#i9k5o

Tak się potoczyło, że moja przyjaciółka wyjechała na studia z naszego rodzinnego miasta. Po zakończeniu roku musiała odbyć praktyki, ale nie miała czasu ich u nas załatwić, bo nadal trwały jakieś zajęcia dodatkowe na jej uczelni. Powiedziałam, że jej pomogę i następnego dnia poszłam do szpitala (ona studiuje medycynę) niedaleko mojego domu.
"Bardzo miłe" panie w sekretariacie nawet na mnie nie spojrzały, a jak tylko usłyszały, że chcę załatwić przyjaciółce praktyki, to odprawiły mnie z kwitkiem. Ja jednak nie chciałam jej zawieść, a że często odzywa się we mnie śmieszek podsuwający różne dziwne pomysły, to wróciłam do tego szpitala trzy dni później.
Jakoś w te dni było chłodno, więc ludzie w kurtkach chodzili. Ja pod taką krótką kurtkę założyłam swój biały fartuch (studiuję inżynierię), tak żeby nikt nie zauważył, że z nim jest coś nie tak i że niby nie widać plakietki z nazwiskiem. Pomalowałam się mocniej, żeby wyglądać na starszą i poszłam znowu do pań, które nagle rzeczywiście były bardzo miłe. "Ooo, dzień dobry, pani doktor, może herbatki?". Ja oczywiście łaskawie nie chciałam herbatki, ale powiedziałam, że mam siostrę cioteczną, która poszła w moje ślady i bardzo chciałaby tutaj zrobić praktyki, ale tylko jeden termin jej pasuje i czy by się dało ją zapisać. Zrobiły to z przysłowiowym pocałowaniem w rękę, jeszcze następnego dnia zadzwoniły do mnie, czy wszystko na pewno pasuje :D
Jednak w tym kraju da się coś załatwić. Jak coś wygląda na głupie, ale działa, to nie jest głupie :D

#nyox9

Historia wydarzyła się wczoraj wieczorem ;)
Wracałam z domówki u lubego mojej przyjaciółki. Nie była to normalna domóweczka, bo trwała od 15 do 22. No, wiec wchodzę na klatkę nieco chwiejnym krokiem, a tu moja rodzicielka wyskakuje z workiem na śmieci i każe wynieść. Mieszkam na dość sporym osiedlu. Żeby dojść do śmietnika mam po drodze kilka górek i schodów, a ilość alkoholu w mojej krwi zbuntowała się. Niet! Nie pójdziesz. Stałam tak i się zastanawiałam co zrobić, aż tu patrzę - dzieciaki ok. 12 lat wracają z boiska. Wołam jednego.
- Hej, młody, chcesz zarobić na loda?

Młody pokiwał z zapałem głową. Dałam mu worek ze śmieciami i usiadłam na schodach, żeby na niego poczekać. Wrócił po chwili i z uśmiechem wyczekuje nagrody. Wyciągnęłam z kieszeni 5 złotych i mu podaję. Młody spojrzał na swoich koleżków i ze stoickim spokojem mówi :
- Miałem na myśli innego "loda"...

Tak mnie wmurowało, że nie byłam w stanie się ruszyć. Śmieszki zwijają się w rechocie, a młody nadal czeka na nagrodę. W końcu wstałam, wcisnęłam mu to 5 zł i uciekłam do domu.
Boje się następnego pokolenia, skoro 12-letni chłopaczek proponuje starszej dziewczynie loda w zamian za wyniesienie śmieci ;-;

#taLNa

Ostatnio w którymś wyznaniu przeczytałam, że jakaś dziewczyna popełniła samobójstwo, po tym jak dowiedziała się, że jest zakażona wirusem HIV. Zabolało mnie to, jak bardzo niepotrzebna to była śmierć. Może was zaskoczę, ale HIV to nie rak. To nie wyrok. Co więcej, da się z nim całkiem normalnie żyć. Jestem zakażona od dziecka (moja mama zaraziła się zanim poznała tatę, a potem zaraziła mnie karmiąc piersią. Tak w ogóle. to tata jest zdrowy). U dzieci rozwój wirusa następuje szybko.

Dawniej często chorowałam i lekarze zorientowali się co mi jest, dopiero jak miałam 5 lat. Wtedy rozpoczęto leczenie. Żyję do dzisiaj (mam 20 lat) i wiem, że ten wirus w żadnym stopniu nie przeszkodzi mi w dożyciu starości. Moje życie od innych ludzi różni się tym, że raz dziennie biorę leki i co jakiś czas oddaję krew do badania. Tyle. Żadnych ciężkich chorób, żadnego cienia śmierci, osłabienia. Nie choruję częściej niż inni. Żyję całkiem normalnie. Na c odzień nawet o tym nie myślę. Nikt by się nie domyślił, że jestem zakażona.
Teraz, dzięki lekom, mam niewykrywalną wiremię. Co to znaczy? A no tyle, że wirusa w mojej krwi jest tak mało, że nie da się go wykryć. Nie oznacza to, oczywiście, że go nie ma, ale sprawia, że szansa, iż kogoś zarażę są nikłe, niemal zerowe. Mimo to, nadal mam prawny obowiązek informować moich partnerów seksualnych o zakażeniu. Nikt inny nie musi wiedzieć.
Niestety, przez reputację tego wirusa zakażeni boją się komukolwiek o nim powiedzieć. Ludzie różnie reagują. Bywa, że boją się nawet dotknąć zakażonej osoby, co jest całkowitą głupotą. Jedynymi drogami zakażenia jest przez krew, seks i mleko matki. Nikt z moich znajomych o tym nie wie. Nie, żeby to była jakaś wielka tajemnica, ale po pierwsze nie widzę powodu, żeby im o tym mówić - w końcu nie chcę z nimi uprawiać seksu ;) A po drugie, trochę się jednak boję ich reakcji.
Okej, to teraz może powiem o tym jak wygląda zakażenie HIV w wieku dorosłym. Nie dotyczy on tylko gejów i narkomanów. Każda osoba, która uprawiała seks jest narażona na zakażenie. Badania są anonimowe i niedrogie. A kiedy już usłyszycie "wyrok" dostaniecie całkowicie refundowane leki. Wirus u osób dorosłych może być bezobjawowy przez wiele lat. Dlatego, jeśli ktokolwiek z was miał jakiś niezabezpieczony stosunek seksualny, nawet wiele lat wstecz, to radzę się przebadać. I obowiązkowo kobietom w ciąży. Nawet jak objawy już się pojawią, to wciąż można wieść normalne życie. O ile się bierze leki. A co jeśli się ich nie bierze? No cóż... To właśnie jest powód tak licznych śmierci w Afryce na AIDS. Kiedy się nie walczy z wirusem przez odpowiednio duży czas, wtedy przeobraża się w AIDS, na który już niestety nie ma lekarstwa. Nie dopuśćcie do tego, żeby ktoś z was na to świństwo zachorował przez strach, czy stereotypy. Naprawdę nie warto.

#4VW6L

Jechałam dzisiaj na zakupy, kiedy jeden z samochodów potrącił rowerzystę.
Niby nic dziwnego, często się zdarza, po co to tu piszę?
A po to, że potrącony pan rowerzysta wstał, tak po prostu, otrzepał się, podszedł do samochodu, którego kierowca go potrącił, kopnął trzy razy w przedni zderzak, wziął rower i poszedł.

Polak potrafi :D

#g3SXt

Całe życie byłem sam. Od małego byłem nielubiany albo upokarzany w szkole, dlatego że byłem gruby i cichy. W wakacje całe dnie siedziałem w domu i robię to do tej pory. Teraz mam 32 lata. Mieszkam z rodzicami, nigdy nie byłem w związku, nawet się nie całowałem. Cały czas najlepiej bym spał, bo tylko w czasie snu coś się dzieje w moim życiu.
Od dłuższego chciałbym zasnąć i się nie obudzić. Od dłuższego czasu wszystko mnie denerwuje. Kiedyś planowałem być przypakowanym, to matka mówiła mi, że wyglądam jak potwór. Chciałem tatuaż, to rodzice też gadali i dałem se spokój. Mam wszystkiego dość. Raz w życiu podjąłem decyzję o zmianie pracy po 10 latach i co? Zmieniłem se na gorsze warunki i się zwolniłem. To była moja pierwsza decyzja i ostatnia.
Widzę, że jestem no-lifem i ciężko znajduję kogoś, komu mogę zaufać. Ostatnio myślałem o znalezieniu dziewczyny, ale przeszło mi, bo wiem, że nie znajdę, bo jestem nieśmiały, a jak nawet znajdę, to pewnie nie wytrzyma ze mną długo.

Po prostu czuję, że jestem dupa, nie chłop.

#jXDxJ

Muszę przyznać, że do niedawna nie wierzyłam zbytnio w te wyznania o tzw. moherach. Teraz już wierzę.

Toczyłam się (miałam na plecach ciężką wiolonczelę, chodzę do szkoły muzycznej) w stronę przystanku i cóż to ujrzały moje oczy? Otóż tak - na mojej drodze stał podręcznikowy moher.

Niewysoka babulinka w jednej ręce dzierżyła siatkę z Biedronki, na głowie chybotał się beret z antenką, a na obliczu mina, jakby ktoś podstawił jej zgniłe jajo pod nos. Ale dobra, nie taki diabeł straszny. Ruszyłam w jej stronę, chcąc podejść do kiosku i kupić bilet. Przechodząc obok niej usłyszałam słowa "Jakby moja córka tak ubrana z domu wyszła to bym przez kolano przełożyła i pasem" (miałam na sobie dżinsy do kostek i koszulową bluzkę, raczej nie wyglądałam jak prostytutka) ale pomyślałam, że za jej czasów dziewczyny ubierały się inaczej i kobieta może się jeszcze nie przyzwyczaiła, więc postanowiłam, że ją zignoruję.
Kupiłam bilet, zdejmuję z pleców instrument, siadam na ławce, czekam na tramwaj. Oprócz mnie na przystanku stoi chłopak mniej więcej w moim wieku. Już myślałam, że krótką przygodę z moherem mam za sobą, ale... hola, hola, nie!
Babcia dziarskim krokiem przydreptuje i mówi, już dużo głośniej, niż ostatnio: "No już, zrób miejsce starszej! Ciebie w stodole matka urodziła, czy jak? Niewychowana gówniara", itp., wciąż rzeczy typu "Ach, ta dzisiejsza młodzież". Mówi to wszystko siadając, bo miejsca było wystarczająco dużo. Wymieniam rozbawione spojrzenia z chłopakiem, który prawie się dusi ze śmiechu, mnie ta sytuacja też bawi, choć nie powinna.
Już myślę, że sytuacja zażegnana, aż tu nagle słyszę krzyk: "WEŹ SIĘ PRZESUŃ, REKLAMÓWKI NIE MAM GDZIE DAĆ, POŻAL SIĘ BOŻE, ARTYSTKA, WYSZŁA SE Z GITAROM NA PLECACH I MYŚLI, ŻE WSZYSCY JEJ SIĘ KŁANIAĆ BĘDĄ, POD MOSTEM SKOŃCZY, MUZYK TO NIE ZAWÓD, PEWNIE SIĘ PUSZCZA, ŻEBY ZAROBIĆ, BO Z GRANIA TO NIE MA PIENIĘDZY, JA TO BYM TAKOM GÓWNIARE W PIWNICY ZAMKŁA" itd. A wszystko dlatego, że nie miała gdzie siatki postawić. Może powinnam zareagować inaczej, ale wtedy coś we mnie pękło.
Więc mówię, bardzo spokojnym głosem: " Po pierwsze, to wiolonczela, a nie gitara. Trzeba być ogromnym ignorantem, żeby tego nie rozróżniać. Po drugie, poświęciłam całe życie, żeby nauczyć się grać, i jestem z tego dumna. Po trzecie, powinna się Pani nauczyć mówić, bo "zamkła" to nawet moja pięcioletnia siostra nie mówi. I po czwarte, przy*ebałabym pani w ten krzywy ryj, ale nie chcę się jakimś świństwem zarazić".

Następnie zabieram wiolonczelę, zarzucam włosami i dumnie odchodzę.
Potem dogonił mnie ten chłopak, uścisnął mi rękę i pogratulował odwagi.

P.S. Nie jesteśmy razem, a szkoda, bo przystojny był ;)
P.P.S. Pozdrawiam puszczalskie krakowskie wiolonczelistki :)

#jA0R4

Jestem nauczycielem WF-u. Pewnego dnia przybiegła do mnie dziewczynka z prośbą:
- Proszę pana, ja chciałabym być matką.

Odpowiedziałem jej, że musi trochę dorosnąć i porozmawiać z mamą, iść do lekarza, że to nie czas itp.
A ona do mnie "To kiedy zagramy w te dwa ognie???".

Spaliłem buraka i powiedziałem, że mogą zacząć.

#szhuS

Kilka lat temu na początku roku moi koledzy wpadli na pomysł zorganizowania koncertu charytatywnego. Spoko, jesteśmy muzykami, skoro coś umiemy, to podzielmy się tym z innymi. Gdy nasza polonistka się o tym dowiedziała, skojarzyła fakty, że ma w nowej klasie wychowawczej chłopca, który ma bardzo chorego brata i spytała się, czy nie zagramy dla niego.
Na początku trochę żeśmy się wahali, ale potem wszyscy tak się w to wkręciliśmy, że sami się przeganialiśmy w pomysłach.

Do koncertu dwa tygodnie. Nerwy i presja. A jeśli nikt nie przyjdzie? Codzienne próby i zamartwiania nie miały końca.

Tydzień przed koncertem generalna próba. Był z nami główny bohater i jego rodzice. Zobaczyliśmy, że jest sens w tym co robimy.

Dzień koncertu. Nerwy, stres.

Godzina do występu, a ludzie już przychodzą, pół godziny, a sala jest pełna. Jesteśmy zmobilizowani, nic nie może pójść źle. Po koncercie kawka, ciasteczka i wszędzie puszki. Udało się! W sumie ok. 9 tys. i będzie na nowy wózek. Łzy szczęścia płynęły bardzo długo.
Kolejne pomysły. Może powtórzyć koncert?

Tak, ale ta historia nie ma happy endu. Chłopiec zmarł tydzień po koncercie. Jego rodzice są tak wspaniali, że cały czas nam dziękują za to, ile daliśmy im siły i energii. Ostatnio zaproponowali, czy nie chcielibyśmy grać koncertu co roku dla innych potrzebujących pod patronatem ich synka. Ja mam wielką nadzieję, że uda nam się to.

Śpieszmy się kochać ludzi, a przede wszystkim śpieszmy się im pomagać i dawać tyle, ile tylko możemy.
Dodaj anonimowe wyznanie