Godzina trzecia w nocy. Ja - pół człowiek, pół sowa - siedząca przy komputerze. W pokoju jakoś zimniej niż zwykle. Coś stuknęło w okno. Otulam się mocniej kocem. Kontynuuję facebookową konwersację. Wtem stwierdzam z przerażeniem, że nie dotykam klawiatury, a jakaś tajemnicza siła wciska za mnie spację. Obserwuję narastającą ilość spacji. W myślach plączą się myśli - czy to duch? Stąd ten chłód, stąd to stukanie? A może mam schizofrenię?
Po chwili wszystko stało się jasne.
Mój cycek wciskał spację. Zawsze się garbiłam.
Moi rodzice od zawsze kupują sobie nowe rzeczy - tu nowy laptop, tam nowy telefon, telewizor etc. Ja jako jedynaczka zawsze słyszałam ten stereotyp, że jedynaki zawsze dostają to czego chcą. Obalę ten mit. Odkąd pamiętam zawsze dostawałam takie rzeczy po kimś - telefon po mamie i tacie, komputer jest starszy niż ja (mam 15 lat) itd.
Ostatnio jednak dostałam nowy telefon, bo poprzedni się totalnie rozpadł. Nie od rodziców, moi rodzice chcieli mi wcisnąć jakiś stary albo ten popsuty naprawić. Gdy dostałam swój telefon, to mój ojciec od razu odpalił z tym, że może się zamienimy - ja dostanę jego stary telefon, a on weźmie mój nowy.
To co wtedy się działo to masakra. Wkurzyłam się. I nie oceniajcie mnie źle, ja po prostu miałam dość, wcześniejsze telefony i inne rzeczy dostawałam już serio zniszczone, a gdy w końcu miałam coś nowego, to od razu ktoś chciał mi to zabrać.
Okropne uczucie.
Pewnego razu, gdy jak co dzień wsiadłam o 6:34 do autobusu, zauważyłam, że małymi krokami zbliża się do mnie kanar. Na szczęście moja karta miejska była na swoim miejscu, w torebce. Odetchnęłam i rozejrzałam się dookoła z ciekawości, jak bardzo kontroler zmienił swoje położenie. Wtedy właśnie zauważyłam bardzo interesującą dyskusję pewnej starszej pani z kanarem. Ważne jest to, że owa pani stała i trzymała się barierki tuż przy drzwiach autobusu.
Kontroler wyciągnął czytnik i nic nie mówiąc, wystawił do owej babci.
- Mogę w czymś pomóc? - zapytała uprzejmie, uśmiechając się.
- Mogę prosić bilet?
- Ach... no prosić pan może - odpowiedziała, wciąż utrzymując na twarzy szeroki uśmiech.
- Ma pani bilet? - zapytał już trochę podirytowany.
- Ach... no mam, mam, ale proszę pana, bo mnie bolą nogi, ja stara jestem, to poczekajmy może aż autobus się zatrzyma, bo mi trudno równowagę utrzymać - wciąż w szerokim uśmiechu odpowiedziała.
Cała ta rozmowa trwała dwa przystanki, a gdy autobus się zatrzymał, babcia błyskawicznie wyskoczyła z pojazdu i tylko rzuciła kilka urokliwych słów.
- A teraz, to wie pan, gdzie może wsadzić sobie ten kontrolerek? W DUPĘ!!! - wrzasnęła, zarechotała i uciekła.
Historia, o której wie tylko kilku członków naszej rodziny.
Moja starsza siostra ma 29 lat. Jeszcze 5 lat temu była w szczęśliwym związku - wspólne plany, wielka miłość. Wkrótce po wynajęciu wspólnego mieszkania dowiedziała się, że jest w ciąży. Nie posiadała się z radości. Od razu powiedziała o tym swojemu chłopakowi, ale ten zarzucił jej zdradę i wyrzucił ją za drzwi. Powiedział jej, że jest bezpłodny. Że wiedział o tym od paru lat, ale bał się jej do tego przyznać. Siostra zaczęła tłumaczyć, że go nie zdradziła, że lekarze musieli się pomylić, że ona może nawet zrobić testy po narodzeniu dziecka. Na nic zdały się tłumaczenia, był nieugięty, powiedział jej wiele niemiłych słów. Pojechała do szpitala, aby wyjaśnić sprawę, ale nie chcieli nawet z nią rozmawiać. Chłopak musiałby się stawić osobiście. Sęk w tym, że nie chciał. Był święcie przekonany, że kobieta jego życia go zdradziła i nie chciał mieć z nią nic wspólnego.
Co było robić? Siostra wróciła do rodziców, opowiedziała im o wszystkim, a ci ją przyjęli pod swój dach i obiecali pomoc.
Po ośmiu miesiącach moja siostra urodziła dziecko, po pewnym czasie znalazła sobie kogoś nowego. Pozwała swojego byłego o alimenty, no i nie obyło się bez testów na ojcostwo.
Co się okazało? Dziecko było jego.
Były siostry chciał do niej wrócić, ale ona nawet nie chciała o tym słyszeć, zdążyła ułożyć sobie życie na nowo. Zresztą miała do niego ogromny żal, że jej nie zaufał.
Czasem go widuję pod sklepem, bo co jakiś czas wpada w cug i popija z lokalsami, żaląc się wszystkim dookoła, że mógł mieć wspaniałą kobietę i syna, ale został sam.
Nienawidzę zbiórek charytatywnych w tym kraju żebraków.
Pewnie po tym wyznaniu zostanę zniszczony, ale wszyscy wiemy, że najgłośniej krzyczą hipokryci i fałszywi moralizatorzy. Taka prawda. Więc co najwyżej wzruszę ramionami, bo mam własną historię.
Otóż nie znoszę trendu "pomagamy". Wszędzie tylko wyciągnięte łapska po kasę. Co chwilę akcje w stylu "Pomóż chorej Halince"; "Niepełnosprawny Kubuś potrzebuje Twojej pomocy" "Rodzice chorej Kasi błagają o pomoc na operację w Koluszkach".
Mam 32 lata. Urodziłem się jako dziecko z lekkim porażeniem mózgowym. Sprawny intelektualnie ponad normę, lecz nie do końca fizycznie. "Za moich czasów" nie było możliwości wyciągania pieniędzy od obcych (a nawet jeśli była w jakimś stopniu - godność moich rodziców na to nie pozwalała). Dzisiaj jestem taki jak inni dzięki ciężkiej pracy i wysiłkowi mojej mamy (rehabilitacje, ćwiczenia, sanatoria) i ciężkiej pracy mojego taty, który robił na dwie zmiany, żeby na to wszystko samemu zarobić. Pomagała nam tylko najbliższa rodzina.
Dlatego dzisiaj jak widzę te żebracze akcje, to mam ochotę powiedzieć tym ludziom "Sam zarób, popytaj rodzinę, znajomych, weź pożyczkę albo jedź do pracy w Niemczech chociażby". Jeszcze gdyby to było sporadycznie i dotyczyło astronomicznych, nieosiągalnych dla jednego człowieka sum to okej... Ale często te zbiórki to jest właśnie coś, co można by ogarnąć samemu, wykazując trochę determinacji i inicjatywy własnej! Że Ty jeden z drugim masz wstyd i tupet żebrać o 20 - 30 tysięcy złotych... Tfu!
I nie rzucajcie argumentów "Bo to państwo... Bo urzędnicy nie pomogą... Bla bla bla..." Jestem bezdzietnym kawalerem w wieku produkcyjnym. Mi nikt nic nie daje. To ja muszę pracować na innych i dawać im. Mnie nikt nie pyta, czy pracowałem dzisiaj 14 godzin czy 16. Każdy z tych żebraków ma to gdzieś. Mam własną firmę - ponad połowę tego co zarobię muszę oddać temu państwu. Resztę oddaję w Vacie, marżach i innych daninach przy codziennych zakupach w życiu pozazawodowym. Więc o czym my tu mówimy?
Powiecie: "Jak tak cię to razi, to nie dawaj. Nie musisz". No i nie daję. Ale rzygać mi się chce, jak patrzę na to roszczeniowe społeczeństwo i jego żebracką mentalność. Kiedy to się skończy?
PS Parę lat temu przygarnąłem dwa psy ze schroniska. Nie ma istoty, która lepiej niż one potrafi okazywać miłość i wdzięczność. Co miesiąc wpłacam na schronisko w moim mieście po 30-50 zł.
A to dlatego, że zwierzątka nie są w stanie same na siebie zarobić, same zmienić swój los. Ale mamusia i tatuś chorej Halinki czy Kubusia już jak najbardziej!
Sytuacja wydarzyła się 3 lata temu, były upalne dni (lato).
Mieliśmy też psa, wabił się Murzyn (był cały czarny).
Ale do rzeczy.
Musieliśmy pojechać po mamę, dokładnie do Biedronki, więc musieliśmy zostawić psa samego, a że było +40 stopni, to wypuściliśmy go na dwór, żeby przypadkiem się nie udusił czy soc (bo jak to bywa latem nawet w domu, gdy są wszystkie otwarte okna, to i tak jest duszno).
Stoimy już z mamą przy kasie, a między nią a tata nawiązał się taki dialog:
- Wypuściłeś Murzyna?
- No tak, chociaż miał w piwnicy zostać. (Tam chłodniej i w ogóle).
- To dobrze, ale żeby nam nie uciekł, bo znów będzie sprawa na policji. (Skakał na dzieci, bo chciał się bawić i jakaś baba zawiadomiła o tym policję, tak dla wyjaśnienia).
Jako, że moi rodzice strasznie głośnio rozmawiają, to miny tych wszystkich ludzi, którzy to słyszeli, nie zapomnę do końca życia.
Na studiach poznałam swojego przyjaciela, Michała. Od razu się zakumplowaliśmy. Zaczęła się wspólna nauka na egzaminy, kolokwia, częste wypady na piwo, pisanie całymi dniami o rzeczach, które nas cieszyły, martwiły, o studiach.
Na początku nie zauważałam tego, ale Michał zaczął dawać mi sygnały, że mu się podobam. Problem tkwił w tym, że dla mnie był przyjacielem, nikim więcej. Postanowiłam wtedy z nim porozmawiać. Rozmowa była długa i trudna, ale oboje wylaliśmy z siebie to, co nas trapiło. Wspólnie doszliśmy do wniosku, że pozostaniemy przyjaciółmi. I mogłoby się wydawać, że wszystko wróciło do normy. Częste wyjścia na piwo, wspólna nauka, wspieranie się w egzaminach. On uspokajał mnie przed kolokwiami, że na pewno zdam, w końcu się uczyliśmy. Ja wyprawiałam go na randki, wspierałam przy kolejnych zawodach miłosnych.
Po kolejnym zawodzie miłosnym Michał zaproponował układ - friends with benefits. Nie zgodziłam się, bałam się, że to zniszczy naszą przyjaźń, zresztą nigdy nie pociągał mnie fizycznie. I znów, wydawałoby się, że przeszliśmy nad tym do porządku dziennego. Studia się skończyły, a ja wiedziałam, że uczucie Michała w stosunku do mnie nie gaśnie, dlatego zdecydowałam się zrobić coś, co powinnam zrobić już dawno temu, by oszczędzić nam obojgu cierpienia - zerwałam z nim kontakt. Oczywiście podczas rozmowy, z wytłumaczeniem swoich powodów. Bolało jak cholera, mieliśmy za sobą kilka lat wspólnej historii. Ale od razu po tej rozmowie poczułam ulgę. Michał też to przyjął spokojnie, zrozumiał moje motywy i sam stwierdził, że być może tak będzie najlepiej. Życzyliśmy sobie wszystkiego najlepszego i rozeszliśmy się w swoje strony.
Życie bez Michała było dziwne. Wiecie, jeśli przez kilka lat ktoś ciągle wam towarzyszy, to gdy tej osoby zabraknie, pojawia się pustka. Ale i tak miałam świadomość, że to była najlepsza decyzja. Znalazłam pracę, wzięłam ślub ze wspaniałym mężczyzną, kupiliśmy mieszkanie, dorobiliśmy się dziecka i kota. Sielanka. W ciągu tych kilku lat co jakiś czas docierały do mnie informacje o tym, co u Michała - a to coś zobaczyłam na portalu społecznościowym, a to któryś znajomy wspomniał. Michał też się ustatkował. Wziął ślub ze śliczną kobietą, zmienił pracę na znacznie bardziej dochodową.
Ostatnio spotkałam Michała w sklepie. Schudł od czasu studiów, dojrzał i widać było, że jest szczęśliwy. Przywitaliśmy się ze sobą, zamieniliśmy parę słów. Zbiliśmy piątkę i rozeszliśmy się w swoje strony. Wydaje mi się, że oboje nie mamy zamiaru wracać do starej przyjaźni.
Czasem po prostu lepiej zakończyć coś wcześniej z dobrymi wspomnieniami, niż potem mieć żal do siebie, że nie zareagowało się w porę.
Ola to 21-letnia dziewczyna, studentka na jednej z bardziej prestiżowych uczelni w Polsce. Zawsze uśmiechnięta, radosna, czerpiąca z życia każdą kropelkę. Ola jest też w stałym związku od 3,5 roku, ba jest nawet zaręczona.
Jak już wspomniałam Ola zawsze jest uśmiechnięta, dosłownie każdemu mówi "dzień dobry", z każdym zamieni kilka słów, może nawet poplotkuje. Na uczelni również świetnie sobie radzi. Każdy podziwia jej upór, samodzielność i wytrwałość w dążeniu do celu.
Jednak, gdy wraca do domu po całym dniu na uczelni i zdejmuje "szczęśliwą maskę" z twarzy, to zamienia się w kogoś innego. Kogoś, kto tęskni, niejednokrotnie płacze po nocach i zastanawia się jak to będzie... 2 lata temu Ola straciła matkę. W obawie, że pan rak również i ją może kiedyś zabrać z tego świata, postanowiła przebadać się w każdy możliwy sposób.
Niestety wiązało się to z licznymi wizytami na oddziałach onkologicznych, wspomnienia wracały, łzy niejednokrotnie stawały w oczach, ale Ola była dzielna. Każdemu lekarzowi na nowo opisywała, co spotkało jej mamę. Nie chciała podczas tych wizyt towarzystwa narzeczonego czy ojca.. Chciała być sama.. Nigdy też zbytnio nie dzieliła się wynikami badań z najbliższymi, wszystko zachowywała dla siebie. Dopiero, gdy okazało się, że pod względem genetycznym jest wolna od chorób nowotworowych, była w stanie podzielić się tą radosną nowiną.
Niestety życie Oli nie oszczędza. Podczas badań okazało się również, że będzie miała trudności z zajściem w ciążę, a najbliższe lata to jedyny okres, kiedy tak naprawdę będzie w stanie urodzić dziecko... Już teraz ma na głowie szkołę, dom, z którym niestety musi sobie w większości radzić sama, ponieważ ojciec Oli jak również narzeczony pracują, a rodzeństwa niestety nie ma, sprzątanie gotowanie, pranie, zajmowanie się ogrodem i jeszcze dziecko?
I wiecie co? Ola zdecydowała się na dziecko. Z narzeczonym nie zamierzają czekać z tym do ślubu, przecież tutaj chodzi o ich szczęście. Nie obchodzi ich to, że "tracą młodość", nie obchodzi ich również wścibskie gadanie ludzi, którzy nie znają ich historii. Tak, mieszkają ze sobą, pomimo, że nie są małżeństwem, co oczywiście stało się tematem numer 1 podczas schadzek sąsiadów i sąsiadek pod pobliskim sklepem.
Ola nie ma zielonego pojęcia jak pogodzi tyle obowiązków i wyzwań, które stawia przed nią życie, ale uważa, że robi dobrze, a dziecko zapełni jej pustkę po mamie, która na pewno byłaby dumna z jej uporu i samodzielności.
Cześć. Jak się domyślacie, jestem Ola.
Jestem barmanką. Moje najgorsze doświadczenie z klientami? Kiedyś pijany jak szpadel starszy facet wparował do pubu i bardzo się zmartwił, kiedy odmówiłam mu sprzedaży piwa. Tak bardzo było mu przykro, że zamaszyście narzygał do słoika z napiwkami, wytarł twarz o blat baru, a następnie zaoferował mi pół paczki rosyjskich fajek z bazaru w zamian za szybki numerek w toalecie.
Moja siostra wyszła za czarnoskórego mężczyznę.
Jest to dobry, kochający i odpowiedzialny mąż.
Jako że mieszkają za granicą, moja siostra nie odwiedza nas często. Jednak ostatnio przyleciała z dwiema córeczkami. Wracając, na polskim lotnisku mogła zasmakować tolerancji, jaka kwitnie w naszym kraju.
Już tylko gdy weszła na teren lotniska, jakiś pan przywitał ją słowami skierowanymi do swojej małżonki „Ty, patrz, biała i dwie czarne”, lecz powiedział to na tyle głośnio i z taką odrazą w głosie, że gdy tylko moja mama to usłyszała (bo pojechała na lotnisko razem z siostrą) odwróciła się i powiedziała, że owszem dwie pięknie, mądre i urocze czarne dziewczynki. Mężczyzna tylko wybąkał jakieś przeprosiny i się odwrócił.
Gdy siostra z dziećmi ustawiła się w kolejce do bramek, przed nią stała biała kobieta z białymi dziećmi. Owa kobieta przeszła bez żadnych problemów, tylko jakieś takie standardowe ceregiele.
Natomiast zanim siostra miała przejść przez bramki, kazali dzieciom zdjąć kurtki, czapki, szaliki, buciki. Po prostu całe odzienie wierzchnie. Jako, że młodsza córka ma 7 miesięcy, a druga niecałe dwa lata, rozbieranie trochę zajęło, a strażnicy tylko ją pospieszali, nikt nie chciał pomóc. Po przejściu przez bramki wzięli jej bagaż podręczny (bardzo małą walizeczkę) i niczym prezenty ze świątecznego worka wysypali wszystko na podłogę. Po prostu, ot tak. Zaczęli przeszukiwać rzeczy przy wszystkich innych ludziach w kolejce. Siostra zdenerwowała się i kazała im to schować. Oni powiedzieli, że sama ma to posprzątać, a kłótnia nic nie da. Tak więc moja siostra z siedmiomiesięczną dzidzią na rękach musiała na oczach wszystkich na lotnisku sprzątać swój bagaż. Po wysprzątaniu przez nią podłogi zabrali jej mleko, którym karmiła dziecko i poszli je badać do jakiegoś laboratorium.
Cały ten ambaras trwał ponad pół godziny, przez co samolot był opóźniony o 20 minut.
Mama, patrząc na to prawie płakała, ale niestety nic nie mogła zrobić.
Ja rozumiem, że Conchita Wurst wygrywa Eurowizję, a homoseksualiści mogą paradować na ulicy, ale bądźmy tolerancyjni nie tylko na wizji.
Powinniśmy darzyć szacunkiem wszystkich ludzi, choćby dlatego, że są takimi samymi ludźmi jak my, niezależnie od np. koloru skóry.
Ja sama jestem przeciwna wielu różnym nurtom, religiom, czy jakimiś wymysłom XXI wieku, ale trzeba kochać ludzi, bo sami oczekujemy tego samego.
Akceptacji.
Dodaj anonimowe wyznanie