Kilkanaście lat temu miałam mojego pierwszego chłopaka. Sprawy między nami robiły się coraz gorętsze, aż pewnego dnia wylądował u mnie w mieszkaniu pod nieobecność moich rodziców. Byliśmy już w trakcie gry wstępnej i wszystko wskazywało na to, że sprawa się ostro rozkręci...
W pewnym momencie z lekko uchylonego okna dał się słyszeć charakterystyczny dźwięk furgonetki Family Frost. Pamiętacie? To taka firma zajmująca się obwoźną sprzedażą lodów. Usłyszawszy melodyjkę wydobywającą się z głośniczków w pojeździe, mój chłopak krzyknął radośnie i chwyciwszy w garść swoje ubrania poleciał w stronę drzwi, desperacko próbując po drodze naciągnąć na tyłek spodnie. Zostawił mnie nagą, rozpaloną na łóżku i poszedł na lody! A najlepsze jest to, że już nie wrócił, bo jak sam potem mówił: „Najadł się pistacjowych i odechciało mu się przytulania”.
Niedługo potem zerwaliśmy, ale gdy przypominam sobie to wydarzenie, to do dziś czuję się zażenowana tą sytuacją.
Szłam dziś ulicą, znalazłam kupę kasy i kurczowo zaczęłam wpychać gotówkę do kieszeni.
Budzę się - cała kołdra wciśnięta do piżamy...
Kiedyś, gdy byłam jeszcze młodą naiwną turystką, podczas wyjazdu do Hiszpanii chciałam sobie zrobić zdjęcie na tle pewnego zabytkowego kościoła. Jako że w tamtym czasie nikt nie wpadł jeszcze na skonstruowanie selfie-sticków, takie przedsięwzięcie wymagało nawiązania interakcji z inną osobą. Podeszłam więc do jakiegoś chłopaka i poprosiłam go o przysługę strzelenia mi fotki. Uroczy młodzieniec powiedział, że z chęcią to zrobi, tym bardziej że jest zawodowym fotografem i zna się na znakomitym kadrowaniu. Kiedy więc pozowałam, powiedział mi: „Stań trochę dalej!”. Zrobiłam więc parę kroków do tyłu. Chłopak kolejny raz dał mi znać, abym przesunęła się jeszcze kawałek. Po chwili znów zrobił gest ręką, więc posłusznie wykonałam jeszcze parę kroków. Kiedy byłam już 15 metrów od mojego fotografa, ten krzyknął: „A teraz… Uśmiech!”. I dał dyla z moim aparatem.
Cóż, własną głupotą zasłużyłam sobie na taki los.
Byłem na wycieczce klasowej w liceum. Naszym opiekunem była wychowawczyni, bardzo miła, w średnim wieku (miała wtedy 43 lata), pani od biologii.
W nocy mój najlepszy przyjaciel, z którym dzieliłem pokój, powiedział, że idzie na noc do pokoju swojej dziewczyny piętro niżej - spoko, nie ma problemu.
Niestety, mieliśmy ściana w ścianę pokój z naszą nauczycielką. W nocy obudził mnie bardzo głośny trzask tłuczonego szkła z pokoju szanownej pani opiekunki. Jako że byłem i jestem człowiekiem, który został wychowany tak, że lubi i chce pomagać innym, to poszedłem sprawdzić co się stało. Pukam, naciskam klamkę i sukces! Drzwi otwarte! Jednak gdy wszedłem do środka, to się zdziwiłem bardzo mocno.
Nasza nauczycielka zabawiała się z moim ziomkiem tak intensywnie, że zrzucili lampkę z nakastlika, a ona się rozbiła. Do dziś się z niego śmieję.
Mam 16 lat, moja siostra Zuzia 3. Zawsze kiedy jadę z rodzicami do większego miasta, to mi przypada pilnowanie małej. Nienawidzę tego, ale zgadzam się, by rodzice mogli załatwić ważniejsze sprawy, w końcu ja tylko chodzę po sklepach.
Dlaczego tego nienawidzę?
Każdy myśli, że to moje dziecko, bo przecież w tych czasach każda młoda dziewczyna, która wyjdzie na ulicę z dzieckiem, to pewnie zwykła puszczalska. Najgorzej jest, kiedy Zuzia zacznie marudzić lub płakać. Oczywiście nie obędzie się bez komentarzy typu "nie zajmuje się dzieckiem", "do szkoły, a nie dzieci robić", "puściłaś się, to masz".
Ostatnio podeszła do nas baba z tekstem "ojeja, mamusia na dziewczynkę krzyczy, a ta płacze", na co Zuzia zareagowała jeszcze większym płaczem. Babsko odeszło mówiąc "tak samo niewychowana jak matka".
Witam w XXI wieku... Chcesz dobrze, to nazwą cię puszczalską.
Można powiedzieć, że dzisiaj straciłem wiarę w ludzi.
Siedziałem w parku relaksując się, niedaleko mnie usiadł pewien mężczyzna. Wyciągnął piwo z plecaka i zaczął pić. I nie byłoby nic w tym dla mnie dziwnego (w końcu każdemu się należy), jednak gdy opróżnił puszkę, wylądowała ona za jego plecami na trawie. Widząc to po prostu wstałem i podniosłem puszkę, żeby wrzucić ją do kosza, który był trzy metry od niego. Po moich słowach, że "śmietnik jest obok i niefajnie to wygląda" usłyszałem, że jestem "gówniarzem, ku**a, małym". Niestety po opróżnieniu kolejnego piwa puszka znowu wylądowała na trawie. Mężczyzna spojrzał na mnie i powiedział ze złośliwym wzrokiem "Podnieś!".
Kiedyś usłyszałem takie słowa, że patologię trzeba nagłaśniać, bo inaczej nie można z nią walczyć. Dlatego zwracajmy uwagę na takie coś, bo to tylko od nas zależy, czy w czystym czy brudnym parku będziemy siedzieć...
Dużo o moim życiu, trochę o polityce i "sprawiedliwości społecznej".
Mam w tej chwili 30 lat, moje doświadczenia zawodowe zaczęły się 10 lat temu. Z pracą dla młodych było ciężko (czasy kryzysu), szczególnie z kiepskim wykształceniem. No ale chwytałem się różnych zajęć, przede wszystkim po budowach, był nawet krótki epizod za granicą. Po dwóch latach dostałem pierwszą porządną pracę (nadal budowlanka), tzn. około 250 godzin na miesiąc i przy tym wypłata około 2500 zł. Zdobyłem trochę doświadczenia, po dwóch latach zwolniłem się i znów krótki nieudany epizod za granicą, ponowna pracą w Polsce już za 12, później 13,5 zł na rękę za godzinę. Cały czas pracowałem ponad 200 godzin w miesiącu. Po dwóch latach ponowna zmiana pracy (cały czas szukałem czegoś lepszego), w międzyczasie różne kursy itp. – tak spędziłem około 8 lat w różnych firmach, zdobywając doświadczenie, a weekendami chodząc na różne kursy doszkalające.
Od niedawna mam swoją firmę. Na początku nie było lekko, ale od dosłownie kilku miesięcy zaczynam zarabiać ponad 10 tys. na rękę, dalej pracuję 60-70 godzin w tygodniu, większość fizycznie.
Mam żonę, dziecko, mieszkamy w jednym pokoju u teściów. Jeżdżę 13-letnim samochodem, chodzę w ciuchach z Lidla, telefon mam za 600 złotych, mojemu kompowi w czerwcu stuknie 8 lat, a tv dostaliśmy używany od ciotki. Piję mało alkoholu, restauracje odwiedzam sporadycznie. Na wakacjach (poza weekendowymi wyjazdami) nie byłem od czasów szkolnych. Dzięki temu oszczędziłem na remont poddasza u rodziców, mam nadzieję, że za parę miesięcy przeprowadzka.
I teraz dochodzę do meritum – szlag mnie trafia, jak słyszę wszędzie, że powinien się podzielić. Że jestem już tak bogaty, by objąć mnie dodatkowymi podatkami. Że mam płacić na ludzi, którym się robić nie chce, a mają najnowsze telefony, 60-calowe tv i full pakiet w telewizji cyfrowej (wystarczy się przejść obok bloków socjalnych np. w Krakowie)... Do tego co tydzień impreza i najmodniejsze ciuchy. No tak, oni mają czas z tego korzystać. Ja nie... Albo inna grupa – ludzie, którzy będą narzekać latami na swoją pracę, szefa i zarobki, ale nie chce im się nic zmienić w swoim życiu. Mam paru znajomych, którzy mieli większe możliwości, np. kierunkowe wykształcenie, więcej doświadczenia, a nadal tkwią w miejscu, tam gdzie ja byłem parę lat temu.
Jak usłyszałem o "Nowym Ładzie", to już do końca mi ręce opadły. Najbardziej ucierpią osoby takie jak ja, nie ludzie, którzy zarabiają setki tysięcy złotych lub więcej, nie ci obracający na giełdzie milionami, nie potężne koncerny mające fabryki w Polsce, tylko tacy malutcy przedsiębiorcy, którzy przez pół albo całe życie ciężko pracowali, aby wybić się z przeciętności.
Kilka dni temu mój mąż oznajmił mi, że odchodzi ode mnie, ponieważ poznał kogoś o wiele, wiele lepszego. Gdy to usłyszałam to zadałam mu pytanie jak to jest możliwe, skoro nawet na ślubie obiecał mi, że będzie ze mną aż do śmierci.
Jego odpowiedź powaliła moją szczękę na ziemię, a brzmiała ona tak: "No właśnie. Obiecałem ci, że będę z tobą aż do śmierci, ale nie było powiedziane do czyjej śmierci. A przecież tydzień temu zmarła twoja babcia - czyli wychodzi na to, że dotrzymałem obietnicy".
Były takie czasy, że z dobę po śmierci można było w domu odleżeć. Nie wiem, czy to dobrze czy źle. Może pozwalało to jakoś się ze śmiercią bliskiego oswoić. Zdjęcia obowiązkowe, bo zaraz rach, ciach, zamkną, zakopią i już.
Pamiętam, że jak zmarł mój pierwszy dziadek, miałam wtedy 5 czy 6 lat, biegałam z dzieciakami po podwórku i jak to dzieci opowiadaliśmy sobie "a ja mam nowe klocki", "a ja rower", "a ja nową bluzkę"... A ja mówię "a ja mam dziadka w trumnie". I chyba w tym posiadaniu wygrałam.
Jestem lekarzem i dość znaczną część życia spędzam w pracy, gdzie na bez wyjątku muszę wykazywać się uprzejmością, cierpliwością i profesjonalizmem. Pacjenci często są zagubieni i cierpiący, ich rodziny roszczeniowe, a pielęgniarki - wykończone i sfrustrowane ch*jowymi warunkami pracy. I w tym wszystkim ja, próbujący wszystkich wysłuchać, pogodzić i zaspokoić ich potrzeby.
Ponieważ niestety natura nie obdarzyła mnie charakterem lidera ani pracoholika, sytuacja, w której co chwila muszę kogoś uspokajać i ugłaskiwać wyniszcza mnie psychicznie. Jak sobie z tym radzę? Po robocie otwieram jedną ze stron z memami (tę z nazwą inspirowaną twórczością Walaszka) i... tam puszczają mi wszystkie hamulce. Wyzywanie, wyśmiewanie i obrażanie ludzi daje mi dziką frajdę. Kłótnie i gównoburze to jedyne, czego tam szukam, memy są tylko pretekstem. Tam jestem najbardziej kłótliwą, wulgarną i głupią wersją siebie, jaka istnieje, i kocham to. Ta strona daje mi wolność, jakiej nie mam nigdzie indziej. Chwała jej za to :)
Dodaj anonimowe wyznanie