Jadę busem. Duży tłok, więc stoję za przednimi siedzeniami. Nie to, że podglądam, ale chcąc nie chcąc widzę telefon chłopaka siedzącego na siedzeniu przede mną. Pisze SMS-a: „Kochanie, tak bardzo chciałbym być teraz koło Ciebie w łóżku. Gdybym tam był, macałbym Cię”.
Podrapał się po głowie, pokręcił głową i zamienił „macałbym” na „przytulałbym”.
Ot, męska logika.
Wychowywałam się w rodzinie patologicznej i dysfunkcyjnej. Niby wyszłam na ludzi, prowadzę normalne życie, ale jest rzecz, o której nigdy nikomu nie opowiem.
Jako młoda dziewczyna, ledwo nastoletnia, chodziłam do mieszkania mojego starszego sąsiada, któremu pozwalałam się dotykać i oglądać w zamian za pieniądze. Nie czułam się z tym źle, lubiłam te nasze spotkania, bo miałam kasę na jedzenie dla siebie i młodszego brata i na swoje wydatki.
Zacznę od tego, że od zawsze byłam jedynaczką. Gdy przyszłam na rozpoczęcie 1 klasy gimnazjum, zauważyłam pewną dziewczynę. Całkowite przeciwieństwo mnie. Po samym wyglądzie można było to stwierdzić. Ja byłam taką słodziutką, małą dziewczynką w dwóch kitkach, spódnicy i w różowych zakolanówkach, a ona w glanach i spodniach.
Nasza znajomość jakoś się niespecjalnie rozwijała. W pierwszej klasie pojechałyśmy razem na koncert, ale nic oprócz "cześć" na co dzień nie było.
W drugiej klasie zaczęłyśmy się kolegować, lecz w drugim semestrze, za sprawą koleżanki, przestałyśmy się do siebie w ogóle odzywać.
Aktualnie gimnazjum mam już za sobą. A ta dziewczyna aktualnie jest prawnie moją siostra "bliźniaczką". Pewnej nocy w 3 klasie uciekła z domu, ponieważ nie miała zbyt dobrego życia i przyszła do mnie do domu. Po zgłoszeniu tego gdzie trzeba przez moją mamę, ona została na noc... Na kilka dni... Tydzień... I tak zostało aż do dziś. Rodzice zrobili kurs na rodzinę zastępczą, a ja mam siostrę, której zawsze chciałam.
Jeszcze na koniec chciałam stwierdzić, że to nieprawda, że jak się weźmie dziecko ze złej rodziny, to ono będzie takie samo. Po prostu trzeba je wtedy wspierać, kochać i nie dopuścić do tego, by zwątpiło samo w siebie.
Rozwodzę się z mężem alkoholikiem. Jeszcze wyprowadzając się rok temu wierzyłam, że pójdzie na leczenie i wrócimy do siebie. Mój mąż przez ten czas miał podejście do leczenia, ale go nie przyjęli na odwyk ze względu na niewielką ilość alkoholu w wydychanym powietrzu. Potem już nie próbował. Ma mózg wyprany przez alkohol, nie da się z nim logiczne porozmawiać i notorycznie kłamie, żeby się choć trochę wybielić.
W tym czasie ja siedziałam w domu z naszym dzieckiem. Patrzyłam, jak poznaje nowe smaki, uczy się siadać, a potem chodzić. On rzadko bywał, potem wcale.
Aż przyszedł dzień, kiedy sobie o nas przypomniał. Prawie dostałam zawału, jak go zobaczyłam na schodach.
On kocha mnie. Ja kocham jego. Przez cały ten czas, mimo tego całego syfu. Widziałam to w jego oczach i wiem, że on zobaczył to samo w moich. I cholernie mnie to smuci, bo niczego nie zmienia.
Jak każdego dnia o 11 wychodzę z domu, bo o 12 trzeba być w pracy. Biorę torebkę, sprawdzam, czy wszystko mam i jadę. Byłam już w połowie drogi, kiedy okazało się, że nie mam przepustki, bez której do mojego miejsca pracy wejść nie mogę.
Szybko zawracam i spieszę się, bo mieszkam dość daleko.
Wpadam do domu jak petarda, drzwi od sypialni zamknięte. Wydało mi się to dziwne, bo ani ja, ani mój mąż nigdy ich nie zamykamy. No ale otwieram drzwi, wchodzę, biorę przepustkę, patrzę... a tam mój mąż w łóżku z rozebraną blondynką! Ona zaczęła się śmiać, a ja płakać. Powiedziałam, że jak wrócę z pracy, to ma go tutaj nie być, a klucz niech zostawi pod wycieraczką.
Całą drogę przepłakałam, w pracy nie mogłam się skupić, a najgorsze jest to, że jestem z nim w 4 miesiącu ciąży...
Jak wiadomo, anonimowi nie oceniają dresa po dresie. Ja także mylnie takiego człowieka oceniłam.
Wracałam chwilę przed północą od przyjaciółki, czekałam na ostatni tramwaj. Podszedł do mnie facet. Rozejrzałam się dokoła. W razie gdyby coś mi się miało stać, jedynym moim ratunkiem byłby pan menel śpiący na przystanku naprzeciwko (kiepsko, co nie?). Szybki rzut oka - dresy z trzema paskami, bluza (ledwo dopięta przy takich mięśniach), no i czapka, oczywiście klubowa, która nie zasłaniała tatuaży na szyi i karku. Pierwsza myśl - nie dożyję jutra.
Jednak Sebek podszedł do mnie i zapytał, jak się dostanie do pewnego szpitala, bo pewna osoba mu powiedziała, że dojedzie autobusem, ale musiałby czekać, bo akurat ostatni dzienny mu uciekł, a pierwszy nocny za godzinę. Nadal lekko zestresowana, wytłumaczyłam, że najszybciej to musi jechać ze mną, wysiąść tam gdzie ja, i wtedy go pokieruję dalej. Podziękował, podał rękę i się przedstawił.
Myślałam, że poczeka na tramwaj samotnie, ale nic bardziej mylnego. Zapytał mnie co taka ładna dziewczyna sama robi o tej porze w takim miejscu (fakt, był to jeden z końcowych przystanków, więc zadupie). Tramwaj przyjechał, jak zwykle o tej porze pusty, ale on usiadł ze mną. Powiedział mi, że pracuje jako ochroniarz w klubie.
Ostrzegł mnie, że zawsze mam brać piwo czy drinka ze sobą, bo on wie co faceci robią, a jeśli zostawiam, to lepiej wylać. Odradził kilka klubów, w których jest "syf", a kilka polecił. Później, ku mojemu zdziwieniu, podał mi swój numer. W razie gdybym była sama i potrzebowała pomocy na mieście. Byłam bardzo zmieszana, gdy powiedział: "Ludzie myślą stereotypami. Widzą dziary, łysą głowę, przypakowanego kolesia i myślą, że z paki dopiero wyszedł. A ja jadę do dziewczyny. Mam 34 lata i pierwszy raz się zakochałem po uszy. Miała wypadek, muszę do niej jechać".
Gdy wysiedliśmy na przystanku (mam jakieś 3 min drogi do domu), wskazałam mu drogę i chciałam się pożegnać. Jednak on mnie odprowadził, poczekał, aż wejdę do klatki i dopiero poszedł w swoją stronę.
"Robot", jeśli to gdzieś przypadkiem przeczytasz, to dziękuję za bezpieczne odprowadzenie.
Pamiętajcie, nie oceniajcie stereotypowo. Mi było bardzo głupio, że tak go oceniłam. Dres dresowi nierówny :)
Zemdlałam dwa razy na przestrzeni kilku dni, niestety, byłam wtedy sama w domu. Od dziecka cierpiałam na bóle głowy, które się nasiliły. Poszłam do domowego (marzec 2014), dał skierowanie do neurologa. Pół roku czekania.
Poszłam do neurologa (wrzesień 2014), opisałam objawy, skierowanie na rezonans z napisem "pilne".
Chcę się umówić, ale najwcześniejsza wizyta w MAJU 2015! Napis "pilne" nic nie daje, jeśli skierowanie nie zostało wystawione przez onkologa.
No nic. Pojechałam zaklepać wizytę... I tu się okazało, jaką szczęściarą jestem.
Akurat znowu bolała mnie głowa, pani w okienku przyjrzała się mnie, przyjrzała skierowaniu, zobaczyła "PILNE" podkreślone dwa razy, widzi mnie bladą i mówi, że akurat ktoś dzwonił, odwołał wizytę, ona mnie wciśnie na tę odwołaną wizytę, badanie za tydzień.
Tak więc we wrześniu dostałam się na rezonans i jeszcze we wrześniu odebrałam wyniki.
Guz mózgu.
Rodzice stanęli na wysokości zadania, poszukali specjalistów (ja byłam zbyt otępiała, by to do mnie dotarło) i w ciągu tygodnia miałam trzy konsultacje z trzema różnymi neurochirurgami. Każdy twierdził to samo: konieczna jak najszybsza operacja, bo KWIETNIA pani nie dożyje, jest za duży i za szybko rośnie (był wielkości kurzego jaja).
Kwietnia bym nie dożyła, a dopiero w maju miałam mieć rezonans i gdyby nie pani w recepcji, byłoby już po mnie. 9 grudnia 2014 miałam operację, a 12 stycznia 2015 poszłam do pracy.
Cała sytuacja nie zmieniła mojego życia, nie spowodowała jakiegoś nawrócenia czy zadawania sobie pytania "dlaczego ja?". Byłam przekonana, że nic mi się nie stanie, bo jeszcze nie zdążyłam nagrzeszyć :D
Jeden jedyny raz dopadła mnie obawa o dalszy los, więc w nocy położyłam się do łóżka siostry i mówię jej
- Słuchaj, gdyby coś mi się stało...
- Chcesz mnie zostawić? - przerwała mi z oburzeniem.
- Oczywiście, że nie chcę - odparłam zaskoczona.
- To nie pierdol głupot. Kolorowych snów.
Kochana siostrzyczka, wie jak podnieść mnie na duchu.
To wszystko działo się, gdy byłam dzieckiem.
Pewnego dnia razem z kuzynką młodszą ode mnie o dwa lata postanowiłyśmy pobawić się w szpiegów. Była wtedy w domu jakaś impreza i wszyscy dorośli siedzieli przy stole w salonie, podczas gdy my byłyśmy na korytarzu.
Zabawa miała polegać na tym, że jedna z nas patrzy, czy nikt z dorosłych nie nadchodzi, a druga w tym czasie przeszukuje kieszenie ich kurtek wiszących na wieszaku, stojącym w owym korytarzu.
Miałyśmy też specjalne pudełko, do którego wrzucałyśmy znalezione w kieszeniach naszych bliskich "skarby". Były to ich pieniądze...
W zabawę tę bawiłyśmy się wiele razy na rodzinnych imprezach (a było ich sporo), jednak nikt nigdy nie skapnął się, że to robimy, nikt nas nie przyłapał. Może dlatego, że to były drobne sumy, choć dla nas to był majątek.
Dziś strasznie się wstydzę tamtych kradzieży.
Gdy miałem 8 lat, uwielbiałem bawić się w pokoju rodziców pod ich nieobecność. Raz znalazłem dziwne plastikowe woreczki. Oczywiście je przebiłem. Tydzień później, gdy zapytałem o nie tatę, ten się bardzo zdenerwował.
Dziewięć miesięcy później dostałem siostrę, a tata dalej ma mi to za złe i nie chce mi kupić roweru...
Jak by nie patrzeć, dałem życie mojej siostrze.
Historia mojego małżeństwa to dziwny zbieg wydarzeń. Gdy miałam trzy lata właśnie urodził się mój sąsiad, jakoś niespecjalnie przywiązywałam do niego uwagę. Ta sama podstawówka, szkoła średnia i... studia, a w międzyczasie wspólni znajomi, zainteresowania i mieszkanie, bo razem taniej.
Tak płynął nam czas i związek nieformalny i całkiem ukryty przed naszymi bliskimi, aż coś pękło, gdy na ostatnim roku wyjechałam na stypendium do Włoch. Po dwóch latach stanęłam z nim oko w oko na weselu jego młodszej siostry. Wszystko przebiegało poprawnie, żadnych żali czy wzajemnych pretensji, aż do momentu oczepin.
Wtedy to, po kilku drinkach, do tej pory mało udzielający się brat panny młodej, a mój "eks", wziął mikrofon, poprosił o chwilę ciszy i uwagi, a potem jakby nigdy nic oświadczył, że ma dość uganiania się za marzeniem, że już chyba dość tej wolności i używania życia i że trzeba wreszcie wydorośleć i czy to się komuś podoba czy nie, on się żeni...
Zemdliło mnie i poczułam dziwny ból, jakby coś rozrywało mnie na części i urwał mi się film. Ocknęłam się w szpitalu, a obok był on, uśmiechnął się i powiedział "co ty wyczyniasz, idiotko, stan prawie przedzawałowy w twoim wieku i to tuż przed naszym weselem, umiesz ty się wymigać od obowiązków...”
No i takim to sposobem od dwóch miesięcy jestem mężatką, choć swoich zaręczyn, szczerze mówiąc, za bardzo nie pamiętam.
Dodaj anonimowe wyznanie