#Yn05g

Wstydzę się jednego mojego „osiągnięcia” z czasów studenckich. Nikomu o tym nie mówiłam, ale myślę, że spadnie mi kamień z serca, gdy opowiem wam o tym anonimowo.

Będąc studentką, wiodłam dość imprezowe życie. Było w nim dużo alkoholu, innych używek w sumie też, no i niemało seksu. Cóż, w tamtym okresie uważałam, że nie byłam gotowa na poważny związek, więc spotykałam się z różnymi facetami, zachowując przy tym rozsądek, czyli dbając o zabezpieczenie i takie tam…
Tego wieczora nieco już pijana wyszłam przed klub, w którym balowałam z koleżankami. Nie miałam zapalniczki, ale nieoczekiwanie, jakby spod ziemi wyrósł mój wybawca – przystojny, szarmancki brunet o czarującym uśmiechu. Godzinę później wylądował w mojej sypialni. No, tak wyszło – cóż począć? Było wspaniale. Rano, kiedy obudziłam się faceta w moim mieszkaniu już nie było. Pierwsza myśl – „Cholera! Ty głupia krowo! Gość na pewno cię okradł, zabrał telewizor, twoje oszczędności oraz resztki godności, które jeszcze wczoraj miałaś!”.
Ale nie! Nic nie zginęło. Gorzej! Na stoliku koło drzwi wejściowych leżało sto złotych, których wcześniej tam nie było. Tak, facet zapłacił mi za seks. Naprawdę, przysięgam wam – wolałabym, aby ukradł mi moje najcenniejsze skarby, zjadł karmę mojego kota i podpalił mieszkanie, niż zostawił mnie ze świadomością, że jestem dz#iwką. I to tanią, bo wycenioną na 100 złotych.

#ZmGR5

W moim bloku mieszkają raczej ludzie spokojni... No właśnie raczej, bo zdarzają się takie króliczki, które lubią sobie poeksperymentować np. o 3:40 i budzą sąsiadów okrzykami radości z osiągniętego celu. No, ale przechodząc już do sedna.

Właśnie wyprowadzałam się z mieszkania studenckiego na wakacje do domu rodzinnego, więc musiałam opróżnić lodówkę. Zostały mi dwie wytłaczanki jajek... i co tu z nimi zrobić, więc stwierdziłam, że oddam je sąsiadom za pomoc w naprawie pralki. Niestety wzięli tylko jedną, więc została mi jeszcze jedna nieszczęsna wytłaczanka. Stwierdziłam, że wyrzucę ją, bo bez sensu targać jajka 300 km w walizce i przywieźć jajecznicę.

Nadeszła noc, ja wykończona całym dniem, kładę się do łóżka i już przysypiam, gdy nagle słyszę moich ukochanych sąsiadów. No nic, cały rok przeżyłam, to i ostatnią noc też przeżyję. Ale mija jedna godzina, druga, trzecia, a co ja przysypiam, to oni na nowo obdarzają blok falą radości. Wkurzona myślę co by tu zrobić... i mam! Przecież są jeszcze jajka w domu. Więc ubieram się w dres, kaptur na głowę, biorę wytłaczankę, lecę piętro wyżej i dzwonię do drzwi. Stoję, czekam, słyszę, że ktoś podąża w stronę drzwi, przekręca się klucz i wyłania się on, półnagi facet, z lekka przerażony. Ja wściekła jak dzik z grobową miną pytam:
- Masz jaja?
Facet lekko zmieszany, wlepił we mnie gały, ogarnia o co mi chodzi... i w tym momencie wyłaniają się zza jego pleców dwie kobiety. Myślę sobie, że już mój cały misterny plan poszedł się czochrać. Ale widzę, że koleś wreszcie zdecydował się odpowiedzieć na moje pytanie:
- Tak, mam.
Jako że byłam wściekła i była 2:56, więc mój móżdżek już spał, a ja wypaliłam:
- Myślę, że nie zaspokoisz swoimi jajkami dwóch kobiet, więc przyniosłam całą wytłaczankę.
Chyba jeszcze nigdy nie widziałam osoby, która tak szybko zabiera z rąk wytłaczankę i zamyka drzwi.
Plusy:
1. Reszta nocy spokojna.
2. Z rana w skrzynce znalazłam kartkę od owego sąsiada z 20 zł.
3. Pozbyłam się jajek.
4. Mina całej trójki bezcenna.

#in2cN

Przygotowuję się do otwarcia firmy. Jest dużo pracy: gładzie, malowanie, elektryka. Co mogę, robię sam. Po kilkunastu dniach nadszedł ten moment, że COŚ musiało pójść nie tak – a tym CZYMŚ był montaż kabla do internetu. Tego, jak się okazało, sam nie zrobię. Udało się szybko załatwić wizytę fachowca.

Facet robi swoje, ja pracuję w ubraniach roboczych (ogrodniczki uwalone farbą, tynkiem, smarem itd.). W pewnym momencie patrzę, a gość wpycha przewód w niedawno zamontowaną listwę przypodłogową. Robi to na siłę, mimo tego, że listwa jest zamontowana na kołki. Męczy się, wciska, aż listwa pękła. I poprawia, układa resztki tej listwy i próbuje zakryć jeszcze nie dociętą wykładziną:
- Ej, co pan wyprawia? Przecież to jest fuszerka!!! – gromię, widząc to.
- Co się pan przejmuje?! Niech się właściciel martwi!
- Ale to ja jestem właścicielem...
- ...
Pojechał do OBI i wrócił z kołkami, nowymi listwami i je zamontował. Nie odezwał się już do rozliczenia.

#wyfbp

Tydzień temu pokłóciłem się z moją żoną. Nie odzywaliśmy się do siebie przez 3 dni. Jedynie leciały tylko krótkie zwroty typu: "wynieś śmieci'' lub "wychodzę''.

Pewnego dnia grałem sobie na konsoli, gdy podeszła do mnie moja luba, mówiąc:
- Mógłbyś coś dla mnie zrobić, jak skończysz grać?
Rzuciłem tylko krótkie oschłe "dobra'' i znowu zająłem się grą.

Kiedy skończyłem, krokiem jak na ścięcie i od niechcenia podszedłem do drzwi sypialni. Ale to, co zobaczyłem... Moja żona leżała pod kołdrą w grubym swetrze, cała blada, wymęczona i trzęsąca się z zimna. Obok leżał termometr i już zimna herbata.
Tak coś mną wstrząsnęło, że przeszedł mi cały żal do niej. Wyglądała tak biednie.
Już myślałem, że powie coś w stylu: "Weź się na coś przydaj i zrób mi herbatę''. Ale nie. Ona ledwo wydusiła z siebie: "Mógłbyś mnie przytulić i poczekać aż zasnę? Zaraz potem nie będę ci już przeszkadzała''.

No i w tej chwili poczułem się jak totalny debil. Nie wiem dlaczego nie zauważyłem, że jest chora na początku. Jakbym dostał kopa w dupę od samego Amora.
Potem tak leżąc przy niej, przypomniałem sobie nasz ślub. Jak obiecywałem jej miłość, wierność i że nie opuszczę jej aż do śmierci. I zastanawiałem się, co by się stało, gdyby mi jej zabrakło.

Drogie panie... Tak oto ja, przez wszystkie dni, kiedy była chora, robiłem wszystko to, co moja kochana Ania miała w zwyczaju robić codziennie. Posprzątałem dom, zrobiłem jej obiad (smakował okropnie, więc zamówiłem jedzenie), zrobiłem pranie (ja wam współczuję, że musicie to robić) i WYPRASOWAŁEM. Przy okazji ucierpiało na tym kilka bluzek i spodnie.

Piszę to, leżąc przy Ance i czekając aż uśnie. Postanowiłem jej pomagać przy wszystkim. Nigdy nie byłem aż tak zmęczony.

A teraz czekam, aż wyzdrowieje.. :)

#3Pufm

Moi rodzice są właścicielami mieszkania w Warszawie, ale tam nie mieszkają, bo mają dom na wsi. Miałem zamieszkać w stolicy, gdy pójdę na studia, ale przez zdalne nauczanie uznaliśmy, że lepiej będzie, jak zostanę w domu rodzinnym. Generalnie mieszkanie zostało w wakacje odremontowane, a także zaopatrzone we wszystkie niezbędne przedmioty i urządzenia.

Moja babcia miała badanie w jednym ze szpitali w Warszawie, więc daliśmy dziadkom klucze do mieszkania, żeby sobie przenocowali. Wszystko spoko, tylko później rozmawiam z babcią przez telefon i wywiązał się mniej więcej taki dialog:

B: Kupiłam ci radyjko, bo to co miałeś, to już nie działa.
Ja: Jakie radyjko?
B: No to, co stało na biurku. Co prawda lampki świeciły, ale dźwięku nie było, ani stacje radiowe się nie wyświetlały. Może ze starości się popsuło, ale pewno nie warto naprawiać, nowe kupiłam, to stare wywaliłam do kontenera z elektrośmieciami.
Ja: Ale babciu, w tym mieszkaniu nie było żadnego radia...
B: Jak to nie? A taka czarna skrzynka z antenką to co?

Wtedy zorientowałem się, co się stało... Babcia wyrzuciła do kontenera nowy router.

Ale przynajmniej mam radyjko :)

#2n7tg

Studia skończyłem parę lat temu. Pierwsza w życiu przeprowadzka była dla mnie dużym wydarzeniem. Uniwersytet oddalony o niemal 500 km od domu, pokój w akademiku najmowany z nieznanymi mi ludźmi. Tuż po odbiorze indeksów i uroczystym rozpoczęciu studiów spotkałem przed dziekanatem mnóstwo osób z naszego rocznika. Tu i ówdzie wywiązała się rozmowa, i wszyscy doszliśmy do wniosku, że trzeba jakoś się zintegrować. O godzinie 18:00 chętni mieli się spotkać na przystanku w centrum i wyruszyć do jakiegoś pubu.

Wieczór był wyjątkowo paskudny; padał deszcz i dosyć mocno wiało. Jak na złość pub, który sobie upatrzyliśmy, był pełen. Plątaliśmy się po centrum przez chwilę całą watahą świeżo upieczonych studenciaków, aż wreszcie znaleźliśmy jakąś pizzerię, która była niemal pusta. Poprosiliśmy obsługę o możliwość połączenia ze sobą paru stołów i usiedliśmy w grupkach, w jakich się poznaliśmy. Byłem bardzo głodny, więc długo się nie zastanawiając, zamówiłem pizzę. Bardzo lubię ostre, pikantne potrawy, zatem wybrałem pizzę o pretensjonalnej nazwie "Piekielna". Wiele razy jadłem pikantne pizze i byłem pewien, że nic mnie nie zaskoczy.

W oczekiwaniu na szamanie, między rozmowami, zacząłem rozglądać się po sali. Niedaleko nas przy stoliku siedziały studentki, z których jedna wyjątkowo mi się podobała. Co więcej, zerkała co jakiś czas w moją stronę, uśmiechając się do mnie. Oduśmiechnąwszy się zacząłem rozmyślać, jak by studentki zaprosić do naszego stołu. Byłem oczywiście jednak na to zbyt nieśmiały, jak większość młodych facetów.

Moje rozmyślania przerwało przybycie pizzy. Pachniała smakowicie! Mój pusty brzuch przejął chwilowo kontrolę i urocza studentka wyleciała mi z głowy. Wziąłem kawałek pizzy do rąk. Już miałem zatopić w nim zęby, gdy urocza studentka znów na mnie popatrzyła, uśmiechając się do mnie. Patrząc jej w oczy, włożyłem swój kawałek pizzy w moje oko.

Na początku nie było źle. Moi nowi znajomi pokładali się ze śmiechu, podobnie jak studentki przy sąsiednim stole. Zauważyłem co się dzieje, dopiero gdy wytarłem ketchup z oka. Pieczenie szybko przeszło w uczucie płonięcia mojej gałki ocznej. Czerwony ze wstydu, głodny, z załzawionym okiem musiałem iść do łazienki je przemyć. Minęło dobre 10 minut, zanim wróciłem do stolika. W międzyczasie dosiadły się do niego studentki - a przyczyna mojego pizzoczynu postanowiła usiąść zaraz obok mnie. Okazała się najfajniejszą kobietą, jaką kiedykolwiek spotkałem. Za każdym jednak razem, gdy jemy pizzę, przypomina mi o tym, jak się poznaliśmy. Na naszym weselu rok temu była pizza - i tylko my i paru znajomych wiedziało dlaczego.
Dzisiaj mamy rocznicę - więc idę zabrać żonę na pizzę. Nie martwcie się, tym razem założę okulary.

#DeKLP

Historia o tym, jak w czasach szkoły przez przypadek zostałam bohaterką (chociaż to chyba za dużo powiedziane) meczu.

1. W szkole odbywały się międzyklasowe zawody w piłce nożnej (zarówno dziewczyn, jak i chłopaków).
2. W tym czasie trenowałam piłkę nożną (więc dziewczyny liczyły na mnie).
3. Żadna z moich koleżanek nie chciała zostać bramkarzem, więc zostałam nim ja, chociaż normalnie grałam jako ofensywny pomocnik, a moje zdolności bramkarskie, były... właściwie ich nie było. Nie wiązałam wielkich nadziei z tym ''turniejem'', więc zgodziłam się dla zabawy :)

Nadszedł dzień kolejnego meczu, dziewczyny zafascynowane, a ja spóźniona. Tak czy inaczej przychodzę na kilka minut przed wejściem na salę i... O nie! Nie mam butów, a w sandałach przecież nie zagram. Na szczęście na pomoc przyszła mi koleżanka. Rozmiar butów koleżanki: 40, mój rozmiar butów: 36. No cóż, nie muszę biegać, więc jakoś przeżyję 10-minutowy mecz.

Pierwsza minuta spotkania, nasza defensywa zawiodła i znalazłam się w sytuacji sam na sam z napastniczką drużyny przeciwnej. Doskonale odczytałam sytuację, wiedziałam, że uderzy w prawy dolny róg bramki. Zaczęłam biec w tamtą stronę, gdy nagle uświadomiłam sobie, że mam sporo za duże buty. A uświadomiłam sobie to w momencie, w którym upadałam na parkiet. Resztką sił skierowałam moje ręce w kierunku piłki. Szczęście w nieszczęściu wyglądało to jak wspaniała interwencja bramkarska, która zakończyła się brawami. Podniosłam się, przeliczyłam zęby i jakimś cudem dotrwałam do końca meczu.

Drodzy Anonimowi, jesteście pierwszymi którzy dowiedzieli się, że mój cudowny wyczyn zawdzięczam koleżance, a raczej jej butom. Gdybym się nie przewróciła, to na pewno bym nie obroniła tej bramki :)

#Z7NrC

Kolega miał się za miesiąc żenić, no i jak to przystało, trzeba było zrobić kawalerski, ale państwo młodzi stwierdzili, że zrobią panieński z kawalerskim w jednym ośrodku wypoczynkowym. Dzięki Bogu były to osobne imprezy.

Zabawa trwa w najlepsze. Ja z panem młodym wyszedłem za potrzebą w krzaczek się odlać.

No i słyszmy, jak jakaś kobieta wydaje miłosne odgłosy.
Pan młody do mnie:
- Ej, stęka jak moja!
Idziemy zobaczyć - cóż, taka ciekawska natura człowieka...
A tu panna młoda zdradza swego przyszłego męża ze świadkiem!

PS Ślubu jednak nie było.

#4Bvqc

Właśnie zdałem sobie sprawę, jak to jest być przegrywem.

Na Facebooku napisała do mnie znajoma z zapytaniem, jak powinna poderwać kolegę.
Zażartowałem kilka razy, że "na kasztana", "małe kotki w piwnicy" etc... To dla niej krępująca sytuacja, bo od zawsze wszyscy się w niej zakochiwali i bardzo mnie bawiło, że trafiła wreszcie kosa na kamień. Jak już byłem usatysfakcjonowany poziomem zażenowania koleżanki, pomyślałem poważnie co mogłaby zrobić.
Wpadł mi do głowy pomysł, żeby zaprosiła go do siebie, pod pretekstem pomocy w odkręceniu kolanka, wymiany żarówki, zamontowania szafki czy czegokolwiek innego i zagrała trochę na jego poczuciu męskości.
Wiecie, taka szopka w stylu "niewiasta w opałach".
Wtedy coś zrozumiałem...

Kilka miesięcy temu inna koleżanka zaprosiła mnie do siebie, żebym jej pomógł w zawieszeniu w pokoju tablicy korkowej.
No to ja hyc, wiertarka pod pachę, poziomnica do plecaka, wkręty i kołki w kieszeń i jadę.
Na miejscu pukam. Ona w makijażu i z pięknie ułożonymi włosami. Wchodzę i widzę zawieszoną tablicę korkową.
- A, bo wiesz, jakoś sobie poradziłam. Ale skoro już tyle się najechałeś, to może się chociaż kawy napijesz?
A ja, jako tępa strzała, odpieram:
- Nieee no, wiesz, w zasadzie już piłem. Nie będę ci zawracał głowy i w ogóle.
- Okej...
I poszedłem.

Ironii dodaje fakt, że trochę się w niej wtedy podkochiwałem. Znajoma, która chciała pomysłów na podryw się uśmiała, a ja ostrzegłem ją, żeby przed użyciem tej metody upewniła się, że podrywany nie jest baranem.
Pamiętajcie, dziewczyny, mężczyźni równie często są pomocni, co niedomyślni.
Dodaj anonimowe wyznanie