).

Podziękowałam mu, skasowałam, kontrolerzy wysiadają. Oglądam sobie ten bilet, i na drugiej jego stronie widzę dziewięć cyfr...

Po powrocie do domu, zadzwoniłam pod wskazany numer, umówiliśmy się. Okazało się, że znalazłam swój ideał - pomijając cudowny charakter i wygląd anioła, mamy prawie całkowicie zbieżne zainteresowania: ornitologia, twórczość Tolkiena i Star Wars'y.

Okazuje się, że kanar też człowiek ;)

#x5DRE

Jestem beneficjentką pandemii :)

Od połowy marca 2020 pracuję z domu, w biurze byłam łącznie pięć razy. Robię dokładnie to samo, bez konieczności dojazdów, siedzenia w głośnym biurze i bardzo mi się to podoba. Zarabiam tyle samo, a przez lockdown dużo mniej wydaję, więc uzbierało mi się naprawdę dużo oszczędności.
Na szczepionkę czekam tylko po to, by móc pojechać na super wakacje bez problemów. Nie tęsknię za dawnym życiem, jeśli będzie trzeba wrócić do stacjonarnej pracy, to będę szukać nowej firmy, która pozwoli mi pracować zdalnie.

Szkoda mi tych wszystkich, którzy zachorowali lub zmarli, ale cieszę się, że to wszystko się wydarzyło - dla mnie mogłoby trwać wiecznie.

#9MFMm

Mój mąż jest wychował się na wsi. Jest najmłodszym, ale zdecydowanie najmądrzejszym w rodzinie. Podczas gdy jego bracia chodzili do szkół najbliżej domu, gdzie poziom był bardzo niski, on dojeżdżał codziennie ponad godzinę w jedną stronę do najlepszego liceum w najbliższym większym mieście. Podczas gdy bracia pili piwko w garażu z kolegami, on uczył się do ogólnopolskich konkursów ze swojego ulubionego przedmiotu (oczywiście jemu też często zdarzało się wypić czy zapalić z kolegami, po prostu nie robił tego codziennie). Udało mu wygrać olimpiadę, dzięki czemu zyskał indeks na wszystkie uczelnie w kraju.

Studia skończył z łatwością, a po studiach dostał się na płatny staż w USA, który mu później przedłużyli o kolejny rok. Odłożył dzięki temu sporo pieniędzy, a po powrocie do Polski mimo młodego wieku dostał bardzo dobrą pracę z dobrą pensją. Wtedy też poznał mnie. Ja również skończyłam dobre studia, też mam dobrą pracę i fajną pensję i też miałam sporo oszczędności. Jeszcze przed ślubem postanowiliśmy kupić razem mieszkanie i wtedy zaczęły się problemy.

Po pierwsze mąż poprosił mnie, żeby skłamać, że bierzemy kredyt na mieszkanie. Zgodziłam się, bo co mi szkodziło. Później podobnie z samochodem, żeby powiedzieć, że okazyjnie kupiliśmy używany, chociaż kupiliśmy nowy samochód z salonu. Jak bracia pytali się, ile nas kosztowały wszystkie nowe rzeczy, które mamy, to mąż zawsze zaniżał cenę o połowę.

Niby nic szkodliwego, ale strasznie denerwuje mnie to, że on sam ciężko pracował na wszystko co ma, a wstydzi się do tego przyznać. Mamie przelewa co miesiąc pieniądze i też prosi, żeby nic nie mówiła braciom. Mówi, że staż w USA nie był płatny, że dostał tylko zakwaterowanie i wyżywienie (chociaż wiedząc, jakie dostał stypendium, można z łatwością wyszukać jego warunki w internecie). Jak wyjeżdżamy na fajniejsze wakacje, to absolutnie żadnych zdjęć na social media, bo jeszcze bracia zobaczą.

Zaczyna mnie to strasznie wkurzać, bo tak jak pisałam, te pieniądze nie spadają nam z nieba, tylko ciężko na nie pracujemy i takie udawanie, że żyjemy na skromnym poziomie wydaje mi się głupie i mało pouczające (myślę, że dzieci braci też by na tym skorzystały, gdyby zobaczyły, ile wujek osiągnął dzięki nauce i ciężkiej pracy). A bracia i ich żony oczywiście sami przepieprzają kasę na głupoty i przez to żyją od wypłaty do wypłaty.

Próbowałam o tym rozmawiać z mężem, ale on nie widzi w tym wszystkim problemu. Przecież nie chodzi mi o wstawianie sobie złotych zębów i obwieszanie się diamentami, tylko żebym nie musiała się wstydzić tego, ile osiągnęłam dzięki swojej pracy...
Dodaj anonimowe wyznanie