#SrMvc

Po ukończeniu technikum urwał mi się kontakt z paroma znajomymi, z którymi wtedy naprawdę dobrze trzymałem. Jedną z takich osób był M. Pochodził z ubogiej rodziny, ale jako człowiek był w porządku, szanował ludzi, był miły, często więc przebywałem w jego towarzystwie. Stał się mi jak przyjaciel. Przechodząc więc do sedna tej historii...

Otóż dostałem ostatnio przeniesienie z pracy do innego miasta, gdzie właśnie przypadkiem spotkałem M. Zaczęliśmy rozmawiać i tak od słowa do słowa dowiedziałem się, że ma żonę i dziecko ma utrzymaniu, ale zanim zapytał mnie jak mi się życie ułożyło wspomniał, że dorabia jako diler, by móc utrzymać rodzinę. Powiedział mi o tym ot tak - po prostu cały czas ma do mnie zaufanie.

No cóż... Pracuję w policji... W wydziale antynarkotykowym.

#bFMvX

Ostatnio byłam świadkiem bardzo ciekawej sytuacji w jednym ze sklepów. Mieszkam blisko sklepu, więc często w nim bywam robiąc codzienne zakupy i widziałam wiele sytuacji, ale ta po prostu powaliła mnie na kolana.

Stałam sobie przy jednej z półek wybierając paluszki i orzechy. Obok mnie stała dziewczyna, dość młoda. W pewnej chwili zadzwonił do niej telefon tak głośno, że aż się wystraszyłam i wyrwałam z moich rozmyślań na dręczące mnie pytanie: paluszki słone czy nie? Ale do rzeczy.
Nie chciałam podsłuchiwać, co mówi ta dziewczyna, ale mówiła głośno i nie dało się jej po prostu nie słuchać. A jej rozmowę słyszałam mniej więcej tak: "Cześć, kotku... Mh... tak, tak... Słuchaj, mam pytanie, chcesz na obiad kurczaka z warzywami, pstrąga czy wołowinę? Kurczaka? Dobra, no pa, pa".
Naprawdę nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że dziewczyna rozłączyła się i sięgnęła po kocią karmę, mówiąc przy tym "No to smacznego...".
Na pożegnanie uśmiechnęła się do mnie i powiedziała tylko, że chłopak był niegrzeczny i poszła.

Naprawdę nie wiem, co zrobił jej luby, ale musiał grubo przekroczyć granicę wytrzymałości tej dziewczyny. Takiej satysfakcji w oczach i złowieszczego uśmiechu jeszcze nie widziałam ;)

#uEvV1

Jak miałam 18 lat, to poszłam do salonu tatuażu i poprosiłam o dziarę z kodem kreskowym na wewnętrznej stronie przedramienia, bo uznałam, że to takie cool, futurystyczne i w ogóle. Teraz jestem na studiach zaocznych, a dorabiam sobie pracując na kasie w jednym z dużych supermarketów. Wczoraj coś mnie podkusiło i postanowiłam, za pomocą czytnika, zeskanować mój tatuaż. Okazuje się, że jestem kurzym rosołem za 1,49 zł od Vifona.

#abSQh

Moja przygoda z "ciocią z Ameryki" rozpoczęła się bardzo wcześnie, gdyż w wieku 9 lat. Dostając okresu nie wiedziałam co to. Nie wiedziały też tego inne dziewczynki z klasy.

Dostałam go w szkole, podczas jednej z przerw. Zauważyły to moje przyjaciółki, które jednoznacznie stwierdziły, że umieram. Uwierzyłam też w to i ja. Koleżanki zaprowadziły mnie do łazienki, położyły na ziemi, a ja "ostatkiem sił" powiedziałam, żeby poinformowały moich rodziców o mojej śmierci. Koleżanki poszły zatem na lekcję. Kiedy wychowawczyni zapytała się gdzie jestem, jednogłośnie odpowiedziały, że umieram w łazience i mam wylew. Zdezorientowana nauczycielka pobiegła do łazienki, lecz w przypływie emocji straciła przytomność na korytarzu. Huk upadającego ciała usłyszała inna nauczycielka, która wybiegła z sali i od razu przystąpiła do reanimacji. Dopiero wtedy koleżanki powiedziały o moim stanie.

Nauczycielka przyszła do mnie i od razu stwierdziła jaka przypadłość mnie złapała. Nie wierzyłam w żadne słowo nauczycielki. Dopiero po 4-godzinnym tłumaczeniu mamy zrozumiałam, że nie umieram, a stałam się kobietą.

#Hw1GY

Mój przyjaciel Kamil był największym kawalarzem w historii naszego gimnazjum, a może nawet miasta. Za cel obierał sobie często naszego kolegę Bartka, bo Bartek był... Cóż. Nie był najbystrzejszy w klasie, że tak to ujmę. Ten typ kolesia, który wyjarał resztki szarych komórek i nie ogarniał podstaw nawet na technice.

Kamil wielokrotnie zrobił go w przysłowiowe bambuko, ale swój ostateczny kawał szykował ponad dwa lata i wywinął go dopiero w ostatniej klasie gimbazy.
Otóż Bartek bywał w szkole dość rzadko i jak już to tylko ciałem, nie umysłem. Zero zaangażowania. Po jednej z lekcji polskiego Kamil podszedł do naszego klasowego Einsteina i mówi, że pożyczy mu tę książkę. Bartek oczywiście "O co chodzi, człowieku? Jaką książkę?", na to Kamil "Nie słuchałeś babki z polaka? Ci co mają zagrożenie żeby zdać mają przeczytać lekturę i zrobić 10-stronicowe wypracowanie na jej temat".

Bartek wzruszył ramionami, ale potem chyba dostał w domu opieprz od matki, albo (w co wątpię) sam poszedł po rozum do głowy i poprosił Kamila o pożyczenie tej książki "bo on jednak chce zdać z polskiego choćby na dwóję".

Kamil oczywiście dobry kolega, dał mu lekturę, która była świeżo wydrukowana i spreparowana całkowicie przez Kamila we własnej osobie... Pracował nad nią wieczorami, przepisywał fragmenty "Zmierzchu" czy książek Paolo Coehlo, dał trochę cytatów z Biblii i wszystko okrasił dużą dawką nudnego pierdzielenia o byle czym co kilka stron. Dzieło, które przez to powstało było długie, nudne i dość niezrozumiałe. Sam podrzuciłem mu parę pomysłów jak uczynić je jeszcze bardziej żmudnym do czytania.
W końcu wydrukował to cudo i dał Bartkowi, zdesperowanemu by zdać w końcu to zasmarkane gimnazjum, bo ile można kiblować. Bartuś przeczytał (skarżył nam się, że nie znalazł streszczenia na internecie) i napisał karkołomne, 10-stronicowe wypracowanie z dzieła Kamila (za co szacun, bo ja bym nie dał rady tego doczytać do końca).
Mina i reakcja nauczycielki polskiego była nie do opisania! Co ciekawe, dała mu dwóję twierdząc, że skoro mu tak zależy, to niech ma, tylko ma jej nie zawieść i zdać inne przedmioty.

Nie wiem co teraz dzieje się z Bartkiem, ale Kamil bajkopisarz pracuje za granicą i z tego co wiem koledzy z pracy mają przy nim ciekawie, bo dalej wywija kawały na taką skalę.

#JHwOR

Gdy żona zaczęła rodzić, wsiedliśmy w samochód i migiem do szpitala. Pech chciał, że akurat po drodze stał patrol, który nas zatrzymał, jako że miałem swoje na liczniku. Z tych całych nerwów się popłakałem... Żona w cierpieniu, przed oczami wizja paru stówek wydanych na mandat zamiast małego pępkowego... Wybiegam z samochodu, krzyczę do mundurowych z oddali "Żona rodzi, wypiszcie panowie szybko mandat, bo nie mam czasu!".
Coś między sobą pogadali i jeden z nich wsadził mnie na tylne siedzenie mojego samochodu, a sam siadł za kółkiem mówiąc, że nas zawiezie, bo nie jestem w stanie prowadzić i że szkoda tracić kasy na mandaty, skoro dziecko w drodze. Drugi kolega nas eskortował na sygnale.
Byłem w większym szoku niż moja żona, na tyle, że zapomniałem wziąć kluczyki i zaparkować auto, po prostu wysiadłem jak z taksówki biorąc torbę żony i pędem na porodówkę.
Trzymałem już córkę na rękach, pielęgniarka przyniosła mi kopertę z kluczykami w środku, informacjami gdzie dokładnie zaparkowany jest samochód i gratulacjami.

Tyle emocji w jeden dzień... Jeśli panowie mundurowi to czytacie, to dziękuję jeszcze raz za ogromny gest z waszej strony, oby więcej takich ludzi.
Dodaj anonimowe wyznanie