Historia ta miała miejsce wczoraj. Mam 18 lat i jestem dość drobniutka. Siedziałam sobie w pociągu na dworcu, a obok mnie siedział mężczyzna ubrany w strój wojskowy.
Na następnej stacji wsiadło do pociągu trzech typków (typowe buraki), usiedli przed nami. Pociąg nie zdążył ruszyć, a oni już wyjęli po piwie. Jak na razie nie robili nikomu krzywdy, więc nikt nie zwracał im uwagi.
Kiedy wypili już tak ze trzy piwa na głowę, zaczęli robić się agresywni w stosunku do siebie. Nagle pan wojskowy zaczął coś wyjmować ze swojego plecaka i pyta mnie, czy daleko jadę. Odpowiedziałam mu, a on w tym samym momencie wręczył mi gaz pieprzowy i mówi: "Jak będą się zachowywać agresywnie wobec ciebie, od razu wal po oczach".
Naprawdę nie sądziłam, że są na świecie jeszcze tak troskliwi ludzie. Jestem bardzo wdzięczna panu wojskowemu za ten gest, bo choć i tak nie użyłam tego gazu, to całe wydarzenie wywołało u mnie łzy wzruszenia.
Ostatnio, idąc odprowadzić chłopaka (nie pytajcie, od razu odpowiem - pod sklep, pod którym zostawia auto, prowadzą 3 drogi i zawsze się gubi między blokami), ujrzeliśmy z daleka zbliżające się auto. Niby nic, ale auto jechało pod prąd, mimo dużego ruchu na ulicy. Śmiejąc się pod nosem, że pewno ktoś pijany jedzie, zatrzymaliśmy się na chwilę, i w tym właśnie momencie to auto podjechało bliżej nas (cały czas drugim pasem).
W aucie 5 dziewczyn, wszystkie rozchichotane na maksa, "oj - pod nosem mruczy mój chłopak - pewno "zrobione". Dobra, chodź, idziemy, bo zimno", no to ruszamy. Ale coś mnie tknęło, żeby zobaczyć, czy kierowca nadal jedzie pod prąd - podeszłam na chodnik i nagle słyszymy wielki huk. 5 dziewczyn w aucie, 3 z nich pijane, 2 tak zrobione, że oczy miały jak bombki z choinek świątecznych. Uderzyły w drugie auto. No to biegniemy pomóc, po drodze wzywając karetkę i policję.
Uderzyły w drugie, mniejsze auto wyjeżdżając na rynek. Tak w razie pytań, drugie auto skręcało w prawo, w tę ulicę, po której one jechały pod prąd. Dziewczyna, która uderzyła, była nieprzytomna, a pozostała trójka w wielkim szoku, że jak to tak uderzyły w coś. Piąta dziewczyna, która była na miejscu pasażera i wysiadła z auta, śmiała mi się w twarz, kiedy zapytałam, czy wszystko w porządku, jak się czują. Dostała z liścia z groźbą, żeby się ogarnęła, bo miały wypadek.
Nie wiem, czy coś do nich w tamtym momencie dotarło, ale do pana, który kierował drugim autem na pewno dotarło, że zabiły jego maleńkie dziecko, które było w foteliku na miejscu pasażera. Oczywiście później godziny przesłuchań, zabezpieczanie miejsca wypadku, ale jedna rzecz pozostanie mi w pamięci. Łzy. Łzy ojca. Będą przed moimi oczyma już chyba do końca.
Mam przyszywaną babcię. Po prostu moi rodzice, gdy się wprowadzili, poznali swoją starszą sąsiadkę. Urodziłam się ja i tak jakoś zaczęłam mówić do niej "babciu". Tak jest do dziś.
Naprawdę ją kocham. Moje prawdziwe babcie zmarły prawie 10 lat temu, więc ta przyszywana teraz jest jak ta prawdziwa. Ale nie jest typowym moherowym berecikiem. Nie sapie ci nad uchem w tramwaju. Nienawidzi obecnej partii rządzącej, o stacji, która nadaje nawet w najgorszej głuszy, mówi równie niepochlebnie. Oglądam z nią wiadomości i boli mnie brzuch od śmiechu, gdy ona wygraża i wymachuje pięściami w stronę telewizora. Oczywiście obiektem wyzwisk są politycy. Chodzi do kościoła, ale nie jest w niego ślepo zapatrzona. Zgadza się, że nie każdy ksiądz zasługuje na to miano. Czasem nawet opowiada mi, że ona może mi pokazać, które dziecko jest owocem romansu z księdzem. Bardzo lubi bluźnić i palić papierosy. Nie jest babcią, która powie ci "przepraszam", podejrzewam nawet, że w jej słowniku nie ma tego słowa. Często się z nią kłócę i idziemy na noże. Nie przytuli cię też bez powodu, nie da buziaka. Ale zawsze o mnie pamięta. O każdych urodzinach, imieninach, sukcesach i innych świętach. Zabiera mnie do swojej rodziny - jej córki i ona są nam bliższe niż ludzie, którzy są związani ze mną i rodzicami więzami krwi. Zawsze dostaje ode mnie prezent z okazji Dnia Babci. Wiem, że mimo że mi tego nie powie, to też mnie kocha i jej zależy.
Jednym tylko nie różni się od innych babć.
Zawsze dba o to, bym nie chodziła głodna. :D Nawet przed momentem przyszła do mnie z koszem jabłek ze wsi, wcisnęła mi w ręce i powiedziała: "Masz i wpier****j, bo ty je lubisz".
Kocham Cię, Babciu. 😂
Jestem młodym programistą. Mam niecałe 19 lat, chodzę do technikum informatycznego. Dorabiam sobie jako "bounty-hunter", czyli szukam błędów na stronach internetowych, w programach, aplikacjach itd. oraz piszę na zlecenia. Moim "konikiem" jest cyberbezpieczeństwo.
Zacznijmy od tego, że w Internecie nie ma czegoś takiego jak pełne bezpieczeństwo i pełna anonimowość. Wiadomość wysyłana przez komunikator lub e-mail przechodzi przez wiele systemów, wyciągane są z niej informacje (szczególnie o nadawcy), jest analizowana (jeśli ktoś nie wierzy, może przetestować na własnej skórze - popiszcie z kimś dłużej na np. FB na jakiś temat, np. o kosmetykach i sprawdźcie jak się zmieniają wasze reklamy w przeglądarce). Nawet mikrofon w telefonie/laptopie nas nasłuchuje (tutaj już nie jest to tak nagminne, ale jednak).
Przejdźmy do sedna. Swoją przygodę zacząłem od wyszukiwaniu błędów na niedopracowanych stronach. Potem przerodziło się to w pisanie wirusów, robienie "żarcików" kolegom na komputerze poprzez tego wirusa przenoszonego pendrivem. Potem przerodziło się to w zdalne operowanie czyimś komputerem, przechwytywanie haseł (nawet do banków), ekranu, kamery internetowej. W skrócie wszystko to (a nawet więcej), z czego korzysta użytkownik komputera. Wykorzystywałem to głównie do zabawy i denerwowania osób, które sobie na to zasłużyły.
Dlaczego o tym mówię? Ponieważ niewiele osób jest świadomych, jak to w ogóle działa. Przykładowo, mój pierwszy wirus rozprzestrzenił się poprzez wysyłanie tylko spamu do ludzi w ciągu tygodnia na 1000 komputerów, co daje całkiem sporą sumę jak na pierwszy raz. Co z tym wszystkim można zrobić? Chociażby "kopać" BitCoiny (o tym już inna historia).
Ale tak naprawdę to nawet zniszczyć życie. Powyzywać kogoś w Internecie z czyjegoś konta czy maila, zgłosić anonimowy donos i tyle. Podrzucić jakieś zdjęcia z pedofilią na dysk tamtej osoby i tak naprawdę pozamiatane. Nawet jeśli będzie się bronić, to jest podmienione IP na IP tamtej osoby, także w logach (zapisach systemów, o których wyżej wspominałem) widnieje IP osoby, z której konta pisaliśmy (IP - w skrócie coś w stylu naszego identyfikatora w Internecie).
Nigdy tak nikogo nie umoczyłem. Chcę was po prostu ostrzec i uświadomić jak to wygląda, bo nikt wam tego nie powie. Nawet dobre antywirusy niewiele pomagają. Ataki z zewnątrz dla przeciętnego użytkownika są moim zdaniem niemożliwe do powstrzymania. Nawet wasze polubienia stron i posty na FB są istotne (tak często zostajecie "przefiltrowani" przed przyjęciem was do pracy, bardzo łatwo określić tak zainteresowania, a nawet osobowość, możecie sprawdzić na sobie, zakładam, że w znacznej większości przypadków się nie pomylę). Facebook nie jest darmowy, walutą są informacje.
Chcę przekazać ważną rzecz. MYŚLCIE co robicie w "necie". To ma wpływ na wiele rzeczy w waszym życiu.
Mam 33 lata, męża i dziecko. W moim małym miasteczku jestem osobą dość rozpoznawalną (tak tytułem wstępu).
Jakiś czas temu moje dziecko bardzo polubiło "fejsbukową" grę o przygodach walecznego Galla - Asterixa. Wiadomo, że na swoim Fb nie mogłam grać w tę grę (bo "co ludzie powiedzą"). Założyłam więc inne konto (używając panieńskiego nazwiska), na którym moja latorośl polowała na dziki i walczyła z Rzymianami... Nie minęło dużo czasu, a "bogowe facebooka" zaczęli delikatnie upominać się znajomych i aktywności na koncie. Dla świętego spokoju dodałam kilka informacji o sobie, żeby nie było - prawdziwych, zmieniając jedynie miejsce zamieszkania na miasto, w którym kończyłam studia. Zaprosiłam też kilka losowych osób, z dosłownie całego świata, licząc, że ktoś przyjmie mnie do znajomych. Po kilku dniach miałam kilkunastu znajomych z Azji, Afryki i obu Ameryk... Po jakimś czasie zaangażowałam się w to drugie konto, dodając na nim różne posty.
Dlaczego to piszę?? Bo dzisiaj, gdy ponad godzinę rozmawiałam z młodą dziewczyną z Peru na temat naszych ulubionych książek, zrozumiałam, że moje "fikcyjne konto" jest prawdziwsze niż to oficjalne... Na tym "prawdziwym" koncie muszę bardzo uważać co dodaję, kogo lubię i jaka jest treść moich komentarzy. Właściwie bardzo rzadko wykazuję jakąkolwiek aktywność. Natomiast na drugim koncie jestem sobą... Wrzucam ukochane piosenki, zdjęcia i komentarze pod postami moich "nieznajomych" znajomych i nie martwię się, jak to zostanie odebrane. Uwielbiam moją rodzinę, nie wstydzę się swojego życia, a jednak muszę na każdym kroku uważać (nie tylko w internecie) na to, co mówię i robię.
Rozmawiałam na ten temat ze znajomymi, większość z nich ma ten sam problem...
Zatem pytanie: jaki jest sens wymuskanych, idealnych kont na portalach społecznościowych, skoro i tak duża część z nich to fikcja??
Nie przyjęto mnie do pracy do korporacji na stanowisko jakie się ubiegałem. Najgorsze jest to, że rozmowa kwalifikacyjna fajnie przebiegła. Normalne sensowne pytania, żadnych "gdzie się pan widzi za 5 lat, co wniesie pan do firmy, sprzedaj mi ten dzban" itd. Normalnie konkretnie. Było nawet luźno i wesoło. Naprawdę myślałem, że tę robotę dostanę. Tym bardziej że powiedzieli, że odezwą się jutro "bo to tylko formalność".
Nie odezwali się wcale. Dostałem maila po 2 tygodniach, że nie wezmę udziału w dalszym etapie rekrutacji, a jeśli pojawi się chęć zatrudnienia mnie, to się odezwą z zaproszeniem na nową rekrutację.
A teraz najlepsze. Dwa dni później widzę nowe ogłoszenie z tej firmy na to samo stanowisko! Oczywiście maila nie dostałem.
Dają do zrozumienia, że na pewno mnie przyjmą, nie odzywają się, nie przyjmują, nadal szukają. Poczułem się jak śmieć.
Moja koleżanka ma córkę, która ma ok. 14 lat. Przez pewien czas pisała ona z koleżanką w podobnym wieku. Problem był w tym, że ani razu się nie widziały, po prostu poznały się przez internet. Nadszedł czas, kiedy zapytała swoich rodziców o spotkanie z - nazwijmy ją - Wiktorią. Najpierw nie zgodzili się, ale po miesiącu błagania postawili jej jeden warunek, że może spotkać się, ale tylko w obecności jednego z nich. Mąż koleżanki miał stać trochę dalej od córki, ale w pobliżu. Zgodziła się.
Nadszedł wyczekiwany dzień. Podjeżdża samochód i jak pewnie domyślacie się, 14-letnia Wiktoria okazała się być ok. 45-letnim facetem.
Jak to usłyszałam... zamarłam. Uważajcie z kim spotykają się i piszą wasze dzieci.
Gdy byłam mała, naciągałam wargi sromowe, szłam do brata starszego ode mnie o trzy lata i mówiłam, że to wejście do jaskini...
Mam nadzieję, że o tym zapomniał.
Z kuzynką mojego chłopaka nigdy nie dogadywałyśmy się jakoś szczególnie dobrze. Dzieli nas spojrzenie na świat i różne charaktery. (Nazwijmy ją) Anielica jest pobożną tradycjonalistką, która przez ostatnie dwa lata spędzała wieczory na przygotowaniu swojego magicznego wesela na 300 osób.
Nie widujemy się często, jednak czasami dochodziły mnie słuchy, jaki to dziwny i cyt. "niestabilny" jest związek mój i mojego chłopaka. Bo jak to tak, żyć prawie 3 lata bez ślubu i zaręczyn. No cóż, ja i mój Kochany nie chcemy wyciągać kasy od rodziców na "imprezę życia", po prostu nie spieszy nam się i mamy swój własny plan. Ale do rzeczy.
Jakieś 4 miesiące temu dziadkowie mojego chłopaka obchodzili rocznicę ślubu. Postanowiliśmy wpaść. Od progu powitała nas Anielica i jej narzeczony, którego nigdy wcześniej nie widziałam. Facet z miejsca zmierzył mnie wzrokiem, nie było to jednak takie zwyczajne przyglądanie się. Koleś obczajał każdy skrawek mojego ciała, a podczas pierwszego powitania nie omieszkał zmacać mi tyłka. Zdziwiło mnie to, ale byłam na tyle zestresowana tabunem gości na imprezie, że puściłam to w zapomnienie. Jednak nie na długo. Narzeczony Anielicy zaczął strasznie się do mnie kleić, rzucał mniej lub bardziej przaśnymi komplementami. Mój chłopak był już na skraju wytrzymałości, ale nie chciał robić scen podczas rodzinnej imprezy. Widziałam, że matka kuzynki próbuje zabić mnie wzrokiem, a sama Anielica tylko smutno spuściła głowę. Punktem kulminacyjnym podrygów chłopaczka było stwierdzenie, że gdyby wiedział, że w mieście X są takie piękne laski, to by poszedł tam na studia i bym została żoną przyszłego adwokata. Odpowiedziałam, że za nic bym nie chciała faceta, który bezczelnie flirtuje z inną w mojej obecności. Nie bardzo przejął się tym tekstem i dalej próbował mnie "uwieść".
Tydzień później na fejsie dostałam wiadomość od niego. Otóż zapraszał mnie na kolację ze śniadaniem. Od razu pokazałam to chłopakowi. Postanowiliśmy powiedzieć Anielicy. Nie chciała uwierzyć, dopiero gdy w kolejnej wiadomości opisał, że zawsze chciał się ożenić z dziewicą, ale przed ślubem facet może przecież sobie przetrenować sprzęt, zmieniła zdanie.
Do pokoju hotelowego wparował z winem, różami i prezerwatywami, jednak zamiast kolacji przy świecach zastał Anielicę w furii. Dziewczyna zerwała zaręczyny. Jednak po rozmowie ze swoją mamunią postanowiła przebaczyć chłopakowi, bo "tego chce Bóg", do tego nigdy nie znajdzie lepszej partii, a poza tym wesele jest już opłacone i najważniejsze, czyli "co ludzie powiedzą?".
Na ślub nie dostałam zaproszenia, bo cyt. "mogę spowodować problemy". Mój chłopak też nie uczestniczył w tej farsie. Za to jego rodzice tydzień temu podzielili się informacją, że na weselu pan młody został przyłapany w pozycji na pieska z druhną.
I co teraz ludzie powiedzą?
"Na ceny w sklepach patrzymy codziennie wszyscy. I codziennie przecieramy oczy ze zdumienia. Takiej drożyzny dawno już nie było. Potwierdzają to raporty GUS-u o galopującej inflacji"
Niby cytat z wykopu, a jaki prawdziwy. Ostatnio jak wrzuciłem posta na temat 500+ niektórzy wychwalali, że to dobry pomysł i w ogóle, bo P*S daje. Jeszcze wam się to odbije, że głosowaliście na tę partię, a to 500 zł będzie tyle warte, że będzie można sobie tyłek podetrzeć, bo nie będzie was stać na papier. Brawo wy, wyborcy tejże partii.
Dodaj anonimowe wyznanie