Kilka lat temu dopadło mnie (jak podejrzewałam) zapalenie gardła.
Wiedząc jak w moim przypadku kończą się takie historie (bez antybiotyku ani rusz), postanowiłam zarejestrować się do lekarza. Niby nic nadzwyczajnego...
Dzwonię więc, w słuchawce słyszę panią z rejestracji i nawiązuje się rozmowa:
- Dzień dobry, chciałabym zarejestrować się na wizytę do doktor Jeleń.
Chwila ciszy, po czym słyszę:
- Przykro mi, ale nie ma u nas takiej lekarki.
Po momencie namysłu odpowiadam:
- Aaaa faktycznie, coś mi się pomyliło, przepraszam, oczywiście chodziło mi o doktor Łoś.
Znowu cisza, pani odpowiada:
- W tej przychodni także doktor o takim nazwisku nie przyjmuje.
Ja już wyraźnie zdesperowana, bo przecież dokładnie wiem, do której przychodni należę... aż tu nagle z lekkim rozbawieniem w głosie miła kobieta pyta:
- Może chodzi pani o doktor Sarnę? Taka faktycznie u nas pracuje :)
Oczywiście chodziło mi właśnie o nią, nie wiem, co miałam w głowie... jeszcze chwila i wymieniłabym wszystkie zwierzęta leśne :) To uczucie, kiedy musiałam udać się do rejestracji potwierdzić przybycie na wizytę - bezcenne... :)
Mam 15 lat i mam dziewczynę w szpitalu. Jak co dzień byłem odwiedzić ją, a jako, że był Dzień Kobiet, postanowiłem kupić jej bukiet róż.
W pociągu spoglądam i widzę, że jakiś starszy pan idzie w moim kierunku. Z twarzy i ubioru wygląda na biedniejszą osobę, więc również pomyślałem, że chce zapytać, czy mam pożyczyć pieniądze na piwo czy coś w tym stylu.
Gdy podszedł zapytał się o 2 zł... dowiedziałem się, że jego żona leży w szpitalu i walczy z nowotworem. Bez żadnego namysłu dałem mu mój cały bukiet i powiedziałem, żeby dał jej to. Dziękował bardzo długo za ten mój mały gest.
Gdy już siedziałem w sali z moją dziewczyną zauważyłem tego samego człowieka z czekoladkami i łzami w oczach. Przyszedł, dał mojej dziewczynie te czekoladki, życzył wszystkiego dobrego i podziękował mi za to wszystko.
Gdy już wracałem, to spoglądając na bok widziałem w innej sali tę parę... Trzymali się za ręce, a na łóżku leżały kwiaty ode mnie.
Ze łzami w oczach spojrzałem na nich.... To był piękny widok.
Anonimowe są moje ciągoty kazirodcze. Zawsze chciałam uprawiać seks z bratem. Jako że nie mam brata, pozwoliłam fantazji odejść. Do czasu, aż w nowym sąsiedzie bloku naprzeciwko rozpoznałam swojego dalszego kuzyna, którego nie widziałam na oczy prawie 19 lat. Oboje nie korzystamy z mediów społecznościowych i mieszkaliśmy w innych miastach. Przystojny, potężny... Nie rozpoznał we mnie swojej kuzyneczki, za to świeciły mu się do mnie oczy.
Walczyłam ze sobą długo, żeby mu powiedzieć "O hej ! To ty!". Ale pokusa była nieziemska... Wizja regularnego seksu z "bratem" rozdzierała mnie od środka.
Cóż... jak się domyślacie, po usłyszeniu mojego nazwiska coś tam mu świtało, ale nie do końca, aż w końcu małymi kroczkami, pytając swoją babcię, ostatecznie doszedł do tego, co jest grane.
Moim szokom i zdziwieniu na wieść od niego pełnego zadowolenia, że jest moim kuzynem, końca nie było. Seksu też nie. Siedzę cicho :D
Ludzie śmieją się ze mnie ze względu na mój tatuaż - znajduje się na przedramieniu i widnieją tam dwie "zniekształcone ręce" i imię Franek.
Nigdy go nie ukrywałam, wręcz przeciwnie. W szkole byłam wytykana palcami, pytali mnie, czy robiłam go po pijaku, a nawet trafiłam na stronę typu "najbardziej nieudolne tatuaże". W miejscach publicznych ludzie pytali, jak mogłam to zrobić, przecież zostanie mi na całe życie, a z tym "chłopakiem i tak się rozejdę".
Kiedy miałam 4 lata, śmierć przeleciała mi przed oczami. Pokój, w którym spałam, zapalił się. Na całe szczęście zjawił się mój bohater, który wyniósł mnie z płonącego pomieszczenia. Na nieszczęście poważnie poparzył sobie dłonie. Stracił trzy palce i nie mógł już dalej grać w siatkówkę - co było jego pasją. Mój bohater sprawował nade mną opiekę, troszczył się jak ojciec - którego nie miałam, pomagał odrabiać lekcje, chodził na wywiadówki, pomagał, pocieszał. Mimo okropnych obrażeń jakich doznał, by mnie uratować, nie załamał się, wiecznie był uśmiechnięty i zawsze powtarzał, że "są rzeczy ważne i ważniejsze".
Rok temu mój wzór do naśladowania zmarł.
Franek, mój ukochany braciszku, okropnie za Tobą tęsknię...
Sytuacja tragiczno-śmieszna.
Mój znajomy, załóżmy Andrzej, był po wypadku. Skoczył na główkę do wody i nie mógł ruszać nogami, lecz była to kwestia kilku lat rehabilitacji i Andrzej znów mógłby chodzić, nie tak sprawnie jak przed wypadkiem, ale prawie tak samo.
Siedzieliśmy u niego i graliśmy w jakąś grę (było to może dwa tygodnie od wypadku), przychodzi jego mama i mówi:
- Andrzej, idź spać, bo jutro nie wstaniesz.
Pierwszy raz od wypadku widziałem, żeby Andrzej był taki uchachany.
Opiszę Wam mój aktualny kryzys egzystencjonalny.
Pracuję od niedawna w jednym z największych banków w Polsce, na najniższym stanowisku: doradca klienta. Czy znajdą się tu osoby, które również pracują w bankach? Jak wygląda u Was? Ja zarabiam 2,9 tys./mies. + premia za zrobienie planu, czyli musisz zrobić 200 tys. kredytu gotówkowego, aby dostać dodatkowe 200 zł (!). A jak zrobisz więcej - nie dadzą ci nic dodatkowego.
Co w tym anonimowego? Wszyscy klienci, którzy przychodzą, pewnie myślą, że zarabiamy kokosy, 5k+, jednak nie, tu jest górna granica zarobków i nikt tego nie przeskoczy.
Cały miesiąc stresu - to jest gorsze od pracy fizycznej. Szukam pracy, ale chcę zarobić więcej, bo za 3 tys. w dzisiejszych czasach ciężko wyżyć, a co dopiero coś odłożyć.
Mam 33 lata i mam przyzwoitą pracę pełną osób z przerośniętym ego. Wielu moich współpracowników weszło do branży jako kolejne pokolenie, z ojca i dziadka, wielu pochodzi z "dobrych" i zamożnych rodzin i uważa, że ma absolutne prawo do osądzania innych. Oczywiście większość tych osób jest przekonanych o własnej tolerancji i hołduje wolności wyboru. O ile wybór współgra z ich poglądami...
Rozmowa w pracy.
Kolega pierwszy: „Maksymalnie jedno dziecko i koniec. Sam jestem jedynakiem i nigdy mi nie brakowało rodzeństwa”.
Kolega drugi: „Ja mam młodszą siostrę, taka tępa laska, że masakra. Może jeszcze zmądrzeje. A ty masz jakieś rodzeństwo?”.
Ja: „Tak, jest nas ośmioro”.
Nieskończony rechot i teksty: „Co, starzy nie wiedzą, jak się robi dzieci? Telewizora nie było?” itp.
Mój tato jest ginekologiem ze sporym dorobkiem naukowym, mama filologiem języków włoskiego i francuskiego i tłumaczem, była wykładowcą jeszcze w czasach, kiedy te języki w Polsce były czystą fantastyką. No ale przecież nie można zrozumieć, że ktoś woli mieć kochającą liczną rodzinę, zamiast nowego auta co rok i wygodnej leniwej egzystencji? Nie, nie jeździliśmy co roku na narty w Alpy, a latem na Karaiby, ale niczego nam nie brakowało, a najniższe wykształcenie w rodzinie to magister inżynier.
Był maj, rok 2010. Wiosna, wszystko kwitnie, wakacje za rogiem. Choć nie dla wszystkich było tak pięknie, ja musiałam się uczyć, by zaliczyć 2 klasę z matematyki, moi rodzice zatrudnili Maćka, studenta politechniki, aby udzielał mi korepetycji.
Maciek tłumaczył mi wszystko tak, że od razu łapałam, naprawdę był w tym dobry. Przychodził do mnie na korki w każdy piątek o 17, jednak tego dnia lepiej byłoby, gdyby nie przychodził. Rozmawiałam z moim ówczesnym chłopakiem Jarkiem, choć nie do końca można nazwać to rozmową. Oboje mieliśmy spory problem, bo okazało się, że wpadliśmy. Jarek strasznie krzyczał, mówił, że nie pozwoli zniszczyć sobie życia. Uderzył mnie w twarz i powiedział, że go wrobiłam, a przecież dla mnie był to koniec świata. Jarek wybiegł z mieszkania, trzaskając drzwiami. Załamałam się i ukryłam głowę w kolanach.
Nagle poczułam czyjąś dłoń głaskającą moja głowę, myślałam, że to Jarek się opamiętał, lecz zobaczyłam Maćka. Byłam strasznie zdezorientowana, popatrzyłam na niego pytająco, a on tylko kiwnął głową i wyszeptał, że wszystko słyszał. Maciek od tego dnia stał się moim przyjacielem, starał się jak mógł i mnie wspierał. Kiedy rodziłam, to on trzymał mnie za rękę, był mi wtedy najbliższy. Jarka po tamtej rozmowie już nie spotkałam, ulotnił się.
Maciek parę dni temu przyszedł do mnie z prośbą, abym wybrała z nim pierścionek, bo czuje, że spotkał wreszcie ''właściwą'' dziewczynę. Poczułam dziwne ukłucie w sercu, między nami miałby ktoś być? Przecież jesteśmy najlepszymi przyjaciółmi...
I wtedy zrozumiałam, że go kocham. Że chciałabym dzielić z nim życie, ale było za późno. Wybraliśmy ten pierścionek, był śliczny. Choć nie było to dla mnie łatwe, ale musiałam mu pomóc.
Oliwka - moja córcia - ma dzisiaj 5 lat i kocha Maćka, nazywając go wujciem. Maciek też ją kocha, prawie jak własne dziecko. Tydzień temu Maciek zadzwonił do mnie z zaproszeniem na kolację, na której oświadczy się Patrycji. Oliwka ubrała się ślicznie, bo wytłumaczyłam jej, że to dla wujka ważny dzień. Starałam się ukryć smutek, lecz ciągle bałam się, że łzy same mi polecą...
Jesteśmy pierwsze, przed naszą parą. Siadamy z Oliwią do stolika, a chwilę później przychodzi Maciek. Uśmiecha się do nas, lecz nic nie mówi. Cały się trzęsie, jest blady, stresuje się. I nagle klęka i zadaje to pytanie wymieniając moje imię. Nie byłam w stanie nic odpowiedzieć, na szczęście Oliwia uratowała sytuację. Byłam w szoku. Nadal jestem, choć od 28h Maciej to mój oficjalny narzeczony :)
Jednak tej nocy zapytał się Oliwii, czy chce być jego córką, a ona...
Ona odpowiedziała, że od dawna wiedziała, że jest jej tatą, bo go kocha od zawsze...
Te zdalne teraz to już totalna paranoja. Nic już nie ma sensu. Po co siedzieć codziennie 8 godzin przed komputerem, skoro i tak już nic nie wynosimy z lekcji, bo nie mamy sił? Tak, NIE MAMY sił. Niektórzy powiedzą, że i tak nic nie robimy, tylko siedzimy przed komputerem, co dla nas młodych na bank jest czymś wygodnym i lepszym. Nie, nie jest.
Nam to wszystko okropnie siada na psychikę, jesteśmy odcięci od ludzi, przyjaciół, znajomych, a my potrzebujemy kontaktu z innymi.
Na lekcjach siedzimy z myślą, by przetrwać, więc czy jest w tym jakieś sens?
NIC! Do cholery, nic nie ma dla nas sensu!!!
Ciągły ból głowy, okropne zmęczenie, zdrowie fizyczne, ale w szczególności zdrowie psychiczne na totalnym dnie - jak normalnie funkcjonować?
Nauczyciele wymagają wiele od nas, ale oni też się starają dla nas.... NA MARNE!
Ileż można?! Rok dzień w dzień to samo.
A pomyśleć, ile osób zaczęło chorować np. na kręgosłup, ale przede wszystkim ile ludzi zaczęło chorować psychicznie. Myślę, że każdemu już siada na psychę, co może mieć złe skutki.
NIE WYRABIAMY PSYCHICZNIE, JAK I FIZYCZNIE, CHCEMY KOŃCA!
Mama chyba mnie znienawidziła.
Moja mama ma siostrę bliźniaczkę, z którą jest bardzo zżyta. Ciotka ma córkę, Agatę, moją rówieśnicę. Kuzynka ma stwierdzone ChAD. Zawsze robiła wszystko, żeby być w centrum uwagi, urządzała pamiętne sceny, jest też straszną kłamczuchą. W gimnazjum byłyśmy w jednej klasie i to był jeden wielki horror, zwłaszcza odkąd zmarł ojciec Agaty. Kiedy szłyśmy do liceum, ze względu na pracę ciotki przeprowadziły się do innego miasta. Na szczęście mogliśmy ograniczyć kontakt, co ja i mój brat (ojciec raczej też) przyjęliśmy z ulgą.
Latem ciotka z Agatą przyjechały do nas na weekend. Wieczorem z przyjaciółmi wychodziliśmy potańczyć. Agata też uparła się, że pójdzie. Nie chciałam tego, bo widziałam już wcześniej co wyprawia, jak sobie popije. Jednak ciotka i matka stwierdziły, że w końcu są wakacje, więc niech się dziewczyna zabawi. Zastrzegliśmy jednak z bratem, że nie będziemy jej niańczyć.
Agata tradycyjnie kompletnie się upiła. Kiedy zauważyłam, że wychodzi z jakimiś dwoma obcymi facetami, mimo wszystko do niej podeszłam. Próbowałam ją przekonać, że to nie jest dobry pomysł, ale rozdarła się na mnie, że ona ma zamiar iść się porządnie zabawić, a nie nudzić jak na imprezie w podstawówce. Kiedy zapytałam chociaż gdzie będą, usłyszałam, że mam spadać. Kiedy niedługo później wróciłam do domu, rodzice i ciotka już spali.
Rano ciotka panikowała, bo Agaty nie ma, a telefon ma wyłączony albo rozładowany. Panika jak nie wiem, ja i brat dostaliśmy ochrzan, że powinniśmy byli ją pilnować, bo wiemy, że choruje. Na szczęście ojciec stanął po naszej stronie. Kiedy ciotka już miała wyjść na policję, Agata na pełnym luzie wróciła i stwierdziła, że super się bawiła. Kiedy ojciec opierniczył ją za nieodpowiedzialność, rozpłakała się (umie na zawołanie) i powiedziała, że tak naprawdę to chyba ją zgwałcono. Nie chciała lekarza ani policji, bo stwierdziła, że uznają, że sama sobie winna, zwłaszcza jeśli odkryją, że już raz się "pomyliła" co do gwałtu - oskarżyła o to chłopaka, który dał jej kosza, a potem tłumaczyła się, że coś pomyliła.
Obrażona ciotka wyjechała. Odrzuciła zaproszenie na święta, dalej ma żal. Mama też. Kiedy pytam, twierdzi, że nie, ale jest dla mnie dość chłodna, w dodatku słyszałam, jak kłóciła się z ojcem, że powinnam była zabrać Agatę do domu, wtedy nic by się nie stało, a ciotka by się nie obraziła.
Duszę się w domu po pracy. Nie mam możliwości wyprowadzki, przez covida studiuję zdalnie.
Dodaj anonimowe wyznanie