#KvDsq

Wspomnienie o nauczycielu, który nie był tak do końca bystry i rozgarnięty.

W latach 90. uczęszczałem do Technikum Budowlanego w pewnym mieście na południowym wschodzie Polski. W 4 klasie, a więc już pełnoletni i obcykani z nawykami i charakterami nauczycieli, zrobiliśmy pewien numer.

Korzystając z notorycznego spóźniania się na lekcję nauczyciela z przedmiotu technicznego pod nazwą "instalacje sanitarne", z kolegami wpadliśmy na pomysł podniesienia średniej z tego przedmiotu. Nauczyciel nie należał do bystrzachów. Pomysł podchwyciła cała klasa (25 chłopa i 2 dziewczyny) i jak jeden mąż napisaliśmy kartkówkę - jeden z nas dyktował pytania z książki, podawał, na której stronie są odpowiedzi i tak poleciało, że w 15 minut było po wszystkim, kartki schowane w biurku u "psora''.
Za tydzień pytamy jak tam kartkówka, a "psor'' oczka jak 5 złotych i mówi, że nie sprawdził i nie pamięta. To my na to, że schował głęboko do biurka. Nauczyciel wyciągnął szufladę z biurka i znalazł nasze kartkóweczki, do końca lekcji sprawdzał i stwierdził z zadowoleniem, że kartkówka wypadła nadzwyczaj dobrze, same 5 i 4!  :D

#PMPcT

Gdy o tym usłyszałem, przez długi czas nie mogłem dojść do siebie. Będzie o tym, jak małe rzeczy mogą zmienić bieg zdarzeń. Ale po kolei.

Czasy licealnych randek.
Umówiłem się na kawę z dziewczyną. Gadka szmatka, ale w końcu postanowiliśmy się pożegnać. Zaproponowałem, że ją podwiozę pod sam dom, bo było już ciemno, a ona musiałaby wracać PKS-em i trochę na piechotę. Nie zgodziła się. W sumie jej się nie dziwię, bo słabo się znaliśmy, a ja jeszcze dwa lata starszy. Jednak bałem się o nią, więc po prostu dałem jej gaz pieprzowy. Zawsze go noszę, ale jechałem samochodem, więc nie był mi potrzebny. Wytłumaczyłem jak się go używa i poszliśmy każde w swoją stronę.

Na drugi dzień zadzwoniła do mnie roztrzęsiona i z podziękowaniami. Okazało się, że gdy miała jeszcze 5 minut drogi na piechotę, zaczepiło ją dwóch pijaków, rzucali w jej stronę obrzydliwe komentarze i już się do niej zbliżali, gdy buchnęła im gazem po oczach. To ich opóźniło na tyle, żeby mogła uciec do koleżanki, która mieszka blisko.

Żałuję, że nie naciskałem na podwózkę, ale z drugiej strony nie wiem co by się stało, gdybym nie miał tego gazu i jej nie dał.
Dziewczyny! Uważajcie na siebie.
Chłopacy! Dbajcie o swoje dziewczyny.

#faGYq

W związku z tym, że dużo mówi się o tej złej stronie kościoła - dam Wam przykład na to, że zawsze musi być ta druga strona. Ta, która swego czasu uratowała mi życie.

Od początku - chorowity ze mnie chłop. Miałem lat 14, gdy wykryto u mnie wadę krzepliwości. Nie wiadomo z czego się to wzięło, po prostu jest. Plus wirusowe zapalenie wątroby. Jakoś z tym żyję, chociaż bywało kiepsko. 2 lata później wyniki spadły na bardzo niski, wręcz krytyczny poziom, gdzie nawet w warunkach klinicznych mogłem się po prostu wykrwawić po większym zabiegu. Więc wiadomo - leki. Ale nie ma lekko, z bogatej rodziny nie pochodzę, nawet pożyczki nie dałyby rady, bo przecież rachunki trzeba płacić, a rodzica mam tylko jednego. Tyle słowem wstępu.

W okolicy Wielkanocy nastąpił magiczny dzień. Dosłownie. Siedząc spokojnie przed telewizorem razem z mamuśką i babcią, słyszę pukanie do drzwi. Otwieram, co widzę - dwóch facetów z kopertą w ręku. Pytają, czy ja to ja, no i wyszło, że to jednak ja. Wręczają mi kopertę, żegnają się mówiąc, że to prezent na zajączka od parafii i po prostu odchodzą. Ja dziękuję i myk do środka.

Hmmm, koperta dziwnie gruba. Teraz wyobraźcie sobie minę 16-latka, który otwiera kopertę i widzi plik banknotów. Dokładniej 100. Po 100. Koperta zawierająca 10 tys.

Kopara opadła. Zasadniczo miały miejsce trzy reakcje:
- Moja - skąd tu tyle pieniędzy, ile tego jest itd.
- Mamy - co to jest, trzeba to oddać, pewnie pomyłka.
- Babci - na pewno fałszywe.

Tajemnicza dwójka za ten czas zdążyła się zmyć, mama wróciła do domu, wzruszyła ramionami. Koperta wylądowała na stole i nawet nie trzeba było rozmyślać na co zostaną przeznaczone.

Po przeliczeniu "na sucho", na same leki, przez rok, poszło około 8 tysięcy. Co najprawdopodobniej uratowało mnie przed tym, co mogłoby się stać, gdybym tych leków nie dostał. Mały research w parafii dał odpowiedź, że jest to, jak to określił proboszcz - "jednorazowy prezent, na zajączka". Dla samotnych rodziców, z przeznaczeniem na dzieci.

A ja, mając 21 lat, do dziś zastanawiam się, skąd ten skubaniec wiedział, kiedy pieniądze były mi potrzebne. Naprawdę potrzebne.

#yyGMQ

O obciachu przed sąsiadami

Zacznijmy od tego, że dwa dni przed sytuacją, którą Wam opowiem, wprowadziłam się z narzeczonym i córką do nowego dla nas bloku na czwarte, a zarazem ostatnie piętro.
Przeprowadzka, stres, pośpiech i wiele na głowie, do tego narzeczony kiepsko radzący sobie z opieką nad dzieckiem, a wszystko przez jego ciągłe delegacje po kilka miesięcy każda... To wszystko przyczyniło się do mojej żenującej wtopy.

Zostawiłam lubego z małą i poszłam do sklepu, trochę się stresowałam jak ogarnie, więc przyznam, że w drugą stronę niemal biegłam. Wchodzę na klatkę, lecę po trzy schodki. Są! Drzwi! Nasze, brązowe drzwi. Grzebię jednym kluczem - nic, drugim - nic. Trudno, nie mogę trafić widocznie, zmachałam się za bardzo, więc pukam, mówię: "Otwieraj, bo ja nie mogę klucza włożyć!". Zza drzwi słyszę, że się wydurnia, bo znów, jak to nieraz lubi, zmienionym głosem mówi: "Czego pani tutaj chce? Proszę stąd odejść, bo zadzwonię po policję". Przewróciłam tylko oczami i pukam dalej, ponownie grzebię w zamku kluczem, jeszcze z dwa razy. Znów krzyk...
Dopiero wtedy zorientowałam się, że coś jest nie tak, że nawet wycieraczka się nie zgadza. Upewnił mnie w tym tylko pełen pretensji krzyk kobiety i jej męża wyłaniających się w końcu zza drzwi.

Okazało się, że byłam dopiero na trzecim piętrze i próbowałam wbić się sąsiadom o do mieszkania na siłę. Przeprosiłam grzecznie i w stresie próbowałam wyjaśnić sytuację, skołowana tym, co właśnie się odstawiło.

W zasadzie do tej pory przeżywam to, co sobie o mnie pomyśleli. Ledwo się wprowadziłam, a już sąsiedzi dosłownie pode mną zdążyli się do mnie uprzedzić.
Pozdrawiam Was mocno
- przewrażliwiona babka! :)

#spZMQ

Historia za kierownicą.

Jadąc do dziewczyny muszę przejechać przez skrzyżowanie, którego wręcz nienawidzę, ponieważ jest znak stop przy bardzo ruchliwej drodze i wyjechanie na nią graniczy z cudem :(

Pewnego słonecznego dnia stałem na tym skrzyżowaniu i zatrzymał się za mną golf IV z agrotuningiem. Zrobiła się luka w ruchu, bo jakiś inny uprzejmy kierowca chciał mnie wpuścić. Zaczynam ruszać, a tu golf próbuje mnie minąć lewym pasem przejeżdżając przez skrzyżowanie. Zajeżdża mi drogę, otwiera drzwi i zaczyna wykrzykiwać wulgaryzmy... Zmieszany, bo nic nie zrobiłem, kulturalnie kazałem mu się zamknąć i jechać dalej, skoro się tak bezczelnie wpycha.

Panu chyba puściły nerwy, albo był bardzo wkurzony wcześniej, bo wysiadł z samochodu i ruszył odważnie w moją stronę.
Ja również wysiadłem z samochodu... Gość do mnie podchodzi, zaczyna się awanturować. Pan, który mnie wpuścił na drogę wysiadł z samochodu z kolegą. Dodam, że golf zablokował całe skrzyżowanie.
Podeszli do mnie i mówią, że widzieli całe zajście i chętnie mi pomogą. Troszkę bylem
zdziwiony, ale miło mi się zrobiło. Pan z golfa stał się bardziej agresywny, jednego z tych uprzejmych panów pchnął na mój samochód ze słowami "spier..., to nie wasza sprawa".

I tu zaczyna się ciekawostka :) Cała akcja trwała z 30 sekund :) Nie do końca chyba ogarnąłem co się stało, ale w ciągu tych 30 sekund właściciel golfa zaliczył mocne uderzenie o ziemię i został skuty kajdankami.
Tych dwóch panów okazało się policjantami :) Byli to tajniacy.

Cała historia kończy się tym, że agresywny kierowca został zabrany na komendę i dalszych jego losów niestety nie znam.
Morał jest taki, że nie bądź chamem na drodze, bo karma może szybko się zemścić.

#P6y1T

Nie ma to jak siedzieć spokojnie na własnym podwórku i z nudów udawać pohukiwanie sowy, gdy pod domem zatrzymuje się dziecko i krzyczy "Tato, tato, sowa!".
A ty wiesz, że musisz pohukiwać dalej, by nie zrobić przykrości małemu, bo gdy przestajesz, on zaczyna płakać. Aż w końcu mija bite pół godziny, wracasz do domu i jeszcze przez parę minut słyszysz płacz dziecka i pocieszającego go ojca, że sowa widocznie odleciała albo poszła spać :)

#Fnn8O

Ja i mój brat nigdy nie mieliśmy problemu z dziewczynami. Całkiem przystojni, z dobrego domu, części bywalcy siłowni i fani motoryzacji z dziada pradziada, dzięki czemu mamy w domowym garażu arsenał godny pozazdroszczenia. Gdy sypnęło się dobrą bajerą, na branie nie narzekaliśmy i często otaczaliśmy się pannami a'la jedna nocka i do widzenia. Dlatego zdziwiło mnie, kiedy mój brat nagle zaczął latać za pewną dziewczyną, która miała go całkowicie gdzieś. Ot, przeciętna, widziałem lepsze. Tydzień dało się przeżyć, ale kiedy trwało to kilka miesięcy, myślałem, że oszaleję. Chcąc nie chcąc, nieszczęsna panna została jego dziewczyną i tak to już mijał im niecały rok razem, gdzie to zawsze on się bardziej starał niż ona. Nigdy nie powiedziała mu, że go kocha.

Brat wypadł z drogi na motocyklu i niemalże wbił się w barierkę. Cały połamany, roślina. Jedyne czym może ruszyć to głowa. To był najgorszy czas w całym moim życiu. Kiedy wpadłem do szpitala w odwiedziny, zastałem go płaczącego. Gdy spytałem o co chodzi odpowiedział, że kazał dziewczynie odpuścić. Że nic z niego nie będzie, że zostanie kaleką, rośliną, a ona znajdzie sobie fajnego chłopaka, którego pokocha i będzie z nim szczęśliwa. Nie poszła. Została. Opiekowała się nim, aż stanął na nogi. Karmiła, myła. Kochała. A na każde "idź do domu" reagowała prostym "nie pier*ol".

No cóż. Aśka, witaj w rodzinie.

#hb92L

Wiecie jaką zabawę pamiętam z dzieciństwa? Zabawę w starszego brata.
Autorska zabawa kogoś z mojego rodzeństwa (jest nas sporo). Niby spoko brzmi...
Polegała ona na odwzorowywaniu tego, co dzieje się z naszym najstarszym batem. Dlatego też on w niej nie uczestniczył i nawet o niej nie wiedział.

Kiedy nie było rodziców, skakaliśmy po kanapie. Wtedy jedna osoba, która zostawała w kuchni (''rodzic''), wchodziła z impetem do pokoju, udawała, że się złości i zabierała jedno z nas (tę osobę, która przybierała rolę najstarszego brata) do kuchni i biła. Ręką. Bo uderzenia pasem, którym katowany był brat, nie wchodziły w grę. Nasze klapsy były niczym wobec tego, co urządzali mu rodzice. Druga runda polegała na tym, że siedzieliśmy w rządku na kanapie i nagle jedno z nas zaczynało zbliżać ręce do ust, a wtedy ''rodzic'' od razu występował z wrzaskiem:
- Nie obgryzaj paznokci!
- Nie obgryzam...
Nie, to nie było żadne usprawiedliwienie. Też były klapsy. W rzeczywistości brat nie mógł liczyć na upominający klaps. Ojciec ściągał pas, chwytał go za ramię i bił. Bił aż do nieprzytomności.
Tak samo udawaliśmy wywiadówki, pisanie lewą ręką (rodzice uważali to za chorobę), niechęć do zjedzenia czegoś, zjedzenie słodyczy bez pozwolenia itd...

Pomyślicie, że to chore. Owszem.
Ale to było coś, co towarzyszyło nam na co dzień. Nie znaliśmy innej rzeczywistości, że można nie bić. Robili to na naszych oczach. A my za każdą najdrobniejszą czynność drżeliśmy, czy i nam się to nie przytrafi. Mi się zdarzyło raz - za otwarcie nutelli bez pozwolenia.
Kiedyś nagle się to skończyło. Przestali go bić. Do dziś nie wiem, co się takiego stało. Miał wtedy z 12 lat. Nigdy o to nie zapytam rodziców, chyba nie chcę wiedzieć.

Dziś już wszyscy jesteśmy dorośli. A ja nadal budzę się czasem z płaczem, kołataniem serca, bo śni mi się jego krzyk zza zamkniętych drzwi, kiedy to po wywiadówce katowany był w kuchni do nieprzytomności. I błagał tylko mamę:
- Mamo, proszę, powiedz mu, że już się będę dobrze uczył!
A ona odpowiadała:
- No co ja mogę zrobić... Nic nie poradzę...

Nikt nie mówi na głos o tym, co działo się kiedyś. Wiem, że wszyscy mamy do nich o to żal. A oni czasem się dziwią, dlaczego do nich nie dzwonimy regularnie, dlaczego nie odwiedzamy często, dlaczego nie przytulamy. Ale jak, skoro mamy takie wspomnienia...?

#mMcaC

Kilkoma słowami wstępu.
Mieszkam w Gdańsku i dorabiam sobie jako kelnerka w jednej z licznych restauracji tego miasta.
Kojarzycie może osobę Tomasza H.? To ten facet, który zabił staruszkę i nie poniósł konsekwencji.

Ostatnio miałyśmy okazję obsługiwać go w lokalu i choć zdaję siebie sprawę z tego, że nie jest to strona do tego typu wyznań to muszę to z siebie wyrzucić, bo takiego ludzkiego śmiecia nie spotkałam jeszcze nigdy w życiu.

Ten cham bez żadnego skrępowania zachowywał się jak zboczeniec pozbawiony kultury od momentu, w którym tylko przekroczył próg otwartych drzwi. Teksty o tym jakby nas "rżnął" na zapleczu były najmniej ordynarne. Nie krył się nawet przy żonie, która później dołączyła do stolika wprost mówiąc mojej koleżance, która obsługiwała go przy barze, że żona wie o wszystkim i zwyczajnie woli nie poruszać tematu.

Jak tacy ludzie mogą w ogóle chodzić po Ziemi? Jakim cudem daje się im pracę w TV?! Jak? Pośród tylu doniesień o molestowaniu i karaniu takich ludzi trafia się ktoś taki, kto nawet nie kryje się z tym zbytnio i nadal jest zapraszany na wywiady czy różne wydarzenia sportowe?

Czytając o nim w internecie (tak, też znalazłam jego żonę) widać, że nie ma on dobrego PRu, ale patrząc na to jak się zachowuje powinien mieć o wiele gorszy.
Mając na uwadze to, że robił to wyjątkowo bezpośrednio i z pewnością siebie można odnieść wrażenie, że nie była to pierwsza taka sytuacja i z pewnością w innych miejscach zachowywał się identycznie. Wolę nie myśleć o pracownikach Hoteli, które odwiedza, skoro my zaczęłyśmy go nienawidzić po dwóch godzinach.
Zastanawiam się tylko co mają w głowach kobiety, które naprawdę się z nim przespały (jeśli wierzyć jego opowieścią to było ich mnóstwo).

#dupc1

Mieszkam z rodzicami i babcią. Babcia, pomimo osiemdziesiątki z hakiem, cieszy się dobrym stanem zdrowia, zarówno ciała jak i ducha. Babcia wiele lat temu rzuciła palenie, tzn. nie pali regularnie, od czasu do czasu zdarza jej się tylko wziąć papierosa od kogoś z domowników (komplet palaczy) lub wręcz poprosić osobę aktualnie palącą o możliwość zaciągnięcia się. Tyle na wstępie.

Dzień był z gatunku wyjątkowo obrzydliwych, taki, w którym nic się nie udaje i wszystko idzie nie tak. Wracam, a raczej wlokę się do domu i obmyślam sposoby odreagowania całego paskudztwa, kąpiel, czekolada czy coś. W drzwiach minęłam się z rodzicami, którzy wybierali się na większe zakupy. Oznaczało to, że przez około 3 godziny w domu będzie tylko nieszkodliwa pod pewnymi względami starsza pani. Ten fakt podsunął mi pomysł na relaks w wersji specjalnej. Ze specjalnej skrytki w szafie wyciągnęłam pamiątki z wizyty u kuzyna pracującego w Holandii. Szybko skręciłam, muzyka i robi się lepiej.

Oczywiście nie byłoby tej historii gdyby babcia nie weszła, ale jak mówiłam - zero spiny, nie ma szans, żeby zorientowała się o co chodzi. Zamieniłyśmy kilka zdań, babcię zainteresował dziwaczny papieros w mojej dłoni. Bez stresu powiedziałam coś o cenach fajek i marnych próbach samodzielnego ich skręcania w celu obniżenia kosztów. Oczywiście przeszło bez problemu, ale babcia wyciąga rękę w moją stronę:
- Daj, spróbuję.
Nie miałam pomysłu na odmowę. Babcia zaciągnęła się dwa razy, zakaszlała, podziękowała i poszła do siebie. Zerkałam co jakiś czas w stronę jej pokoju, ale wyglądało na to, że wszystko OK, siedzi na kanapie i ogląda tv.

W pewnym momencie zdrzemnęłam się w fotelu, a po przebudzeniu bardzo zachciało mi się pić. Odgłosy z kuchni sugerowały, że rodzice właśnie wrócili, więc udałam się tam z nadzieją na pepsi. To, co zobaczyłam zostanie mi w głowie na długo. Ojciec stoi nad torbą z zakupami, a babcia stoi przy nim, szarpie go za rękaw i prawie krzyczy z histerią w głosie:
- Jurek! Ty mi powiedz! GDZIE PTAKI ŚPIĄ?!
Zdumienie na twarzy taty nie do opisania. Babcia kontynuuje:
- No takie wrony czy gołębie! W dzień to je widać, a w nocy??? Gdzie one nocują?
Tata dobrą chwilę próbował ogarnąć, ale chyba mu nie wyszło, bo wybełkotał tylko:
- Nie wiem... chyba gdzieś... w jakiejś... noclegowni?
W tym momencie musiałam zacisnąć powieki, bo bałam się, że od ciśnienia tłumionego śmiechu wypadną mi gałki oczne. Babcia dosłownie odskoczyła od ojca i wrzeszczy:
- ALE TY GŁUPI JESTEŚ!
Po czym obrzuciła nas dzikim spojrzeniem i z wyraźną irytacją w głosie:
- I co teraz?! BĘDĘ NIE WIEDZIAŁA? Przez was!!!
Po czym szybko poszła do swojego pokoju i za chwilę pochłonął ją serial.

Temat ptaków już nie wrócił. Mamy tylko mi szkoda, bo się trochę zmartwiła, że to może początki jakiejś choroby.
Dodaj anonimowe wyznanie