Moja dziewczyna pojechała wczoraj w gości do swojej rodziny, więc wykorzystałem okazję i spotkałem się z dwoma kumplami. Jako że dawno nie piłem alkoholu, wystarczyła niewielka ilość procentów, aby odciąć mi zasilanie. Padłem nieprzytomny.
Dziś rano, kiedy obudziłem się i spojrzałem w lusterko, okazało się, że moi „dowcipni” przyjaciele namalowali mi na twarzy dokładnie 11 męskich przyrodzeń w różnych konfiguracjach wielkościowych.
Najgorsze jest to, że ci idioci nie mogli znaleźć flamastra, więc do zrobienia swojego „dzieła” wykorzystali hennę mojej dziewczyny. Tego cholerstwa nie da się zmyć! Jako że za godzinę mam rozmowę o pracę (na szczęście przez Skype’a), od rana oglądam na YouTubie poradniki dotyczące robienia sobie make-upu. Odkryłem bowiem, że moja ukochana zostawiła część swoich kosmetyków. Właśnie opanowałem sztukę nakładania podkładu. K#tasy ciągle trochę się przebijają, ale jak walnę jeszcze parę warstw „tapety”, a całość zasypię grubą warstwą pudru, to szpetne rysunki znikną. Razem z resztkami mojej godności...
Sytuacja miała miejsce jakieś 11-12 lat temu, chodziłem wtedy do podstawówki. Mieliśmy w klasie kolegę, który wszystkich irytował - wiecznie się o wszystko wykłócał i musiał postawić na swoim za wszelką cenę. Wszyscy mieliśmy go dość.
Wówczas uznałem, że trzeba go czymś mocno wystraszyć, może wtedy się nieco uspokoi. Tak się złożyło, że tematem na czasie był wtedy wąglik i różne dziwne przesyłki z białym proszkiem w środku. Uznałem to za idealne rozwiązanie sytuacji. Wtajemniczyłem w swój plan dwóch najlepszych kolegów, którym mój pomysł bardzo się spodobał. Zrobiliśmy więc mieszankę mąki, soli, cukru i proszku do prania i wsypaliśmy wszystko do koperty. Następnego dnia, wracając ze szkoły, kupiliśmy znaczek i taki list, zaadresowany do naszego nielubianego kolegi, wrzuciliśmy do skrzynki pocztowej. Było to mniej więcej godzinę przed opróżnieniem skrzynki i przekazaniem listów z filii na naszym osiedlu do głównego urzędu w naszym mieście.
Jakieś dwie, trzy godziny później moja mama wróciła z pracy i powiedziała, że coś się stało na "dużej" poczcie, ponieważ jest zamknięta, a budynek jest obstawiony policją. Nie przejmowałem się tym, bo nie dostrzegłem wtedy żadnego związku z naszą przesyłką.
Wszystko wyjaśniło się kilka dni później, kiedy ukazał się nowy numer naszego lokalnego tygodnika. Znalazł się w nim artykuł na pół strony zatytułowany "Biały proszek na poczcie". Okazało się, że pracownica sortująca listy podejrzewała, że przesyłka jest za ciężka w stosunku do znaczka, który został naklejony na kopertę. Wzięła więc list na wagę, a wtedy wysypał się z niego biały proszek. Kobieta mocno się wystraszyła i wezwała policję. Koperta oczywiście była bez nazwiska nadawcy, niemniej jednak artykuł kończył się zdaniem "Policja szuka już sprawcy".
Po zbadaniu zawartości przesyłki prawdopodobnie odpuścili. Z tego co wiem, do adresata także nie dotarli. Przez parę dni żyłem w naprawdę dużym strachu, a całą historię pierwszy raz opowiedziałem komuś dopiero wtedy, jak byłem już na studiach. :)
Ponad 20 lat temu, kiedy byłam małym brzdącem, którego jedynym transportem był wózek dziecięcy, tata z wujkiem postanowili iść na mecz piłki nożnej. Chętnie wzięli ze sobą mojego 7-letniego wówczas brata, 5-letniego kuzyna i mnie w owym wózku.
Po jakże pasjonującym meczu, który zapewne zapamiętają wszyscy czworo do końca życia, udali się na lody. Mój kochany braciszek spytał się taty, czy może poczęstować mnie tym smakołykiem, jednakże tata, jako odpowiedzialny rodzic, upomniał go, że jestem jeszcze za mała, aby skosztować tego przysmaku.
I w tym momencie spostrzegł, że czegoś mu brakuje. Dziecięcego płaczu? Wózka? Mnie?
Tak. Zostawili wózek, a tym samym i mnie na trybunach, i żaden nawet nie zauważył mojego zniknięcia. Beztrosko poszli sobie na lody!
Oczywiście, jak tylko doszło do nich co też najlepszego narobili, śmiertelnie wystraszeni, szybko po mnie wrócili. Na miejscu zobaczyli puste trybuny, samotny wózek i mnie w nim drzemiącą. Na całe szczęście nic mi się nie stało.
Tata nic nie powiedział o tym swojej żonie, tak samo wujek.
Chłopaki zostały przekupione nowymi, zabawkowymi samochodami, aby tylko moja mama się nie dowiedziała.
I tak, skrywana tajemnica nie wyszła na jaw przez 20 lat. Jednak ostatnio na urodzinach wujka wszystko poszło w łeb. Jak to na takich rodzinnych imprezach, był też i alkohol. Przytaczano właśnie niedawne zdarzenie dotyczące mojego kuzyna. Zostawił on synka u kolegi w mieszkaniu, ale już na klatce schodowej przypomniał sobie o nim i szybko wrócił. Po usłyszeniu tej historii mój tata troszkę wstawiony wykrzyknął do wujka:
- To jeszcze nic! Andrzej! A pamiętasz, jak wózek z młodą zostawiliśmy na trybunach po meczu?
Gdyby wzrok mojej mamy mógł zabijać, to tata leżałby trupem. A gdy usłyszała komentarz wujka...
- A zorientowaliśmy się dopiero po pół godzinie!
...siła jej wzroku mogłaby zabić ich obu.
Kiedy dowiaduję się, że komuś urodziło się dziecko, np. w mediach społecznościowych, lub gdy ktoś mi mówi "termin porodu mam na czerwiec", to odliczam od tej daty 9 miesięcy wstecz i sprawdzam, kiedy to dziecko zostało zrobione.
Staram się również kojarzyć fakty - w jakich okolicznościach mogło być zrobione. Np. gdy policzę wstecz i wychodzi mi sierpień, sprawdzam w internecie, czy rodzice dziecka nie byli wtedy na jakiejś wycieczce albo na jakiejś imprezie i myślę sobie, że może wtedy poczęli to dziecko.
Wiem, że głupie, ale jest to silniejsze ode mnie.
Czy kiedykolwiek ktoś z Was stracił najlepszego przyjaciela? Jeśli tak, to na pewno wiecie jak przeogromna jest to strata i jak wielki ból człowiek odczuwa. Kilka miesięcy temu ja też straciłem człowieka, który był dla mnie jak brat.
Jestem ratownikiem w pogotowiu. Tego pamiętnego dnia miałem dyżur. Dyżur dziwnie spokojny, praktycznie bez wyjazdu. Siedzimy i czekamy, cały czas w gotowości. Około godziny 19 dostaliśmy wezwanie do wypadku – czołowe zderzenie dwóch samochodów, są osoby ranne. Zbieramy się, włączamy „bomby” i lecimy „ile fabryka dała”. Po mniej więcej 8 minutach dojeżdżamy i widzimy totalny chaos – nie dało się na pierwszy rzut oka stwierdzić nawet, jakie to były marki samochodów.
Kiedy podeszliśmy, aby zacząć ratować, prawie zemdlałem. Za kierownicą jednego z samochodów siedział mój przyjaciel. Nieprzytomny, bez funkcji życiowych i cały zakrwawiony. Jechał sam, kierowca drugiego auta zagapił się i zjechał na drugi pas ruchu. On natomiast z wypadku wyszedł, o dziwo, bez szwanku. Mojego przyjaciela reanimowaliśmy całą drogę do szpitala, sam osobiście walczyłem o jego życie. Próbowaliśmy przywrócić go do nas w szpitalu, funkcje życiowe wróciły na 5 minut i znowu się zatrzymał. Po ponownie podjętej RKO, mojego przyjaciela nie udało się uratować. Przegraliśmy walkę o jego życie. Zmarł na moich oczach. Przy wszystkich obecnych na sali rozpłakałem się jak nigdy. Pierwszy raz w życiu nie udało się mi uratować pacjenta. I jak na złość, był to człowiek, z którym się wychowałem, który był dla mnie jak brat.
Nigdy w życiu nie spodziewałbym się gorszego scenariusza.
Mam 18 lat, a mój kuzyn 25 lat, mieszkamy od siebie dość daleko (ja w Polsce, on w Kanadzie), więc widzimy się ok. raz na 2-3 lata.
Kiedy mój kuzyn miał 12 lat, to przyleciał na całe wakacje wraz z młodszą siostrą, moją rówieśniczką. Rozpaliliśmy ognisko, siedzieliśmy w 4 (nasza trójka i jeszcze moja siostra).
I nagle mój kuzyn wpadł na pomysł jak tu "powiększyć" ognisko. Chciał dodać jakiegoś specyfiku, który sprowadził sobie ze specjalnego sklepu, pech chciał, że miast tego sprayu (czy co to tam było) wziął nie tę butelkę co trzeba, a jej zawartość wlał.
Wszystko działo się tak szybko, kuzyn odciągnął od szalejącego ogniska moją siostrę i jego siostrę, ale mnie już nie zdążył uratować. Efekt? Poparzone łydki. (Wszystko się dobrze skończyło, oparzenia nie były groźne, chociaż bolały).
Dzisiaj nikt już o tym nie pamięta, ja nie mam do niego żalu, ale coś jest na rzeczy cały czas.
We wrześniu kuzyn przyleciał na miesiąc. Któregoś dnia pojechaliśmy do Media Marktu.
Bardzo lubię biegać, a każdy wie, że najefektywniej biega się słuchając muzyki. Wypatrzyłam sobie w sklepie iPoda nano, mały, przystosowany do aktywności fizycznej, zielony kolor, duża pojemność - produkt idealny, niestety wada była jedna, spora cena. Niechętnie opuściłam sklep, trochę zmieszana, bo naprawdę chciałam go mieć (warto zaznaczyć, że rzadko coś potrzebuję z najnowszej technologi - nie jara mnie tak bardzo).
Kilka dni później wstaję, schodzę do salonu i widzę kuzyna czekającego ze śniadaniem, rodzice w pracy, więc byliśmy sami. Nagle spod stołu wyjmuje małą torebkę ozdobną i wręcza mi. W środku był mój wymarzony iPod. Trochę zmieszana spytałam z jakiej to okazji, odpowiedź mnie rozwaliła:
- Trzynaście lat temu, przez moją głupotę, poparzyłem ci nogi. Resztę wakacji musiałem znosić twoje krzyki w nocy i płacz, a nawet nie mogłem ci pomóc. Jeśli ten iPod wywoła uśmiech na twojej twarzy, może w końcu po 13 latach prześpię jedną noc bez dręczących mnie koszmarów.
Jechałem kiedyś motorem i przejechałem przez przypadek jakiegoś psa.
Kilka dni później moja sąsiadka wystawiła ogłoszenia, że jej pies zaginął i wtedy okazało się, że to właśnie ja zabiłem jej psa.
Mam 18 lat i od trzech miesięcy jestem, a raczej byłam z dwudziestojednoletnim chłopakiem w związku od trzech miesięcy. Czułe słówka, motylki w brzuchu i te sprawy.
Oboje używamy aplikacji snapchat. Pewnego dnia dostałam przysłowiowego "snapa" od niego. Codziennie wysyłamy sobie kilka, więc dla mnie to było normalne. Otwieram i aż usiadłam z wrażenia. Na zdjęciu widniał on i jakaś dziewczyna przytuleni. Dziewczyna z pierścionkiem na palcu, w podpisie napisał tylko "powiedziała TAK". Czułam, jak uderza mnie fala gorąca, jakby mnie ktoś rozrywał mnie od środka.
Siedziałam tak sobie rozmyślając nad swoim życiem przez kilka minut i doszłam do wniosku, że teraz lepiej nie poruszać tematu.
Wieczorem, kiedy przyszedł mnie odwiedzić, od razu zaczął od "kochanie" i te sprawy, wiecie, jakby nigdy nic.
- Kochanie to sobie mów do swojej nowej "narzeczonej" - powiedziałam.
- Myślałem, że nie zobaczysz tego snapa, przez przypadek tobie wysłałem. Bo to miała być niespodzianka.
- Niespodzianka?! Niby dla kogo?
- Dla ciebie! Nie chciałem się ujawniać z Anią, bo wiesz, nie wiedziałem, czy jako moja przyjaciółka zaakceptujesz ją.
- ...przyjaciółka?
- No wiesz, jesteś dla mnie kimś więcej. Taką najlepszą najlepszą przyjaciółką, kocham cię jak własną siostrę przecież.
Tak. Od trzech miesięcy jestem we friendzonie, nawet o tym nie wiedząc. Bo szeptanie sobie słodkich słówek, uprawianie seksu, trzymanie się za ręce i wyznawanie wszystkim jak bardzo się kochamy to tylko oznaki PRZYJAŹNI.
Mieszkanie studenckie. Mieszkałam ja, Kasia i Przemek. Żyło nam się dobrze i bez żadnego skrępowania. Do czasu.
Pewnego weekendu Kasi nie było w mieszkaniu wróciła w rodzinne strony. Ja od samego rana strasznie źle się czułam. Przemek wieczorem miał małe spotkanie ze znajomymi. Około godziny 1 w nocy słyszę i czuję rewolucję w moim brzuchu. Biegnę do łazienki - drzwi zamknięte. Pukam, proszę o szybkie opuszczenie, a tam kolega Przemka krzyczy, że jeszcze chwila. Niestety ja czułam, że zaraz eksploduję. Wzięłam więc z kuchni nóż, otworzyłam zamek do łazienki, wskoczyłam do wanny, portki opuściłam w dół, zasłoniłam się cokolwiek kotarą i nastąpiła eksplozja. Dostałam okropnie śmierdzącego rozwolnienia.
Nie wiem ile trwało, zanim kolega współlokatora wyszedł z łazienki, dla mnie to była wieczność. Umyłam siebie, umyłam wannę, ale już nigdy nie potrafiłam spojrzeć Przemkowi w oczy. Jak dobrze, że miesiąc później wyprowadziłam się z powodu covida do domu.
Kolego Przemka, jeśli to czytasz, to przepraszam!
Kilka lat temu byłam nauczycielką chemii w gimnazjum. Mimo iż z natury jestem osobą bardzo łagodną, to w szkole wszyscy mówili, że ze mnie straszna kosa. Dlatego też nie należałam do najbardziej lubianych nauczycielek w szkole.
Warto dodać, że nasza szkoła nie należała do specjalnie renomowanych. Wulgaryzmy, popisane ściany, e-papierosy (i nie tylko e) u nas to chleb powszedni. Kiedyś jeden uczeń zagroził mi, że zapłacę za te jego oceny z chemii. Nie ukrywam - trochę się przestraszyłam. Chłopak drugi raz w trzeciej gimnazjum, 17 lat na karku i typowy osiedlowy bojownik. Przyjmijmy, że ma na imię Adam.
Przechodząc do rzeczy: pewnego dnia spokojnie wracam sobie koło 19 do domu (grudzień, ciemno) i idę między blokami. Słyszę za sobą jakieś kroki, delikatnie przyspieszam, nie oglądam się w tył, ale czuję, że ktoś idzie za mną w krok. W końcu, gdy jestem już blisko mojej klatki, ktoś zachodzi mnie od tyłu i przyciska do ściany. Zaczynam głośno krzyczeć, oczami wyobraźni już widzę nagłówki jutrzejszych gazet: "Nauczycielka chemii zgwałcona i zamordowana pod własnym blokiem!". Pewnie tak by było, gdyby nie pojawienie się znienacka drugiej postaci w kapturze, która kilkoma ciosami obezwładniła mojego oprawcę i na "dobranoc" zademonstrowała mojemu prześladowcy potężną "dyńkę".
Rzucam się na szyję bohaterowi i kogo widzę? Adam we własnej osobie. No nie wierzę. Pytam się chłopaka, co on tutaj robi... A on mi wyciąga z "kołczana prawilności" czekoladę z orzechami i mówi, że szedł za mną, bo chciał mnie przeprosić za swoje zachowanie i wręczyć czekoladę, ale wstydził się tak podejść.
Uratował mi życie ktoś, kogo prędzej posądziłabym o coś odwrotnego. Niesamowite.
P.S. Nie, z Adamem nie jesteśmy 3 lata po ślubie, ale spotykaliśmy się zawsze w środy o 15:20 - na wyrównawczych z chemii. Musiałam spłacić mój dług wdzięczności!
Dodaj anonimowe wyznanie