Po ukończeniu technikum urwał mi się kontakt z paroma znajomymi, z którymi wtedy naprawdę dobrze trzymałem. Jedną z takich osób był M. Pochodził z ubogiej rodziny, ale jako człowiek był w porządku, szanował ludzi, był miły, często więc przebywałem w jego towarzystwie. Stał się mi jak przyjaciel. Przechodząc więc do sedna tej historii...
Otóż dostałem ostatnio przeniesienie z pracy do innego miasta, gdzie właśnie przypadkiem spotkałem M. Zaczęliśmy rozmawiać i tak od słowa do słowa dowiedziałem się, że ma żonę i dziecko ma utrzymaniu, ale zanim zapytał mnie jak mi się życie ułożyło wspomniał, że dorabia jako diler, by móc utrzymać rodzinę. Powiedział mi o tym ot tak - po prostu cały czas ma do mnie zaufanie.
No cóż... Pracuję w policji... W wydziale antynarkotykowym.
Gdy byłam w ciąży okazało się, że nie mam prawa być biologiczną córką mojego ojca. Zupełna niezgodność grup krwi.
Od trzech lat drętwieję na żart "chyba nie jesteś moją córką".
Tak, tato, nie jestem.
Kiedy miałam jakieś 11-12 lat, obejrzałam jakiś horror i w nocy tak bałam się chodzić do toalety, że sikałam na ręcznik i codziennie go wymieniałam...
Ostatnio byłam świadkiem bardzo ciekawej sytuacji w jednym ze sklepów. Mieszkam blisko sklepu, więc często w nim bywam robiąc codzienne zakupy i widziałam wiele sytuacji, ale ta po prostu powaliła mnie na kolana.
Stałam sobie przy jednej z półek wybierając paluszki i orzechy. Obok mnie stała dziewczyna, dość młoda. W pewnej chwili zadzwonił do niej telefon tak głośno, że aż się wystraszyłam i wyrwałam z moich rozmyślań na dręczące mnie pytanie: paluszki słone czy nie? Ale do rzeczy.
Nie chciałam podsłuchiwać, co mówi ta dziewczyna, ale mówiła głośno i nie dało się jej po prostu nie słuchać. A jej rozmowę słyszałam mniej więcej tak: "Cześć, kotku... Mh... tak, tak... Słuchaj, mam pytanie, chcesz na obiad kurczaka z warzywami, pstrąga czy wołowinę? Kurczaka? Dobra, no pa, pa".
Naprawdę nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że dziewczyna rozłączyła się i sięgnęła po kocią karmę, mówiąc przy tym "No to smacznego...".
Na pożegnanie uśmiechnęła się do mnie i powiedziała tylko, że chłopak był niegrzeczny i poszła.
Naprawdę nie wiem, co zrobił jej luby, ale musiał grubo przekroczyć granicę wytrzymałości tej dziewczyny. Takiej satysfakcji w oczach i złowieszczego uśmiechu jeszcze nie widziałam ;)
Jak miałam 18 lat, to poszłam do salonu tatuażu i poprosiłam o dziarę z kodem kreskowym na wewnętrznej stronie przedramienia, bo uznałam, że to takie cool, futurystyczne i w ogóle. Teraz jestem na studiach zaocznych, a dorabiam sobie pracując na kasie w jednym z dużych supermarketów. Wczoraj coś mnie podkusiło i postanowiłam, za pomocą czytnika, zeskanować mój tatuaż. Okazuje się, że jestem kurzym rosołem za 1,49 zł od Vifona.
Moja przygoda z "ciocią z Ameryki" rozpoczęła się bardzo wcześnie, gdyż w wieku 9 lat. Dostając okresu nie wiedziałam co to. Nie wiedziały też tego inne dziewczynki z klasy.
Dostałam go w szkole, podczas jednej z przerw. Zauważyły to moje przyjaciółki, które jednoznacznie stwierdziły, że umieram. Uwierzyłam też w to i ja. Koleżanki zaprowadziły mnie do łazienki, położyły na ziemi, a ja "ostatkiem sił" powiedziałam, żeby poinformowały moich rodziców o mojej śmierci. Koleżanki poszły zatem na lekcję. Kiedy wychowawczyni zapytała się gdzie jestem, jednogłośnie odpowiedziały, że umieram w łazience i mam wylew. Zdezorientowana nauczycielka pobiegła do łazienki, lecz w przypływie emocji straciła przytomność na korytarzu. Huk upadającego ciała usłyszała inna nauczycielka, która wybiegła z sali i od razu przystąpiła do reanimacji. Dopiero wtedy koleżanki powiedziały o moim stanie.
Nauczycielka przyszła do mnie i od razu stwierdziła jaka przypadłość mnie złapała. Nie wierzyłam w żadne słowo nauczycielki. Dopiero po 4-godzinnym tłumaczeniu mamy zrozumiałam, że nie umieram, a stałam się kobietą.
Wracam z suto zakrapianej imprezy do domu. Czeka na mnie babcia. Godzina 4 rano, a ona pyta, czy może by mi nie odgrzać pierożków, bo wyglądam na głodnego.
Kocham moją babcię :)
Mój przyjaciel Kamil był największym kawalarzem w historii naszego gimnazjum, a może nawet miasta. Za cel obierał sobie często naszego kolegę Bartka, bo Bartek był... Cóż. Nie był najbystrzejszy w klasie, że tak to ujmę. Ten typ kolesia, który wyjarał resztki szarych komórek i nie ogarniał podstaw nawet na technice.
Kamil wielokrotnie zrobił go w przysłowiowe bambuko, ale swój ostateczny kawał szykował ponad dwa lata i wywinął go dopiero w ostatniej klasie gimbazy.
Otóż Bartek bywał w szkole dość rzadko i jak już to tylko ciałem, nie umysłem. Zero zaangażowania. Po jednej z lekcji polskiego Kamil podszedł do naszego klasowego Einsteina i mówi, że pożyczy mu tę książkę. Bartek oczywiście "O co chodzi, człowieku? Jaką książkę?", na to Kamil "Nie słuchałeś babki z polaka? Ci co mają zagrożenie żeby zdać mają przeczytać lekturę i zrobić 10-stronicowe wypracowanie na jej temat".
Bartek wzruszył ramionami, ale potem chyba dostał w domu opieprz od matki, albo (w co wątpię) sam poszedł po rozum do głowy i poprosił Kamila o pożyczenie tej książki "bo on jednak chce zdać z polskiego choćby na dwóję".
Kamil oczywiście dobry kolega, dał mu lekturę, która była świeżo wydrukowana i spreparowana całkowicie przez Kamila we własnej osobie... Pracował nad nią wieczorami, przepisywał fragmenty "Zmierzchu" czy książek Paolo Coehlo, dał trochę cytatów z Biblii i wszystko okrasił dużą dawką nudnego pierdzielenia o byle czym co kilka stron. Dzieło, które przez to powstało było długie, nudne i dość niezrozumiałe. Sam podrzuciłem mu parę pomysłów jak uczynić je jeszcze bardziej żmudnym do czytania.
W końcu wydrukował to cudo i dał Bartkowi, zdesperowanemu by zdać w końcu to zasmarkane gimnazjum, bo ile można kiblować. Bartuś przeczytał (skarżył nam się, że nie znalazł streszczenia na internecie) i napisał karkołomne, 10-stronicowe wypracowanie z dzieła Kamila (za co szacun, bo ja bym nie dał rady tego doczytać do końca).
Mina i reakcja nauczycielki polskiego była nie do opisania! Co ciekawe, dała mu dwóję twierdząc, że skoro mu tak zależy, to niech ma, tylko ma jej nie zawieść i zdać inne przedmioty.
Nie wiem co teraz dzieje się z Bartkiem, ale Kamil bajkopisarz pracuje za granicą i z tego co wiem koledzy z pracy mają przy nim ciekawie, bo dalej wywija kawały na taką skalę.
Mąż zadał mi pytanie, dlaczego ciągle jestem zmęczona, skoro tylko "siedzę w domu i nic nie robię".
Dla ścisłości - mamy 7-letnią córkę, 4-letniego synka, a 2 miesiące temu urodziłam bliźnięta, ale tak, nic nie robię całymi dniami.
Gdy żona zaczęła rodzić, wsiedliśmy w samochód i migiem do szpitala. Pech chciał, że akurat po drodze stał patrol, który nas zatrzymał, jako że miałem swoje na liczniku. Z tych całych nerwów się popłakałem... Żona w cierpieniu, przed oczami wizja paru stówek wydanych na mandat zamiast małego pępkowego... Wybiegam z samochodu, krzyczę do mundurowych z oddali "Żona rodzi, wypiszcie panowie szybko mandat, bo nie mam czasu!".
Coś między sobą pogadali i jeden z nich wsadził mnie na tylne siedzenie mojego samochodu, a sam siadł za kółkiem mówiąc, że nas zawiezie, bo nie jestem w stanie prowadzić i że szkoda tracić kasy na mandaty, skoro dziecko w drodze. Drugi kolega nas eskortował na sygnale.
Byłem w większym szoku niż moja żona, na tyle, że zapomniałem wziąć kluczyki i zaparkować auto, po prostu wysiadłem jak z taksówki biorąc torbę żony i pędem na porodówkę.
Trzymałem już córkę na rękach, pielęgniarka przyniosła mi kopertę z kluczykami w środku, informacjami gdzie dokładnie zaparkowany jest samochód i gratulacjami.
Tyle emocji w jeden dzień... Jeśli panowie mundurowi to czytacie, to dziękuję jeszcze raz za ogromny gest z waszej strony, oby więcej takich ludzi.
Dodaj anonimowe wyznanie