Opowiem wam sytuację, która przytrafiła się mojemu koledze - dwudziestoparoletniemu organiście, dajmy mu na imię Mariusz. Mariuszowi przytrafiło się już wiele zabawnych przygód, a oto jedna z nich.
Mariusz na stanowisku pracy, msza wieczorna. Chłopak już zmęczony i znudzony słuchanym kazaniem postanawia umilić sobie czas. Laptop, którym dysponował, podłączony był do projektora wyświetlającego teksty pieśni w kościele. Zawsze gdy chciał w nim "pobuszować", zmieniał ustawienia tak, by na projektorze widoczny był jedynie tekst, a nie jego działania na kompie.
Tym razem jednak Mariusz, znudzony i zmęczony, nie zmienił ustawień tak, jak powinien. Co działo się dalej? Mój niczego nieświadomy kolega jak gdyby nigdy nic odpalił sobie pasjansa... i tak jak się domyślacie, zgromadzeni wierni mogli podziwiać karciane zdolności młodego organisty na ekranie. Mariusz zaś zorientował się w sytuacji dopiero wtedy, kiedy po skończonej mszy parafianie mówili mu, że mógł inaczej przełożyć karty...
Kiedy miałam około 6 lat, stawałam w przedpokoju z garnkiem na głowie oraz z miotłą w ręce i pobierałam opłaty od domowników za przechodzenie do poszczególnych pomieszczeń :D
Mam jedno dziecię, w sumie duże (10 lat), ale pracuję zawodowo, czas pracy często wybiegający poza pełen etat, dodatkowo praca zmianowa (czyt. w weekendy gniję w pracy). Mąż pracuje za granicą, siedzi tam miesiąc, wraca na tydzień. Wszelkie obowiązki szkolne, domowe i pozostałe są na mojej głowie, tak że mój harmonogram dnia wygląda mniej więcej tak: wstaję o 4.30 do pracy, szykuję śniadanie dla syna, nastawiam mu budzik to szkoły, na 6.00 pędzę do pracy. Pracę kończę czasem po 8, czasem po 10 godzinach (praca w handlu). Wracając robię zakupy, wpadam do domu, robię obiad, odrabiamy lekcje z synem, sprzątam, piorę, zazwyczaj siadam, a raczej padam zmęczona o 20.00. Kilka razy w tygodniu po pracy wożę syna na zajęcia karate i zajęcia dla dyslektyków, wówczas usiądę dopiero o 21-22. Ale mój mąż twierdził, że nic nie robię... Tak więc któregoś dnia gdy wrócił na tydzień do domu, oznajmiłam mu, że muszę pilnie wyjechać do mojej kuzynki, bo jest bardzo chora (oczywiście odbiegało to od prawdy). Plan był chytry, wiedziałam dobrze, że syn ma pełno sprawdzianów i natłok nauki oraz zajęć dodatkowych.
Po tygodniu mojej nieobecności zostałam dom w pełnej ruinie, syna z kilkoma dwójami i trójami ze sprawdzianów, kilkoma uwagami w dzienniku o braku przygotowania do lekcji i męża w rozsypce emocjonalnej.
Powiem tylko, że warto było :D Dla utrwalenia wiedzy, którą mój mąż posiadł, planuję kiedyś kolejny wyjazd, może teraz na dłużej?!
Wiecie co jest najbardziej żenujące na wizycie u ginekologa?
Orgazm podczas badania.
Brawo ja!
Któregoś razu zauważyłam na mieście plakaty pewnego cyrku. Miałam 6 lat i nigdy w cyrku nie byłam, więc poprosiłam rodziców, żeby mnie zabrali. Oboje jednak nie mieli czasu w ciągu dnia, zatem poprosili babcię, żeby się ze mną wybrała. Kochana babcia oczywiście się zgodziła. Trzeba wiedzieć, że moja babcia poza tym, że jest taką typową babcią, która nakarmiłaby cały świat, jest też osobą dosyć nerwową i postawną, atletyczną wręcz (w młodości trenowała m.in. zapasy i rzut oszczepem).
W końcu przyszedł dzień, w którym miałam zapoznać się ze światem cyrku. Kiedy dotarłyśmy na miejsce, moim oczom ukazał się wielki kolorowy namiot, masa straganów, gdzie sprzedawali watę cukrową, hot dogi, wokół był tłum rozkrzyczanych dzieciaków, paru klaunów i innych pracowników cyrku, którzy zachęcali do kupna biletów i odwiedzenia pozostałych atrakcji. W końcu zajęłyśmy miejsca na widowni i zaczął się spektakl. Nie bawiły mnie ani żarty klaunów, ani marne popisy akrobatów, najgorsze jednak było to, jak traktowali zwierzęta, co rusz treser traktował batem kucyki albo tygrysy. Jako miłośnik zwierząt i dosyć wrażliwy dzieciak nie miałam ochoty tego dalej oglądać. Babcia odetchnęła, że w końcu mogłyśmy opuścić ten zgiełk.
Kierowałyśmy się już do wyjścia, kiedy podszedł do nas niski klaun. Natarczywie nakłaniał nas do odwiedzenia straganów. Babcia kulturalnie powiedziała "Nie, dziękuję" i szła ze mną dalej. Klaun jednak nie dał za wygraną. Złapał moją babcię za ramię i rzucił tekstem w stylu "co pani taka nabzdyczona, cyrk to świetna zabawa". Widziałam, że mojej babci już włączył się agresor. Wyszarpała się z uścisku i kazała mu się odczepić. Klaun puścił ramię, ale pozostawił na eleganckim płaszczu mojej babci spory ślad białej farby. I tutaj babcia nie wytrzymała krzyknęła "Co pan? Będzie pan płacił za pralnię!", facet tylko się zaczął śmiać, rzucił parę przekleństw w jej stronę, po czym wykrzyknął, że jest sztywna i w gorącej wodzie kąpana, wtedy też chlusnął w nią płynem z psikawki, którą miał w kieszeni. Babcia nie wytrzymała, złapała faceta za klapy marynarki i podniosła do góry, zaczęła nim potrząsać jak kukłą. Facet przerażony, ale nie dawał za wygraną, zaczął krzyczeć i ją wyzywać. Zaczęli się szarpać, a wokół nich zgromadził się tłum rozbawionych ludzi. Ktoś wezwał policję. Kiedy służby dotarły na miejsce, nie mogły pohamować śmiechu widząc, jak starsza elegancka pani zakłada dźwignię zapaśniczą facetowi przebranemu za klauna.
Mój tata był w niezłym szoku, kiedy zadzwonili do niego z policji, że jego mama czeka na niego na posterunku. Ani klaun, ani babcia nie wnieśli oskarżeń, za to oboje dostali mandat, zdaje się za zakłócanie porządku publicznego. Cyrku już nigdy nie odwiedziliśmy, a babcia ma do tej pory uraz do klaunów :)
O tym, jak ukarałem oszusta, a bardziej jak łatwo kogoś namierzyć przez internet.
Z rana miałem humor na aferę. Wszedłem więc na Facebooka i znalazłem post o tym, że jakiś dzieciak okradł przez internet innego na 200 zł, mniejsza o szczegóły. Wystarczyło znaleźć profil złodziejaszka na fejsie po profilowym widocznym na messengerze. Znajomi ukryci, więc patrzysz, kto polubił zdjęcie. Przy jednym polubieniu nazwisko było takie same jak właściciela profilu. Napisałem do gościa i okazało się, że to tego łebka wujek. Z tego co wiem, to młody zwrócił pieniądze i jeszcze do mnie pisał, że przeprasza.
Tak, że to tyle w kwestii "anonimowości". Niektórzy myślą, że jak zamknie się za nimi wirtualne drzwi, to nic poza nie nie wyjdzie.
W dzieciństwie raz miałam pewien sen, prawdopodobnie najbardziej wyraźny ze wszystkich, które pamiętam.
W podstawówce podejście rodziców do mojej nauki było dość poważne, więc często zdarzało mi się uczyć się czy odrabiać dodatkowe prace domowe późnym wieczorem. Tak też zaczynał się ten sen, a przynajmniej od tego momentu zaczyna się moja pamięć o nim. Siedzę przy biurku w przedpokoju jedynie przy świetle lampki, moja mama myje jeszcze naczynia w kuchni połączonej z przedpokojem dużym przejściem. W kuchni nie pali się światło, bo po co marnować prąd, skoro światło lampki jeszcze tam jakoś dociera, więc mama robi to w półmroku. Mimo wszystko to dość zwyczajna sytuacja w moim domu w tamtych czasach, nic nadzwyczajnego.
Po jakimś czasie trwania tych czynności z korytarza coś przychodzi i staje w drzwiach. To jedyny element, którego nie pamiętam zbyt wyraźnie; wiem jedynie, że to była uśmiechająca się postać starej kobiety, która wyglądała dosyć abstrakcyjnie, trochę jak namalowana na jakimś mrocznym obrazie. Ale gdyby ktoś poprosił mnie o dokładne opisanie czy naszkicowanie jej, nie potrafiłabym.
Postać nic nie robi, nic nie mówi, jedynie stoi w drzwiach i uśmiecha się do mnie. Pamiętam, że się wtedy przestraszyłam i w związku z tym postanowiłam, iż będę udawać, że jej nie widzę i skupię się na zajęciu. Po chwili postać idzie do kuchni bardzo powolnym krokiem. Staje w rogu pomieszczenia - tam, gdzie było najciemniej - dalej się uśmiechając i nie robiąc nic poza tym. Mimo strachu (a może właśnie ze względu na strach) idę do kuchni po mamę, która tylko podchodzi do mnie i patrząc się na coś, co nas odwiedziło, pyta się szeptem w lekkim niedowierzaniu: "Ty to widzisz?".
Te słowa do dzisiaj bardzo wyraźnie rozbrzmiewają mi w głowie, gdy tylko przypomni mi się tamten sen.
Na tamtym momencie moja pamięć się urywa, ale pamiętam, że byłam bardzo śpiąca, więc możliwe, że po prostu poszłam spać, chociaż spanie w śnie wydaje się nietypowe. Mimo że jako dziecko miałam dość dużo koszmarów czy innych dziwnych snów i wiele z nich powtarzało się po kilka razy, to ten nigdy nie przyśnił mi się ponownie. Na tym historia by się zakończyła, ale to nie koniec.
Od tamtego snu minęło już dobrych kilkanaście lat i dopiero jakiś czas temu powiedziałam o nim komukolwiek. Rozmawiałyśmy z moją mamą na różne luźne tematy przy wolnej okazji i jakoś tak mimowolnie temat zszedł na to, że zaczęłam opowiadać jej o śnie, jako że z jakiegoś dziwnego powodu pamiętam go dosyć szczegółowo do dzisiaj.
Nigdy bym się nie spodziewała, że moja mama nagle spoważnieje i powie mi
"To nie był sen. Ja też to pamiętam".
Mam 30 lat i do tej pory spotykałam się tylko z dwoma chłopakami. Pierwszy Krzysiek zostawił mnie dla wódki. Jak się poznaliśmy, to nie wiedziałam, że on dużo pije. Potem pił coraz więcej i nic na to nie mogłyśmy z jego mamą poradzić, choć próbowałyśmy chyba wszystkiego. Drugi Darek wstydził się mnie przed swoją rodziną i znajomymi, nigdzie ze mną nie poszedł i chciał, żebyśmy nasz związek trzymali w tajemnicy. A ja chciałam normalnego związku, normalnych spotkań i normalnego życia.
Chciałabym mieć rodzinę, męża i dzieci, ale boję się szukać kogoś, bo nie chcę znów tak cierpieć.
Historia z serii - Gdy starasz się wyglądać normalnie, a jesteś mega narąbany.
Otóż gdy miałam jakoś 18 lat i jeszcze mieszkałam z rodzicami. Pewnego pięknego dnia wróciłam do domu we wstanie wskazującym. Tak bardzo nie chciałam dać po sobie poznać, że jestem pijana. Ale chyba mi nie wyszło...
Gdy tylko zdjęłam buty mama poprosiła mnie, żebym przeczytała młodszemu bratu, który leży w łóżku bajkę na dobranoc. Co ja zrobiłam? Wzięłam swoją książkę do matematyki i weszłam do łazienki. W wannie siedziała moja starsza siostra, która totalnie nie ogarnęła co ja wyprawiam, po prostu gapiła się na mnie z wybałuszonymi oczami. A ja rozłożyłam książkę jej nad wanną i zaczęłam jej poważnym tonem tłumaczyć wyrażenia algebraiczne. A najlepsze jest to, że ja nie rozumiałam co robię źle. Przecież doskonale wykonałam mamine polecenie. Może książka mi przez przypadek wpadła do wody, ale hej, przecież wytarłam ją ręcznikiem!
Moja rodzina do dziś myśli że wtedy byłam po narkotykach...
Ostatnio, po długich namowach, moja dziewczyna zgodziła się na trójkącik. Wczoraj oznajmiła mi, że znalazła kogoś, kto chętnie się z nami „spotka”. Cicho liczyłem, że zainteresowana będzie jej śliczna koleżanka, która nie kryje swojej rozwiązłości i dość otwarcie opowiada o coweekendowych przygodach seksualnych. No, ale szybko zostałem sprowadzony na ziemię. Osobą, która gotowa jest „spędzić z nami wieczór” jest Adam – były chłopak mojej dziewczyny, który ostatnio mocno „eksperymentuje” w sferze seksu.
Nie tak wyobrażałem sobie wymarzony trójkącik...
Dodaj anonimowe wyznanie