Było tu kiedyś wyznanie osoby, której ojciec niedługo po śmierci żony, a jej mamy, wdał się w romans z zamężną kobietą. Przypomniała mi się ta historia po tym, jak parę dni temu odkryłam coś, co teraz mnie prześladuje i nie mam komu tego powiedzieć. A muszę to jakoś z siebie wyrzucić.
Moja mama też umarła, prawie rok temu. Chociaż do okazów zdrowia nie należała, nie była też pacjentką paliatywną. Unikała wizyt u lekarza, rozmów o zdrowiu. Ale kiedy zdrowie zaczęło jej szwankować coraz mocniej, namówiłam ją na wizytę u rodzinnego. Posłuchała na szczęście, poszła, dostała skierowanie na oddział. Zmarła w szpitalu niedługo potem. Zgłosiła się za późno.
Kilka dni temu przypadkiem dowiedziałam się, że mam młodszego brata. Dwuletniego. Mój brat, a syn mojego ojca. Geniuszem matematycznym nie trzeba być, żeby zrozumieć co to znaczy. I tak, ojciec o nim wiedział od początku, tylko ukrywał to przede mną i przed mamą. Dawał pieniądze na dziecko, brał udział w jego wychowywaniu. I cały czas nas okłamywał.
Co ciekawe, najbliższa rodzina wiedziała - zarówno z jego strony, jak i mojej mamy. Kryli go. Rozumiecie?
Skonfrontowałam się z ojcem. Nie było przyjemnie. Pytałam, jak mógł to robić mamie, jak mógł okłamywać nas obie. Byłam wstrząśnięta. Świat po prostu mi runął... I wiecie co? On uznał, że "coś mu się od życia przecież należy i nie będzie się tłumaczył". Zero wyrzutów sumienia, tylko ta niechęć do konfrontacji. Myślałam, że nie może być gorzej, ale na koniec dorzucił, że czekał, aż pójdę na studia (mam 20 lat i w tym roku składam papiery) i się wyniosę, bo chciał tu sprowadzić swoją kochankę i ich dziecko. A mieszkanie, w którym spędziłam całe życie i co do którego przysięgał, że kiedyś przejdzie na mnie, postanowił jednak oddać dzieciakowi, bo ja "jakoś sobie sama poradzę".
Wspaniały bilans. Lockdown, matura, śmierć matki, romans ojca, kłamstwa jego i rodziny. Nie ma co, rok poprzedni i obecny chyba zagonią mnie albo do psychiatry, albo do grobu.
Dziś dostałam szlaban na wychodzenie z domu na dwa tygodnie. Powód?
- Gdy byłam w twoim wieku, bardzo źle myślałam o rodzicach. Ty na pewno też to robisz.
Nie myślałam tak. Do tej pory.
Pracowałem kiedyś jako kierowca karetki. Wiadomo, praca ciężka, ale czasem trafił się lekarz śmieszek. Tak właśnie było pewnego dnia.
Wezwali nas do wypadku, generalnie sajgon. Lekarz podchodzi do faceta, ofiary wypadku. Ten siedzi w rowie, blady, przerażony, ledwo co przytomny. Lekarz wezwał pomocnika:
- Zenek, mamy tu ciężko rannego. Poszukaj gdzieś w okolicy resztki jego nogi...
Najpierw chwila ciszy, a potem błysk zrozumienia na twarzy ofiary, chyba w tym momencie dotarło do delikwenta, co powiedział lekarz, bo wrzasnął przerażony:
- CO??? JA NIE MAM NOGI??? STRACIŁEM NOGĘ W WYPADKU??? NIE MAM JUŻ NOGI????
A lekarz na to zupełnie spokojnie:
- Nieee... Niech się pan nie martwi, wszystko jest w porządku! Jest pan blady i półprzytomny, chciałem tylko pana ocucić i podnieść panu ciśnienie krwi...
Żyję w rodzinie nałogowych palaczy. Mama, tata, siostra, brat – wszyscy jarają fajki. Nikogo więc nie zdziwiło to, że i ja, mając już dwadzieścia-parę lat, sam sięgnąłem po papierosy. Problem w tym, że tego szkodliwego nawyku nie akceptują moi przyjaciele, którzy prowadzą bardzo zdrowy tryb życia i zawsze denerwują się, kiedy w ich towarzystwie odpalam fajkę. Krzyczą na mnie, a czasem, jak się im uda, mój papieros ląduje na ziemi i zostaje zgaszony butem.
I tak też doszło do sytuacji, kiedy muszę chować się przed moimi przyjaciółmi i palić w domu z rodzicami.
Ostatnio poszłam do sklepu kupić pieczywo. W sklepie obsługuje młody, przystojny chłopak z uroczym uśmiechem. Więc ja słodko:
- Poproszę dwie bułki z białym makiem.
A on:
- Chodzi pani o te sezamem?
Blondynki mają jednak trudne życie...
Mam brata 16 lat młodszego. Rodzina jest staroświecka i ja też. Pamiętam zabawy do późna na podwórku, włażenie na drzewa itp.
Razu pewnego (brat miał z 6 lat) akurat zjechałem na wakacje ze studiów, doglądam go bawiącego się na placu zabaw. W pewnym momencie widzę chłopca - tak z 8 lat, który normalnie idąc, potknął się i lądując podparł się ręką. Na normalnej ziemi, żadnego syfu ani nic. I nagle w płacz. Wstał, krew się nie leje, na ręce nie ma jakichś otarć wielkich. A tu matula w skowyt... Podbiega, wyciąga chusteczki nasączane, wyciera mu rączki, kolanka, trzy razy powtarzając manewr O.o I go uspokaja z pięć minut...
Z kolei niewiele później brat bawiąc się, biegnąc obejrzał się na mnie, przydzwonił w murek nogami, wywalił się. Podbiegam do niego, a ten wstaje, otrzepuje się. Ja do niego:
- Jak jest? Boli coś?
- Nie, spoko.
I poleciał dalej...
Ja wracam na ławeczki, a tam młode mamusie siedzą i patrzą na mnie nienawistnym wzrokiem, jakbym był totalną patologią...
Ech, ta nowoczesność... Nie ogarniam.
W mieszkaniu miałam jedno bezużyteczne pomieszczenie. Postanowiłam, że podołam wyzwaniu i zrobię Narnię. Zapytacie pewnie jak? Sceneria na Narnię, drzwi zamurowałam, szafę zostawiłam do samej ściany, wycięłam tył i tam zrobiłam przejście, którego w ciemnej szafie nie było widać. Po około roku pokój był gotowy. Kocham w nim, przebywać. Czytam książki, Anonimowe i piszę to wyznanie. Ale przejdźmy do historii właściwej.
Postanowiłam, że zrobię sobie z kogoś jaja. Padło na moją siostrą i jej narzeczonego, bo ja taki śmieszek jestem :D
Zaprosiłam ich do domu i powiedziałam do nich, żeby usiedli na kanapie. Siedzą odwróceni do szafy i w tym momencie do nich mówię: "Kurczę, kawa się skończyła będę musiała znowu iść do Łucji". Nie reagują. Wchodzę do szafy, nie widać mnie bo ciemno jak nie powiem gdzie, po cichu rozsuwam drzwi, wchodzę do środka, zamykam drzwi już w "Narnii" i czekam na reakcję. Pukają, stukają, a ja się nie odzywam. Spryskałam się sztucznym śniegiem i wzięłam kawę. Oni chyba już całkiem zdezorientowani usiedli na kanapie. Tymczasem ja wychodzę i mówię: "Kur*a, jak zimno, mogłam wziąć kurtkę". Dostali oczy jak pięć złotych, a ja już dłużej nie mogłam wytrzymać ze śmiechu. Powiedziałam im o wszystkim.
Trochę potrwało spełnienie mojego największego marzenia, ale warto było. Do dziś wkręcam ludzi :D
Ostatnio oglądałem telewizję i zaczął dzwonić telefon, odebrałem i wywiązała się taka rozmowa:
- Dzień dobry, czyta pan Anonimowe?
(Ja w lekkim szoku)
- Eee... tak.
- Dobrze, do widzenia.
Do dziś nie wiem kto to był :)
Dziś kolejne wyznanie o dresie.
Dziś na spacerze w parku zobaczyłem jak chłopak krzyczy na swoją dziewczynę. Mężczyzna, a raczej ci*a był pijany. Nie daleko stała grupka dresów i paliła papierosy. Widząc jak on krzyczy na dziewczynę, postanowili zareagować.
Podeszli do kolegi i zaczęli się pytać czemu tak głos podnosi. Odpowiedział, że to nie ich sprawa. Jeden Sebix uderzył pana tak mocno, że nie wstał. Wezwali karetkę i powiedzieli dziewczynie, żeby z nim nie była i od niego uciekała.
Dresy widziały jak się przyglądam tej sytuacji. Podeszli do mnie. Spytali się mnie czy chcę wpierdo*. Potem powiedzieli, że żartują i życzyli miłego dnia.
Aha.
Będąc w gimnazjum byłam najwyższą osobą z mojej klasy. Wszyscy żartowali sobie "jaka pogoda tam na górze", a ja odpowiadałam im "czekaj zaraz zobaczę".
Pewnego dnia zaczęło mnie to strasznie męczyć, więc postanowiłam coś z tym zrobić. Gdy stałam z grupką kolegów (wolałam zadawać się z chłopakami, może dlatego, że byłam w klasie sportowej) podszedł znajomy i zadał standardowe pytanie "jaka pogoda tam na górze?". Miałam otwartą butelkę z wodą i zaczęłam przedstawienie.
- Chyba będzie padać. W tym samym momencie wylałam na niego wodę.
W gimnazjum miałam szacun, a i nigdy potem nikt już tak do mnie nie powiedział :D
Dodaj anonimowe wyznanie