Mój tata pojechał z kolegami autem do sąsiedniego miasta. Tata siedział z tyłu. Niestety mieli wypadek z winy kierowcy. Mój ojciec był nieprzytomny. Żeby bronić kolegi, który prowadził, reszta pasażerów przesadziła mojego tatę na fotel kierowcy i zwaliła winę na niego. Nawet nie miał szans się bronić, po miesiącu zmarł. "Koledzy" wiedzieli, że mój tata nie umiał nawet odpalić samochodu...
Dodaj anonimowe wyznanie
Obrażenia kierowcy zawsze są inne niż pasażerów, myślę że jeśli tak się stało to lekarz robiący obdukcję zawalił :( no i osoba prowadząca sprawę też się nie popisała. Mówiliście policji o umiejętnościach "samochodowych" ojca?
Sąsiedzi podobnie zwalili winę na mojego kolegę. Mogli to zrobić bo kolega warzywko nie jest w stanie totalnie się bronić.. Ale jednak długa sprawa wykazała jaka jest prawda..
Sprawy "wypadkowe" wydłużają ekspertyzy, tak z zakresu techniki ruchu drogowego, jak i z medycyny sądowej oraz mechaniki pojazdowej. Tylko w amerykańskich filmach są one po kilku godzinach. W Polsce czeka się na nie czasami do miesiąca (jak coś się nie zgadza to są one powtarzane).
Latami :(
Co?? przecież obrażenia są inne.
Poza tym wyjęcie i przeniesienie nieprzytomniego człowieka nie jest takie proste o ile w ogóle jest możliwe.
Przeniesienie osoby po wypadku może spowodować jeszcze większe obrażenia.
Grubymi nićmi to szyte.
Dodajmy, że skoro kolegom nic poważnego nie było, a jedynie ojciec tego nie przeżył, to musiał siedzieć w miejscu najbardziej narażonym na obrażenia. Poza tym wypadkami nie zajmują się Kulsony z Prewencji a ludziki z Sekcji Wypadkowej WRD a oni mają wprawę. Czasami taki po latach na pierwszy rzut oka jest w stanie powiedzieć jaki był przebieg zdarzenia.
Fajni ci koledzy, tacy fałszywi i bez unita honoru
krzty
Jak byłam dzieckiem, w moich okolicach była podobna sytuacja. Kilkoro kolegów wracało z imprezy, jeden z nich był trzeźwy, bo miał być kierowcą. Niestety ale właściciel auta zmienił zdanie i uznał, że daleko nie jest i sam prowadzi, więc albo jadą albo zostawia ich pod klubem. Niestety kierowca spowodował wypadek, ten jeden trzeźwy nie przeżył uderzenia z drzewem, pasażer za nim nieprzytomny, z resztą lekko podrapanych kolegów wpadli na pomysł żeby na miejsce kierowcy posadzić tego co zmarł, ich zdaniem "jako jedyny był trzeźwy i w sumie już zginął, więc nie ma to dla niego różnicy "
Sprawa była głośna, do prawdy policja doszła dopiero jak drugi poszkodowany obudził się w szpitalu i podczas zeznań powiedział, kto kierował.