Pojechaliśmy kiedyś ze znajomymi na wycieczkę na Ukrainę. Trochę pozwiedzaliśmy, zrobiliśmy zakupy, chłopaki jeszcze chcieli pojechać na stację zatankować do pełna, bo oczywiście taniej.
Mi już od dłuższego czasu chciało się kupę, do domu jakieś 2 godziny jazdy, więc stwierdziłam, że skorzystam z toalety na stacji, bo inaczej nie dowiozę. Pani dała mi kluczyk i wskazała drogę do niewielkiej budki, uprzedzając, że światło nie działa. Poświeciłam sobie latarką z telefonu i okazało się, że do czynienia mam z najbardziej obleśną toaletą, jaką w życiu widziałam. Brud, grzyb, mocz na desce, do tego brak papieru toaletowego. Ale cóż, mus to mus. W jakiejś dziwnej pozycji, ni to na Małysza, z tyłkiem wypiętym tak daleko jak tylko się da, zrobiłam swoje, podtarłam się chusteczkami i wróciłam do auta.
Zdążyliśmy przekroczyć granicę i ujechać kilka kilometrów, gdy coś zaczęło mnie uwierać w udo. Wyczułam zgrubienie pod legginsami, więc włożyłam tam rękę, wymacałam coś miękkiego, jakby plastelinę i w jednym momencie zrozumiałam co to jest, a za chwilę po całym aucie rozniósł się smród gówna. Ktoś w aucie powiedział, żeby zamknąć okna, bo coś dolatuje z zewnątrz. Okna zostały zamknięte, a smród stał się jeszcze gorszy. Do samego końca nie dałam po sobie znać, że siedzę z kupą w nogawce, żartowałam sobie ze smrodu razem z innymi, głośno zgadywałam, kto puszcza takie bąki, rozmawiałam i śmiałam się jak gdyby nigdy nic. Nikt się nie zorientował, że to ja.
Jestem w drugiej klasie liceum. Po sylwestrze dowiedziałam się, że koleżanka z klasy jest w ciąży, no i wiadomo, musiała załatwić sobie całoroczne zwolnienie z wf. Poszła do dyrektorki, mówi jak wygląda sytuacja, a ta jej odpowiada:
- No cóż... rozumiem sytuację. Oczywiście będziesz miała to zwolnienie, tylko szkoda, że jesteś 5 dziewczyną w tym tygodniu, która z tym do mnie przychodzi.
Puenty brak, jednak poinformuję, że do czwartku jest przecena w Rossmannie na prezerwatywy :)
To było już jakiś czas temu.
Poznałam na czacie internetowym chłopaka, był bardzo przystojny, ale niestety po rozmowie z nim okazało się, że tylko tyle ma zalet.
Podczas naszych rozmów ciągle schodził na temat jego samochodu, i to nie bagatela byle jaki, bo Golf III.
Prawdopodobnie szukał lali typu blachary, bo zachwalał go opisując każdy szczegół tego cudownego auta i nalegał na spotkanie, żeby mi go pokazać.
Miałam ochotę zerwać tę znajomość, ale postanowiłam się spotkać i obejrzeć to cacko.
Wyobraźcie sobie jego minę, gdy na umówione spotkanie przyjechałam BMW e60.
Będzie o pandemii i zamknięciu szkół, a także o przemocy psychicznej w szkołach.
Tak bardzo byłem gnębiony w szkole przez rówieśników i nauczycieli, że gdy ogłosili zamknięcie szkół, był to najlepszy moment mojego życia. Teraz modliłem się tylko o to, żeby nie otworzyli szkół przed zakończeniem roku szkolnego i się udało. Sytuacja była lepsza o tyle, że w 2020 byłem w klasie maturalnej, więc ludzi, którzy mnie gnębili widziałbym maksymalnie przez 3 dni, bo na rozszerzenie zdawałem wiedzę o społeczeństwie jako jedyny w klasie. Co więcej, przez to, że wpuszczali pojedynczo z kolejki, udało mi się uniknąć konfrontacji z nimi.
Teraz trochę o lekcjach online. U nas żaden z nauczycieli ich nie prowadził przez kamerkę ani nawet przez mikrofon. Jedynie wysyłali nam zadania do zrobienia. Większość by narzekała na poziom nauczania, a właściwie jego brak, ale dla mnie był to istny raj. Nie musiałem rozmawiać z ludźmi, którzy się ze mnie nabijali, nie musiałem słuchać, jak mnie obgadują ani bać się, że ktoś mnie ośmieszy przy całej klasie. Nie obawiałem się wychowawczyni, która gnębiła mnie za każdy nawet mały błąd i wyśmiewała przy klasie. Uczyłem się już tylko pod maturę, bo i tak nie wstawiali nam ocen, a tych zadań nie wymagali, żeby im wysłać.
Zazdroszczę ludziom, którzy piszą w internecie, że tęsknią za szkołą, za kolegami. Co prawda nie czuję się jakoś bardzo samotny. Mam kilku przyjaciół z poprzednich szkół i znajomych z różnych wydarzeń, z którymi czasami się spotykam, jednak szkoła to był istny koszmar, chociaż tam też miałem kilka osób, które chciały siedzieć ze mną w ławce i czasem pomogły, pogadały. Tylko że wystarczy kilka złych osób, żeby zniszczyć człowieka i nie wiem jak bym to wytrzymał, gdybym musiał chodzić do szkoły jeszcze przez dwa miesiące.
Teraz jestem na studiach w mieście oddalonym o około 150 km od miasta rodzinnego. Nie żebym specjalnie tam uciekł. Mają dobrą uczelnię, a odległość to tylko bonus. Studiuję już 6 miesięcy i jestem w szoku. Wszyscy są dla mnie mili i chętnie spotykają się w plenerze. Na spotkaniach nikt mnie nie wyśmiewa i wydaje mi się, że może nawet mnie lubią.
PS. Wybaczcie, ale nie dam rady opisać wszystkich przykrości, które mi sprawiali, ale może kiedyś się pojawi osobne wyznanie, ewentualnie komentarz.
PS.2. Zapewne wyjdę na zawistnego człowieka, ale uważam, że moje cierpienia zostały wynagrodzone. Mianowicie dowiedziałem się, że dwóch z moich oprawców nie zdało dwóch przedmiotów na maturze, a trzeci miał poprawkę z matmy i też nie zdał. Hejtujcie mnie, ale uważam, że im się należało.
Jestem lekarzem.
Codziennie widuję ludzi z odciętymi kończynami. Zgony, narodziny. Gołych mężczyzn... Nie rusza mnie to. Ostatnio podczas operacji, kiedy to serce pacjentki zatrzymało się, ja na luzie ratowałem ją i opowiadałem pielęgniarce jaką szafę planuję kupić...
Dziś dostałem ataku paniki, kiedy moja narzeczona skaleczyła się w palec kapslem od tymbarka.
PS Plasterek pomógł :p
Lato postanowiłam spędzić na działce, w uroczym, drewnianym domku, gdzie miałam mieć święty spokój od wszelkich cywilizacyjnych zmartwień. Szybko przekonałam się, że nie jestem jedyną lokatorką w tym miejscu. Mała hałaśliwa mysz robiła wszystko, aby wyprowadzić mnie z równowagi.
Po dwóch nieprzespanych nocach postanowiłam działać. Już następnego dnia zorientowałam się, że wredny gryzoń absolutnie nic sobie nie zrobił z rozsypanej przeze mnie trutki. Może była ona przeterminowana? Wsiadłam więc w samochód i pojechałam do najbliższego miasteczka po pułapkę na myszy. Tym razem miało się udać.
W nocy mały współlokator hałasował bardziej niż zwykle. Czekałam w napięciu na dźwięk metalowej klamry łamiącej kręgosłup mojej ofiary… Kiedy kilka godzin później, kiedy ta mała bestia w dalszym ciągu harcowała, a ja nadal nie zmrużyłam oka, zerwałam się z łoża i postanowiłam osobiście gryzonia dopaść. Po zrobieniu kilku kroków wreszcie usłyszałam dźwięk pułapki. Nie zacisnęła się ona jednak na małym mysim ciałku, ale z impetem roztrzaskała mi paznokieć... Nad ranem wsiadłam w samochód i pojechałam na pogotowie. W ranę zaczęła wdawać się infekcja i trzeba było usunąć resztę paznokcia. Z zabandażowaną nogą odesłana zostałam do domu. W mieście. Na tym skończyły się moje marzenia o wakacjach na działce. J#bać mysz!
Zdarzenie to miało miejsce dosyć dawno, miałam wtedy ok. 8 lat. Jako zdolne dziecko zostałam wybrana do konkursu recytatorskiego. Wiadomo - stres, cały dzień powtarzanie wiersza, który miałam recytować.
Z tego całego zamieszania zupełnie zapomniałam się wysikać. Pęcherz zaczął o sobie przypominać dopiero na sali konkursowej. Przede mną było jeszcze z 3 dzieci. Myślę sobie: wytrzymam. Po chwili jednak mocno zaczęłam żałować decyzji niepójścia do łazienki.
No dobra, przyszedł czas na mnie, recytuję i w ostatniej zwrotce wiersza już wiem, że nie wytrzymam... i wtedy po prostu usiadłam na ziemi, aby wstrzymać próbujący się wydostać wodospad (na sali cała szkoła) i dalej bez zająknięcia recytuję do chwili, gdy - no właśnie - wybiegłam do łazienki jak poparzona. Wszystkie oczy na mnie.
Po chwili wracam na salę i co? 1 miejsce za piękną recytację i wyjątkowe przedstawienie tekstu (było tam coś o znikających czarownicach).
Najlepsze jest to, że nikt nie domyślił się prawdziwego powodu ucieczki z sali, każdy myślał, że tak miało być.
Większość znajomych cieszy się z narodzin dzieci, to główny temat spotkań, bo tym teraz żyją, rozumiem to. Cieszę się razem z nimi, uwielbiam dzieci, ale wewnętrznie się wykańczam. Ja nie mam szans na zajście w ciążę, znajomi i rodzina tego nie wiedzą, nie wiedzą, że chorowałam. Nie chcę z nikim na ten temat rozmawiać, z mężem uznaliśmy, że to nasze sprawy.
Coraz częściej słyszę pytania kiedy nasza kolej, odpowiadam, że nie planujemy dzieci. W odpowiedzi słyszę, że to samolubne, przecież was stać, przecież zawodowo się spełniacie, warunki idealne i "najlepsze" - nie masz instynktu macierzyńskiego jak kobiety.
Dlaczego kobieta kobiecie jest w stanie tak powiedzieć? Chcieć nie zawsze znaczy móc, o czym się przekonuję. Wiem, że nie jestem jedyna, jest wiele takich par, ale to boli.
Moja prababcia była wielką zwolenniczką medycyny naturalnej. Kiedy byłam chora, zawsze leczyła mnie domowymi sposobami, do lekarza trafiałam od wielkiego dzwonu, gdy już nic nie pomagało.
I chwała jej za to - dziś jako dorosła osoba również nie jestem zwolennikiem faszerowania się antybiotykami. Jednak jedna z jej kuracji zakończyła się dla mnie przypałem życia.
Otóż będąc już w gimnazjum, zachorowałam na zapalenie ucha. Bolało jak diabli. Nie pomogły żadne gorące okłady i już się wybierałam po skierowanie do laryngologa, gdy prababcia przypomniała sobie o istnieniu takiego doniczkowego kwiatka, który ogólnie śmierdział i był brzydki, ale ponoć ucho wyleczyć miał jak żaden lek.
Babcia znalazła ową roślinkę u którejś sąsiadki i napchała mi do ucha na noc.
Zadziałało! Obudziłam się na poduszce mokrej i śmierdzącej od ropy i innych cieczy, które wylały mi się z ucha, ale ból zniknął jak ręką odjął! Wygrzebałam więc z ucha resztki roślinki i radowałam się powrotem do zdrowia!
Problem pojawił się jakiś rok później. Ucho zaczęło boleć ze zdwojoną siłą, a niestety prababci zmarło się w międzyczasie i nie miałam pojęcia gdzie szukać uzdrawiającego kwiatka.
Musiałam udać się do lekarza i nigdy nie zapomnę miny pani laryngolog, która oznajmiła mi, że w uchu powstała jakaś dziwna narośl, której pochodzenie ciężko jej określić. Trzeba było więc zrobić prześwietlenie - pochodzenie guza nadal nieznane. I w końcu zabieg.
Co się okazało? Guz w moim uchu okazał się być... niezidentyfikowaną tkanką roślinną, która przyrosła do ucha wraz z nowymi warstwami naskórka.
Tak, to musiała być część owych leczniczych liści, której jakimś sposobem nie udało mi się wydostać z ucha.
Oczywiście pytana przez lekarzy stanowczo zaprzeczyłam, abym kiedykolwiek wpychała jakieś rośliny do uszu. Tłumaczyłam, że musiał to być jeden z dowcipów podczas "zielonej nocy" na obozie, na którym nigdy nie byłam.
Babciu, mimo wszystko mi Ciebie brakuje! :)
Czasem czytam tu wyznania o największych przypałach, jakie ludziom się przytrafiają. Uznałem więc, że i ja się podzielę jakąś historią.
Parę lat temu, gdy zaczynałem pracę w banku, miałem dziewczynę – Martę (obecnie jest ona moją żoną). Czasem z zaskoczenia wysyłaliśmy sobie sprośne zdjęcia. To było nawet urocze, kiedy nudę codziennej pracy nagle rozwiewa człowiekowi namaszczony olejkiem cycek.
Pewnego dnia, kiedy akurat nie było zbyt wielu klientów, zamknąłem się w łazience i cyknąłem fotkę mojego przyrodzenia. Chciałem ją wysłać do Marty, a że w książce adresowej widniała ona zaraz koło Marcina, mojego ówczesnego szefa, źle mi się kliknęło i fotka mojego członka poleciała do niego. Parę minut później przyszedł MMS z odpowiedzią. Marcin przesłał mi fotografię swojego wacka…
To było cholernie niezręczne, ale okazało się, że gość ma dość dziwaczne poczucie humoru i uznał mój wybryk za idiotyczny żart.
Dodaj anonimowe wyznanie