Uczę się w drugiej klasie liceum i większość ludzi, których znam narzeka na zdalne nauczanie.
A ja je uwielbiam i to nie dlatego, że nie muszę wstawać codziennie by dojechać do szkoły (35 min. w jedną stronę).
Od zawsze byłam gruba, a od czasu liceum zaczęło mi to przeszkadzać.
Mama, widząc jak się z tym zmagam, zabrała mnie do dietetyka i mimo, że w domu mama pilnowała moich posiłków, to ja w drodze do szkoły zawsze (i piszę to ze wstydem) kupowałam sobie jakiś batonik czy chipsy.
W czasie gdy siedzę w domu nie mam takiej możliwości, do tego codziennie ćwiczę trochę i przynosi to rezultaty.
Schudłam do rozmiaru M i bardzo się z tego cieszę, ale tak boję się, że gdy nie będę pilnowana przez mamę to znowu wrócę do złych nawyków.
Anonimowe? Gdy koledzy narzekają na zdalne zajęcia to ja im wtóruję, bo wstydzę się przyznać do tego, że mi to pasuje.
PS Z nauką nigdy nie miałam problemów.
Jestem z moim mężem 6 lat, w tym 3 lata po ślubie. Ja prowadzę biuro podróży, a on ma małą firmę budowlaną. Więc tak zawsze wydawało mi się, że jesteśmy bardzo dobrym małżeństwem, nie mieliśmy kryzysów, kłóciliśmy się, jak każda para, ale ogólnie byliśmy ze sobą bardzo blisko.
Ostatnio musiałam wyjechać do rodziców, ponieważ mój tatuś ma problemy zdrowotne, a mam jeszcze młodsze rodzeństwo, którym zajmuje się mamusia i chciałam trochę jej pomóc. Mój luby miał doglądać mojego biura i sprawdzać jak radzą sobie dwie pracownice. Ogólnie u moich rodziców miałam być tydzień, ale że dostałam telefon od klientki z pretensjami, że coś dziewczyny pomyliły z jej wycieczką, postanowiłam szybko wrócić do domu. Do męża nawet nie dzwoniłam, że wracam, bo on w dzień nie odbiera prywatnego telefonu, gdyż jest zawalony pracą.
Wróciłam sobie spokojnie do mojego miasta, spotkałam się z klientka, od razu od progu biura wściekałam się na jedną z dziewczyn, bo postanowiła nie przyjść do pracy nie informując mnie o tym, tylko druga dziewczynę. I w złym humorze wracam do mieszkania.
Od razu jak weszłam do domu słyszałam sapanie i jęki, weszłam do salonu, a tam mój mężczyzna i nieobecna pracownica w najlepsze się zabawiają (mój mąż dopilnował biura dogłębnie). Stałam w takim szoku przez chwilę, oczywiście tłumaczenia, że to nie tak, w pośpiechu zaczęli się ubierać i wtedy coś mnie opętało. Wzięłam szybko łachy tej lafiryndy, dosłownie wyrwałam jej je z rąk, pobiegłam z nimi do toalety i oblałam wszystkie domestosem, wylałam na nie pół butelki, następnie wyrzuciłam jej te szmaty przez okno w łazience (żeby musiała na golasa pod blok iść), wróciłam do salonu i dosłownie nie wiem skąd miałam siłę, ale wyrzuciłam ją nagą za drzwi. Mężusia też wyrzuciłam, tylko później, żeby mieć pewność, że nie podwiezie tej łajzy autem, niech leci nago i szuka ciuchów.
Na drugi dzień zwolniłam ją dyscyplinarnie z powodu niestawiania się w pracy i gdy tylko ktoś zadzwoni potwierdzić jej kompetencje powiem, że do niczego się nie nadaje.
Powiem tak: mam złamane serce, mój mąż był dla mnie wszystkim, nie umiem się z tym pogodzić, ale zniszczę ich oboje, tak jak oni zniszczyli mnie i moją godność.
Moi rodzice się denerwują, że tyle czasu spędzam przed komputerem.
Studiuję informatykę.
Podczas 2wś wiadomo było bardzo dużo łapanek, publicznych egzekucji dokonywanych przez Niemców. Jednak nie każdy jak wiadomo był złym człowiekiem, niektórzy mieli odrobinę współczucia dla innych. Na takiego Niemca wpadł mój dziadek. Kiedy wracał ze szkoły, na peronie w miejscu, w którym wysiadało się z pociągu stała niemiecka ciężarówka i zgarniała każdego kto wysiadł z pociągu prosto do ciężarówek.
Wtedy pewien żołnierz złapał mojego dziadka. Zaczęli jedną grupę wsadzać do ciężarówek a innych rozstrzeliwać na miejscu. Jeden z Niemców musiał zobaczył jego przestraszoną twarz, w pewnym momencie puścił go i powiedział, że jest jeszcze za młody i żeby wracał do domu. Dziadek niewiele myśląc uciekł z peronu. Co ciekawe żaden inny oficer ani żołnierz nie zareagował. I takim oto cudem dziadek przeżył wojnę i ma się dobrze ;)
Mam 18 lat, rodzina upierała się, abym zrobił prawo jazdy, więc zaraz po urodzinach poszedłem do ośrodka szkolenia. Jakieś trzy miesiące później po zdaniu egzaminów państwowych czekałem na odbiór prawka, zalogowałem się w necie na stronie i sprawdziłem, czy dokument jest gotowy do odbioru.
Po około dwóch tygodniach prawko było gotowe, więc jadę z mamą do urzędu i mówi ona do mnie "wiesz, że jak już odbierzesz prawo jazdy, to ty wracasz autem do domu?". Myślę sobie spoko, bo jeździć umiem.
Gdy wyszedłem z prawkiem w ręce z urzędu jako świeżo upieczony kierowca, wsiadłem do auta z mamą i jedziemy. Zaraz po wyjechaniu z parkingu na ruchliwą ulicę wyprzedza nas czarna KIA (tajniacy) i machają lizakiem, że mam zjechać. Na poboczu czekam grzecznie w aucie wiedząc, że nic nie zrobiłem, bo jechałem zgodnie z przepisami i właśnie w tym momencie przypomniał mi się pewien kawał, a że nie miałem nic na sumieniu, postanowiłem go wykorzystać.
Do auta podchodzi policjant, uchylam szybę i mówię:
- Chodzi o to, że auto jest kradzione?
Mama na siedzeniu pasażera wytrzeszczyła oczy, podobnie jak policjant, więc szybko się zaśmiałem i powiedziałem, że zawsze gadam głupoty po alkoholu.
Policjant mocno zaskoczony nie wiedział co ma powiedzieć, więc kazał mi przygotować wszystkie dokumenty i wysiąść z auta, a następnie pójść z nim do nieoznakowanego radiowozu. Podczas mojego tłumaczenia że to żart sprawdzili moją trzeźwość i dowód rejestracyjny auta, wszystko było w porządku, a jak usłyszeli, że chciałem sprawdzić ich czujność i to w taki sposób oraz że właśnie odebrałem prawko pośmiali się, życzyli powodzenia na drodze i puścili.
Tak więc w policji też pracują ludzie, których pozdrawiam :D
Wybrałem się z dziadkiem na miasto. Przechodziliśmy obok Sebka, który uczepił się mizernego, wystraszonego chłopaczyny.
- Pe*ał jesteś czy kurwa co?!
Słysząc to mój dziadek przystanął i rzucił w stronę byczka:
- Chcesz się upewnić, czy wasza randka jest aktualna?
Ani ja, ani dziadek nigdy tak szybko nie biegliśmy.
Parę lat temu, kiedy miałam ledwo 22 lata, spotkałam pewnego chłopaka. Był młodszy ode mnie, miał wtedy szesnaście lat. Dorabiałam sobie jako kasjerka na stacji benzynowej. Przyszedł ze starszymi kolegami zapłacić za paliwo. Mimo że młodszy, był wyższy ode mnie. Miał czarne włosy i bardzo przyjemną aparycję. Zaintrygowały mnie jednak jego oczy koloru wyjątkowo jasnego brązu, tak że wydawały się miodowe lub nawet złote. Nigdy wcześniej takich nie widziałam, spoglądałam więc zza lady na niego z zaciekawieniem. Obsłużyła ich koleżanka z kasy obok. Chłopak musiał poczuć mój wzrok na sobie, bo odwrócił się i nasze spojrzenia się spotkały. Na krótką chwilę, jednak zrobiło mi się nieswojo i szybko odwróciłam wzrok. Czułam się głupio, wpatrując się w jakiegoś dzieciaka. Było mi wstyd przyznać też przed samą sobą, że mnie zaintrygował.
Grupa po zapłaceniu zawinęła się i odjechała, a ja jeszcze długo o nim myślałam. Szkoda mi było, że za moich czasów szkolnych nie miałam takich kolegów, z taką naturalną nonszalancką urodą, rozwichrzonym ciemnym włosiem, twarzą jak z magazynu i niezwykłymi oczami. No cóż, byłam już za stara na szkolne romanse.
Dni mijały. Pewnego razu byłam na nocnej zmianie. Było to małe miasto na Podkarpaciu. Niewiele się działo, nie zamykaliśmy drzwi. Podjazdowy mył myjnię lub raczej chował się za nią i drzemał, a ja byłam sama i układałam towar. W pewnym momencie ktoś za mną stanął. To przyszedł on, sam. Chociaż miał kaptur na głowie, od razu poznałam te oczy. Na początku się wystraszyłam, ale on poprosił tylko o paczkę fajek. Święta nie byłam, sama paliłam w jego wieku, więc po prostu poszłam za kasę i podałam mu te, które chciał. Zapłacił i bez słowa wyszedł.
Od tamtego momentu pojawiał się prawie codziennie. A ja, chociaż czułam się jak zidiociała stara krowa, byłam nim coraz bardziej zafascynowana. Brałam prawie same nocki. Mieliśmy stolik i dwa krzesła na sklepie, gdy przychodził, to często siadaliśmy i rozmawialiśmy chwilę, o pierdołach, niczym szczególnym. Jednak nawet przy takich bzdurach rozmowa się kleiła, a ja mogłabym słuchać jego głosu przez całą noc.
Pewnego razu poszłam podpisać listę w toalecie dla klientów. Nie wiem sama jak do tego doszło. On wszedł za mną i zamknął za sobą drzwi. Złapał mnie i zaczął całować. Zrobiliśmy to. Nie wiem co wtedy we mnie widział, ale powtarzało się to wielokrotnie, przez kilka następnych miesięcy. Zawsze w ten sam sposób, szybko i z duszą na ramieniu. Ze strachem, że ktoś zaraz przyjdzie.
Aż pewnego dnia przestał przychodzić. Ja zmieniłam pracę, skończyłam studia i więcej go nie spotkałam. Rozpłynął się jak duch, nie ma go na mediach, nikt go nie kojarzy. A ja nie potrafię wyrzucić z pamięci. Ciągle żyję tamtymi miesiącami. Tęsknię za tym. Za nim. I za oczami koloru miodu.
Mam 21 lat, studiuję w dużym mieście, oddalonym godzinę drogi od mojego rodzinnego... zadupia.
Zawsze byłam ciekawa, jak to jest z inną kobietą, ale to była raczej fantazja niż coś, co planowałam wdrożyć w życie. Jednak po rozstaniu i wyleczeniu serduszka nadarzyła się ku temu okazja. Uznałam, że w sumie czemu nie... Skoro jestem młoda i wolna, to jeśli nie teraz, to kiedy?
A "okazja" nadarzyła się w taki sposób, że poznałam na imprezie pewną dziewczynę, pod wpływem procentów zaczęły się smyranki-macanki - suma summarum zwinęłyśmy się z imprezy do mnie na stancję, żeby "pogadać". Skończyło się upojną nocą.
W sobotę rano nowa koleżanka wróciła do siebie i więcej nie rozmawiałyśmy.
Na następny weekend wróciłam do rodzinnego domu. Pomogłam gotować mamie obiad, gdy skończyłyśmy zaczęłyśmy nakładać dla wszystkich. Mama zawołała brata. Wyszedł z pokoju ze swoją nową dziewczyną.
Tak, to ta z imprezy...
Ciekawe, które z nas zaliczyło ją jako pierwsze...
Niby zabawna historia, ale minęło już kilka tygodni, a ja nie wiem, czy powinnam i jak bratu o tym powiedzieć.
Mój tata pojechał z kolegami autem do sąsiedniego miasta. Tata siedział z tyłu. Niestety mieli wypadek z winy kierowcy. Mój ojciec był nieprzytomny. Żeby bronić kolegi, który prowadził, reszta pasażerów przesadziła mojego tatę na fotel kierowcy i zwaliła winę na niego. Nawet nie miał szans się bronić, po miesiącu zmarł. "Koledzy" wiedzieli, że mój tata nie umiał nawet odpalić samochodu...
Cześć, to znów ja, pracownik domu dziecka.
Całkiem niedawno pisałam o wychowance z zespołem Downa. Pisałam też, że ludzie myślą, że dzieciaczki z zespołem Downa to słodkie, niewinne Muminki, parafrazując Kaję Godek.
Pisałam też, że owa wychowanka wykręciła mi rękę i takie tam. No to Moi drodzy, to był pikuś.
Pisząc to wyznanie leżę w łóżku, z wieloma obrażeniami, siniaki przestałam liczyć, żebra mam pogruchotane.
A dlaczego?
Otóż Moi drodzy, przenieśmy się myślami do niedzieli. Mój niewinny Muminek, uroczy aniołek, który kocha mocniej i bardziej, miał w zwyczaju słuchać Cypisa, Kubika i takich tam. Wielokrotnie nasz Muminek był proszony o skasowanie utworów ze swojego tableta, niestety Muminek wtedy robił się złośliwy i smutny. Aż pewnego dnia, ciocia się wkurzyła, i sama usunęła piosenki z tableta. Muminek w tym momencie posmutniał, poszedł do swojego pokoju rozpaczać w samotności.
Dodajmy tylko, że Muminek jest większy ode mnie, i waży 20 kg więcej niż ja.
No więc dalej. Muminek już tego wieczoru zaczął mnie zaczepiać. Niby przychodził się przytulić, a niby ścisnąć mnie z całej siły. Niby przychodził podać mi rękę na przeprosiny, a jednak miażdżył mi palce. Ten biedny, niewinny Muminek zrzucił też mój telefon ze stołu, bardzo z siebie zadowolony.
Gdy wychodziłam z pracy, nasze biedne jagniątko, które ma inną buzię, powiedziało "ciesz się, że nic więcej ci nie zrobiłam" oraz "chcę żebyś umarła, zdechła". Wróciłam sobie do domu, trochę bolała mnie ręka, bo znów została mi wykręcona, ale przecież to tylko Down, czego ja oczekuje?
W poniedziałek przyszłam do pracy na noc, a nasz skrzywdzony przez los i ludzi Muminek już na mnie czekał. Mój Muminuś zaczął planować co zrobi, o czym chętnie opowiadał dzieciom. Mój Muminek mówił, że skasuje ciocię, a w nocy udusi poduszką. Zaczęło się niewinnie. Ściskanie rąk, ciągnięcie za włosy, kopanie. Wszystko oczywiście okupione "nie życzę sobie, odejdź ode mnie, wyjdź stąd". Niegroźne. W końcu to Muminek. Potem doszło do rękoczynów. Oczywiście jedyne co mogę zrobić, to się bronić, ale niezbyt aktywnie, żeby przypadkiem Muminka nie uszkodzić! Zostałam oblana domestosem, opluta, skopana, byłam podduszana, zrzucona ze schodów.
Po około godzinie takiej niewinnej zabawy, telefonach do dyrekcji, polecone mi zostało wezwać karetkę, żeby mojego biednego Muminka uspokoić.
Jak mój słodki Muminek zobaczył, że dzwonię na 112, wpadł w szał. Zaczął toczyć pianę z ust, oraz wziął do ręki nożyczki. Takie duże, metalowe, krawieckie. Trzymając je w swojej niewinnej rączce, mój aniołek z wielkim uśmiechem na twarzy zaczął iść z nimi w moja stronę. Wpadłam w panikę. Zaczęłam krzyczeć. A mój Muminek kroczek za kroczkiem, zbliżał się do mnie. I nie zbliżał się, aby mnie poturbować. Zbliżał się w konkretnym celu. Zabójstwa.
Dodaj anonimowe wyznanie