Pracuję na basenie prywatnym na recepcji. Od basenu dzieli mnie cienka ścianka. Kilka razy w tygodniu przychodzą do nas zorganizowane grupy pań na zajęcia aqua aerobiku. Na moim stanowisku mam dostęp do świateł na basenie, kamer i wszystkiego co możliwe.
Pewnego wieczoru, kończąc już zmianę, zaczynam sprzątać na biurku, chować wszystko itd. Dumna z siebie, że uwinęłam się tak szybko, bo została mi jeszcze chwila, żeby poprzeglądać internet w celach prywatnych. W pewnym momencie wyrwał mnie krzyk kilkunastu osób dobiegający z basenu, patrzę na kamerę i widzę panie uciekające przed wielką, plastikową elektroniczną klapą zamykającą basen.
Okazało się, że niechcący nacisnęłam przycisk do zamykania basenu podczas sprzątania biurka. Na szczęście nikomu nic się nie stało, poza najedzeniem się strachu.
Jeśli któraś z pań to czyta, to bardzo przepraszam za zbędną adrenalinę i tak, to byłam ja, nie awaria :D.
PS Jeszcze mnie nie wyrzucili.
Moja partnerka życiowa postanowiła mnie zostawić po długim stażu w związku. Nie radzę sobie z tym zupełnie. U psychologa byłem, znajomi mówią, że będzie dobrze, ale nic się nie poprawia.
Ostatnio stwierdziłem, że zacznę umawiać się z kobietami i będę uprawiał z nimi seks, zobaczę, czy mi coś to pomoże. No i teraz mam ogromne wyrzuty sumienia, w chwili gdy to robiłem miałem w głowie tylko jedną myśl - "co ty robisz ze swoim życiem, chcesz żeby ona do ciebie wróciła, a robisz takie rzeczy". Przez całe 15 lat byłem wiernym, oddanym mężem/chłopakiem, nigdy nie popatrzyłem na inną kobietę, byłem po prostu dobrym człowiekiem i teraz próbowałem zrobić coś wbrew mojemu normalnemu zachowaniu. Myślałem, że skoro byłem cały czas dobry i dostaję za to po dupie, to teraz będę złym człowiekiem i zobaczę, jak się z tym będę czuł.
Czuję się tragicznie, mimo że wiem, że nie jesteśmy razem i to nie jest zdrada. Czuję się okropnie, lecz ciągle wierzę, że może się jeszcze zejdziemy, ale gdybyśmy się ponownie zeszli, to nie wiem jak moja głowa wytrzyma to, że byłem z innymi kobietami, a myślałem tylko o niej.
Przez część rodziny zostałem uznany za maminsynka, a moi rodzice za nadopiekuńczych. Dlaczego? Bo rodzice odwieźli mnie na studia do innego miasta, a nie pojechałem autobusem czy pociągiem. Powtórzę – odwieźli studenta pierwszego roku do obcego miasta, do wynajmowanego mieszkania, którego nie zna, ze skrzynką jedzenia i sławnych słoików.
Ręce opadają. Naprawdę większość ludzi też tak myśli czy z nimi jest jednak coś nie tak?
Czy naprawdę jeśli ktoś nie pracuje w kopalni od 7. roku życia i czasami korzysta z pomocy rodziców, to jest maminsynkiem?
Wczoraj idąc do pracy, postanowiłam zajść do piekarni po jakieś ciastko. Weszłam kulturalnie i poprosiłam o ciastko za 2.99. Przy kasie patrząc w portfel miałam cały banknot 100-złotowy i jakieś drobniaki (wszystkie moje pieniądze trzymam głównie na karcie, a akurat tam nie można płacić kartą).
Z uprzejmości po prostu nie chciałam żeby wydawała mi takiej reszty z tego banknotu, tak więc zaczęłam szukać wśród drobniaków tej oto kwoty. Jak na złość zabrakło mi grosika i zapytałam się jej uprzejmie, czy może mi odpuścić grosza. Odpowiedziała, ze złą miną, że tak nie można. Na szczęście pan za mną był taki uprzejmy, że podał pani tego grosza.
Na następny dzień postanowiłam znowu pójść do piekarni, by kupić ciastko. Zobaczyłam znowu tę samą panią co wczoraj i spokojnie daję jej 3 zł, po czym ona do mnie "Czy mogę być pani winna grosika?". Jak powiedziałam jej, że tak nie można, to zaczęła biegać po piekarni i pytać się koleżanek, czy mają grosika.
Chyba już nie zajdę do tej piekarni, bo mi coś jeszcze podłoży do tego ciastka :P
Działo się to ok. 15 lat temu w pewnym gimnazjum na peryferiach wojewódzkiego miasta. Szkoła liczyła ok. 200 uczniów, jak łatwo się domyślić prawie wszyscy się znali. Do szkoły chodziła dziewczynka, powiedzmy Emilka. Była to ogólnie miła uczennica, jednakże niekiedy miała problemy emocjonalne, bywała wybuchowa. Miała problem zdrowotny polegający na tym, że na każdej przerwie musiała iść do WC z tzw. jedynką. Wynikało to z infekcji, miała swego czasu torbiel na jajniku, który uciskał na pęcherz. Emilka wstydziła się tego, więc w miarę możliwości chodziła do ubikacji na innym piętrze niż to, na którym miała lekcje. Była rozżalona z powodu uciążliwej choroby, przez co niekiedy zdarzyło się jej zwyzywać kogoś, kto to zauważył, wycofała się z kontaktów towarzyskich, nie chciała, żeby ktokolwiek o tym wiedział.
W klasie rok wyżej niestety była grupka dziewczyn, które to zauważyły i pytały Emilkę, dlaczego na każdej przerwie lata do kibla i podśmiewały się z niej. Wśród dziewczyn podśmiewających się z Emilki przodowała zwłaszcza jedna, nazwijmy ją Stefka.
Wiadomo, że naśmiewanie się z innych ludzi jeśli są chorzy i zadawanie im krępujących pytań do miłych nie należy i chociaż Emilka starała się tym nie przejmować, to wewnętrznie bardzo ją to bolało, czuła się gorsza od innych, chociaż niekiedy starała się udawać wesołą, przebojową dziewczynę. Takim ludziom jak Emilka choroba bardzo utrudnia życie i jeśli mają słabą psychikę, to mogą się załamać, co Emilce się zdarzało.
Niedawno się dowiedziałam, że Stefka jakieś 3 tygodnie temu w wieku 29 lat zmarła z powodu tętniaka. Z jednej strony trochę mi żal jej, bo była młoda, ale z drugiej... może to okrutne, ale pierwsze co mi przyszło do głowy po tej jak by nie patrzeć smutnej nowinie, to że jest to kara za naśmiewanie się z choroby koleżanki.
Mam najcudowniejszego męża na świecie!
Od zawsze interesowałam się makijażem, lubiłam dobrze wyglądać, choć nie jestem maszkaronem, to jak każda kobieta w makijażu czułam się lepiej. Skończyłam kurs wizażu na własny użytek. Stało się to po części moim hobby. Kosmetyków rożnej maści mam 18 szuflad i tak, wszystkiego używam, zależnie od tego jaki makijaż wykonuję. Zawsze przyklejałam sobie też rzęsy.
Aktualnie jestem w ciąży i przechodzę przez koszmar pierwszego trymestru. Generalnie mam ogólny brak chęci do życia, a że jestem na zwolnieniu, to nie maluję się, chodzę w dresie itp. Najzwyczajniej w świecie mi się nie chce.
Przez ostatnie dwa tygodnie mój mąż zaczął się dziwnie zachowywać i "ukrywać" ze swoim laptopem. Mówię - nic tylko ma jakąś nową grę i ucieka od moich "humorów".
Jak wielkie było moje zdziwienie, kiedy zawołał mnie do garderoby, gdzie stoi moja toaletka z całym dobytkiem, kazał usiąść, zamknąć oczy i się nie odzywać. Jak powiedział tak zrobiłam, bez zbędnych pytań. Po czym czuję, ze zaczyna malować mi oczy, twarz, brwi, a na koniec słyszę, że wyjmuje kępki rzęs. Pierwsza myśl: oszalał i zaraz wydłubie mi oczy! Ale nie odzywam się i siedzę dalej. Po około 40 minutach każe otworzyć oczy i popatrzeć w lustro. Nie wierzyłam własnym oczom, wyglądałam jak na rozdanie Oskarów (gdyby nie piżama i tłuste włosy :p). Zapytałam skąd on umie takie rzeczy? Odpowiedział, że często lubił patrzeć jak się maluję, no i przede wszystkim przez ostatnie tygodnie oglądał tutoriale na YT i uczył się ciężkiego rzemiosła jakim jest makijaż, bo widział, że jestem smutna, a wie, że kiedy jestem umalowana, to zawsze czuję się lepiej.
Mało się nie rozpłakałam. Co prawda rzęsy były przyklejone delikatnie krzywo (co prawda sama pierwszy raz zrobiłam to gorzej), ale za to kreska eyelinerem była perfekcyjna! Kocham mojego męża, nie sądziłam, że może być zdolny do czegoś takiego :)
Czekam aż wyskoczy z propozycją zrobienia mi paznokci hybrydowych, bo takowe też przed ciążą nosiłam i mam w domu cały potrzebny sprzęt :)
Mężu, jeśli to czytasz, to wiedz, że jesteś najlepszy!
Jestem pielęgniarką.
Pracuję w przychodni, gdzie jednym z najczęstszych moich zajęć jest szczepienie dzieciaków. Praca piękna, lecz nieco niewdzięczna, nie tyle ze strony samych małych pacjentów, co ich rodziców. Zdarzyło się nie raz i nie dwa, że wijące się ze strachu dzieci uciekały z kolan trzymających ich kurczowo mam lub ojców zanim jeszcze przygotowałam się do samego szczepienia, zanim w ogóle dotknęłam strzykawkę, co wiązało się z późniejszą dezorganizacją pracy, szukaniem zapłakanego dziecka i wyrzutami ze strony rodziców "no i widzisz, babo, co narobiłaś?!".
Moje wyznanie nie jest stricte anonimowym wyznaniem, lecz prośbą.
Prośbą skierowaną do obecnych, przyszłych, młodych i starszych rodziców.
NIE STRASZCIE DZIECI LEKARZEM!
"Jak nie przestaniesz rozrzucać zabawek, to pójdziemy do pana doktora!". A co jeśli będzie pilna potrzeba wizyty? Zamierzasz stresować dzieciaka odwracając potem kota ogonem i tłumacząc, że tak naprawdę to pan doktor nie robi krzywdy? Jeśli dziecko przyswoiło już wersję, że lekarz jest kimś, kto da mu karę za bycie niegrzecznym, to choćbyście się dwoili i troili, będzie się im kojarzył z tym bardzo długo. Lepiej oszczędzić sobie widoku zachodzącego się od płaczu dziecka pod gabinetem.
NIE STRASZCIE DZIECI ZASTRZYKAMI!
Zastrzyk to nie jest forma kary. Jest to jedna z najskuteczniejszych i najszybszych dróg podawania leków. Jeśli wpoisz dziecku, że zastrzyk jest karą, nigdy nie będzie przechodzić koło gabinetu pielęgniarskiego spokojnie. A kiedy przyjdzie czas na taki zabieg - gwarantuję, nie będzie ani łatwo, ani przyjemnie patrzeć na dziecko, nie wspominając już o próbach uspokojenia.
NIE OBIECUJCIE "NA PEWNO NIE BĘDZIE BOLAŁO"
Ukłucie zawsze jest nieprzyjemne. Ale zamiast zapewnień, że na pewno nic nie poczuje, lepiej jest wyjaśnić jak wygląda taka wizyta w gabinecie, kim jest pielęgniarka (nie jest babą od zastrzyków! jest osobą, która podaje leki po to, by komuś one pomogły), powiedzieć, że samo szczepienie bądź zastrzyk będzie wyglądał tak a nie inaczej. Że poczuje nieprzyjemne szczypnięcie, ale jest to do wytrzymania. Osobiście polecam pokazanie dziecku tego rodzaju odczucia poprzez "ukłucie" (oczywiście z wyczuciem!) porządnie zatemperowanym ołówkiem skóry dziecka. Zaproponuj, by podczas tego momentu głęboko i spokojnie oddychało, bo to uspokaja i zmniejsza dyskomfort.
Ze swojej strony mogę zapewnić, że pielęgniarka, która świadomie wybrała swój zawód zrobi co może, by wizyta była jak najmniej stresująca dla dziecka i rodzica.
Znudzonych przepraszam za formę i temat mojego wpisu, zainteresowanych zachęcam do racjonalnego podejścia do wychowania dziecka.
Pozdrawiam i (oby nie było to konieczne!) do zobaczenia w gabinecie! :)
Piguła
Jestem samotnym ojcem 12-latka. Wczoraj dostałem telefon ze szkoły, bym się natychmiast stawił, bo moja pociecha ponoć ostro zbluzgała nauczycielkę od matmy. Szef zgodził się, żebym się urwał na 2 godziny z pracy
W gabinecie dyrektorki były już 4 osoby. Właśnie dyrektorka, Bartek - mój syn, matematyczka, którą pomyliłbym z pierwszą lepszą nastolatką na ulicy i jakaś jeszcze jedna uczennica.
O co poszło? Sprawa na lekcji wyglądała mniej więcej tak. Matematyczka robiła zadanie, pomyliła się gdzieś po drodze. Bartek wyłapał błąd, więc żeby klasa bezmyślnie nie przepisywała, to owy błąd zgłosił. Wtedy nastąpiła pierwsza obraza majestatu. Pierwsza z trzech. Bo ona sobie nie pozwoli, żeby uczeń u niej na lekcji się mądrzył. Ma słuchać i nie dyskutować.
Druga obraza majestatu nastąpiła na tej samej lekcji. Bartek zasugerował pani, że może robiliby te zadania trochę inną metodą, prostszą wg niego. No to babeczka od razu swój monolog zaczęła, że to ona jest nauczycielką, a nie on. I ma siedzieć na dupie w ławce i słuchać, a nie się mądrzyć.
Trzecia obraza majestatu, która zaważyła o wezwaniu mnie do szkoły, działa się po dzwonku, na drugiej lekcji. Koleżanka Bartka, która była z nami w gabinecie, miała problem ze zrozumieniem jakiegoś zagadnienia i na prośbę, by zostało to ponownie wytłumaczone, została kolokwialnie mówiąc, olana. Więc Bartek, jak gdyby nigdy nic, po prostu przesiadł się do koleżanki i zaczął jej to tłumaczyć. Po swojemu, tak by zrozumiała. Wtedy pałka się przegięła, matematyczka stwierdziła, że takiej samowolki na lekcji nie będzie tolerować i poszła do dyrektorki na skargę. Już nawet nie do wychowawcy, tylko do dyrektorki od razu.
Potem wywiązała się między nami mniej więcej taka rozmowa:
- Pani pierwszy rok uczy w szkole?
- Nawet jakby, to co panu do tego?
- Tak tylko pytam. Swoją drogą, pani mama uczy chyba biologii w liceum, zgadza się?
- No zgadza się, zgadza się.
- Więc proszę brać z niej przykład, bo znam ją doskonale i wiem jakim jest pedagogiem. A pani, to póki co, jeszcze wiele do niej brakuje. Poza tym, to co pani zrobiła dzisiaj na lekcji, jest po prostu zabijaniem kreatywności u dzieci i podcinaniem im skrzydeł.
- Przepraszam bardzo, póki co, to ja jestem nauczycielem, a nie pan.
- To prawda, ale śmiem twierdzić, że o wychowywaniu dzieci nie ma pani zielonego pojęcia. I proszę nie zapominać o tym, że pani podopiecznymi są 12-latkowie, a nie studenci i oni wymagają trochę innego podejścia.
- Proszę przekazać matce Bartka, że chce się z nią jutro widzieć.
- Moja żona nie żyje od 2 lat. Więc nie będzie miała pani okazji.
- Pani dyrektor, na przyszłość, proszę nie wzywać mnie o takie bzdury, skoro wina ewidentnie leży po stronie nauczyciela.
Wychodząc z gabinetu i wracając do pracy, myślałem sobie, nie ma co, nauczyciel z powołania, takiego to ze świecą szukać...
Moja mama ma przyjaciółkę, którą od niedawna nazywa "nieszczęśliwą kobietą". Wychowanie dzieci w jej rodzinie jest bardzo religijne. Wczoraj jej córka przyznała się, że jest lesbijką; ma dziewczynę, którą bardzo kocha i nazywa narzeczoną.
Jej mama przy tej wiadomości straciła świadomość.
Mama opowiadała mi o tym ze łzami w oczach, również bardzo to przeżyła. Zaczęła obszernie opowiadać o tym, że jak tak można kobieta z kobietą, że córka jej przyjaciółki nie ma Boga w sercu, i gdybym to ja coś takiego zrobiła, pewnie umarłaby z rozpaczy.
Chyba nie opłaca się jej powiedzieć o tym, że "narzeczoną" tej dziewczyny jestem ja...
Moi rodzice się rozwiedli. Cała rodzina ze strony mamy obwinia o to mojego tatę i ma go za świnię i alkoholika. Prawda jest inna. Ojciec raz w tygodniu, w weekend wychodził z kumplami na piwo. Nigdy nie wrócił wstawiony w trupa. W tygodniu pił tylko w przypadku specjalnych okazji. Mimo to matka miała go za rasowego alkoholika i co weekend czekała pod drzwiami aby urządzić mu karczemną awanturę połączoną z tłuczeniem szkła i wrzaskami na cały blok. Ojciec nigdy nie uderzył mamy, ale czasami puszczały mu nerwy i wykrzyczał swoje. Po kłótni to on przychodził mnie uspokoić i przepraszać, że muszę tego słuchać. W końcu się jednak rozwiedli.
Rozwód miał być za porozumieniem stron. Mama jednak znalazła "świadków" i koniec końców został orzeczony rozwód z winy taty. Sam nie miałem wiele do powiedzenia, gdyż byłem zbyt mały. Po rozwodzie zostałem z mamą. Sytuacja się uspokoiła, jednak cały czas wmawiała mi jaki to on jest zły i utrudniała mi z nim kontakt. Na szczęście byłem uparty i nadal się z nim spotykałem. Problem jednak powrócił na moich osiemnastych urodzinach, kiedy razem ze wszystkimi wypiłem toast za moje wejście w dorosłość. Urządziła przy wszystkich gościach takie samo przedstawienie jak kiedyś tacie. Kończąc je rzuciła o ścianę wielką miską z frytkami i wyszła. Nie takiej osiemnastki się spodziewałem.
Dalej było tylko gorzej. Zaczęło się to samo co z tatą. Kontrolowanie, krzyki, tłuczenie naczyń. Nie krępowała się nawet przy znajomych. I nie chodziło tu o wielkie popijawy tylko jedno, dwa piwa w tygodniu. Nawet gdy wracałem ze szkoły słyszałem teksty typu "Na pewno sobie piwko po drodze łyknąłeś, ja cię znam".
Jakoś rok temu przebrała się miarka. Moja dziewczyna postanowiła kupić swojemu tacie na urodziny wino dojrzewające. Poprosiła mnie o pomoc w wyborze i przechowanie, by solenizant na nie przedwcześnie nie trafił. Po zakupach pojechaliśmy do mnie. Gdy my się ściągaliśmy kurtki moja mama już zdążyła się dobrać do torby z zakupami. Kiedy tylko wypatrzyła wino ryknęła wściekle i cisnęła butelkę przez pół mieszkania. To majestatycznie roztrzaskało się o ścianę a na nas spadła tyrada. Obelgi skierowane w moją stronę mogłem znieść, ale nazwanie mojej dziewczyny dz**ką, która rozpija jej syna była przegięciem. Tego samego dnia się spakowałem i z pomocą przyjaciela wyprowadziłem do mojej dziewczyny.
Od tego czasu minął rok. Dzięki wyprowadzce od mamy stałem się spokojniejszy i poprawiłem relacje z tatą. Z mamą też chciałem utrzymywać kontakt, ale ona nie chciała mnie widzieć. Czemu piszę to wyznanie? Przyjaciółka mamy zadzwoniła do mnie z informacją, że mama od kilku miesięcy pije i trafiła do szpitala z ciężkim zatruciem alkoholowym. Gdy poszedłem do niej w odwiedziny pierwsze słowa jakie usłyszałem brzmiały "O pijak przyszedł matkę odwiedzić".
Dodaj anonimowe wyznanie