Piątek, dzień jak co dzień. Mama umawia się do kosmetyczki na "depilację" brwi (słowo depilacje będzie mieć tutaj kluczowe znaczenie)... O 16 wraz z nią zawitałam do salonu kosmetycznego, a mama podeszła do recepcji mówiąc, że umówiła się na ową depilację...
Recepcjonistka niepewnie pyta, czy jest pewna, że na właśnie ten zabieg. Mama lekko zdziwiona potwierdza, po czym wchodzi z nią do gabinetu. Po 5 minutach do moich uszu dobiega krzyk tak głośny, że mama byłaby w stanie wykurzyć resztę klientów...
Kosmetyczka wydepilowała jej brwi.. Mam na myśli, że CAŁE, nie został nawet włosek... Stało się tak ponieważ mama zażądała ''depilacji'', a nie ''regulacji'' :D
Jestem studentką i aby sobie dorobić zatrudniłam się w pewnej znanej drogerii. Ogólnie, praca nie jest najgorsza, dobrze płatna i na temat tego na czym się znam, czyli kosmetyków (studiuję kosmetologię).
W pracy bardzo duży nacisk kładą na cele sprzedażowe czyli dane marki, które musimy polecać i sprzedawać klientom. Jesteśmy z tego na bieżąco rozliczani, a za najlepsze wyniki dostaje się ekstra premie albo dzień wolny.
Od samego początku sprzedaż bardzo dobrze mi szła. Nie dzięki znajomości zawiłych technik sprzedażowych tylko dzięki temu, czego zdążyłam się wyuczyć na studiach. Dobierałam ludziom kremy, maski, preparaty, a oni po kolejnym sprawdzonym kosmetyku wracali do mnie. Z miesiąca na miesiąc miałam coraz lepsze wyniki i właściwie zawsze dostawałam premie. Kierowniczka wspominała o awansie, a ja nie protestowałam, pomimo tego, że to praca na chwilę, dopóki sytuacja z covidem się nie ustabilizuje i będę mogła rozpocząć pracy w gabinecie.
Wszyscy moi współpracownicy klepali mnie po plecach bo wyrobienie budżetu wiązało się z premią. Wiadomo, że ja dostawałam najwięcej ale i oni mieli swój udział. Tylko jednemu facetowi to nie pasowało.
Facet odmiennej orientacji, wymalowany codziennie jak Drag Queen, z ogromną nienawiścią do kobiet. Klientki z reguły go unikały. Dla mnie zawsze był ok, nie przyjaźniliśmy się, ale gadaliśmy czasami ze sobą. Do czasu.
Zaczęło się niewinnie, a tu mnie lekko szturchnął jak przechodził, nie odpowiedział na moje pytanie. Zbywałam to. Nie jestem z gatunku tych, co się przejmują takimi zagrywkami. Sytuacja jednak coraz bardziej się rozwijała. Dochodziło do tego, że potrafił mi powiedzieć naprawdę przykre słowa. Zawsze jak byliśmy sami, na magazynie. Mówił wprost, że mam wypier*alać z jego sklepu, że mu premie zabieram, klientów podkradam itp.
Nie lubię konfliktów, unikam ich jak ognia, dlatego zawsze mnie zatkało, nie wiedziałam co powiedzieć i kończyłam na tym, że beczałam w łazience.
Sytuacja mnie już wykańcza bo nie chcę rzucać oskarżeniami bez dowodu, a nie mogę wnieść na sklep ani dyktafonu ani telefonu żeby tę mendę nagrać.
Zastanawiam się nad tym żeby się zwolnić, ale nie chcę mu tak odpuszczać. Męczy mnie to strasznie bo sobie nie zasłużyłam. Wykonuję tylko swoją pracę lepiej niż on.
Doszło już do tego, że przed pracą wymiotuję z nerwów, boli mnie brzuch, a ostatnio jak miałam mieć z nim sama zmianę to dostałam ataku paniki i strasznie ryczałam. Nie chcę się poddawać, ale wykańcza mnie ta sytuacja. Gościu jest nieobliczalny. Ostatnio szedł nawet za mną do domu. Coraz bardziej się go boję. Cwany jest na tyle, że na sali sprzedaży żartuje sobie ze mną, pyta co u mnie, a jak zostajemy sami to nagle jest "życzę ci żebyś zdechła". Przecież to chore.
Jestem autorem wyznania #YYI6H opublikowanego w marcu 2021. Opisałem tam pewne nietypowe wydarzenie z mojego życia. Pozwólcie, że w tym wyzwaniu przedstawię inne dziwne doświadczenie, które mnie spotkało.
W drugiej klasie gimnazjum brałem udział w dwóch konkursach z chemii - jednym o randze powiatowej, a drugim na poziomie wojewódzkim.
Rozpoczynałem właśnie pisanie pierwszego konkursu. Podpisałem się i właśnie miałem rozpocząć rozwiązywanie zadań, gdy zorientowałem się, że zapomniałem kalkulatora. Zdenerwowałem się. Każdy, kto brał udział w takich konkursach wie, że brak kalkulatora praktycznie przekreśla szanse na powodzenie. Zgłosiłem się więc i zapytałem, czy nie mają jakiegoś zapasowego kalkulatora. Dostałem go od członka komisji konkursowej siedzącego z przodu auli. Wróciłem na swoje miejsce, ale mojego arkusza zadań nie było. Dali mi drugi zestaw i spokojnie zabrałem się za pisanie, choć zastanawiałem się, kto i po co mógł mi zabrać tamte zadania.
Jakieś dwie godziny po zakończeniu pisania były już wyniki. Wydrukowali listę rankingową i wywiesili na korytarzu. Patrzyłem i nie mogłem uwierzyć - dostałem zero punktów. Poprosiłem, by pokazali mi moją pracę. W moim arkuszu żadne zadanie nie zostało nawet tknięte. Najwyraźniej był to ten zestaw, który na początku ktoś mi zabrał. Wytłumaczyłem im całą sytuację, a oni powiedzieli, że poszukają tego drugiego arkusza. Niczego jednak nie znaleźli.
Jakieś trzy tygodnie później pisałem drugi konkurs. Podczas pisania nie zdarzyło się nic, co warto byłoby opisać. Kilkanaście dni po zawodach otrzymałem e-mail, z którego dowiedziałem się, że nie mają mojej pracy, za to wśród arkuszy pozostałych uczestników znaleźli jakieś inne zadania podpisane moim nazwiskiem. Jak się później okazało, był to ten drugi arkusz z pierwszego konkursu.
W trzeciej klasie gimnazjum wraz z innymi uczniami pomagałem nauczycielce z matematyki, która mnie nie uczyła i była u nas na zastępstwie, niszczyć stare sprawdziany. Nauczyciele mają obowiązek trzymać wszystkie sprawdziany przez chyba dwa lata. Gdy termin ten minie, prace można zniszczyć, a rolę żywych niszczarek często pełnią uczniowie. Wśród tych starych sprawdzianów znalazłem swoje zadania z tego drugiego konkursu z chemii. Chciałem zapytać ją, skąd ma moje zaginione zadania. Zrezygnowałem, gdy podchodząc do jej biurka spostrzegłem, co stoi na półce w sali. Było to zdjęcie oparzone w ramce, na którym ta matematyczka stoi na tle latarni z mojego pierwszego wyznania.
Muszę brać leki po których mam straszne zaparcia. Taki skutek uboczny. Nie wysram się bez tabletek albo lewatywy z wody i mydła. Tabletek wolę nie brać, bo wiadomo nie powinno się za często. Jednak prawdziwy powód dlaczego wybieram lewatywę jest inny i tu przejdę do anonimowej części.
Otóż po lewatywie zyskuję dodatkową super moc, mianowicie puszczam dupą bańki mydlane. Wychodzi mi to coraz lepiej, a jak wytworzę prawdziwego giganta to cieszę się z tego jak dziecko :)
Jako dziecko (jakieś 5-7 lat) w mojej głowie pojawiły się pierwsze myśli o seksie. Otóż, uważałam, że dwójka ludzi się po prostu ociera częściami intymnymi. Doszłam do wniosku, że dorośli są bardzo głupi skoro nie potrafią się zabezpieczać. Przecież wystarczy założyć majtki i już dziecka nie będzie! Ba.. chciałam nawet zrewolucjonizować rynek "dla dorosłych" i wprowadzić specjalne gumowe majtki - 100% skuteczności...
No cóż, teraz już wiem, że byłam jednocześnie bardzo blisko i bardzo daleko od prawdy xD
Ale to jeszcze nie koniec historii. Wymyśliłam także kolejną rewolucję. "Seks pociąg". Taki pociąg jeździłby po świecie, każdy wchodzący do środka dostawałby właśnie moje super majtki i mógł uprawiać seks z przypadkowymi osobami.
Mam nadzieję, że nigdy nie gadałam przez sen i moja rodzina nie ma pojęcia co wtedy miałam w głowie...
Moja koleżanka ma chomika. Nazwała go Uchodźca. Dlaczego?
Bo syryjski.
Mam 20 lat i to była moja pierwsza wizyta u ginekologa. Nastawiona pozytywnie przez znajome, ale i nieco przestraszona przez matkę-heheszkę poszłam do przychodni. W poczekalni były już tylko dwie panie w zaawansowanych ciążach i ja.
Kiedy nadeszła moja kolej powitała mnie uśmiechnięta pani doktor. Chwytając moją kartotekę zaszczebiotała radośnie:
- A tutaj który mamy miesiąc?
Wszystko byłoby w porządku, gdybym była w ciąży. Nie jestem. Jestem po prostu gruba :D Ciąża spożywcza, to też ciąża, hej!
Tak się zastanawiam - oglądając reklamy popularnych preparatów dla mężczyzn na erekcję, czy też poprawiających libido, czy ten problem dotyczy tylko mężczyzn? Może nie ma żadnych specyfików na poprawę libido u kobiet, stąd brak reklam. A może jest to w pewnym sensie dyskryminacja płci brzydkiej?
Z własnej autopsji wiem, że w większości przypadków problem często leży po stronach kobiet, dlatego dziwi mnie fakt jednostronności reklam. Ot, takie przemyślenia.
Niedawno miałam randkę. Pierwszą od wieków, chłopak poznany przez internet, umówiliśmy się w pubie na drugim końcu miasta. Stresowałam się okropnie, dosyć, że z randkowaniem wypadłam z obiegu, to jeszcze po raz pierwszy w życiu miałam spotkać się z kimś obcym. Pomyślałam więc, że alkohol pozwoli mi się wyluzować i wypiłam wcześniej drinka, czy tam pięć.
Przed samym wyjściem, gdy już byłam odwalona jak stróż w boże ciało, postanowiłam wyrzucić po drodze śmieci z łazienki. Wyjęłam worek z kosza i poszłam.
Stres i alkohol zrobiły swoje, tak się zapomniałam, że przemaszerowałam całe miasto ze śmierdzącym workiem w ręce.
Weszłam do pubu, mój randkowicz już czekał tam, gdzie się umówiliśmy. Wyglądał jak na zdjęciach, zabójczo przystojny, czarujący uśmiech. Podeszłam, odłożyłam worek na krzesło, przywitałam się. Usiadłam i położyłam worek na kolanach, jakby to była jakaś pieprzona torebka od gucziego. I dopiero w tym momencie dotarło do mnie, co się odjebało. Ale nic nie dałam po sobie poznać. Zachowałam kamienną twarz, nawet oko mnie nie drgnęło. Jemu zresztą też nie, choć na pewno zastanawiał się, po cholerę mi ten czarny worek i co w nim jest. Kolega zaproponował, że pójdzie zamówić coś do picia, ja przytaknęłam i gdy tylko się oddalił, wrzuciłam śmieci pod krzesło. I tam zostały.
Randka się udała. Umówiliśmy się na następny raz. O dziwnym zawiniątku, które przyniosłam ze sobą, a później gdzieś się zapodziało, nie wspomniało żadne z nas. I naprawdę, z całego serca przepraszam pracowników owego pubu, którzy musieli sprzątnąć za mnie worek pełen zużytych tamponów.
Dawne czasy, epoka jeszcze sprzed internetu. W pracy był już komputer, ale służył głównie do zabawy, ewentualnie jako drukarka. Żadnych zabezpieczeń, wszyscy wchodzą na jedno hasło.
Ja w przeciwieństwie do innych chciałem się czegoś nauczyć i zainteresowałem się edytorem tekstu. Znalazłem tam dziwną opcję - po wpisaniu jakiegoś wyrazu system automatycznie zmieniał go na inny. Żeby sprawdzić jak to działa zakodowałem zmianę słowa "członek" na "siusiak". I rzeczywiście - po wpisaniu krótkiego tekstu i daniu komendy "Zakończ" z członka robił się siusiak.
Potem dopadła mnie grypa i byłem dwa tygodnie na zwolnieniu lekarskim. Kiedy wróciłem, pierwsze czego się dowiedziałem to to, że znienawidzony przez wszystkich zastępca kierownika złożył podanie o awans na stanowisko Siusiak Rady Nadzorczej...
Dodaj anonimowe wyznanie