Miałam wtedy 18 lat. Jakie prowadziłam życie? Wesołe, tak zdecydowanie wesołe. Kochałam tańczyć, bawić się, chodzić na imprezy. Mimo tego, że nie jestem osobą która "daje dupy za talerz zupy" (a taką opinię miałam, tak, tak, byłam dziwką, dawałam każdemu, ale co z tego, że seks pierwszy raz uprawiałam mając 20 kilka lat, z facetem, u boku którego budzę się już od kilku lat, i to po naszym ślubie), to na dyskotekach byłam w każdą sobotę, a jak się dało to i w piątek. To była moja odskocznia. Skończyło się to w momencie, kiedy zmarła moja babcia. Stało się to nagle, nie byłam gotowa na jej śmierć. Jak to się mówi, docenisz jak stracisz, wiec nie chcąc tracić i dziadka, postanowiłam zadbać o niego najlepiej jak umiem.
Dziadek po śmierci swojej jedynej miłości zamknął się w 4 ścianach swojego pokoju, najdalsze wędrówka jaka robił to spacer do łazienki. Kilka dni zajęło mi wyciągnięcie go z domu, na cmentarz do babci. Ale wtedy zaczęliśmy też spędzać ze sobą każdą niedzielę. Rano wspólne śniadanie, do kościoła, na cmentarz do babci, wspólny obiad na mieście, lody w najlepszej cukierni i wieczorem przy kolacji oglądaliśmy wspólnie politykę, której szczerze nienawidziłam, ale oglądałam ją dla dziadka. Trwało to dokładnie 3 miesiące, do czasu, aż moja ciotka z zazdrości i obawy przed tym, że zabiorę jej cały majątek dziadka, nie wymyślila najbardziej podłej rzeczy. Wraz ze swoim syneczkiem przerobili moje zdjęcia, tak że zamiast zdjęć ze znajomymi byłam na nich z dużo starszymi facetami w pozycjach, o których nawet nie chcę mówić. Dziadek jako osoba, która nie zna się na nowinkach uwierzył w prawdziwość tych zdjęć. Ale na tym nie koniec. Uwierzyli w to również moi rodzice, mój chłopak i przyjaciółki.
Wyobraźcie sobie teraz, że następnego dnia macie 19 urodziny, a walizki z waszymi rzeczami stoją pod domem. Nikt nie chciał ze mną rozmawiać, dziadek traktował jak powietrze. Byłam załamana. Kiedy dowiedziałam się, że jeszcze jestem chora, w pogoni za pieniądzem na leczenie wyjechałam do Anglii. W portfelu miałam 1000 zł, które zostały mi jeszcze z 18. Tam zaczęłam życie, nie znając języka, nie mając pracy. Ale jakoś się udało. Było ciężko, ale dałam radę. W międzyczasie próbowałam odezwać się do rodziny, ale oni traktowali mnie dalej jak śmiecia. Nie interesowało ich to, że znalazłam cudownego mężczyznę, że byłam w ciąży, skończyłam studia. Na wysłane do rodziców zdjęcie mojego synka dostałam odpowiedz "Nie interesuje nas twój bachor". Mimo to wysłałam im zaproszenie na mój ślub, nikt nie przyjechał.
Teraz mam 28 lat, cudownego męża, 2 dzieci, i kilkadziesiąt nieodebranych połączeń od rodziców i dziadka. Ciotka podczas rodzinnego grilla upiła się i przypadkowo wydała, że to wszystko wymyśliła.
Ale ja już nie mam rodziny. Dobrze mi tak, jak jest.
Zaczyna się lato i znowu jak co roku pojawia się w internecie mnóstwo memów o psach zostawionych w samochodzie na parkingach, z informacją typu "nie boj się wybić szyby", "uratuj pieska" itd. W zeszłym roku byłam świadkiem takiej sytuacji.
Duże miasto, duży market, duży parking. Większość aut stoi bliżej marketu, jest jednak tam też część parkingu znacznie oddalona od wejść, więc raczej stoi pusta lub są zaparkowane jakieś pojedyncze sztuki.
Nagle z dużą prędkością podjeżdża fajne duże audi, nie wiem jaki model, bo się nie znam, ale na oko laika fajne. Auto szybko parkuje, wręcz zarzuca kotwicę. Z auta wybiega młoda kobieta, wyciąga z tylnego siedzenia małego chłopca, może ze dwa lata. Matka na rękach przenosi dziecko do kosza na śmieci, dziecko zaczyna wymiotować, chyba nawet zaczęło już na jej rekach. W tym momencie z tyłu podchodzą jakieś małolaty, zaglądają do samochodu - okazuje się, że w środku siedzi pies. Dziecko nadal wymiotuje. Chłopaki bez zastanowienia wybijają szybę w aucie i dumni robią sobie zdjęcie.
Cala sytuacja trwała może z 60 sekund. Nawet nie sprawdzili, czy samochód jest otwarty, a był. Nawet nie ogarnęli, że właścicielka samochodu i psa stoi przed samochodem. Zaczyna się akcja - dziecko nadal wymiotuje, matka wyzywa chłopaków, grozi policją... Młodzi chłopcy tylko sprawdzili, czy zdjęcie dobrze wyszło i odeszli z dumą. Uratowali psa!
Dlatego zanim "uratujecie psa", rozejrzyjcie się chociaż... Bo może właściciel samochodu po prostu odstawia wózek kilka metrów dalej.
Dwa lata, tyle minęło od wydarzenia, które w znacznym stopniu zmieniło moje życie.
Od 10 lat pracuję jako ratownik medyczny. Okres wakacyjny, godziny późno popołudniowe, dostaliśmy wezwanie do wypadku. Zajeżdżamy na miejsce i o ile jesteśmy przyzwyczajeni do tego typu widoków, bo taka praca, o tyle w tym przypadku byliśmy w sporym szoku. Czołówka dwóch osobówek, kierowca octavii wyprzedzał na nie do końca widocznym odcinku drogi i władował się wprost pod passata. Kierowca VW zginął na miejscu. Kierowca skody, na oko w moim wieku, razem z żoną i 5-letnim wówczas synem wracali z wakacji. Mieli rozłożone 2 z 3 tylnych siedzeń, bo wieźli ze sobą jakiś stelaż. Na 3 w foteliku siedziała ich pociecha. Jedynie mały miał zapięte pasy. Budzik w momencie zderzenia zatrzymał się na 140km/h. Efekt? Kierowca został dosłownie przebity na wylot tym stelażem, który pod wpływem uderzenia wystrzelił jak z jakiejś procy. Ciało kobiety znaleźliśmy 20 metrów od samochodu, wypadła przez przednią szybę. Dziecko przeżyło, pomimo tego, że mocowanie fotelika zwyczajnie nie wytrzymało i po prostu się urwało. Zapytacie jakim cudem? Uratował go olbrzymi pluszak, którego miał na kolanach w momencie wypadku. Zadziałał jak poduszka powietrzna. Bilans wypadku? 3 ofiary śmiertelne i osierocone 5-letnie dziecko.
Ale to nie koniec tej historii.
Dwa miesiące po wypadku dostałem telefon, że maluch, którego wtedy uratowaliśmy, pytał się o mnie. Postanowiłem go odwiedzić w pogotowiu opiekuńczym. Najpierw raz, potem kolejny i kolejny. W międzyczasie dowiedziałem się, że małego nikt nie chce adoptować. Bo płacze po nocach, bo reaguje złością na praktycznie każdego oprócz mnie, nie je, nie pije, jest zamknięty w sobie. Stracił oboje rodziców.
Zaczęło się od samotnych odwiedzin, skończyły się na tych z żoną. Któregoś wieczoru, po naprawdę długich przemyśleniach, zapytałem małżonki, czy byśmy go nie adoptowali? Mamy warunki do tego. Żona nie chciała się zgodzić, mówiła, że nie damy rady. Kłótnie o to trwały dobry tydzień. W środę, pamiętną jak dzisiejszy dzień, obudziła mnie w nocy i powiedziała tylko "Damy radę", po czym pocałowała i poszła spać dalej.
Kubusia, bo tak ma nasza pociecha na imię, adoptowaliśmy rok po wypadku, w którym stracił oboje rodziców. Pół roku temu pierwszy raz powiedział do mnie "Tato". Ryczałem jak bóbr. Na początku było ciężko. Mimo że nas znał, był trochę nieufny. Nowe miejsce, nowa rodzina. Ale z czasem otwierał się na nas. Wiedzieliśmy, że nie będzie łatwo. Ale z dnia na dzień nasze serducha radowały się coraz bardziej. Było warto.
PS. Nasz Kubuś nawet nie ma pojęcia, że będzie miał siostrzyczkę. Musimy go przygotować, by nie czuł się odrzucony. Już wiemy jak ją nazwiemy. Wiktoria, od zwycięstwa w walce o jego nowy dom, nasz dom.
Miałem takiego znajomego, który straszliwie kłamał. Albo raczej konfabulował. I to tak, że właściwie nie wiadomo było o co mu chodzi, bo nic z tego nie miał, a kłamstwa były banalnie wręcz łatwe do sprawdzenia.
Na przykład w luźnej rozmowie mówił, że przyjechał do pracy samochodem. Inny kolega, obecny przy tej rozmowie, powiedział później, że to jakieś bzdury, bo obaj jechali tym samym autobusem i sobie jeszcze rozmawiali.
Tego typu historii była cała masa, więc facet był traktowany z góry, stał się w firmie pośmiewiskiem. Też się z niego nabijałem.
I dopiero po latach się dowiedziałem, że facet miał jakiegoś guza na mózgu, i to on powodował jego dziwne zachowanie...
Głupio mi do teraz.
Wszystko zaczyna się od tego, że postanowiłem zmienić telefon. Wystawiłem mój stary telefon na jednym z portali tego typu, no i jest - odezwała się po niego jakaś dziewczyna, umówiliśmy się, by dobić targu, lecz ona mogła tylko wieczorem (ze względu na pracę). Okej, spotkaliśmy się, dobiliśmy targu i zaoferowała mi, by jej rodzice odwieźli mnie do domu ze względu na średnio bezpieczną okolicę, odmówiłem. Sporą sumkę PLN-ów zabezpieczyłem sobie w majtkach (zawsze tam noszę większe pieniądze, gdy nie chcę, by mi je ukradli), no i ruszyłem w stronę przystanku.
W połowie drogi zauważyłem pięciu typowych Sebków z browarami w rękach, w tym momencie zacząłem sobie przypominać wszystkie filmy z Bruce'em Lee. Zauważyłem, że jeden wyraźnie idzie tak, by się ze mną spotkać. Mimo tego, że zszedłem z chodnika na ulicę, jego bark spotkał się z moim. Zaraz po tym usłyszałem:
- Te, ku*wa! Nie pomyliło ci się coś?
Ja z całkowitym spokojem i smutkiem odpowiedziałem:
- Sorki, zamyślony jestem.
- W takim razie masz problem.
I w tym momencie jeden przepchnął mnie do tyłu, a ja na to:
- Spoko, nie mam ani telefonu, ani złamanego grosza. Możecie mi sklepać michę, ale zróbcie to tak, żebym jeszcze tego wieczoru potrafił samemu ze sobą skończyć.
Sebki popatrzyli na siebie i znów na mnie, a ja dodałem:
- Moje życie to jedna wielka spie*dolina, straciłem wszystko co miałem, tak że śmiało możecie bić - i nadstawiłem im twarz.
Sebki jeszcze bardziej zdziwieni, jeden z nich wsadził rękę do reklamówki (ja już przerażony) i ku mojemu zdziwieniu wyciągnął browara, otworzył go i wręczył mi do ręki mówiąc:
- Trzymaj, ziomek, wypij sobie i zapal szluga (to też zaoferował).
Jak zaproponował, tak zrobiłem, wypiłem z nimi piwko na ławce w parku, opowiedziałem całkowicie zmyśloną historię o chęci próby samobójczej, smutku i śmierci moich rodziców i siostry. We wszystko uwierzyli.
Chłopaki pożegnali się ze mną, zakazali skakać pod pociąg (to był niby mój pomysł na samobójstwo), a ja poszedłem na autobus.
I takim oto sprytnym sposobem udało mi się oszukać kilku Sebków i zaoszczędzić sporą sumkę. :D
Tak że pamiętajcie - przy spotkaniach z Sebkami bądźcie kreatywni! :D
P.S. Dziewczynie, której sprzedałem opowiedziałem tę sytuację i zaprosiła mnie na kawę. Podoba mi się, mam nadzieję, że uda mi się wyciągnąć jakoś tę znajomość do wyższego stadium, a może zostanie moją żoną? ;)
Dziś pierwszy raz w życiu miałam okazję rozmawiać z jedną z tych legendarnych „madek”, które to od dłuższego czasu wyśmiewane są w sieci.
Wystawiłam na OLX lodówkę. Działającą i to nawet energooszczędną. Robiliśmy z mężem remont kuchni i zdecydowaliśmy się na zakup nowego sprzętu, więc pomyślałam sobie, że miłym gestem będzie oddanie komuś starego urządzenia, które ma przed sobą jeszcze parę ładnych lat działania. No i odezwała się do mnie jakaś pani. Pisała dużymi literami i z okropnymi błędami ortograficznymi. Powiedziała, że lodówkę chętnie weźmie pod warunkiem, że jej przywiozę ją do domu, bo w innym wypadku „taka tranzaksja nieopłaca się”. Napisałam, że jedyna opcja to odbiór osobisty, bo przecież i tak oddaję wartą kilkaset złotych lodówkę za darmoszkę... Argument nie przekonał pani i zostałam zwyzywana od kobiet świadczących odpłatne usługi seksualne.
Historia mojej pacjentki.
Kiedy skończyła się wojna, miała kilkanaście lat. Rosjanie takich nie szczędzili. Wraz z siostrami, gdy musiała iść gdzieś dalej, przebierały za staruszki. Pewnego dnia, już po wojnie, szła leśną drogą. Bała się, ale miała coś do załatwienia. Nagle usłyszała za sobą kroki. Za sobą ujrzała młodego, wysokiego mężczyznę w czarnym płaszczu. Chyba zdołał dostrzec błysk przerażenia w jej oczach. Przyśpieszył. Dziewczyna wiedziała, że nie ma szans na ucieczkę. Kiedy ją mijał, w jego ręce błysnął różaniec, a on powiedział: "Szczęść Boże", wyprzedził ją i poszedł dalej.
Na niedzielnej mszy go poznała. Do rodziny w odwiedziny przyjechał ksiądz.
Karol Wojtyła.
Jakiś czas temu moja znajoma miała ślub. Jak wiadomo, goście na weselu dają datki w kopertach parze młodej. Parę dni po zakończeniu, nowożeńcy postanowili policzyć "zyski" wynikające z darowanych kopert. W kopertach były różne nominały, zdarzały się nawet takie, w których było 50 zł. Okej, to jest tylko darowizna, nie opłata za wstęp, także dobre i te 50 zł. Jedna koperta była pusta. Była dosyć charakterystyczna, ponieważ jej lewy dolny róg był zabrudzony (jakaś żółta plama). No cóż, zdarza się.
Jakiś czas później para młoda dostała film z wesela. Oprócz samej zabawy weselnej, kamerzysta nagrał wszystkich gości, którzy wręczali koperty. Okazało się, że tę kopertę, która była pusta, wręczyła najlepsza przyjaciółka panny młodej - Daria. Niby nic tak wielkiego, bo przecież darowizna to nie obowiązek, ale...
Około miesiąc po weselu, Daria, podczas rozmowy zapytała nowożeńców: "co zrobili z tysiącem, którym dała im w kopercie i czy ktoś był na tyle bezczelny, żeby dać im pustą kopertę?". Gdy usłyszała, że dostali jedną pustą, Daria stwierdziła: "No, to pewnie ta ku*wa Karolina (Karolina to wspólna przyjaciółka panny młodej i Darii) dała wam pustą. Ona od początku wam źle życzyła, na pewno żałowała wam pieniędzy. Mogła chociaż 100 zł dać, albo nie wrzucać w ogóle koperty".
Prawdziwa przyjaciółka...
Młode małżeństwo postanowiło zaprosić Darię na wspólne oglądanie filmu z wesela. Chcą też zobaczyć jej minę, gdy "przypadkowo" wyjdzie, kto dał tę kopertę. :)
Moja żona zrobiła dziś dość głupi żart i na śniadanie przygotowała mi hamburgera, w którym zamiast normalnego mięsa znalazła się zapieczona zawartość puszki z najtańszym kocim żarciem. Nieświadomy spisku zjadłem to bez mrugnięcia okiem i pochwaliłem moją ukochaną mówiąc, że ten hamburger był znacznie smaczniejszy niż jej wcześniejsze próby kulinarne w tej dziedzinie. O tym, że miałem paść ofiarą „pranku” zorientowałem się, kiedy małżonka śmiertelnie się obraziła i wyszła z domu mówiąc, że jestem złamanym ch#jem. Dopiero wówczas zauważyłem stojącą przy patelni puszkę z kocim mięchem. Cóż mam począć, że to danie naprawdę mi smakowało…?
Opowiem Wam historię usłyszaną od mojej nauczycielki (nazwę ją Pani Basia). Uwielbiam kobietę, ma już około 50 lat, ale jak nikt rozumie uczniów.
Jakieś 7 lat temu jej klasa szykowała się do studniówki. W grupie wyróżniał się Kamil - bardzo przystojny, bogaty, wygadany, wokół niego kręciło się mnóstwo dziewczyn. Nie ześwirował od tego - był bardzo uprzejmy i wszystkich traktował tak samo. 3 dni przed studniówką jego partnerka (ale nie druga połówka) niestety złamała nogę. Nawet jego wielbicielki miały już osobę towarzyszącą, więc został na lodzie. Pani Basia dokładnie wiedziała, że mieli oni bawić się razem. Spytała Kamila, czy mógłby pójść na imprezę z Emilką - cichą, aspołeczną, przeraźliwie nieśmiałą ze względu na swoje 10 czy 15 kg nadwagi dziewczyną z biednej rodziny. Zgodził się, bo zawsze uważał ją za miłą osobę.
Na początku maja Pani Basia dostała na Facebooku wiadomość z konta Kamila - zdjęcie ze ślubu jego i Emilki, teraz z fantastyczną figurą i uśmiechniętej od ucha do ucha, oraz długie podziękowania za to, że w sumie to nauczycielka swoją prośbą wszystko zapoczątkowała.
Zawsze robi mi się ciepło na sercu, gdy przypominam sobie tę historię. :)
Dodaj anonimowe wyznanie