#NxtDD

Mama chyba mnie znienawidziła.

Moja mama ma siostrę bliźniaczkę, z którą jest bardzo zżyta. Ciotka ma córkę, Agatę, moją rówieśnicę. Kuzynka ma stwierdzone ChAD. Zawsze robiła wszystko, żeby być w centrum uwagi, urządzała pamiętne sceny, jest też straszną kłamczuchą. W gimnazjum byłyśmy w jednej klasie i to był jeden wielki horror, zwłaszcza odkąd zmarł ojciec Agaty. Kiedy szłyśmy do liceum, ze względu na pracę ciotki przeprowadziły się do innego miasta. Na szczęście mogliśmy ograniczyć kontakt, co ja i mój brat (ojciec raczej też) przyjęliśmy z ulgą.

Latem ciotka z Agatą przyjechały do nas na weekend. Wieczorem z przyjaciółmi wychodziliśmy potańczyć. Agata też uparła się, że pójdzie. Nie chciałam tego, bo widziałam już wcześniej co wyprawia, jak sobie popije. Jednak ciotka i matka stwierdziły, że w końcu są wakacje, więc niech się dziewczyna zabawi. Zastrzegliśmy jednak z bratem, że nie będziemy jej niańczyć.
Agata tradycyjnie kompletnie się upiła. Kiedy zauważyłam, że wychodzi z jakimiś dwoma obcymi facetami, mimo wszystko do niej podeszłam. Próbowałam ją przekonać, że to nie jest dobry pomysł, ale rozdarła się na mnie, że ona ma zamiar iść się porządnie zabawić, a nie nudzić jak na imprezie w podstawówce. Kiedy zapytałam chociaż gdzie będą, usłyszałam, że mam spadać. Kiedy niedługo później wróciłam do domu, rodzice i ciotka już spali.

Rano ciotka panikowała, bo Agaty nie ma, a telefon ma wyłączony albo rozładowany. Panika jak nie wiem, ja i brat dostaliśmy ochrzan, że powinniśmy byli ją pilnować, bo wiemy, że choruje. Na szczęście ojciec stanął po naszej stronie. Kiedy ciotka już miała wyjść na policję, Agata na pełnym luzie wróciła i stwierdziła, że super się bawiła. Kiedy ojciec opierniczył ją za nieodpowiedzialność, rozpłakała się (umie na zawołanie) i powiedziała, że tak naprawdę to chyba ją zgwałcono. Nie chciała lekarza ani policji, bo stwierdziła, że uznają, że sama sobie winna, zwłaszcza jeśli odkryją, że już raz się "pomyliła" co do gwałtu - oskarżyła o to chłopaka, który dał jej kosza, a potem tłumaczyła się, że coś pomyliła.

Obrażona ciotka wyjechała. Odrzuciła zaproszenie na święta, dalej ma żal. Mama też. Kiedy pytam, twierdzi, że nie, ale jest dla mnie dość chłodna, w dodatku słyszałam, jak kłóciła się z ojcem, że powinnam była zabrać Agatę do domu, wtedy nic by się nie stało, a ciotka by się nie obraziła.

Duszę się w domu po pracy. Nie mam możliwości wyprowadzki, przez covida studiuję zdalnie.

#9d14u

Mam młodszą siostrę... A właściwie miałem. W wieku niespełna 18 lat zmarła w wyniku przewlekłej choroby. Nie poznała smaku alkoholu, miłości czy nawet prawdziwej przyjaźni, ale ja nie o tym.

Moja siostra chorowała od małego i z tego powodu miała indywidualne zajęcia w domu, a nasi rodzice obchodzili się z nią jak z jajkiem, mimo to na pierwszy rzut oka wyglądała na zdrową. Jaka była? Introwertyczka żyjąca we własnym świecie, to chyba dobre określenie. Jako że ja sam jestem gnojkiem ledwo 3 lata starszym od niej, nietrudno się domyśleć, że zawsze zazdrościłem jej, w moim mniemaniu, nieuzasadnionych przywilejów i uwagi, którą otrzymywała. Przyznam szczerze, że przez te 18 lat nie zainteresowałem się tym, na czym konkretnie polega jej choroba, a to co prewencyjnie mówili mi rodzice w zupełności wystarczało. Nie raz i nie dwa razy zdarzyło mi się rzucić w jej stronę jakąś kąśliwą uwagę typu "ja mam dziś zajęcia do 17, a ty pewnie znowu nic nie robisz", "mogłabyś chociaż wyjść z psem, skoro siedzisz w domu" albo "może byś w końcu wstała z łóżka, a nie cały dzień się lenisz".
Nigdy nie widziałem, żeby z tego powodu płakała czy była zła, po prostu przyjmowała bez słowa na siebie wszystkie moje szorstkie wypowiedzi.

Kilka dni po jej śmierci znalazłem w jej rzeczach list, skierowany do mnie. Nie przytoczę go całego, ale pisała o tym, że z całych sił próbowała żyć normalnie, tzn. nie pokazując tego jak bardzo cierpi. A za to, że była dla mnie drzazgą w oku... przeprasza.

I wtedy do tego zakutego łba dotarło, co zrobiłem mojej malutkiej siostrzyczce. Mówi się, że starsi bracia rodzą się pierwsi, by chronić swoje młodsze siostry. Tymczasem ja byłem głównym powodem jej smutku i już nigdy nie będę mógł tego naprawić. Nie mogę jej przeprosić i obiecać, że się poprawię, ani tego, że znów będziemy bawić się domkiem z kartonu, jak za dawnych lat. Nie wierzę w Boga czy niebo, dlatego nie mam do kogo skierować tych słów, a puszczenie ich w eter może obudzi na czas jakiegoś innego głupiego starszego brata.

Siostrzyczko, jeśli dane mi będzie kiedyś się odrodzić, chciałbym ponownie być Twoim starszym bratem i sprawiać, że na Twojej twarzy będzie widniał tylko uśmiech.

#UCqz4

Szłam jakiś czas temu na zakupy do galerii handlowej. Widzę, że przed wejściem stoi grupka tzw. dresów, ogoleni na łysko, kur**mi rzucają na okrągło. Padają również niewybredne komentarze o mijających ich dziewczynach. Ważne jest to, że jeden z nich strasznie mocno gestykuluje... No dobra, macha swoimi długimi łapami na prawo i lewo. Nagle z galerii wychodzi starsza pani, coś w granicach 60-70 lat, obładowana zakupami. Ten co wszystko obrazowo pokazuje tak się zamachnął, że wytrącił kobiecinie zakupy z ręki, spadły na ziemię i owoce potoczyły się na różne strony. Babeczka patrzy przerażona, widać, że chce uciekać, a nagle jeden z nich:
- Ku**a, debilu, patrz coś roz**bał! - odwrócił się do kobiety. - Najmocniej przepraszam za kolegę, ale to ch*j niedorozwinięty jest. Już szanownej pani pomagamy.
I w kilku zaczęli zbierać te owoce, warzywka popakowali do toreb i z uśmiechem oddali kobiecie.
- Jeszcze raz wielkie sorry za tego poje*a, nie chciał nic złego zrobić.
I jak gdyby nigdy nic wrócili do obsmarowywania "dupy" jednego z nich.

Nie oceniaj dresa po dresie :)

#RR8vb

Jechałam na korepetycje z matematyki na obrzeża miasta, gdzie dojeżdża tylko jeden autobus , który jeździ średnio raz na półtorej godziny (zwłaszcza w godzinach wieczornych). Niestety nie jeździ spod mojego domu, więc musiałam najpierw jechać jednym autobusem i przesiąść się na ten właściwy.

Matematykę miałam na 18, autobus, który miał mnie tam zawieźć o 17:45. Niestety nie zdążyłam na autobus spod mojego domu. Jakimś cudem dotarłam do miejsca oddalonego o ponad kilometr od przystanku, z którego miałam ten autobus 17:45. (A była 17:40 i na ten przystanek dojeżdża tylko jeden autobus, na który już się spóźniłam, a kolejny miał być jakieś 20-30 minut później). No to biegnę! Po 4 dniach choroby prędkość mojego biegu nie była największa. Jedyna myśl, która przychodziła mi do głowy, to podjechać taksówką. Tylko znajdź tu teraz taksówkę...

Biegnę przed siebie jak szalona, patrzę, a po mojej lewej stronie stacja benzynowa, na której zatrzymała się taksówka. Zapytałam się taksówkarza, czy może mnie podwieźć, a on że oczywiście. Styrana życiem, zziajana, wkurzona na siebie i cały świat próbuję mu wytłumaczyć gdzie chcę dojechać. Udało nam się ustalić, że nie zdąży mnie podrzucić na ten autobus, więc odwiezie mnie do samego celu. Myślę sobie: no trudno, stracę hajs, ale przynajmniej dotrę na czas. Jedziemy już główną trasą i nagle widzimy, że przed nami jedzie ów autobus, którym miałam jechać.

Taksówkarz pyta: co robimy? Na to ja: może mnie pan wyrzucić na ten autobus. Taksówkarz upewnił się, że zdążę tym autobusem na matematykę i powiedział, że wyprzedzi autobus i wysadzi mnie na następnym przystanku. Na przystanku zatrzymał się tuż przed autobusem, więc miałam dosłownie kilkanaście sekund na opuszczenie auta i wejście do autobusu. No tak, ale jeszcze trzeba zapłacić za taksówkę. Miałam zapłacić około 12 zł, a miałam całe 20. Dałam panu banknot, a on wydał mi szybko resztę, która niestety w drodze przekazywania z rąk do rąk wylądowała na podłodze samochodu. Powiedziałam: już tam trudno, dziękuję bardzo; wybiegłam z samochodu i szczęśliwa weszłam do autobusu i zajęłam miejsce na jego końcu. Trudno, straciłam trochę pieniędzy, ale nie spóźnię się półtorej godziny na matematykę.

Pan taksówkarz jechał cały czas przed autobusem. Po przejechaniu około trzech przystanków autobus nagle się zatrzymał (NIE NA PRZYSTANKU). Patrzę przez przednią szybę autobusu, a przed nami na awaryjnych stoi owa taksówka, którą wcześniej jechałam. I nagle do autobusu, przednimi drzwiami, wsiada pan taksówkarz i rozgląda się po autobusie szukając mnie.

Ja już wiedziałam o co chodzi, więc podeszłam do miłego taksówkarza, odebrałam od niego 8 zł reszty i bardzo podziękowałam. Po czym taksówkarz wysiadł z autobusu i wsiadł z powrotem do swojego samochodu. A to tylko 8 zł!

#gardo

Od dziecka marzyłam o dostaniu popularnej lalki Baby Born. Kiedy zaczęła się moda na tę lalkę w Polsce, jej cena była ogromna. Mimo płaczu i wielu szantaży na moich rodzicach lalki nie dostałam. Dziś już mam +20 lat, ale rodzina do tej pory śmieje się, że gdybym ją dostała bardzo bym się cieszyła.

Jakiś miesiąc temu okazało się, że jestem w ciąży. Po zrobieniu testu wychodzę z łazienki i mówię do mojego narzeczonego z wielkim strachem, że będziemy mieli dziecko, gdzie nagle jego odpowiedź rozwaliła mi system. A było to mniej więcej tak:

Ja: Kochanie, jest sprawa. Jestem w ciąży. I co teraz będzie?
On (ze stoickim spokojem, rzecz jasna): No co? Zawsze chciałaś Baby Born. To teraz masz. Nie musisz dziękować.

#0IxGb

Kiedy byłam małą dziewczynką, opiekował się mną mój tato wraz z dziadkami.
Moja mama, jeśli tak ją mogę nazwać, oprócz urodzenia mnie na przymus nigdy nic więcej dla mnie nie zrobiła. Zostawiła tatę, wyjechała za granicę, tam poznała kogoś innego. Mieszkałam wraz z tatą u jego wspaniałych rodziców, nie kochałam nikogo tak bardzo jak ich. Gdy tata ciężko na nas pracował (niestety taki miał zawód), opiekowała się mną babcia wraz z dziadziem, babcia była i jest nadal wspaniałą gospodynią.

W weekendy, kiedy tato miał wolny czas, poświęcał go tylko dla mnie. Byłam mała, lecz pamiętam do dziś, jakim oczkiem w głowie byłam dla niego. Jak się ze mną wygłupiał i bawił, pamiętam naszą wspólną relację, którą kochałam! Niestety, lata uciekały, a ja dorastałam. Tato to dostrzegał i widział, że przestaję być małą dziewczynką. Widziałam, jak mu jest z tym ciężko, że powoli sama wybierałam dla siebie ubrania, powoli zaczynałam interesować się kosmetykami i co najgorsze dla taty, zaczynałam postrzegać chłopców inaczej niż jako kolegów z ''podwórka''.

Z biegiem czasu w ''naszym'' życiu pojawiła się kobieta. Gdy tato przedstawił mi ją, nie myślałam o niej jako ''konkurencja'' czy może jako ''wredne babsko''. Nie! Chciałam, by tata miał kogoś, szczególnie że tato nigdy nie potrafił rozmawiać ze mną na temat pierwszego okresu czy współżycia. Jakoś mu się to udawało wyciągnąć z gardła, ale rozmawiając z nim o tym czułam to ''dziwne'' napięcie, którego nienawidziłam. Dlatego wiedziałam, że tacie jest potrzebna kobieta, choćby w tych sprawach.

I tak po parunastu latach wspólnego życia w jednym domu z moją macochą w zakupionym przez nich domu całkowicie straciłam kontakt z tatą. Teraz mając prawie lat 19 i mając narzeczonego, lecz jeszcze mieszkając z rodzicami, strasznie mi tego brakuje. Mam wspaniałego narzeczonego oraz dziadków, dla których zawsze będę ich córką (w końcu to oni mnie wychowali), ale bardzo żałuję tych kilku lat bez taty. Mieszkamy wspólnie w jednym domu, a potrafimy się do siebie nie odezwać czy nawet się nie widzieć. Mając pokój u góry (rodzice na dole), potrafię nie zejść na dół po jedzenie, bo nie chcę znowu wdawać się z nim w dyskusje na temat szkoły czy też mojego ''chłopaka''. Kocham tatę, bo gdy czegoś potrzebuję, zaraz mi to stara się dać, ale mam ogromny żal do niego, że po prostu mnie nie przytuli czy nie pogada ze mną o czymś innym niż o ocenach.

Coraz częściej chcę szybko zniknąć z tego domu. Przynajmniej będzie miał mniej nerwów przez mnie. Jest mi strasznie smutno, bo nawet nie wiem kiedy mój tato stał się siwy na włosach, a i ja nie mam już 6, tylko 19 lat.

#fziGe

Ostatnio musiałam zmienić pracę, ponieważ obecna firma się likwiduje. Zaczęłam wysyłać CV i z zaskoczenia, praktycznie od razu, znalazłam coś innego. Tyle że będę musiała teraz z tego zrezygnować, ponieważ lekarz medycyny pracy nie dopuszcza mnie do pracy (nie czytam z tablicy nic poza pierwszymi 2-3 rzędami).

Nigdy wcześniej nie miałam takich problemów, zawsze to były albo badania "po łebkach," gdzie w sumie pytali jedynie, czy mam puls, albo też okuliści, którzy robili mi badania ALE pozwalali pracować, ponieważ rozumieli, że nie stać mnie co 2 lata na nowe okulary za 1000 zł.

Tutaj nie. Nie czytam? Nie ma dopuszczenia.

Może od razu dodam, że moja wada (ponad minus 20) jest z gatunku takich, przy których korekcja okularami i tak niewiele daje.
Gdyby to było tak, że kupuję okulary i już jest zero problemów, to nie byłoby sprawy.

Wyrabiałam obecne kilka lat temu i już wtedy były słabsze, a w dodatku tak naprawdę nie widzę dobrze nawet w szkłach "na moją wadę," co stwierdziłam przy przymiarkach, a co jest również po prostu zawarte w definicji niedowidzenia.Osoba niedowidząca to taka, która nie widzi dobrze nawet z korekcją typu szkła.
Nawet jeśli wyrobię zupełnie nowe okulary, to i tak nie będę w nich widzieć na tyle, żeby akurat u tego konkretnego orzecznika dostać "akcept.".

Najprawdopodobniej będę musiała właśnie zrezygnować z pracy, którą już znalazłam. Ale to nie jest największy problem, mimo wszystko.

Na ten moment nie wiem nawet, czy jest sens dalej wysyłać CV, jeśli mam mieć takie cofania jak teraz - i to w przypadku pracy lekkiej, bez dźwigania, bez monitorów, czyli praktycznie gdzie lepiej już bym trafić nie mogła, to co tu mówić o czymś cięższym?

Żadna renta mi nie przysługuje, więc jeśli nie mogę pracować, pozostaje mi tylko zacząć żreć tynk że ścian.

#5GOFE

Jestem Lidia, mam 27 lat. W gimnazjum poznałam Kubę i z czasem staliśmy się najlepszymi przyjaciółmi (nie jesteśmy małżeństwem, nie mamy czwórki dzieci i piątego w drodze, nie spaliśmy ze sobą, nawet się nie całowaliśmy. Po prostu przyjaźń damsko-męska istnieje). Świetnie bawiliśmy się na swoich weselach, mi i mężowi w niedługim czasie urodzi się dziecko, a Kuba ze swoją żoną są szczęśliwymi rodzicami cudownych bliźniaków.

Mój przyjaciel od urodzenia miał problemy z sercem i z nerkami, w technikum zachorował na cukrzycę, a w zeszłym roku dopadł go cholerny koronawirus... No i się zaczęło - szpital, dom, dom, szpital i tak w kółko. Święta przeleżał na łóżku szpitalnym. Cały czas powtarzałam mu "Stary, złego diabli nie biorą". Kuba każdemu powtarzał, że jest dobrze. Wrócił do zdrowia, ale na krótko. Pół stycznia to była tragedia! A co najgorsze, stracił wiarę w siebie i zaczął się poddawać.

Z odwiedzinami był dramat, więc kontakt mieliśmy głównie przez telefon. Pewnego razu gdy dzwoniłam to płakał, że przykro mu, bo żona będzie wdową, synowie go zapomną, że nie zobaczy mojego dzidziusia, ale będzie nad nami wszystkimi czuwał... Płakałam razem z nim, ale starałam się go podtrzymać na duchu "Kuba, nie pierdziel głupot, kto mi będzie dziecko bawił, jak pojadę z mężem na wakacje na Majorkę czy Cypr? Ty dwóch bąblów miałeś naraz, to wprawy nabrałeś", on na to, że ja też niejeden raz z jego chłopcami siedziałam, więc i z jednym dam radę...

Dwa tygodnie temu zadzwonił i podczas rozmowy życzył mi szczęśliwego rozwiązania ciąży, dużo zdrowia i szczęścia dla całej mojej rodziny. "To do zobaczenia, diablico" usłyszałam przed końcem rozmowy. Rozpłakałam się tak bardzo, że nie mogłam złapać tchu...

W nocy po tamtym telefonie Kuba zmarł.
Ciężko sobie z tym radzę i nie wyobrażam sobie, co czuje teraz jego rodzina, ale wiecie co? On teraz czuwa nam nami. Wiem to!

#S15yA

Mój chłopak ma na imię Tomasz, więc w moim telefonie jest zapisany tuż obok taty. Wczoraj będąc w dobrym humorze napisałam wiadomość "Jesteś wspaniałym tatą!" i przez przypadek wysłałam ją do Tomka, zamiast do mojego ojca. Nie zorientowałam się aż do późnego wieczoru, kiedy to mój ukochany przyjechał pijany, bo był z kolegami "opić" fakt, że zaszłam w ciążę.

Przykro mi było wyprowadzić go z błędu, ponieważ nigdy nie widziałam go tak szczęśliwego.
Dodaj anonimowe wyznanie