#wSmje
Czytając to, pewnie od razu macie o mnie złe zdanie, ale posłuchajcie całej historii.
Kiedy poznałam mojego obecnego męża, oboje pracowaliśmy w swoich zawodach w jednym z dużych miast w Polsce. Jednak tuż przed ślubem on zaczął przebąkiwać o wyjeździe za granicę. Ja byłam przeciwna - nasze zawody pozwalały nam dobrze żyć, miałam w PL rodzinę, przyjaciół, życie. na dodatek w jego zawodzie właściwie wystarczy przeciętna znajomość angielskiego, aby pracować gdziekolwiek za niezłe pieniądze. W moim fachu jest inaczej: aby dobrze go uprawiać, trzeba znać angielski prawie perfekcyjnie, a dodatkowo - również języku kraju, w którym się pracuje. Dlatego byłam przeciwna wyjazdom.
Jednak tuż po ślubie, mój miły przyjął propozycję pracy za granicą. Przez jakiś czas ciągnęliśmy związek na odległość, ale nie układało nam się za dobrze mieszkając osobno (mąż nie lubi rozmów przez telefon, a innej opcji długo nie było). W końcu rzuciłam pracę i przyjechałam do niego, bo zależało mi na małżeństwie.
Od razu zaczęłam intensywną naukę miejscowego języka i kurs angielskiego, jednak nadal nie jest to na takim poziomie, abym mogła pracować na stanowiskach jak w Polsce! Od lat pracuję więc poniżej kwalifikacji i cieszę się, kiedy złapię zdalną fuchę z PL. Strasznie mnie to męczy. Mój mąż z kolei od lat powtarza, że może nas utrzymać i mam sobie odpuścić i zająć się domem czy ogrodem. Strasznie mnie to frustruje, bo nie czuję się w pełni sobą, nie mogąc realizować ambicji. Rozmowy nic nie dają, bo od przyjazdu, czyli od blisko 4 lat, mój mąż inwestuje w swoją karierę, a moje prośby o powrót olewa.
W tym roku postanowiłam - wracam do Polski, szukam pracy w zawodzie, dodatkowy język i niezły angielski powinny pomóc. Jeśli mój mąż nie wróci ze mną, to czeka nas rozwód. Postawię go przed takim samym wyborem, jak on mnie przed przyjazdem tutaj.
Pytałam wstępnie prawniczki, nawet z połową naszego dotychczasowego majątku będę nieźle ustawiona. I nie, nie mam wyrzutów sumienia, że na wszystko zapracował mój mąż. Sam taką decyzję podjął!
Jestem wściekła i rozżalona, ale pora wreszcie zawalczyć o swoje marzenia i swoje ambicje!
I właśnie dla tego intercyza powinna być standardowym rozwiązaniem, a nie tylko opcją.
Nie rozumiem dlaczego uważasz, że jej się połowa pieniędzy nie należy. To z jego winy/decyzji ona nie zarabiała.
Dokładnie. Wtedy żadna nie przycwaniakuje. Cżesto jedynie wnosza do zwiaaku pewna cześć ciała, a potem zaczyna sie skubanie.
Nie podoba mo się to co napisała autorka wyznania, ale też chyba niektórzy nie rozumieją, na czym polega małżeństwo. Mąż już na początku podjął sam decyzję, która miała mieć niebagatelny wpływ na życie zawodowe i finansowe obojga. Tak się nie robi. Dobrze, że autorka, pomimo namów męża, nie zdecydowała się na porzucenie pracy zawodowej, część osób przez taką decyzję staje się później ofiarami przemocy ekonomicznej. Z wyznania wynika, że ani autorka ani jej mąż nie są wystarczająco dojrzali do małżeństwa, ale widzę, że niektórzy komentujący również
I to nie jest tak, że nie popieram podpisywania intercyzy, jak najbardziej. Kwestie finansowe warto zawsze dokładnie omówić. Niestety, ludzie się zmieniają i bywają nieodpowiedzialni i/lub nielojalni.
Żeby mąż mógł mieć darmową sprzątaczkę,kucharkę i prostytutkę, a jak mu się znudzi to nara, wszystkie pieniądze jego?
Intercyza jest bardzo przydatna, a to przecież nie przeszkadza w posiadaniu czegoś wspólnie, ale przynajmniej (i przede wszystkim) rozgranicza też moje-twoje. Małżeństwo małżeństwem, ale to są dwie indywidualne jednostki, które w dniu ślubu nie stają się magicznie jedną całością, gdzie wszystko jest NASZE, WSPÓLNE, co często wygląda jak "co moje to moje, co Twoje to nasze"
@rutabo A to przez kogo autorka nie może wnieść nic więcej do związku???
Mój były narzeczony podjął taką samą decyzję - wyjechał bo będzie NAM się lepiej żyło. Przy czym z moim wykształceniem i pracą niewiele mogłabym zdziałać. Więc po dwóch latach na odległość się pożegnaliśmy. Najlepsze jest to, że on nie rozumiał moich pretensji bo przecież zrobił to dla nas - w jego przekonaniu lepiej żyłoby mi się zagranicą jako utrzymanka niż w PL pracując.
Piszesz o tym w sposób, który stawia Cię w średnim świetle. Ale, szczerze mówiąc, nie dziwi mnie to. Jakby nie było, mąż przez kilka lat ignorował Twoje potrzeby i ambicje, i myślał tylko o sobie pokazując, że tak naprawdę Cię nie szanuje. Tak, należy Ci się połowa tego, co zarobił, ale nad formą podania musisz popracować ;)
nie zasługujesz nawet na złotówkę z jego majątku
uważasz tak bo jesteś głupi, albo masz kompleksy
Intercyza i pasozyty nie maja potem racji bytu. Typowa kobitka, złapac frajera i oskubać jak cos nie pasuje.
Jak dla mnie masz rację. Może źle to napisałaś ale fakt jest taki, że należy ci się. Małżeństwo to kompromis i wspólne podejmowane decyzję, jeżeli ciągle ulegasz i robisz coś dla kogoś a ta druga osoba nigdy nie nagnie swoich potrzeb dla Ciebie no to chyba coś jest nie tak. W życiu trzeba walczyć też o swoje potrzeby i marzenia a nie wiecznie ulegać dla kogoś kto i tak nie doceni tylko stwierdzi, że tak ma być i to w sumie twój obowiązek.
Odnosze wrazenie, ze pierwsze zdanie charakteryzuje cie dosc dokladnie.
Twój mąż to straszny egoista, skoro nie patrzył na ciebie przy decyzji o wyjeździe, natomiast ty też wydajesz się być niezłą harpią, skoro teraz chcesz się na chłopie mścić zabierając mu pieniądze.
Wyrolował ją? Niby jak? Uległa i wyjechała, nie musiała tego robić, nie porwał jej ani nie ściągnął siłą. Wystarczyło zastanowić się nad rozbieżnością w oczekiwaniach wcześniej, a nie teraz twiedzić, ze spoko jest oskubanie go z kasy. Trzeba totalnie nie mieć honoru.
Ja myślę, że właśnie dobrze się dobraliscie, macie podobne priorytety i wartości. A tak serio, to wasz związek był od początku fikcją.
Już samo to, że nie potrafił się przemóc do rozmowy przez telefon, że ma na Ciebie wyebane. Po cholerę ten ślub był.. Bo nie wierzę, że nie dawał jakiś innych znaków przed małżeństwem.