Jestem raczej łatwo przejmującą się osobą, czasami wręcz przesadzającą z reakcją na durne sprawy, no ale przechodząc do rzeczy...
Kilka miesięcy temu zmarł mi dziadek, z którym miałam dość dobre relacje. Myślicie, że rozpłakałam się dowiadując się tego przez telefon od zasmarkanej mamy? Otóż nie - wróciłam do domu z uśmiechem na ustach wręcz powstrzymując się od śmiechu, czując się raźno jak nigdy.
Rodzina jak mnie zobaczyła najpierw się zszokowała, a potem orzekła, iż mam ataraksję. Pewnie niewielu ogarnia temat więc napiszę, że ataraksja to reakcja organizmu na sytuacje kryzysowe - najprościej mówiąc znajdujesz się wtedy na adrenalinowym haju. Świat zwalnia, ty reagujesz szybciej do tego masz świetny humor i w zasadzie czujesz się jak młody bóg. Szkopuł w tym, że w momencie kiedy ataraksja się kończy i adrenalina schodzi stajesz się wrakiem człowieka - bóle głowy, mięśni, no i wyrzuty sumienia wcześniejszą znieczulicą.
No i o ile rzeczywiście czułam się świetnie, i chyba byłam jedyną osobą, która nie płakała na pogrzebie o tyle późniejszego emocjonalnego kaca nie doświadczyłam do tej pory.
Tak, jestem osobą, która jest w stanie zadręczać się przez całą noc z powodu 8 nieodebranych połączeń z głupiej wakacyjnej pracy, a nie jestem w stanie przejąć się śmiercią dziadka...
Niedawno jechałam busem. I taki mniej więcej miałam dialog z kierowcą:
Ja: Poproszę bilet ulgowy.
Kierowca: Nie ma biletów ulgowych.
Ja: Ale przecież są takie po dwa złote.
Kierowca: To się mówi szkolny!
Ja: Ale przecież są wakacje...
Mając 23 lata staraliśmy się z mężem zajść w ciążę. Okazało się jednak, że będzie z tym problem. Pierwsze 2-3 lata leczenia i starań były raczej dla nas bez większej stresówki, później zależało mi na tym dziecku coraz bardziej, a że żadnych efektów nie było, zaczęła mi padać psychika. Pamiętam te wszystkie nieprzespane i zapłakane noce. Przestałam jeść, byłam strzępkiem nerwów. Chciałam mieć to dziecko, kochałam je, chociaż go nie było, miałam wybrane imiona dla dziewczynki i dla chłopca. I tak bardzo się bałam, że nie dam mężowi dziecka, nie stworzymy prawdziwej rodziny, że w końcu mnie zostawi z tego wszystkiego. Ale zawsze był przy mnie. Tulił i pocieszał, nie pozwolił płakać, tylko rozśmieszał. Zawsze był bardzo delikatny i czuły, mówił, że zawsze będziemy razem.
13 lat później.
Dwie kreski na teście. Tego dnia zrobiłam ich 7! Nigdy nie zapomnę, jak płakałam wtedy ze szczęścia. Telefon do męża do pracy, pół godziny później jest w domu. Płakaliśmy razem, nosił mnie na rękach, skakaliśmy ze szczęścia. Lekarz ciążę potwierdził, wszystko jest dobrze, a ja zaczęłam wybierać dziecku już studia... Ciąża rozwijała się prawidłowo, synek miał się urodzić 18 września. Z mężem załatwiamy papiery dzięki znajomym do pracy, że ciąża niby zagrożona, przez co mogłam już w trzecim miesiącu przestać do niej chodzić, a my byliśmy jeszcze bardziej spokoji o nasze dziecko.
1 czerwca
Jakie to wspaniałe, jak czujesz, jak twoje dzieciątko się w tobie porusza. I ten spokój, to uczucie spełnienia, że po tylu latach wylanych łez i starań będziesz mamą.
Tego dnia szłam do lekarza, niedaleko, 20 minut na piechotę od naszego mieszkania. Przejście dla pieszych, zielone światło, przechodzę i... budzę się w szpitalu. Mąż siedzi przy mnie, niby nie płacze, ale oczy ma zaszklone, w tych oczach widziałam odpowiedź na pytanie, którego nie zdążyłam jeszcze zadać. Dziecko nie żyje... Tyle lat... tyle czekania, płaczu, nerwów i pieniędzy, i ta radość, gdy na teście pojawiły się te dwie kreski... To szczęście spier****ł mi jakiś gówniarz, który przejechał przez przejście dla pieszych, jakby był na autostradzie. 3 lata w zawiasach, tyle to kosztuje... Moje dziecko... Dziś by miało 6 lat.
Kocham Cię, Filipku, dziękuję, że choć przez chwilę mogłam poczuć jak jest nosić Cię pod sercem.
Historia o fatalnym błędzie, którego nie popełnię nigdy więcej.
Historia miała miejsce jakiś czas temu i już nigdy nie umówię się z trochę "większą" dziewczyną.
Mam 20 lat i mieszkam w dużym mieście.
Może i nie grzeszę urodą, ale też nie jestem w tym temacie też jakiś najgorszy.
Ostatnio spotkała mnie taka sytuacja, że poznałem pewną dziewczynę na jednym z portali randkowych, szczerze mówiąc niewiele mogłem stwierdzić po samych zdjęciach, ale ja już tak mam, że na pierwszy rzut oka dziewczyna musi mi się podobać, bo inaczej niechętnie podchodzę do tematu.
No więc zaczęliśmy pisać, pomyślałem, że może zdjęcia nie odzwierciedlają jej uroku, bo fajnie mi się z nią pisze, no i ogólnie jest całkiem miło...
I w tym miejscu rozpoczyna się mój dramat.
Cały uradowany idę w miejsce spotkania, bardzo zadowolony i pewny siebie, jeszcze przed spotkaniem postanowiłem sobie, że wygląd będę oceniał na ostatnim miejscu.
Ale to co zobaczyłem...
Na zdjęciach dziewczyna nie wyglądała źle, szczerze mówiąc wyglądała na przeciętną, mówiła, że ma delikatną nadwagę.
Moim oczom ukazała się nie osoba z delikatną nadwagą, ale osoba, która na oko była na granicy otyłości klinicznej 2-3 stopnia.
No ale przypominam sobie to, że fajnie mi się z nią rozmawiało i że podobał mi się jej styl, czy to charakteru, czy to wypowiedzi.
I podchodzę do niej, witamy się.
Pierwsze pytanie:
- Idziemy do Maka czy do KFC ?..
Ja już w tym momencie całkowicie speszony odpowiedziałem, że myślałem raczej o spacerze.
A ona w tym momencie zagięła mnie i chyba każdego przechodnia dookoła:
- Myślałam, że taki spaślak jak ty będzie chciał tylko żreć, hi, hi, hi.
Fakt, mam lekką nadwagę, ale przy niej wyglądałem jak patyk.
Moja odpowiedź rozśmieszyła wszystkich ludzi wokół, a ona została po prostu zgaszona. Odpowiedziałem: "Chyba nie mamy po co iść ani do Maka, ani do KFC, bo chyba nie będą mieli takiego asortymentu, żeby zaspokoić twoje cztery żołądki".
Najkrótsza i najgorsza randka w życiu.
Sytuacja sprzed roku. Nie ukrywam, jestem dość pulchną dziewczyną. Jakieś dzieciaki z osiedla bawiły się w zbieranie cukierków na Halloween. Chodziły od drzwi do drzwi, aż w końcu zapukały do mojego mieszkania.
Otworzyłam i już miałam powiedzieć, że nie obchodzę Halloween i nic im nie dam, ale w tej chwili jedna z dziewczynek (tak na oko 7 lat) powiedziała: "A pani to chyba nam nie da żadnych cukierków. Zjadła je wszystkie sama".
Nigdy nie przepadałam za tym "świętem", a od tego roku nie lubię go jeszcze bardziej.
To było parę lat temu.
Pierwsze dni października, pogoda taka, że powinno się raczej powiedzieć "piździernik". Idę na przystanek, smutna, niewyspana, zmarznięta i gdyby nie wstyd, to bym sobie chętnie popłakała. W bramie jakiejś posesji zobaczyłam psa, mały, pokraczny kundel, równie smutny jak ja, wsadził mordkę między szczebelki i tak stał, patrząc w dal. Pogłaskałam go, pocieszyłam, że jutro będzie lepiej, on pomerdał niemrawo ogonem, polizał mnie po ręce i rozstaliśmy się. Ja poczłapałam na przystanek, a kundelek nadal smętnie kontemplował przestrzeń. Dotarłam na przystanek, do autobusu jeszcze parę minut, więc zajęłam się rozmyślaniem o beznadziei mojego życia. Nagle ktoś mnie złapał za rękę, patrzę, a koło mnie stoi zadyszany, ale uśmiechnięty dziadziuś i mówi do mnie: "Bo pani mojego pieska głaskała, ja widziałem z ogrodu! I tak lecę za panią, żeby powiedzieć, że musi być pani dobrym człowiekiem, bo on się wszystkich obcych boi i ucieka, a panią wyczuł i dał się nawet pogłaskać!". Uśmiechnął się i poszurał z powrotem w stronę swojego domu.
Wiecie, że mi się weselej zrobiło? Bo jestem dobrym człowiekiem, bo ten pokraczny kundel to wie, bo temu szurającemu dziadkowi chciało się mnie gonić, żeby mi to powiedzieć. Słońce co prawda nie zaświeciło, kierowca autobusu nie klaskał, ale mi i tak lepiej się zrobiło.
Bądźmy częściej mili ;)
Jestem niezdarną osobą i mojego byłego chłopaka poznałam, uderzając w znak drogowy. On pomógł mi wstać, zawiózł do szpitala, a potem zaprosił na kawę.
Gdy ze mną zerwał i przyznał, że już mnie nie kocha, wracałam cała w łzach przez miasto.
I wiecie co?
Znowu przywaliłam w ten znak!
Ja pier*ole, nie wiem co bardziej boli - złamane serce czy guz na moim czole.
Około roku temu w samym centrum jednego z największych miast w Polsce napadł mnie facet każąc się rozbierać, co sam także zaczął czynić. Nie wiem jak to możliwe, że nagle o 19, w centrum miasta nie było żywej duszy. Niewiele myśląc odwróciłam się i zaczęłam biec ile sił w nogach, a szanowny pan zaczął mnie gonić. Dzięki Bogu mój chłopak mieszkał niedaleko, co uratowało mi skórę. Przez dobre kilka minut nie byłam mu w stanie wytłumaczyć co się stało, tylko ryczałam jak bóbr. Sprawa zgłoszona na policji - o dziwo złapali go.
A teraz wracamy do teraźniejszości: wracam wczoraj z pracy i podchodzi do mnie ot zwykły pan lekko wstawiony prosząc "o 2 zł". Zazwyczaj machnięcie ręką i powiedzenie "nie" skutkuje. Nie w tym wypadku. Pan zaczyna za mną iść. Więc - nauczona doświadczeniem - wyciągam telefon i wysyłam wiadomość alarmową do mojego mężczyzny. Byłam bardzo blisko domu, więc przyspieszyłam kroku, a potem zaczęłam biec. Odwracam się i okazuje się, że owego nieprzyjaciela chyba zgubiłam. I tu nagle patrzę, a z ciemności, w lejącym się deszczu leci mój mężczyzna w samych klapkach i koszulce z Minonkami! Nie wiem kto był bardziej przerażony, ale tak jak byłam zmarznięta i wystraszona, tak w jednej chwili wrócił mi spokój i ciepło :)
Z racji z tego, że z partnerem mieliśmy bardzo pracowite i męczące pół roku, a z powodów rodzinnych dłuższy wyjazd nie wchodził w grę, to postanowiliśmy zaszaleć i pojechaliśmy na weekend do ekskluzywnego, dość drogiego hotelu ze spa. Hotel posiadał basen zewnętrzny, a że była pogoda, to spędzaliśmy nad nim pół dnia. No i powiem Wam, że to był chyba ostatni raz, jak pojechaliśmy do takiego miejsca, bo albo my jesteśmy dziwaki, albo ludzie głupieją.
1. Rodzinka 2+2. Na pierwszy rzut oka fajni ludzi, ale przy bliższej obserwacji... Pani co chwilę warcząca na pana. Że za gorąco, że woda za zimna, że jerzyki latają nad wodą, a jakby chciała zobaczyć zwierzęta, to pojechałaby do zoo (!). Koło leżaków były małe stoliczki, jeden z chłopców, około 10-letni, wylał sok i zapytał mamy, czy ma jakieś chusteczki, to wytrze, a ta popatrzyła na niego jak na kosmitę i powiedziała, że nie po to płaci, żeby teraz ręce sobie brudzić, po czym zaczęła pstrykać na panią, która robiła drinki i zawołała "Ty, dziewczyno, posprzątaj to" i wskazała rozlany sok palcem.
2. Dwie panie w przedziale wiekowym 45-50. Mimo że było gorąco, to obie miały pełny makijaż i były obwieszone biżuterią. Jedna z nich miała bardzo ładną figurę. Serio, niejedna 20-latka o takiej marzy. I pani była tego świadoma. Jak szła, to praktycznie przed każdym opalającym się facetem jej coś upadało. A jak podnosiła, to tak żeby facet miał idealny widok na jej tyłek. Do każdego mężczyzny się uśmiechała, kokietowała wzrokiem. Panie leżały koło baru i za każdym razem jak jakiś mężczyzna szedł, to ona od razu zagadywała i flirtowała. Jak upadły jej okulary przed moim partnerem i się wypięła, to on głośno zapytał, czy może podnosić szybciej te okulary, bo zasłania mu ładne widoki. Większość osób zaczęło się śmiać i panie się szybko ewakuowały.
3. Dość młoda para. Ona - typowa dziołcha z Instagrama, usta napompowane jak u sióstr Godlewskich, cały czas poprawiała włosy, żeby dobrze wyglądać, a z telefonem szła nawet popływać. On - przeciętniak, niższy od niej, z brzuszkiem, no przystojny to on nie był. Ale jak tak go posłuchałam, to wydawał się całkiem mądry. Jakiś biznes ma związany z reklamą w sieci. I w sumie tylko on mówił, ona nie rozumiała kompletnie o czym on mówi. Odzywała się tylko w momentach, kiedy kazała mu iść po drinka, albo porobić jej zdjęcia, bo wygląda obłędnie. I tylko do tych zdjęć się uśmiechała. Tak wygląda teraz miłość?
Przez cały weekend było wiele takich sytuacji, że ludzi byli po prostu niemili dla siebie i dla obsługi. Ale mieli drogie ciuchy, modne fryzury, więc chyba czuli się lepsi od innych.
My z lubym z przyjemnością wróciliśmy do naszego małego mieszkanka w bloku i obiecaliśmy sobie, że następnym razem pojedziemy do jakiejś głuszy pod namiot.
Chciałabym wierzyć, że obecna służba zdrowia jest w stanie pomóc ludziom. Niedawno miałam "przyjemność" przebywać na SORze. Mianowicie spędziłam tam 20 godzin zanim lekarz, raczył przyjąć mnie (pacjentkę z krwotokiem wewnętrznym). Najgorsze w tym wszystkim jest to, że nawet jak krzyczałam z bólu (póki jeszcze miałam siłę) to upominano mnie, że mam się zachowywać, bo mi nic nie jest. A jak się nie zamknę to na psychiatrię pojadę. Nawet nie będę opisywać wszystkich wyzwisk jaki padły pod moim adresem.
Człowiek umiera w szpitalu w kolejce, kiedy przed tobą pacjenci mają zdejmowane szwy, lub zakładane cewniki, a młoda dziewczyna umiera na korytarzu.
Jak już mnie lekarz zbadał i odkrył, że za chwilę umrę to sfałszował kartę wypisu i wypisał mnie do innego szpitala na ginekologię (miałam pękniętą śledzionę - wiadomo bardzo podobne narządy).
Na szczęście przeżyłam, ale miałam tą "przyjemność", że wzywano do mnie księdza, bo mogłam nie dożyć operacji.
Naprawdę nie polecam chorować teraz w kraju, bo prędzej człowieka do grobu wpędzą niż pomogą. Począwszy od braku kultury, pomocy, po podanie błędnych leków i temu, że od informacji, że mam krwotok wewnętrzny czekałam 10 godzin na wizytę chirurga, który i tak wysłał mnie do innego szpitala.
Dodaj anonimowe wyznanie