Ostatnio razem ze starszą siostrą przeglądałam album ze zdjęciami rodzinnymi.
Na pewnym zdjęciu razem z siostrą stała jakaś kobieta. Była bardzo wychudzona i ogólnie wyglądała na zmęczoną i głodną. Zapytałyśmy kto stoi na tym zdjęciu.
Odpowiedzi mamy nie zapomnę do końca życia... Powiedziała:
- To ja. Był taki moment, w którym miałam ostatnie 5 zł w portfelu i zastanawiałam się, czy kupić chleb dla siebie, czy mleko dla dziecka. I wybrałam mleko.
Mamo, nawet jeśli często się kłócimy i nie zawsze mamy rację, to wiedz, że Cię po prostu kocham.
Kiedyś ważyłam bardzo dużo, potem schudłam w rok 30 kg, obecnie moja waga jest w dolnej granicy prawidłowej wagi ciała, ale ja panikuję za każdym razem jak przybędzie mi 2 kg i przechodzę na dietę, by to szybko zgubić, wtedy prowadzę notes z tym co zjadam, dodaję tam też swoje dopiski. Notes mam zawsze w torebce, jest tam bezpieczny.
Wczoraj zobaczyłam, że mimo prób waga ani drgnie i dodałam dopisek "chcę znów być piękna" i smutną minkę. Dziś otwieram notes, by wpisać śniadanie, a tam pod moim wpisem jest napis "jesteś najpiękniejszą kobietą, jaką kiedykolwiek widziałem" i koślawa uśmiechnięta minka narysowana przez mojego męża.
On chyba nawet sobie nie zdaje sprawy, jak bardzo poprawił mi humor i jak te słowa na mnie zadziałały. A ja żyłam w przekonaniu, że on o tym notesie nic nie wie... Teraz zrozumiałam czemu po smutniejszych wpisach tak często następnego dnia wracał po pracy z kwiatami dla mnie. Mam kochanego męża.
Gdy byłem na studiach, moi znajomi nazywali mnie Rudolfem. Tłumaczyli, że gdy wypiję parę piw za dużo, robi mi się czerwony nos. Wierzyłem w to i sam się z tego śmiałem. Ba, w pewnym momencie nawet zacząłem się tą ksywką przedstawiać.
Uczelnię skończyłem piętnaście lat temu. A dziś przypadkiem spotkałem Patryka - kolegę z roku. Pogadaliśmy sobie trochę, powspominaliśmy stare czasy, no i powrócił temat mojego przezwiska. „Stary, przykro mi, że tak cię nazywaliśmy. To było dość okrutne i dziecinne” - wyznał mi Patryk. Powiedziałem mu, że nie ma sprawy, że wcale mi ta ksywa nie przeszkadzała i że zdaję sobie spraw, że mój kinol ma kolor dojrzałej maliny, kiedy się opijam. „Co? Chłopie, my nazywaliśmy cie tak dlatego, że regularnie przyprawiano ci rogi! Na studiach spotykałeś się z tą wywłoką, która zdradzała cię na lewo i prawo. W ciągu dwóch lat większość z nas ją zaliczyła!” - przerwał mi Patryk.
Zaśmiałem się i zrobiłem wszystko, aby jak najszybciej skończyć rozmowę i nie dać po sobie poznać, że ta informacja mnie ruszyła.
Właśnie od czterdziestu minut stoję przed klatką schodową mojego mieszkania i czuję, że całe moje życie runęło w gruzach. „Wywłoka”, o której mówił Patryk, to moja obecna żona. Mamy dwójkę dzieci, wspólne kredyty i plany na przyszłość. Nie miałem pojęcia o jej skokach w bok.
Z reguły jestem tą, która zawsze coś sobie zrobi. Na prostej drodze potrafię zęba wybić. I tak było tego roku na sylwestrze. Szczęście w nieszczęściu, że rzecz miała miejsce już ok. godziny 3, więc zdążyłam się wybawić. Impreza była kostiumowa.
Razem z mężem, z racji że nie mieliśmy wyjątkowo pomysłu co założyć, wzięliśmy stroje z wypożyczalni. Oczywiście na ostatnią chwilę, więc nie było wielkiego wyboru. Braliśmy co było - krowa i wilk.
Impreza trwała w najlepsze do momentu, kiedy to inna krowa w trakcie jednej z figur podczas tańca upadła na mnie. Byłoby wszystko git, gdyby nie to, że krasnal i wróżka sądzili, że to zabawa i zrobili z nas przysłowiową kanapkę :D Podkreślam, że byłam na samym dnie. Summa summarum - karetka, pogotowie, rtg etc.
Ale co w tym wszystkim jest najlepsze? Że zabierając mnie z sali sanitariusze tak mnie umocowali na desce, że jedyne co było widoczne to moje dyndające krowie cycki, wypukłe jak typowe wymiona. Tekst na pogotowiu?
- Doktorku, krowę przywieźliśmy...
- Że co??
- No co, krowy pan nigdy nie widział? - odpowiedział nawalony wilk :D
Ze względu na pandemię obecnie częściej bywam w domu rodzinnym. Moi rodzice są bardzo wierzący i co rusz słyszałam nagabywanie, by iść z nimi do kościoła. Męczyli mnie tak bardzo, że w końcu stwierdziłam - "OK, ale jeśli ludzi będzie za dużo, dzwonię na policję, sanepid i diabłów z TVN-u".
Od tamtej pory mam spokój :)
Nieanonimowe, ale polecam wszystkim.
Ćwiczę boks od 14 roku życia. Jakoś miesiąc temu, wracając ze sklepu, zostałem zatrzymany przez bandę osiedlowych Sebków. Największy z nich podchodzi do mnie i mówi mi, żebym poratował go dwojgiem złociszy polskich. Jako że unikam walki, dałem mu tę monetę, gdy on nagle próbował wyrwać mój portfel. Nawet się nie sprzeciwiłem porwaniu portfela, od razu poleciał mój "prawy prosty", a Sebek został znokautowany. Reszta jego bandy uciekła jak najszybciej, więc byłem zmuszony zadzwonić po karetkę, by zabrali znokautowanego Sebka.
Nie miałem żadnych kłopotów, odwiedziłem Sebka w szpitalu, a on powiedział, że nie będzie niczego zgłaszał policji, a nawet oddał mi moje 2 zł :D
Zakumplowałem się z nim, a na ostatniej degustacji złotego napoju wyznał mi, że po spotkaniu ze mną już nigdy więcej nie spróbuje kogoś okraść :D
Zacznijmy od tego, że mam kuzyna - samozwańczego pisarza, który za pożyczki w rodzinie wydał książkę. Nie jest to powieść dobra, obiektywnie mówiąc. W gruncie rzeczy jest to ponad 100 stron użalania się nad sobą, wypominania swoim rodzicom błędów wychowawczych, które popełnił chyba każdy rodzic na świecie i ogromu gówna rzuconego na rodzinę, a zwłaszcza na matkę. Dla przykładu główny bohater (czyli mój kuzyn, bo to autobiografia) twierdzi już na pierwszych stronach, że jego powołaniem jest zostanie onkologiem dziecięcym. Bez skończonej choćby szkoły zawodowej, bo "koledzy go nie lubili". Ja chodząc do tej samej placówki, ale dwa roczniki wyżej wiem, że nie lubili go, bo kablował na wszystkich, w tym i na mnie, że kiedyś zerwałam się z religii.
Wracając jednak do sedna. Moja ciocia, a jego mama zmarła dwa miesiące temu. Ciocia i mój tata żyli w dobrych kontaktach. Co prawda odkąd pojawiła się pandemia, oboje się nie widzieli (to starsi ludzie), bo ciocia chciała się izolować. Dzwonili jednak do siebie raz na dwa tygodnie najrzadziej. Ciocia skarżyła się przed śmiercią na ból nóg, ale mój kuzyn, a jej syn mówił, że nie ma co iść do szpitala, bo tylko się zarazi. Tata polecił jej teleporadę i na tym się skończyło.
To co wyszło po pogrzebie przechodzi ludzkie pojęcie. Ogólnie rzecz biorąc, ciotce zgniły nogi. Wdało się zakażenie i nieleczone doprowadziło do sepsy. Nie wyobrażam sobie jej bólu i cierpienia. Nie rozumiem też jak mój kuzyn mógł nie zadzwonić po pogotowie, kiedy ponoć jego matka wyła z bólu (oczywiście sąsiedzi słyszeli wszystko, ale nikt nie zadzwonił po lekarza). Nie rozumiem, jak ciocia mogła to ukrywać. Jak jej mąż i syn mogli jej na to pozwolić.
Na skromnej stypie jedynym tematem poruszanym przez nich był remont domu za pieniądze z ubezpieczenia. Jej ubrania wyrzucili na następny dzień. Babcię udobruchali, kupując jej robota kuchennego. Za pieniądze splamione krwią ciotki.
A teraz najlepsze. Jej syn założył sobie fanpage i codziennie wstawia ckliwe teksty o utracie mamy, cierpieniu i wielkiej miłości. Głupie baby udostępniają jego mądrości o nieskończonej miłości matki do dzieci. A rzeczywistość jest tak przerażająca, że aż zbiera się na wymioty. Jak można było tak postąpic? Jak widzę jego kolejny fałszywy post, kolejne zdjęcie Ś.P. cioci okraszone czarną wstęgą, to niedobrze mi się robi. Najpierw napisał książkę o tym, jak okropna była (znałam ją całe życie i była dobrą kobietą, ale jak każdy robiła błędy), a teraz lansuje się na jej śmierci, do której się przyczynił. To po prostu okropne.
Opowiem wam historię, która miała miejsce kilka dni temu. Mam 19 lat, jestem w szczęśliwym związku - ale to nie jest aż tak istotne w mojej historii.
Jak co wieczór, około godziny 22 postanowiłam wziąć szybką kąpiel. Miało to trwać dosłownie 15 minut, więc udałam się pod prysznic, ponieważ chłopak czekał na mnie z przekąskami i odpalonym laptopem, gdzie mieliśmy sobie zorganizować seans horrorów.
Wszystko spoko, wchodzę do toalety, rozbieram się, odsuwam kabinę prysznicową i puszczam wodę, aby zleciała zimna z rur i napłynęła ciepła. Pech - odpływ zatkany. Woda stoi już po kostki. Wiedząc, że może to być wina włosów, postanowiłam włożyć palec do odpływu, aby go udrożnić. I wtedy stała się katastrofa. Mój wskazujący palec utknął w środku. Próbowałam wyciągnąć go na różne sposoby, ale nie mógł nawet drgnąć. Wtedy w panice zaczęłam głośno płakać i wołać o pomoc. W myślach wyobrażałam sobie, że trzeba będzie wezwać jakieś straże, a wtedy będzie trzeba albo odciąć palec, albo rozciąć brodzik.
Wszyscy stanęli na równe nogi... Chłopak, tato, mama. Nie potrafiłam wytłumaczyć co się stało, nagle tato wyważył drzwi. Wyobraźcie sobie minę rodziców i mojego lubego, kiedy zobaczyli mnie nagą, klęczącą pod prysznicem, całą zapłakaną. Co najlepsze, właśnie w tym momencie, chyba pod wpływem adrenaliny, wyszarpnęłam palec z otworu.
Co prawda złamałam paznokieć, ale mój palec jest cały i zdrowy. Tylko dalej jakoś wstyd...
Moja ostatnia historia o przygodzie z uczniem Adamem (http://anonimowe.pl/39psz) zmotywowała mnie nie tylko do założenia konta na anonimowych, ale też do podzielenia się z Wami inną historią, która miała miejsce podczas mojej krótkiej, nauczycielskiej przygody.
W pewnym roku Prima Aprilis wypadało w piątek - dla każdego przedsmak fantastycznego weekendu, czy też jak mówią moi uczniowie początek "maratonu weekendowego najebonga". Dla mnie piątki są jednoznaczne - 7 lekcji, bez okienka, z tego 4 pod rząd z trzecimi klasami, czyli jakby nie patrzeć realizowanie tego samego materiału. Można paść.
13:55 - dwadzieścia pięć minut do końca moich męczarni. Chyba pierwszy raz w życiu patrzyłam na zegar częściej niż uczniowie, którzy mieli pecha trafić na mnie w swojej chemicznej przygodzie. Tłumaczę im po raz setny różnice w budowie i nie tylko alkanów, alkenów i alkinów, no ale, jak widzę twarze, wpatrujące się we mnie, jak niegdyś Majdan na Dodę, to już nic się nie chce. Siadam za biurkiem i sama załamuję ręce.
Wtedy zaczyna się akcja. Do sali wchodzi dwóch nauczycieli od wychowania fizycznego i stwierdzają, że ktoś wybił mi szyby w aucie i chce odjechać.
Ja oczywiście włączyłam profil "panika", rzuciłam głośne "to zostańcie" dwóm dziwnie patrzącym po sobie wuefistom i poleciałam na parking.
Co widzę? Otóż nic. Mojego auta nie ma. Myślę sobie, że no dobra, może i Nissan kurde Micra, ale nie aż tak, żebym go nie zauważyła.
Oczywiście siedzę na tym parkingu i płaczę, bo spodziewacie się ile pensji straciłam na to auto.. zadzwoniłam do męża, mówię co się stało... a on odpowiedział mi, że bardzo mu przykro, ale nie może rozmawiać. Kliknęłam czerwoną słuchawkę, rzuciłam telefonem i schowałam głowę w ramionach.
W końcu wróciłam do szkoły, już dawno zakończyły się moje godziny pracy, chcę wziąć kurtkę, no i chyba pojechać na policję. No i wyobraźcie sobie, wchodzę do tego pokoju nauczycielskiego, a tam prawie całe grono pedagogiczne, mój mąż i dwójka tarzających się ze śmiechu wuefistów krzyczących do mnie "NIESPODZIANKA!!!!".
Patrzę na nich jak na idiotów, mąż wyciąga zza pleców tort i wszyscy śpiewają "Sto Lat!". Stoję zdezorientowana, nie wiem o co chodzi i patrzę pytająco od osoby do osoby.
W końcu jeden mądry wuefista się wyrwał:
- No, Inga, znaleźliśmy w kalendarzu, że masz w niedzielę imieniny, to postanowiliśmy połączyć imprezę z Prima Aprilis. Miałaś kluczyki w kurtce, więc nie ciężko było Ci przestawić autko.
Mąż podszedł i się przytulił, ja stoję dalej zapłakana z totalnie rozwalonym makijażem i tak przeanalizowałam wszystko...
Mam imieniny 25 października...
Mój znajomy jest kontrolerem biletów w MPK. Nie jest to jego wymarzona praca. Uwielbiamy filmy SF, a przede wszystkim Star Wars. Nie jeżdżę autobusem, lecz czasami mi się to zdarza, dlatego też wpadliśmy na pomysł, żeby zrobić coś "głupiego", gdy to właśnie on będzie sprawdzał bilety, a ja będę jechał.
Pewnego ranka musiałem pojechać na uczelnię właśnie autobusem. 9 rano, pełno ludzi i mój kumpel wraz z innym kontrolerem, wsiadający kilka przystanków dalej. Z daleka spojrzał w moją stronę i lekko się uśmiechnął. Przypomniałem sobie o czym kiedyś rozmyślaliśmy. Zbliżał się w moją stronę i sprawdzał bilety, a jego kolega stał przy drzwiach autobusu. Gdy podszedł do mnie, lekko ruszyłem ręką przed sobą i dosyć głośno powiedziałem:
- Nie musisz mi sprawdzać biletu, przejdziesz dalej.
On z kamienną twarzą odpowiedział:
- Nie muszę ci sprawdzać biletu, przejdę dalej.
No i poszedł kontrolować innych pasażerów.
Mina ludzi dookoła bezcenna. Jakaś pani kilka rzędów dalej stwierdziła, że jestem jakimś satanistą. Kumpel mógł mieć za to problemy, ale było warto.
Dodaj anonimowe wyznanie