#cdHbb

Mam 14 lat i jestem uzależniona od kupowania kosmetyków.

Jakiś czas temu zerwałam z chłopakiem, który na odchodne zwyzywał mnie od grubych i brzydkich, choć minutę wcześniej błagał, abym do niego wróciłam. Znamy się od siedmiu lat i byliśmy razem trzy miesiące, a poznaliśmy się w klubie żeglarskim, do którego należą nasi rodzice. Były zagroził, że nikt z tego klubu nie będzie chciał już ze mną gadać, bo i tak jestem gruba, więc nie będą mieć motywacji w postaci jego osoby. Uważam, że to nieprawda, bo spędzam tam prawie całe wakacje, a do tego gadałam z resztą ekipy, w której w sumie oprócz mnie są dwie dziewczyny i dziesięciu chłopaków, ale dało mi to do myślenia.

Odkąd pamiętam miałam nadwagę, choć trenuję siatkówkę od dobrych ośmiu lat, ale w cholerę kasy wydawałam na słodycze, które żarłam tonami. Stwierdziłam, że przez zimę wezmę się za siebie i się wzięłam, ale pojawił się problem. Cały czas miałam kasę, której nie chciałam wydawać na słodycze, więc musiałam znaleźć zamiennik, ale kupowanie skinów do gier itp. mnie nie kręci. Znalazłam sobie nowe zajęcie - kupowanie kosmetyków. Zaczęłam kupować na potęgę te tańsze kosmetyki i każda wizyta w drogerii kończyła się stówą w plecy. Mój mózg reaguje na stres na trzy sposoby - obgryzam paznokcie, jem, albo właśnie kupuję kosmetyki. W tym roku stwierdziłam, że schudnę, będę miała piękne paznokcie, więc zaczęłam kupować kosmetyki. Na szczęście najbliższa drogeria jest pół godziny jazdy autobusem ode mnie, a nie mam dużo czasu, ale i tak się nie mogę powstrzymać.

Nikomu o tym nie mówię, choć moja mama widzi, że wydaję za dużo kasy na kosmetyki. Zgadzam się z nią w 100%, ale jak widzę piękny highliter czy cudowną paletkę, to nie umiem się powstrzymać.

#kxULV

Historia z czasów okupacji niemieckiej opowiedziana mi przez mojego śp. dziadzia. Każdy wie, jakie to były ciężkie i okropne dla Polaków czasy, ale o dziwo nie będzie to historia pełna smutku i żalu, ale dosyć zabawna :D

Niedaleko domu mojego dziadka znajdowało się niemieckie lotnisko, dość dobrze strzeżone przez niemieckich okupantów. Dziadzio pewnego dnia przejeżdżał rowerem właśnie obok tego lotniska i akurat pech chciał, że właśnie wtedy dopadła go, brzydko mówiąc, sraczka :D Dziadzio usiadł pod jakimś drzewkiem i załatwiał swoją potrzebę, gdy podszedł niemiecki żołnierz, wycelował do niego z karabinu i krzyknął: "Hände hoch!". Dziadzio w przerażeniu nie wiedział co robić: jedną ręką trzymał spodnie, a drugą podniósł do góry. Niemiec wtedy zorientował się jaka "przypadłość" dopadła mojego dziadzia, zaczął się głośno śmiać, pozwolił mu dokończyć i puścił go wolno. I w ten właśnie sposób sraczka uratowała mu życie :D

PS. Dziadzio był dla nas ogromną skarbnicą wiedzy o czasach II wojny światowej i opowiadał nam mnóstwo ciekawych i zatrważających krew w żyłach historii z czasów okupacji, ale chciałam podzielić się z Wami akurat tą śmieszną historią ;)

#SOZ0z

Kiedyś założyłam się z kolegą o lody, że przeskoczę taki szlaban z rozpędu. Warto dodać, że byłam w japonkach o trzeciej w nocy z kumplami na dworze, po ciemku, ubrana w puchatego jednorożca. Rozpędziłam się i przez ciemność źle wymierzyłam odległość. Skoczyłam i zahaczyłam klapkiem o szlaban. Wylądowałam na betonie, ale nic sobie nie zrobiłam. Kumpel stwierdził, że wygrał zakład, ale kupi mi te lody, bo to co zrobiłam już dawno go tak nie rozśmieszyło.

Następnego dnia się okazało, że niedaleko szlabanu była kamera i mój tata zapisał sobie nagranie z monitoringu klubowego. Chyba nigdy mi tego nie przestanie wypominać.

#Q7IBZ

Historia ta wydarzyła się około 3 lata temu. Nie będzie to opowieść ze szczęśliwym zakończeniem. Mało tego, doprowadzi do łez 100% mężczyzn...
Przechodząc do sedna.

Jakieś święto, wszystkie sklepy pozamykane, oprócz zbawiennej stacji benzynowej, oddalonej ok. 5 km, otwarta do 20. Było już po 19, naszła nas (ja+dwóch kumpli) chęć na piwko, szyba decyzja: idziem tam! Podróż trochę nam zajęła, w miejscu docelowym byliśmy tuż przed godziną 20. Szybka akcja: 10 butelkowych piw, kasjerka zapakowała zakupy w jedną reklamówkę. Zadowoleni z życia ruszyliśmy w drogę powrotną.

Mimo wielkiej chęci, z otwarciem piwa czekaliśmy do powrotu do domu. Od celu byliśmy około kilometr i wtedy wydarzyło się coś, czego nigdy nie zapomnę. Reklamówka nie wytrzymała presji i się rozerwała, 10 piw rozbitych na asfalcie... stoimy i nie wierzymy w to co widzimy, łzy w oczach... serce stanęło w miejscu, tragedia, niedowierzanie...

Od tamtej chwili życie nie jest już takie samo, nie życzę tego największemu wrogowi... Miejsce katastrofy staram się omijać, za bardzo przypomina tamten dzień :/

#FMuGk

Miałem wtedy cztery lub pięć lat. Bawiłem się w ogródku dziadka, układając na trawie kostkę brukową, która nie została wykorzystana podczas budowy podjazdu. Stworzyłem z niej prostokąt biegnący przez trawnik.
Podszedł do mnie sąsiad z domu obok, który pracował na swoim ogrodzie. Zaciekawiony spytał się, co robię. Odpowiedziałem, że robię bruk dla dziadka. Wtedy on spojrzał na mnie, najpierw ze zdziwieniem, później z oburzeniem. Kazał, bym zawołał rodziców.
Gdy przyszli moi opiekunowie, dowiedziałem się, co tak zgorszyło sąsiada. Okazało się, że zamiast zdania "robię bruk dla dziadka" usłyszał "robię grób dla dziadka".

Trochę czasu zajęło, zanim udało mi się wytłumaczyć rodzicom i dziadkom, że chodziło o bruk, a nie o grób.

#yBN7c

Kojarzycie film "Za jakie grzechy, dobry Boże"? W filmie chodzi o to, że są 4 córki i każda po kolei wychodzi za mąż. Jedna za Araba, jedna za Żyda, jedna za Chińczyka i jedna za Murzyna.
Ostatnio siedzę z rodzicami, oglądamy ww. film i zaczynamy rozmawiać.
Mama - "no, w sumie prawie jak u nas w rodzinie" (każda z moich kuzynek wyszła za obcokrajowca, więc w rodzinie mamy już Hindusa, Araba, Żyda, Niemca + jeden kuzyn ożenił się z Japonką). Na to mój tata zaczyna się śmiać i mówi: "to ciekawe, za kogo wyjdzie nasza córka".
Jeszcze o tym nie wiedzą, ale za tydzień wraca mój chłopak i chcę go im w końcu przedstawić - jest Hiszpanem.

#cjPZf

Ostatnio czytałam wyznanie o tym, jak ktoś wracał z pogrzebu i na kapslu od tymbarka był napis "ty będziesz następny".
Otóż moja historia była podobna.

Jakiś czas temu koleżanka powiedziała mi i moim koleżankom, że jest w ciąży. Wszystko fajnie, pięknie, gratulacje, różnego rodzaju pytania itd.

Wracałam z moim chłopakiem z zakupów i kupiliśmy sobie po tymbarku. Pragnienie było mniejsze od mojej ciekawości co znajdę pod kapslem. Otwieram, a tam napis "TWOJA KOLEJ". Myślę - spoko, to tylko napis. Mój chłopak miał napis "BĘDZIE DOBRZE".
Po powrocie do domu z ciekawości zajrzałam do notesu, aby zobaczyć kiedy będę miała czerwony alarm. Wszystko byłoby dobrze, gdyby nie to, że czerwone morze powinno wylać 2 tygodnie temu.

PS. Test pokazał 2 kreski :)

#GfLJb

Opiszę wam historię, która przydarzyła mi się lata temu, z końcówki lat 90. ubiegłego wieku, więc przed erą, że każdy posiadał komórkę i powszechnego dostępu do internetu. Miałem wtedy 16-17 lat i byłem pomocniczym opiekunem na koloniach, byłem w harcerstwie, a to był dobry sposób, aby spędzić za darmo wakacje z dala od miasta. Przyjeżdżały do nas dzieciaki z całej Polski, nie tylko harcerze, ale też "cywile".

Była zmiana turnusu, wszystkie dzieci wyjechały, a my mieliśmy dzień na posprzątanie i ogarnięcie wszystkiego. Kiedy wszystko było gotowe na następny dzień na przyjazd kolejnych grup, głównemu opiekunowi zadzwonił telefon. Ktoś się pomylił i jedna grupa przyjedzie wieczorem - no dobra, poradzimy sobie, ale nici z czasu wolnego. Autokar z "cywilami" przyjechał, było już późno, więc wytłumaczyliśmy dzieciom podstawy - gdzie toalety, gdzie mają przyjść po pomoc itd. Koleżanki opiekunki zajęły się dziewczynkami, a my chłopcami, młodsi do jednego domku, starsi do drugiego. No i zaś zaczęło się patrolowanie, czy czasem nie piją (zdarzały się takie przypadki), czy poszli spać.

Nastał ranek, obudziło nas dobijanie się do drzwi, szefu stwierdził, żeby młody, czyli ja, ogarnął co się dzieje. Idąc słyszałem, jak kolega pod nosem mówi, że pewnie okresu któraś dostała i nie wie co się dzieje. Wyszedłem, a tam mały chłopczyk mówi, że stało się coś strasznego u nich w domku, ale nie wie potrafił wyjaśnić co to. Więc biegiem do domku, w głowie milion myśli, od rozbitej głowy po zasikane łóżko. Wpadłem do domku, na środku stoi chłopiec z opuszczonymi spodenkami, krwi nie widzę, więc jednak się zsikał. Aż nagle słyszę "psze pana, mój siusiak jest twardy"... Mnie zamurowało, kazałem mu się ubrać i wziąłem do nas do domku, aby zadzwonić do jego rodziców, aby mu wytłumaczyli co i jak. Telefon odbiera matka, tłumaczę o co chodzi, aby uspokoiła syna i wyjaśniła co i jak, a w odpowiedzi słyszę, że ona nie będzie o tym z synem rozmawiać, że my od tego jesteśmy i się rozłączyła. Staraliśmy się delikatnie wytłumaczyć, że to nic złego i aby się nie martwił, jednocześnie współczując, że ma taką matkę.
Reszta turnusu przebiegła bez większych problemów. Zdarzało nam się śmiać później z tej sytuacji, ale mam nadzieję, że nie zniszczyliśmy mu dzieciństwa.

A całość przypomniała mi się, bo żona zaczyna wspominać, że już czas abym odbył TĘ rozmowę z naszym synkiem. Trochę mnie to przeraża, ale wiem, że muszę ją odbyć.

#RDd6M

Historia z tych jak " dobrze mieć troskliwą teściową".

Dwa lata temu, mój wymarzony, jedyny, idealny mężczyzna, postanowił mi się oświadczyć. Po 4 latach związku, nadszedł moment kiedy przed Bogiem i rodzinką powiedzieliśmy sobie to magiczne "tak", ale do sedna sprawy.

Mój Mąż ma bardzo troskliwą mamę, zawsze kiedy go odwiedzałam jeszcze jako dziewczyna \ narzeczona, potrafiła 100 razy zapytać czy nie jesteśmy głodni, czy mamy ochotę na jakieś słodycze, lody, herbatę, kawę, ciasto (...)
Przyznam, że było to miłe z jej strony, taka kochana troskliwa mamusia, z którą bardzo się lubiłam. Często nawet przychodziłam na ploteczki i kawunię ;) (do czasu).

Nadszedł nasz magiczny dzień. Ślub był piękny, oczywiście jak to w takich sytuacjach bywa, pomagali nam w przygotowaniach rodzice. Trochę zaniepokoiło mnie zaangażowanie przyszłej teściowej, ale w końcu to jej jedyny syn bierze ślub. (Tak, mój ukochany jest jedynakiem).
Ceremonia była piękna, wesele też, wszystko jak z bajki.

Jako prezent ślubny od rodziców męża dostaliśmy mieszkanie, piękne 3-pokojowe z balkonem mieszkanko "nasz azyl". Oczywiście w wystroju pomagała teściowa. Cieszyłam się z tego, ponieważ bardzo ją lubiłam, a moja mama niestety nie mogła mi pomóc (mieszka z moim tatą 350 km od naszego miejsca zamieszkania).
Wprowadziliśmy się do naszego mieszkanka tydzień po ślubie, pierwsza noc, pierwszy poranek, niestety ja i mój mąż musieliśmy iść do pracy.

Wracam o godzinie 15:30 do domu, próbuję włożyć klucz do zamka - nie mogę, od razu panika, ktoś się włamał! Otwieram drzwi i ulga - pachnie obiadkiem w całym domku, myślę sobie, mój ukochany wrócił wcześniej z pracy i chciał mi zrobić niespodziankę, wchodzę do kuchni i jestem w szoku.

Teściowa przy kuchence gotuje obiad.

Tak, dorobiła sobie klucze.
Tak, przychodzi do nas codziennie.
Tak, codziennie gotuje i sprząta, robi pranie.
Ostatnio zwróciła mi uwagę, że w sypialni za łóżkiem znalazła moją bieliznę i nie powinnam rozrzucać "swoich wyzywających majteczek" po całym domu, bo nie każdy chce je oglądać.
Na domiar złego, dziś powiedziała że zostanie na noc, bo nie opłaca jej się jechać do domu, skoro jutro rano musi być znów na miejscu.
Nie pomagają prośby, moje i mojego męża, żeby delikatnie mówiąc dała nam spokój.
Zawsze słyszymy jedna odpowiedz:
"Jesteście tacy zapracowani, że należy wam się chwila dla siebie, moje kochane dzieci".
Jasne, z nią obok na kanapie. To takie romantyczne.

I co mam zrobić?!

#8c3dZ

Mój ojciec miał mnie gdzieś przez dwadzieścia parę lat. Płacił alimenty tylko dlatego, że miał emeryturę i gdyby ich nie płacił, to komornik by ją zajął. Jak przyszła choroba i widmo śmierci, to myślał, że będę się nim zajmowała, bo jestem najbiedniejsza z rodzeństwa. Dodam, że był totalnym sknerą i nawet kurtki i butów nie chciał mi kupić poza 400 zł alimentów. Zagroził, że zerwie ze mną kontakt. Najlepsze jest to, że on nawet kontaktu ze mną nie zawiązał... Jak zaczęłam studia i podwyższyłam mu sądownie alimenty, to mnie wydziedziczył i wszystko przepisał na swoich dwóch synów z pierwszego małżeństwa, których adorował i uwielbiał, finansował itd. Mimo że w ogóle się nim nie zajmowali. Jednemu swego czasu kupił w sumie 17 (!) samochodów, bo synuś rozbijał jeden za drugim.
No i cóż, ojciec umarł. Opieki z mojej strony się nie doczekał.

Czy faceci sądzą, że płeć żeńska to takie matki Teresy i da się od nich wymagać podcierania, ale można je gnoić? Bo wciąż próbuję zrozumieć sytuację i wydaje mi się, że mój ojciec dyskryminował mnie ze względu na płeć. O wyzwiskach typu zero, g... i bękart nie wspomnę.
Dodaj anonimowe wyznanie