#szhuS
Na początku trochę żeśmy się wahali, ale potem wszyscy tak się w to wkręciliśmy, że sami się przeganialiśmy w pomysłach.
Do koncertu dwa tygodnie. Nerwy i presja. A jeśli nikt nie przyjdzie? Codzienne próby i zamartwiania nie miały końca.
Tydzień przed koncertem generalna próba. Był z nami główny bohater i jego rodzice. Zobaczyliśmy, że jest sens w tym co robimy.
Dzień koncertu. Nerwy, stres.
Godzina do występu, a ludzie już przychodzą, pół godziny, a sala jest pełna. Jesteśmy zmobilizowani, nic nie może pójść źle. Po koncercie kawka, ciasteczka i wszędzie puszki. Udało się! W sumie ok. 9 tys. i będzie na nowy wózek. Łzy szczęścia płynęły bardzo długo.
Kolejne pomysły. Może powtórzyć koncert?
Tak, ale ta historia nie ma happy endu. Chłopiec zmarł tydzień po koncercie. Jego rodzice są tak wspaniali, że cały czas nam dziękują za to, ile daliśmy im siły i energii. Ostatnio zaproponowali, czy nie chcielibyśmy grać koncertu co roku dla innych potrzebujących pod patronatem ich synka. Ja mam wielką nadzieję, że uda nam się to.
Śpieszmy się kochać ludzi, a przede wszystkim śpieszmy się im pomagać i dawać tyle, ile tylko możemy.
Dobrze że są na świecie tacy ludzie którzy chcą pomagać
Brawo! Jesteście Wielcy !
Wielki szacun!