Tego pamiętnego dnia wracałam z wykładu z moim koleżankami, udając się na miasto.
Było ciepło, pachniało latem, ptaszki ćwierkały... Szłam z dwoma towarzyszkami, nagle nasrał na mnie ptak. Dokładniej na bluzkę. Koleżanki w śmiech, ja również. Dobra, pośmialiśmy się, ale sprawa ważna - kto ma chusteczki? Oczywiście nikt. A byliśmy na takim zadupiu, że żadnego sklepu w pobliżu, a ludzi gromada. Ja załamana, koleżanki dalej z uśmiechami... Nagle idzie on, Wojtek, kolega z liceum. Wysoki blondyn z brązowymi oczami. W liceum byliśmy tylko znajomymi z klasy, nigdy nas do siebie nie ciągnęło, ale lubiliśmy się. Z uśmiechem na twarzy mówi "Hej, co tam?", nie czekając na moją odpowiedź zaczyna grzebać w plecaku, a po chwili miał w ręku skarb - chusteczki. Wyciągnął jedną i zaczął wycierać to gówno z mojej bluzki. Koleżanki w jeszcze większy śmiech niż poprzednio. Wojtek tylko się uśmiechał. Gdy skończył, powiedziałam z burakiem na twarzy "Dziękuję".
Wymieniliśmy się numerami i umówiliśmy się wieczorem na spacer. Podczas tego spaceru dużo przegadaliśmy. Były kolejne i po ok. 2 tygodniach byliśmy oficjalnie parą. Po dwóch latach bycia razem Wojtek oświadczył mi się, mamy już zaplanowany ślub.
PS Pamiętam, kiedy kolega Wojtka zapytał jak się znaleźliśmy. Na co mój ukochany - "Jak wracałem do domu zobaczyłem ją, osrał ją ptak, a ja wycierałem gówno z jej bluzki".
Kocham go :)
Od kiedy pamiętam byłam trochę nieśmiała, umysł analityczny, często bujałam w obłokach. Moja matka, jest moim przeciwieństwem od zawsze starała się mnie pchać w sytuacje dla mnie niekomfortowe, uznawała mnie za dziwaka, bo często stroniłam od ludzi, porównywała mnie do tych super ekstrawertycznych dzieciaków, które znała.
Kiedy miałam z 10 lat pojechałam z mamą na imieniny jej koleżanki. Było tam strasznie dużo ludzi i było też pełno dzieci, a wśród nich ulubienica mojej matki - Kaśka. Jakbyśmy mieszkali w USA, to z marszu zostałaby cheerleaderką (to tak, żeby wam nakreślić jej osobowość). Koleżanka mojej matki miała dom z bardzo dużym ogrodem, na swojej posiadłości trzymała parę rodowodowych psów. Jedna z suk miała 4-tygodniowe szczeniaki. Wszystkie dzieci chciały się z nimi bawić, ja też, ale nie mogłam się dopchać.
Wtedy banda najbardziej rozwydrzonych bachorów pod przywództwem Kaśki, dopadła dwa małe pieski. Poszli z nimi nad staw na podwórzu i wtedy Kaśka wpadła na "genialny" pomysł nauczenia tych szczeniaków pływania. Wrzuciła dwie futrzaste kulki do zimnej wody. Dzieciarnia zebrana na brzegu patrzyła jak pieski toną. Jak tylko to zobaczyłam próbowałam się dopchać. Starsi chłopcy mnie trzymali, a Kaśka się śmiała. Jakoś udało mi się wyrwać i niewiele myśląc wskoczyłam do stawu w mojej pięknej białej sukience. Wyjęłam dwa zmarznięte, ledwo żywe psy. Krzyczałam, że powiem ich rodzicom i pożałują.
Nie wiem co przestraszyło Kaśkę - to, że miałam na nią naskarżyć, czy to, że słyszała zbliżające się z daleka głosy rodziców. Wtedy zaczęła na mnie krzyczeć, że jestem nienormalna i że chciałam utopić psy, jej banda też zaczęła na mnie skarżyć. Dorośli zrobili niezła awanturę, wezwali weterynarza, a moja matka wpadła w furię, że postradałam rozum, że zrobiłam jej wstyd, że Kaśka nie kłamie, że mam brudną sukienkę, że wyszłam na dzikusa. Próbowałam się tłumaczyć, ale wszystko było przeciwko mnie - Kaśka, jej koledzy, reszta dzieci oczywiście nie pisnęła słowa. Nikt mi nie wierzył.
Siedziałam sama w pokoju, kiedy do pomieszczenia obok przyjechał weterynarz i zaczął badać zwierzaki. To była młoda kobieta, zostawili ją tam samą, bo przecież impreza trwała w najlepsze. Podeszłam do niej i spytałam czy zwierzaki przeżyją. Ona się uśmiechnęła i powiedziała, że wszystko będzie dobrze. Pokazała mi jak je bada, dużo opowiadała o weterynarii. W pewnym momencie się popłakałam z tego całego stresu, przez łzy mówiłam, że ja chciałam te pieski tylko ratować. Kobieta przytuliła mnie i powiedziała:
- Wiem, że to nie ty je tam wrzuciłaś. Tylko ty tutaj z nimi jesteś i tylko tobie na nich zależy.
Matka często mi wypomina ten incydent i nadal nie wierzy, że nie chciałam utopić tych psów. Dlatego też kiedy wybrałam weterynarię, była w niezłym szoku!
Okłamałem ślepego sąsiada i powiedziałem mu, że się przeprowadzam.
Wiele lat temu stałem na balkonie, kiedy taksówkarz obcesowo naciskał w swój klakson przed domem i krzyczał do mojego niewidomego sąsiada, aby ten szedł w kierunku jego głosu, czyli w stronę ruchu ulicznego. Pomyślałem, że to niebezpieczne, więc mój współlokator i ja poszliśmy na dół i pomogłem sąsiadowi dojść do taksówki, a kierowcy zwróciłem uwagę na to, że był niegrzeczny.
Dałem niewidomemu sąsiadowi mój numer telefonu, abym mógł go podwieźć w przyszłości. Nie wiedziałem wtedy, że popełniłem błąd...
Wkrótce rozdzwoniły się telefony... i nie ustawały. A kiedy sąsiada gdzieś podwoziłem, prosił o różne objazdy. Gdyby mi wcześniej powiedział, gdzie chce jechać, to byłoby spoko, ale nie... jechaliśmy i on przy każdej jeździe dorzucał 2-3 dodatkowe miejsca. Doszło do tego, że codziennie chciał się przejechać... i nawet dzwonił do mnie, żeby mi przypomnieć, że mam go podwieźć i żebym się nie spóźnił, nawet nie pytał, czy mam na to czas. W końcu miałem dość, więc spytałem, jak bardzo jest ślepy. Powiedział, że jest ślepy jak kret, nie widzi kompletnie nic. Tydzień lub dwa później powiedziałem mu, że mam rozmowę o pracę w mieście obok. Kolejny tydzień później powiedziałem mu, że dostałem tę pracę i że za miesiąc się wyprowadzam.
Po tym, jak się niby "wyprowadziłem", starałem się go unikać, ale kilka razy się nie udało i przechodziłem obok niego w zupełnej ciszy, gdy on np. stał na chodniku. Cholernie dziwne uczucie.
Parę dni temu mój najlepszy przyjaciel, który jest zadeklarowanym gejem, został u mnie na noc. Często to robi po imprezach. Śpi razem ze mną w łóżku i czuję się bezpieczna wiedząc, że nie będzie się do mnie dobierał.
Kiedy wstaliśmy, powiedział mi, że musi mi coś bardzo ważnego oznajmić. Otóż wcale nie jest gejem, a swoją orientację „symulował’ przede mną, bo jest we mnie zakochany i nie może wytrzymać bez mojej bliskości…
Wygląda na to, że pozwalałam mojemu stalkerowi spać w moim domu i w moim łóżku przez ostatnie trzy lata.
Człowiek czy pies? Hmm...
Jeszcze jak byłem w liceum, w moim domu pojawił się owczarek niemiecki. Młodziutki, miał dopiero 3 miesiące. Byłem nim zafascynowany, podobał się każdemu. Codziennie go szkoliłem, potrafił wiele komend, był bardzo przyjazny. Na spacery chodziliśmy bez smyczy, bezproblemowo szedł przy nodze. Gdy chodziłem z nim na tor szkoleniowy dla psów policyjnych, to wszyscy byli nim zafascynowani. Odyn, bo tak się nazywał, był tam najładniejszy, najmądrzejszy. Nie przechwalam go, nigdy w życiu nie spotkałem tak inteligentnego stworzenia.
Kilka lat później byłem na imprezie. Całowałem się tam ze swoją koleżanką, nie wiedziałem, że ma kogoś. Następnego dnia ktoś zadzwonił domofonem. Wyszedłem na zewnątrz, pierwszy raz widziałem tego typa. Odyn opuścił ogon, robił tak, gdy coś go niepokoiło. Lekko to zignorowałem, gość mówił, że musimy o czymś pogadać. Byłem na kacu, nie myślałem trzeźwo. Wpuściłem go na posesję, a on się na mnie rzucił. Z pomocą przyszedł mi mój kochany zwierzak, który go pogryzł. Policja, te sprawy.
Jego ojcem był prokurator. Wyrok sądu? Muszę wypłacić odszkodowanie, pies do uśpienia. Nikogo nie obchodziło, że to on mnie zaatakował. Nikogo nie obchodziło, że pies nigdy nikogo nie skrzywdził.
Wywiozłem psa do ojca na wieś.
Poszedłem do sklepu, aby kupić jajka. Jako świadomy, empatyczny konsument zdecydowałem się na zakup tego towaru spożywczego pochodzącego od kur z wolnego wybiegu. Dopiero w domu zorientowałem się, że jakiś polski „nosacz” zadał sobie trud podmienienia wszystkich jajek na „trójki”. Rozumiecie? Ktoś spędził parę minut na mozolnym przekładaniu cholernych jajek, zamiast dopłacić złotówkę i nie robić zbędnego przypału...
Jestem studentem, już ostatniego roku studiów. Dodatkowo pracuję jako programista, więc utrzymuję się sam. Na dodatek ostatnio wygrałem w zdrapce większą kwotę (kilkanaście tysięcy).
Wygraną postanowiłem przeznaczyć na zakup auta, na które już i tak odkładałem od ponad roku. Dzięki wygranej moje nowe używane auto jest „z wyższej półki”.
Zakup nie umknął ludziom ze studiów. Kilka osób zobaczyło we mnie taksówkę (darmową), kilku kolegów zazdrościło, reszta olała. Czyli standard. No z jednym małym wyjątkiem – Karyną.
Karyna to dość specyficzna dziewczyna. Jest naprawdę ładna i niestety (nie wiem, czy z świadomości własnej urody, czy wychowania) bardzo próżna i płytka. W sumie dla niej liczą się pieniądze (stąd też raczej gardziła zalotami braci studenckiej).
Jako że obrona magisterki za rogiem czyha, w związku z tym u Karyny włączył się tryb polowania na męża. I moje nowe autko nie umknęło jej uwadze. Postanowiła wybadać teren.
Skąd to wiem? Bo jedyne momenty, w których rozwierała buźkę w moją stronę i wydawała dźwięki to były te, w których potrzebowała sprawozdań lub rozwiązanych zadań na laboratoria.
Spytała mnie skąd to auto, czy nie jest to prezent od rodziców. Odpowiedziałem, że nie, że sam na nie zarobiłem. I to był błąd, oj, kardynalny błąd.
Karyna rozpoczęła łowy. Najpierw niewinnie. A to zagadała, a to przysiadła się na wykładzie, ba, przyszła nawet na najbardziej nerdowskie spotkanie (cóż, śliniący się do jej biustu kolega jak usłyszał, że moja i kolegi rozmowa o grze planszowej jest ciekawa bez chwili namysłu ją zaprosił).
Z początku nie wiedziałem, co jej chodzi po głowie. Dopiero podczas wieczorku nerdów ostatecznie pojąłem, że są to jej zaloty (chyba nie jestem dobry w odczytywanie sygnałów).
Finałem była domówka, którą urządzała na zakończenie sesji. Trafiłem na nią, ponieważ w momencie kiedy zapraszała mnie, mój kolega postanowił się wprosić jako osoba towarzysząca. Dodatkowym błędem było to, że nie przyprowadziłem swojej dziewczyny, ponieważ moje kochanie studiuje co innego i u niej sesja jeszcze wtedy trwała. Cóż, błędem było ulegnięcie swojemu koledze.
Na imprezie (trochę wypiłem) Karynie całkiem puściły hamulce (prawdopodobnie dzięki alkoholowi, ale głowy nie dam). Kleiła się do mnie namolnie, usiłowała ze mną „tańczyć”, tzn. ocierała się o mnie swoim odwłokiem. Nie podobało mi się to. Dlatego postanowiłem ulotnić się do ogrodu. Niestety i tam mnie znalazła. Usiłowała pocałować mnie. Odepchnąłem ją i powiedziałem, że ma przestać, ja już mam kogoś. Odpowiedziała, że to nic, że na pewno ona będzie lepsza i złapała mnie za krocze. Wtedy nie wytrzymałem. Sprzedałem jej plaskacza, odwróciłem i opuściłem imprezę.
Następnego dnia zadzwoniłem i przeprosiłem.
Wciąż mnie męczy to, że uderzyłem kobietę.
Historia nie do końca anonimowa, bo opowiadam ją wszystkim znajomym, ale na tyle ciekawa i zaskakująca, że postanowiłam opisać ją też tutaj.
Mój mąż musiał ostatnio wyjechać na parę dni z domu. Postanowiłam go przywitać pyszną kolacją z winkiem, a że winko było w dużej promocji i zostały ostatnie sztuki, to wzięłam od razu trzy butelki.
Wychodzę obładowana ze sklepu, widzę, że zbierają się czarne chmury, ale miałam nadzieję, że zdążę jeszcze przed deszczem, więc idę do domu. Przeliczyłam się - po dwóch minutach zerwała się straszliwa ulewa. Niestety nie miałam się gdzie schować przed deszczem, nie miałam przy sobie parasola ani nawet kaptura, tak że idę dalej i moknę (odeszłam na tyle daleko od sklepu, że nie opłacało mi się już wracać). Włosy przyklejają mi się do twarzy, a jako że mam w obu rękach ciężkie torby (ach, ta promocja na wino), to nie mam ich nawet jak odgarnąć, po policzkach spływa mi tusz, ale chociaż do domu coraz bliżej.
Nagle zatrzymuje się przy mnie samochód (widać, że drogi) i kierowca, młody chłopak, pyta się, czy mnie nie podwieźć. Nie wiem co mną wtedy kierowało, ale zgodziłam się i wpakowałam mu się z tymi ciężkimi torbami na tylne siedzenie. Powiedziałam mężczyźnie gdzie mieszkam, pogadaliśmy o deszczu i po chwili byliśmy u mnie pod domem.
Podziękowałam za podwózkę i wysiadam z samochodu i akurat w tym samym momencie ze swojego samochodu wysiadł mój mąż. Widać, że zszokował go widok mnie, ociekającej wodą, z rozmazanym makijażem, wysiadającej z jakiegoś super auta. Mąż patrzy na mnie z dziwnym wyrazem twarzy, ja w milczeniu podnoszę w górę siatkę z ziemniakami (chyba stwierdziłam, że jak zobaczy te ziemniaki, to od razu zrozumie co się dzieje, bo kto by jeździł z właścicielem takiego auta na randkę kupować ziemniaki).
Wtedy też z samochodu wysiadł kierowca i mówi, że żeby nie było nieporozumień, to on od razu mówi, że mnie tylko podwiózł, żebym nie mokła. Mój mąż jak zobaczył kierowcę, to oczy mu się zaświeciły, od razu mu podziękował i zaprosił go na kawę. Ten najpierw odmówił, a po chwili powiedział, że w sumie czemu nie. Mąż odebrał ode mnie torby i przy okazji mówi mi, że ten facet to Iksiński, piłkarz. Ja piłką nożną się nie interesuję, tylko czasem obejrzę jakiś mecz reprezentacji, więc go nie poznałam (chociaż czasem gra w reprezentacji, ale nie w głównym składzie).
Mężczyzna wyjaśnił, że przyjechał na parę dni do rodziców, a że już od dawna z nimi nie mieszka, to się odzwyczaił od ciągłego siedzenia w domu i musiał na trochę wyjść. Wszystko zamknięte, to stwierdził, że sobie chociaż po mieście autem pojeździ.
Wypiliśmy kawę, pogadaliśmy, on nawet pograł z moim mężem w Fifę, pobawił się z naszym psem, zrobiliśmy sobie wspólne zdjęcie na pamiątkę i pojechał.
Taka pozytywna historia o tym, że nie każdemu odwala od kasy i że jednak warto ufać ludziom :)
Mój chrzestny został kiedyś zatrzymany przez drogówkę. Otworzył szybę, spojrzał na policjanta i pacnął go w ramię krzycząc "berek!" i wybiegł z auta. On sobie uciekał, a moja ciocia siedziała w tym aucie i nie wiedziała co ma powiedzieć funkcjonariuszowi.
PS: Złapali go. Dostał mandat za obrazę funkcjonariusza.
Gdy miałam 10 lat pojechałam z rodzicami do Egiptu. Z racji że już wcześniej przejawiałam fascynację historią starożytności, rodzice nie omieszkali zabrać mnie na jakąś fajną wycieczkę z przewodnikiem.
Przewodnikiem tym był Abdul, Egipcjanin, który płynnie mówił po polsku. Taki spoko gościu, z dużym brzuszkiem i miłym wyrazem twarzy. Chodziłam z nim na przodzie wycieczki, zadawałam mnóstwo pytań i naprawdę mega się wszystkim interesowałam. Abdul był tym zachwycony i z prawdziwym uśmiechem opowiadał mi o wszystkim, co wiedział.
Dobiegał koniec wycieczki, ostatnie zdjęcia pod Sphinksem, Abdul patrzy się na mnie i mówi:
- Powiedz mi, dlaczego wszystkie Polki są takie piękne?
Swoją drogą, z perspektywy czasu pytanie to wydaje mi się mega dziwne, ale wtedy spojrzałam na niego i odpowiedziałam:
- Bo my, proszę pana, się myjemy.
Dodaj anonimowe wyznanie