Jestem okropna.
Matka mojego chłopaka doznała udaru, jest osobą leżącą, mówi kilka słów w kółko. Jak jeszcze mogła mówić, wymogła na nim obietnicę, że on nie odda jej do DPS-u.
Od dłuższego czasu myślę, jak z nim zerwać, by nie wyjść na sukę. Nie chcę brać na siebie takiego garba, nie chcę być pielęgniarką dla obcej kobiety. Jestem młoda, większość życia przede mną. Nie chcę go spędzić poświęcając np. własną pracę dla opieki nad osobą, z którą się nawet nie lubiłam przed tym zdarzeniem.
Kilka lat temu wzięłam suczkę od sąsiadki. Żyło nam się dobrze. Wspaniały pies, wierny, kochany, cudowny. Od kilku tygodni zaczęła kłaść mi się na brzuchu kładąc głowę między moimi piersiami i piszczeć. Trwało to kilkanaście tygodni.
Poczytałam w Internecie, że podobno psy wyczuwają w ten sposób choroby. Udałam się do lekarza, zrobiłam badania. Mój wyczuł raka piersi. W 3 stadium. Zdiagnozowanego kilkanaście dni temu.
Od przyszłego poniedziałku zaczynam walkę. I nie poddam się, dopóki nie wyzdrowieję. Pozdrawiam.
Mam 19 lat. Po śmiertelnym wypadku mojej najlepszej przyjaciółki wyprowadziłam się do Anglii. W rodzinnym mieście wszystko mi o niej przypomniało, kompletnie nie mogłam się ogarnąć. Znałyśmy się odkąd pamiętam, była moją prawą ręką... We wszystkim mi pomagała, zawsze mogłam znaleźć w niej oparcie. Przenigdy w życiu się nie pokłóciłyśmy. Jak to przyjaciółki, miałyśmy swoje zwyczaje, w każdy czwartek kupowałyśmy pizzę, po piwku i szłyśmy na plażę. Siedziałyśmy tam do nocy, rozmawiając o dosłownie wszystkim.
Tydzień temu wróciłam do Polski i po raz pierwszy odważyłam się pójść w "nasze" miejsce. Kupiłam jak zwykle małą hawajską, dwie warki i usiadłam tam, gdzie to zwykle miałyśmy w zwyczaju. Dziwnie to zabrzmi, ale nie czułam się samotnie. Czułam się, jakby tam była. Opowiedziałam jej o Anglii, o problemach i o tym, jak mi jej brakuje. Za każdym razem, kiedy płynęły mi łzy, wiał silny wiatr - jakby to ona chciała mi je zetrzeć.
W dniu wypadku wracałyśmy z imprezy. Nie było chodnika, szłyśmy ulicą. Szłam po stronie drogi, po ok. trzech kilometrach, tuż przed tym, jak miałyśmy skręcać w naszą ulicę, wypadł jej telefon, dlatego zamieniłyśmy się miejscami. Chwilę później wjechał w nią samochód - do tej pory jestem w ciężkim szoku, nie mając pojęcia uratowała mi życie. Choć nie wiem, co gorsze, życie bez niej czy śmierć. Kocham ją i cholernie tęsknię...
Zniszczyłam w zemście życie swojej "przyjaciółki" i rozpiera mnie z tego tytułu satysfakcja.
Byłyśmy całe życie razem. Z jednego rocznika, chodziłyśmy do tego samego liceum, wybrałyśmy ten sam kierunek zaocznych studiów, po studiach złożyłyśmy CV do tego samego miejsca pracy i jakimś magicznym sposobem obie nas zatrudniono. Byłyśmy jak siostry, znałyśmy każdą swoją tajemnicę. Przynajmniej mi się tak wydawało.
Moja "przyjaciółka" wbiła mi pierwszy nóż w plecy, kiedy ukradła mój pomysł i przywłaszczyła sobie moją ciężką pracę, żeby zdobyć uznanie szefa i awans. Drugi nóż w plecy wbiła mi, kiedy odkryłam, że od kilku miesięcy sypia z moim byłym narzeczonym. Nie mogłam sobie z tym poradzić, zraniły mnie dwie najbliższe osoby.
Dwa miesiące nie było mnie w pracy, zaczęłam brać psychotropy, kiedy wróciłam z L4, dostałam dyscyplinarkę za rażące naruszenie obowiązków pracowniczych. Nagle przestałam mieć za co żyć, nie mogłam znaleźć pracy. Byłam w tak złym stanie psychicznym, że przestałam się kąpać i gdyby nie pomoc rodziny, skończyłabym w kaftanie na oddziale zamkniętym.
Cztery lata po tych wydarzeniach los znów splótł nasze zawodowe drogi. Ona pracowała dla firmy X, ja dla firmy Y. Po jakimś czasie usłyszałam słowo "przepraszam" i wyjaśnienia, że byłyśmy młode, głupie itp. Na nowo się zaprzyjaźniłyśmy, ale żyłam już tylko zemstą. Ona stała się znów moją spowiedniczką, pomagałam jej, doradzałam, razem spędzałyśmy czas, imprezowałyśmy, ale tylko dlatego, żeby zdobyć jej zaufanie. Pierwszym celem było uwiedzenie jej faceta, potem przyszedł kolejny długo wyczekiwany moment - podłożyłam jej taką minę, że wywalili ją dyscyplinarnie. Podpisała w imieniu firmy coś, czego nawet nie zweryfikowała, ufając moim zapewnieniom. Ja natomiast dostałam ogromną nagrodę za wynegocjowanie złotego kontraktu dla firmy. Kiedy to się stało, od kilku miesięcy jej facet zdradzał ją ze mną. Był to zatem odpowiedni czas na wyłożenie kart na stół, powiedziałam mu, że nie chcę dłużej nas ukrywać i kazałam mu wybierać - albo ja, albo ona. Tak czy siak, byłam wygrana. Wybrał mnie.
Posłużyłam się nim jak narzędziem, niby szkoda człowieka, ale co to za facet, który zdradza własną kobietę? Jest wart tyle co nic. Za jakiś czas nie będziemy razem.
Bardzo chciałabym spojrzeć jej teraz w oczy, zaśmiać się prosto w twarz. Cieszę się z jej upadku i cierpienia. Wiem z relacji innych osób, że zaczęła pić, nie ma pracy, kredyt na mieszkanie sam się nie spłaci, a oszczędności nie ma. Dopięłam swego i żywię ogromną nadzieję, że skończy z chorobą psychiczną i pod mostem.
Od zawsze miałam beznadziejne kontakty z mamą. Nie potrafiłyśmy dogadać się w najprostszych rzeczach. Ona zawsze wolała pracę i swojego nowego męża, mnie odstawiając zupełnie w kąt. Przyzwyczaiłam się do tego. Na przestrzeni lat przestało mi na niej zależeć. Serio, nie czułam już żalu, smutku. Każda z nas żyła własnym życiem i tak naprawdę kontakt ograniczył się do oschłego przywitania się rano.
Pewnego dnia wpadłam w małe tarapaty w szkole, generalnie chodziło o opuszczenie terenu szkoły w trakcie lekcji, w zasadzie nic wielkiego. Niestety powstała z tego mała afera i gdy wróciłam do domu, mama czekała na mnie z awanturą. Przewróciłam oczami, stwierdziłam, że nic się nie stało i schowałam się przed jej krzykiem w pokoju.
Przyszła po dwóch godzinach o coś zapytać. Zobaczyła, że płaczę, a wręcz dosłownie wyję w poduszkę. Zrobiła coś, na co nie zdobyła się nigdy wcześniej - przytuliła, przeprosiła i głaskała po włosach. Od tego czasu nasze relacje, mimo że wciąż nie perfekcyjne, bardzo się poprawiły.
Nigdy jej nie powiem, że płakałam, bo wzruszyłam się na filmie "Mój przyjaciel Hachiko", a nie z powodu kłótni...
Historię znam tylko z opowiadań najbliższej rodziny, było to jakieś 20 lat temu. Otóż mając jakieś 2,5 roku miałam psa, a raczej suczkę, która wabiła się Saba. Pilnowała mnie na każdym kroku. Wiadomo, na podwórku różne rzeczy można znaleźć, a to ciekawy płot, na który można wejść, czy drabinę. Moja psinka zawsze łapała mnie i mi nie pozwalała na włażenie na wcześniej wspomniane rzeczy. Także moja mama ufała jej bezgranicznie i mogła czasami pozwolić sobie na to, żeby zostawić mnie na parę minut samą. Aż do dnia, kiedy zniknęłam nie wiadomo gdzie.
Pewnego słonecznego dnia mama weszła na chwilę do domu po napój dla mnie (był sierpień, więc zboża wysokie, a wtedy jeszcze wokół mojego domu były tylko pola). Kiedy wróciła, zauważyła, że mnie nie ma. Krzyk niesamowity, gdzie ja jestem. Tata i dziadkowie, którzy akurat przyjechali w odwiedziny, zaczęli gorączkowo mnie szukać. Bali się, że wyszłam w pola, gdzie jak na złość jeździł kombajn.
Kombajn został zatrzymany, policja została wezwana. Nagle tata zapytał gdzie jest Saba, w momencie go olśniło, że nie sprawdzili jednego miejsca.
Okazało się, że kiedy moi rodzice umierali ze strachu, ja w najlepsze sobie spałam razem z moim ukochanym pieskiem w jego budzie. Spałam zwinięta w kłębek, a mój piesek obok mnie, tak żeby czasem nie było mi zimno.
Piesek od tego zdarzenia był z nami jeszcze dziesięć lat. Pamiętam, że jeżeli chciałam wyjść poza podwórko, to tylko z Sabą, bo ona zawsze była przy mnie i nie pozwalała mi nigdzie odejść.
To była najlepsza przyjaciółka, jaką miałam. Zginęła pod kołami auta, ratując życie mojego drugiego psa, na moich oczach.
Słyszeliście kiedyś o osobowości teatralnej/histrionicznej? Znam osobę, która być może cierpi na to zaburzenie, choć wątpię, żeby zdawała sobie z tego sprawę.
Na początku wydawała się fajną, normalną dziewczyną, dopiero z czasem odkryłam, że coś tu nie gra. Opowiadała niewiarygodne historie i jak zebrało się je wszystkie, to po prostu wydawały się bardzo przerysowane. Młoda dziewczyna, a cierpiała chyba na wszystkie możliwe choroby: schizofrenia, astma, reumatoidalne zapalenie stawów, padaczka, nawet twierdziła, że wielokrotnie zdiagnozowano u niej nowotwór, ale każdy się cudem wchłonął. Zwłaszcza ta schizofrenia była dziwna, bo jak poznało się ją bliżej, można było zauważyć, że żadnych leków nie bierze, codziennie pije alkohol, do lekarza żadnego też nie chodzi. Dzięki temu, że ludzie często początkowo jej wierzyli, czuła się wyjątkowa.
Potem zwróciłam uwagę na inne dziwaczne zachowania. Musiała być stale w centrum uwagi. Na jednej imprezie ni stąd, ni zowąd usiadła na środku podłogi, objęła się ramionami i z wytrzeszczem oczu zaczęła się cała trząść mówiąc, że jej zimno. Ci, którzy słabiej ją znali okryli ją kocami i kurtkami, a kiedy nie pomagało, zastanawiali się, czy nie zadzwonić na pogotowie, reszta uspokoiła ich, że zaraz jej przejdzie. Innym razem w restauracji udawała, że mdleje, a kiedy kelnerka podała jej szklankę wody, wszystko porozlewała i próbowała zwymiotować. Jeszcze innym razem udawała atak astmy. Urządziła scenkę duszenia się, a kiedy dostała wodę, zaczęła nią pluć. Najczęściej sytuacje miały miejsce, gdy nie dostawała dostatecznej ilości uwagi lub z jakiegoś powodu źle się czuła w danym towarzystwie.
Moja cierpliwość do jej osoby wyczerpała się, gdy tylko pytałam o jej samopoczucie i dowiadywałam się od niej, że codziennie mdleje, ma duszności, wymioty, biegunkę, krwotoki z nosa itp. itd. Przechodziła covida i nikomu nawet na trochę nie pozwalała o tym zapomnieć, bo przy każdej możliwej okazji urządzała istny koncert kaszlu i mówiła "nie przejmujcie się, to po covidzie". Skończyłam tę szopkę, wraz z narzeczonym przestaliśmy zapraszać ją na imprezy czy piwo i nie stresujemy się tym, że zrobi nam spektakl na żywo, a ludzie będą się dziwnie patrzeć, że nie pomagamy biednej potrzebującej dziewczynie.
Czekałem na ważny list, więc gdy dziś rano usłyszałem pukanie do drzwi, czym prędzej wyskoczyłem z wanny, naciągnąłem majtki i pobiegłem odebrać moją upragnioną przesyłkę. Zerknąłem przez wizjer. Z wielkim smutkiem stwierdziłem, że nikogo na korytarzu nie ma i najwyraźniej przesłyszało mi się. Na wszelki wypadek otworzyłem delikatnie wrota, aby wystawić ucho i upewnić się, czy przypadkiem nie usłyszę uciekającego listonosza. Mój gruby kot postanowił wykorzystać tę okazję i dał dyla przez szparę. Instynktownie rzuciłem się za nim zapominając, że jestem cały mokry i mam na sobie tylko gacie.
Kota złapałem na półpiętrze, bo grubas nie ma zbyt dobrej kondycji. Natomiast pojawił się inny problem – zatrzaśnięte drzwi. Przez godzinę siedziałem goły na schodach w towarzystwie drącego się kota i czekałem na powrót mojego współlokatora ze sklepu. W międzyczasie chyba każdy możliwy mieszkaniec tej klatki schodowej, wliczając sąsiadkę, która bardzo mi się podoba, zdążył przejść koło mnie. Nikt nie zapytał czemu właściwie tkwię rozebrany do rosołu z otyłym kotem na kolanach. Każdy rzucił standardowe „Dzień dobry”, mijając mnie na schodku.
To wydarzyło się kilkanaście lat temu, kiedy byłam w 3 klasie podstawówki. Tego dnia na drugiej lekcji musiałam skorzystać z toalety w celu „grubszej sprawy”. Jako że byłam bardzo dobrą i pilną uczennicą, nie chciałam opuszczać sali, żeby nie stracić nic z zajęć. Mimo tego, że czułam, że muszę wyjść, wyczekiwałam jednak do ostatniej chwili.
I wtedy niespodziewanie przyszła mi pomocą nauczycielka, która poprosiła, aby ktoś przyniósł kredę, a że moja potrzeba była tak konieczna, to od razu się zgłosiłam i pędem wybiegłam z sali zmierzając prosto do WC. Rozpędzona wpadłam do kabiny, a że miałam wówczas taki zwyczaj, że nie siadałam na desce, tylko na ugiętych kolanach załatwiałam sprawy, więc tak też uczyniłam tym razem. Kiedy było już po wszystkim, zorientowałam się, że coś jest nie tak. Otóż… okazało się, że deska sedesowa była opuszczona, a ja wchodząc tego nie zauważyłam… Sam widok tego co znajdowało się na wierzchu deski był tragiczny. A ja zamiast to jakoś ogarnąć i posprzątać, założyłam spodnie, zamknęłam drzwi kabiny i uciekłam z toalety do kantorka woźnej po kredę.
Następnie wróciłam do klasy z zapasem kredy, jak gdyby nigdy nic. Sprawa wyszła na jaw dopiero na ostatniej lekcji, kiedy jakaś dziewczyna z 5 klasy weszła do feralnej kabiny. Poskarżyła woźnej o tym co znajduje się na desce, a woźna była tak oburzona, że poinformowała panią dyrektor. Zaraz informacja obiegła całą szkołę i zaczęto szukać winnej osoby. W mojej szkole wtedy nie było żadnego monitoringu. Jako że nasza woźna była uprzedzona wobec chłopaków, w końcu stanęło na tym, że to któryś z nich wszedł do damskiej toalety i zrobił to specjalnie. Dyrektorka zrobiła apel i grzmiała na biednych chłopców, którzy dusili się ze śmiechu, ale żaden z nich się nie przyznał, a ja modliłam się przez następne 3 lata, żeby nikt nie odkrył, że to ja. Nikt oczywiście nie wpadł na to, żeby mnie o to posądzić, ale ja za każdym razem jak mijam swoją podstawówkę przypominam sobie o tej sytuacji i chociaż śmieję się z tego w głos, to w duchu płonę ze wstydu.
Przeczytałem tutaj historię pewnego młodego chłopaka, którego dziewczyna w ramach równouprawnienia musiała sama sobie skręcać szafkę i wyjmować akumulator z samochodu i zrozumiałem, że jestem frajerem, który dawał się wykorzystywać kobiecie.
Znaliśmy się od 4 miesięcy, a od ponad trzech robiłem jej remont domu. Mieszkaliśmy godzinę drogi od siebie, więc żeby mieć więcej czasu i nie marnować go na dojazdy, zabrałem część swoich rzeczy i w zasadzie mieszkałem u niej. Żeby było zabawnie, opłacałem swoje mieszkanie, które stało puste, i połowę jej domu, bo u niej mieszkałem. Kończyłem swoją pracę i zasuwałem do nocy u niej. Tak samo dni wolne, od rana do nocy. Jak mi się odwdzięczała? Częstymi fochami, bo według niej bardzo się guzdrzę, brakiem ochoty na seks i częstym "nie dotykaj, zostaw, nie mam nastroju, miałam zły dzień w pracy i nie mam humoru". A co robiła ona w tym czasie? Oglądała TV, szła do koleżanki, która pewnie miała na imię Marcin, albo pisała z tym kolesiem, o którym mówiła, że jest tylko jej przyjacielem.
Wczoraj powiedziałem jej, że koniec takiej pracy, bo już niedomagam fizycznie, mogę jej robić remont co drugi dzień i ona ma mi pomagać, a weekend będzie wolny i dla nas. Jaki był efekt? Pokłóciliśmy się i podczas tej kłótni dowiedziałem się, że nie jestem prawdziwym mężczyzną, że się na mnie zawiodła i wiele takich mających zrobić ze mnie najgorszego z najgorszych. Kazałem jej pokazać telefon i kiedy go chwyciłem, rzuciła się na mnie z pazurami i strzeliła mi z liścia. Puściły mi nerwy i oddałem jej tak, że przeleciała przez oparcie kanapy, zabrałem swoje rzeczy i wyszedłem.
W samochodzie kiedy trochę ochłonąłem doszło do mnie, że powinienem pójść na policję i profilaktycznie powiedzieć, co zaszło, zanim ona pójdzie pierwsza i powie, że ją pobiłem. Tak też zrobiłem, policjant wyjaśnił mi, jak to wygląda ze strony prawnej, ja zgłosiłem przestępstwo, po czym mnie przesłuchał i kazał iść na obdukcję, bo miałem podrapane ręce i twarz po jej paznokciach.
Czekam, co będzie dalej. Mam 29 lat, a dałem się wykorzystać jak dziecko, byłem potrzebny tylko dlatego, że zdała sobie sprawę, że może mnie wykorzystać, a po wszystkim i tak by ze mną zerwała. Dzięki mnie zaoszczędziła z 25 tys. zł na samej robociźnie i jeszcze jej płaciłem rachunki za pół domu. Jestem debilem. Nie wierzę w swoją głupotę i łatwość, z jaką dałem się zmanipulować. Nigdy już nie kiwnę palcem dla żadnej kobiety.
Dodaj anonimowe wyznanie