Wiem, że to zabrzmi dziwnie, ale od jakiegoś czasu mam wrażenie, że moja dziewczyna cieszy się z moich porażek.
Może zabrzmię jak jakiś snob, ale mam zdecydowanie trudniejsze studia od niej. Nie znaczy to, że jej studia są mniej ważne, po prostu przez 3 lata studiowania jej egzaminy opierały się na testach abcd, albo zadaniach typu uzupełnij lukę, i zazwyczaj testy były takie same, jak w poprzednich latach. Wiadomo, trzeba mieć wiedzę, ale jednak łatwiej jest zdać tego typu egzamin.
Ja studiuję na jednej z najlepszych uczelni technicznych, więc czasem jest dosyć ciężko, kiedy siedzę po 12 godzin nad projektami, czy drugi tydzień z rzędu zarywam nocki, ucząc się do sesji.
Potrafi być na mnie zła, bo nie mam dla niej czasu w trakcie sesji albo zaraz przed nią, bo "przecież jestem taki mądry, to powinienem bez problemu to zdać, a nie szukać wymówek". Wkurzyła się na mnie, kiedy przed świętami pojechałem raz na snowboard, bo właściwie miałem jedyną okazję na to ze względu na pogodę, obostrzenia i studia - była zła, że wolałem jechać zamiast spędzić czas z nią (nie, nie chciała jechać ze mną).
Jej znajomy ostatnio pisał egzamin na kamerkach, jest na tej samej uczelni co ja, miał nawet tego samego prowadzącego, tylko jest na innym kierunku. I został złapany za ściąganie, bo pisały mu ten egzamin dwie inne osoby. Kiedy się o tym dowiedziałem, to powiedziałem jej, że no jakoś nie jest mi przykro, bo wiedział z jakim ryzykiem się to wiąże (ma niezaliczony przedmiot bez możliwości poprawy i musi brać waruna) i gdyby mu się chciało uczyć, to by zdał (jest raczej typem imprezowicza, praktycznie codziennie widziałem, jak wrzucał zdjęcia z jakichś domówek na insta, a ten egzamin naprawdę nie był jakiś nie do przejścia).
Dziś dostałem wyniki mojego egzaminu, do którego uczyłem się dwa tygodnie. Napisałem go na 11.5, a od 12 było zaliczenie. Pierwsze słowa mojej dziewczyny? "Trudno, jakby ci się chciało uczyć, to byś zdał".
Pomijam już fakt, że nie jest w stanie zrozumieć, że nie mogę po prostu jak ona dzień przed egzaminem przejrzeć testów z poprzednich lat, bo pytania są otwarte, obliczeniowe + teoria i jeśli ktoś tylko zerknie kilka razy na testy, to nie ma nawet po co przychodzić. Owszem, raz na jakiś czas zdarzy się jakiś łatwy egzamin, jak na razie przez 3 lata miałem dwa egzaminy abcd z przedmiotów, które właściwie były kompletnie bezużyteczne, więc prowadzący poszli nam na rękę. Ale zazwyczaj muszę siedzieć i się uczyć przynajmniej miesiąc przed sesją. A ona jest zła, bo nie wychodzimy na imprezy i tym podobne.
W sumie nie ma tu żadnej puenty, po prostu chciałem się wyżalić.
Prawilny ziomek z Mokotowa uratował mi tyłek przed mandatem.
Widzę zielone.
Mruga, wyliczam, że zdążę przebiec.
Zaczynam sprint, czuję, że ktoś mnie łapie.
Seba.
W odruchu chcę ziomkowi nakopać i spier*olić.
Już robię zamach i słyszę:
- Ślepa jesteś? Tam są miejscy i tylko na to czekają.
Wniosek: nie oceniaj dresa po dresie.
Było to zimą, gdy w całej Polsce spadł śnieg.
Ponieważ jestem wiecznym dzieckiem (mój chłopak zresztą też), zaproponowałam mojemu chłopakowi wyjście na sanki.
Ja wzięłam sanki, a on deskę do zjeżdżania.
Na miejscu okazało się, że mnóstwo dzieci też wpadło na taki pomysł, dlatego my postanowiliśmy wyrabiać sobie trasę z boku górki deską, a potem zjeżdżać na sankach.
Byliśmy w trakcie wyrabiania trasy, gdy podszedł do mnie mężczyzna i zapytał, czy może pożyczyć sanki. Ja oczywiście zgodziłam się i po jakimś czasie pan wrócił i bardzo dziękując oddał mi je. Już miałam odejść, kiedy ten powiedział, że chciałby się jakoś odwdzięczyć i że chciałby nam zrobić kilka zdjęć, gdyż jest profesjonalnym fotografem.
I co?
Mam piękne zdjęcia z moim lubym, a to tylko dlatego, że pożyczyłam komuś sanki na 15 minut.
Życzliwość popłaca :)
Wychowałam się na wsi. Oboje rodzice mieli średnie wykształcenie, ojciec studiował tylko rok i wrócił w rodzinne strony. Mama pracowała w lokalnym małym zakładzie produkcyjnym, ojciec miał warsztat blacharski. W domu było nas trójka. Ani się nie przelewało, ani nie brakowało - przeciętna rodzina. Wyróżniało nas jedno - świetne wyniki w nauce u mnie i mojej siostry. Ona ma wybitne umiejętności matematyczne, ja - talent do języków i pasję do nauk przyrodniczych. Ale w domu nigdy za bardzo nie cieszono się z naszych sukcesów, padały teksty, żeby nie przesadzać z tymi nagrodami, nie wychylać się, że to może dziwnie wyglądać.
Gdyby nie nasi nauczyciele, którzy traktowali nas obie jako formę promocji szkoły i gminy, pewnie byśmy nie jeździły na kolejne konkursy, nie wygrywały nie tylko nagród książkowych, ale i wycieczek, dodatkowych kursów, sprzętu elektronicznego itp. Nauczycielki przychodziły do rodziców tłumaczyć, że warto nas puszczać, że znajomość języków to nie przeszkoda na wsi, że dziewczynka na konkursie matematycznym to chluba dla domu itp. Rodzice czasem się zgadzali, a czasem nie, ale zawsze z tymi "równającymi w dół" komentarzami.
Uważam, że cudem wyrwałyśmy się z zaklętego kręgu przeciętności. Dla 14-latki (obie uczyłyśmy się w czasach przed wprowadzeniem gimnazjów) idącej do świetnego liceum, ale w dalekim i obcym mieście, tylko dzięki negocjacjom wychowawczyni i stypendium od wójta, słowa wsparcia byłyby na wagę złota. A my dostawałyśmy rady, żeby się jakoś wtopić w tłum, nie wychylać, nie zwracać na siebie uwagi konkursami. Przez to przez lata byłam chorobliwie nieśmiała, bałam się odezwać na lekcji. Moja siostra tak samo! Miałyśmy ogromne szczęście, że nauczycielom na wsi i w liceum chciało się nas wyciągać za uszy.
Dziś moja siostra pracuje jako programistka, ja robię karierę międzynarodowego naukowca i dużo podróżuję, mamy dobrych mężów, rodziny. Ale choć obie dorosłe, wciąż zmagamy się z demonami z dzieciństwa - niepewnością, nieśmiałością, poczuciem, że nie pasujemy do ludzi, z którymi pracujemy, czasem z poczuciem winy za sukcesy. I choć moi rodzice dbali o dom, pewnie mieli dobre intencje, kochali nas i chcieli chronić na swój sposób, to nie mogę im wybaczyć tego tłamszenia i równania do przeciętnych. Do dziś przez to trudno mi się do końca cieszyć z życia, które wiodę, bo zastanawiam się, czy aby nie mam za dobrze i czy na pewno na to zasłużyłam.
Pamiętacie takie automaty z kulkami, w których można było znaleźć piłki kauczukowe, łańcuszki i inne takie pierdołki? Gdy byłam mała gromadziłam je i sprawiało mi to dużą przyjemność. W całej tej historii jest jeden drobny szkopuł.
Podczas gdy rodzice dawali mi złotówkę na automat, ja wracałam z kilkoma kulkami zamiast jednej. I teraz zadajecie sobie pytanie: jak?
Wokół restauracji (przed wejściem były maszyny z kulkami), do której chodziliśmy co niedzielę, leżało mnóstwo patyków, patyczków. A ja, urodzona ekonomistka, przedsiębiorca, co niedzielę wsadzałam do automatów krótkie patyczki (długość monety) i o dziwo to działało!
Następnie podejmowałam próby z patyczkami po lodach. Też działało. Co niedzielę pobierałam od innych dzieciaków połowę wartości, która trzeba było wrzucić do maszyny i w zamian dawałam jedną zabawkę. Tak "zarobione" pieniądze chowałam do kieszeni, jak i kulki z maszyny, które brałam dla siebie. Mój interes kwitł do czasu, gdy mama w mojej wersalce, w skrzyni, odkryła zabawki z maszyn i pieniądze w słoiku...
Nie obyło się bez porządnej kary. Rodzice jednak nie odebrali mi moich pierwszych zarobionych pieniędzy.
Teraz gdy o tym myślę, była to kradzież. Ale jedną rzecz trzeba mi przyznać - głowę do interesów mam od małego :D
Klasa maturalna, w końcu nadszedł długo wyczekiwany dzień - studniówka. Wyszykowałam się, tata odwiózł mnie na miejsce, po czym rozpoczęła się zabawa. Tak, poszłam sama - uznałam, że branie kogoś ''na siłę'' jest totalnie bez sensu, a tak przynajmniej będę mogła bezkarnie potańczyć z kolegami. Wiadomo jak jest, studniówka niby impreza szkolna, ale mało kto wychodzi z niej trzeźwy. Do tego średnio zaszczytnego grona należę i ja.
Piliśmy albo w łazienkach, albo na parkingu. Ja, z obawy przed nadgorliwymi opiekunami, wolałam wychodzić na zewnątrz. Tak się złożyło, że w wyprawach towarzyszył mi kolega z równoległej klasy; byliśmy na ''cześć'', czasem spotykaliśmy się na papierosie, ale nic poza tym. Wyobraźcie sobie wiec moje zdziwienie, kiedy w pewnym momencie przyciągnął mnie do siebie i zaczął całować. Odrobinę zamroczona alkoholem, odwzajemniłam pocałunek. Resztę imprezy spędziliśmy razem, ale bez nastawienia, że cokolwiek z tego dalej wyniknie. Później trochę pisaliśmy, ale wszystko odbywało się na czysto koleżeńskich zasadach. Podczas jednej z rozmów poruszyliśmy temat studiów. Okazało się, że celujemy w to samo miasto, co bardzo mnie zdziwiło i zarazem ucieszyło, ponieważ większość znajomych wybierała się gdzie indziej, a tak przynajmniej były widoki na kogoś ''bliskiego'' pod ręką.
Krótko potem kontakt się urwał, nad czym nieszczególnie ubolewałam - ot, życie. Nadszedł czas matur, później rekrutacji na studia. Wszystko poszło zgodnie z planem i zaczęłam rozglądać się za lokum. Tutaj również obyło się bez komplikacji. Pewnego dnia patrzę na ekran telefonu, a tam wiadomość od wcześniej opisywanego kolegi. Pytał, czy nadal wybieram się tam, gdzie mówiłam i czy, jeśli tak, to czy przypadkiem nie poszukuję współlokatora. Zdziwiłam się, ale uznałam, że w sumie dlaczego nie. Mieszkanie było dwupokojowe, ja zajęłam sypialnię, on kanapę w salonie. Zero niedomówień, sugestii, dwuznacznych gestów. Mieszkało nam się świetnie; okazało się, że nadajemy na tych samych falach, śmieszą nas podobne rzeczy.
Wszystko zmieniło się w dzień walentynek.
Karol przyszedł do mojego pokoju, wręczył kwiaty i zawstydzony wyznał, że podobałam mu się od początku liceum, a na studia wybierał się gdzie indziej, jednak zmienił decyzję, słysząc o moich planach.
Takiego szoku chyba w życiu nie przeżyłam. Od tamtego dnia minęło 6 lat, z czego 3 po ślubie. Za 2 miesiące urodzi się nasza córeczka. :)
Jednym z działów podręcznika biologii w gimnazjum jest dział poświęcony narządom płciowym. Pamiętacie dość proste obrazki przedstawiające nagich ludzi?
Jestem kobietą i pierwszą masturbację w życiu odbyłam, wpatrując się w taki właśnie obrazek waginy.
Pracuję w salonie pewniej sieci komórkowej.
W naszym punkcie, tak jak wszędzie, jest obowiązek noszenia maseczek przez personel i klientów.
Mega śmieszą mnie osoby, które niby tę maseczkę mają założoną, ale zasłaniają tylko usta. Nos nie. Wyglądają wszyscy tak głupio, jak Pinokio :)
Ludzie wchodzący bez maseczki prosto z ulicy to widok na porządku dziennym. Niektórzy dosłownie awanturują się, że nie założą „bo oni nie noszą maseczki” itp. Nie i tyle.
Najbardziej jednak nie mogę zrozumieć ludzi, którzy do salonu wchodzą w maseczce, ale dosłownie po 5s ją ściągają - tak jakby u nas w ogóle nie obowiązywały, mimo że na drzwiach jest wyraźnie zaznaczone, że maseczki obowiązują.
Ludzie! Noście te cholerne maseczki w sklepach! Nie róbcie pracownikom problemów, bo każdemu grozi mandat lub nagana za niedopilnowanie.
Prawdopodobnie najbardziej żenująca sytuacja z czasów młodości.
Za czasów szkolnych, a więc w wieku około 16-17 lat, bardzo podobały mi się szerokie spodnie (takie, które wyglądają na kilka rozmiarów za duże). Moja ulubiona para marmurkowych jeansów (nazywana przez moich rodziców ''szykiem na bezdomnego''), spokojnie pomieściłaby dwie mnie. I to o tej parze będzie ta historia.
Czasami, rozbierając się pod koniec dnia, z rozpędu ściągałam spodnie i dół od bielizny za jednym zamachem. Przez moją nieuwagę zdarzało się, że owa bielizna pozostawała w spodniach, a konkretniej w ich nogawce. A że spodnie były bardzo szerokie, trudno było to zauważyć i dlatego czasami w nogawkach odkrywałam bieliznę sprzed kilku dni. Zawsze jednak orientowałam się na czas. No, prawie zawsze...
Owego feralnego dnia założyłam swoje ulubione marmurkowe jeansy i ruszyłam w pośpiechu do szkoły. Podróż autobusem, spacer do szkoły - nic nie wróżyło katastrofy. Do czasu, kiedy siedziałam na lekcji historii, a konkretnie na egzaminie, a historyk podchodzi do mnie i mówi:
- Szmatka ci upadła...
''Jaka szmatka?'' pomyślałam sobie, spojrzawszy pod ławkę. A tam... leżała moja brudna bielizna.
W kropki i z koronką, na dodatek. Nie mogło być mowy o pomyłce. Chociaż twarz historyka była czerwieńsza niż dojrzały pomidor, z kamienną twarzą odparłam, że nie wiem, do kogo należy owa ''szmatka'' i zgarnęłam ja stopą pod plecak, a stamtąd - do plecaka. Dopiero wtedy odetchnęłam z ulgą.
Na szczęście wszyscy byli zbyt pochłonięci egzaminem, by zauważyć sytuację.
Nie wiem, jakim cudem moja brudna bielizna zawędrowała w nogawce jeansów całą drogę do szkoły i zdecydowała się wypaść dopiero na lekcji historii. Faktem jest, że od tamtej pory zawsze dokładnie sprawdzałam moje spodnie na obecność niechcianych ''szmatek'', aby nie zażenować kolejnego nauczyciela.
Byłem na szwedzkiej wycieczce promem, to było jakoś w zeszłoroczne wakacje. Zmieniłem klimat, więc mój organizm miał jakiś czas do przystosowania się; przez cały tydzień pobytu na północy nie wypróżniłem się ani razu. Niestety, to był najgorszy dzień całej wycieczki.
Nadeszła ta wiekopomna chwila, w której musiałem uwolnić barabasza. Po wszystkim nie dało się spuścić wody - cholerna spłuczka działała, lecz strumień wody był zbyt słaby, by poradzić sobie z moją anakondą. Spanikowany zacząłem szukać kogokolwiek z obsługi promu, znalazłem sprzątaczkę i nie umiejąc się po szwedzku wysłowić zaprowadziłem ją do ubikacji. Powiedziałem "Titta", czyli "patrz", po czym nacisnąłem na spłuczkę.
Spłukało się bez problemu...
Dodaj anonimowe wyznanie