Historia ta miała miejsce około 15 lat temu, szłam z mamą do przedszkola. W pewnym momencie powiedziałam jej, że taki jeden chłopczyk z grupy mówi brzydkie słowo na ''K''. Moja mama stwierdziła, że to jest bardzo brzydkie słowo i absolutnie nie można tak mówić.
Chyba doznała zaćmienia mózgu, bo po chwili ciszy dodała: ''Ale pamiętaj, córeczko, że ch*j i pi*da to też są brzydkie słowa".
I tak oto uświadomiona poszłam do przedszkola :D
Krótko.
Ja przedstawiciel handlowy. Długie trasy. Zepsute jedzenie w jednej z knajp na trasie. Autostrada, noc. Biegunka i brak toalety. Staję na pasie i biegnę w krzaki. Nie zdążyłem. Narobiłem na spodnie. Co robić, wyrzucam spodnie. Obesrane spodnie wiszą na drzewie. Kur... w spodniach zostają kluczki. Auto na awaryjnych, a ja w majtkach ściągam przez pół godziny spodnie z drzewa. Udało się. Upokorzony jadę dalej. Tak, w aucie miałem spodnie na zmianę.
Pora wywlec coś, co do dzisiaj przyprawia mnie o dreszcze, falę zażenowania i chęć udawania martwej przez dwa lata.
A więc...
Kilka lat temu, w jakimś programie wyłoniła się osoba Michała Szpaka.
Dla mnie, dwunastoletniej metalówy, stanowił uosobienie bóstwa. Długie włosy, "mroczny" styl. Tyle słowem wstępu.
W wakacje pojechałam do dziadków na wieś. Zawsze zabierałam ze sobą sporo książek, zeszyty do rysowania itp. Tym razem zabrałam także notesik. Malutki, uroczy. Zapisywałam w nim przeżycia z wyjazdu, przepis na krówki...
I fantazje erotyczne o Michale na jakieś 4 strony. Nie mam pojęcia co mi strzeliło do głowy. Pilnowałam tego nieszczęsnego notesika jak oka w głowie. Przyszedł dzień powrotu do domu. Rzuciłam bagaże w kąt i poszłam oglądać bajki. Pogadałam chwilę z Mamą. Siedząc w salonie usłyszałam, że Mamunia mnie woła. Weszłam do swojego pokoju.
O, zgrozo.
Mama trzymała mój notesik i patrzyła na mnie ze swoim charakterystycznym wyrazem twarzy, na której malowały się chęć natychmiastowej aborcji i obrzydzenie.
To zdanie mam do dzisiaj w głowie.
"Chcesz mi coś powiedzieć o ostrym seksie z Michałem Szpakiem?"
Przez kilka dni czułyśmy się bardzo nieswojo...
Potem był to temat tabu...
Przez kilka miesięcy, kiedy tylko w telewizji pojawiał się Szpak, mama puszczała mi spojrzenie godne bazyliszka. Ona do dzisiaj pamięta...
Odkąd tylko pamiętam, moi rodzice wpajali mi, że jestem najlepsza, najpiękniejsza, najwspanialsza. Kasy mieli jak lodu, rozpieszczali mnie na każdym kroku. Nikt nie był godzien zadawać się ze mną. Kasia ma mamę sprzątaczkę? Absolutny zakaz zabawy z dzieckiem z takiego domu. Tata Ani pije? Ania nie ma do nas wstępu, bo nas okradnie i jeszcze mnie brzydkich słów nauczy. W grach z rodzicami zawsze wygrywałam. Specjalnie mi się podkładali, a ja, głupie, naiwne dziecko rosłam w przekonaniu, że rzeczywiście jestem najlepsza i nigdy w życiu nie spotka mnie żadna porażka. W szóstej klasie mieliśmy wycieczkę w góry. Cała klasa pojechała pociągiem. Mnie rodzice na miejsce zawieźli samochodem... Przecież ich księżniczka nie będzie się tłukła 500 kilometrów w dusznym przedziale drugiej klasy... Nic więc dziwnego, że dzieciaki mnie nie znosiły. Zawsze byłam sama, jedyne towarzystwo w jakim wolno mi się było obracać to takie, które wybrali mi rodzice, czyli inne rozpuszczone dzieciaki z bogatych domów.
Teraz jestem dorosła i nie umiem przegrywać... Nie radzę sobie z żadną, nawet najmniejszą porażką. Do tego stopnia, że popłakałam się ostatnio, kiedy przegrałam z moim synem w Eurobiznes. Nie jestem w stanie podjąć żadnej pracy, bo lęk przed krytyką ze strony potencjalnego przełożonego dosłownie mnie paraliżuje. Mąż namawia mnie na terapię...Tłumaczy, że najwyższy czas coś ze sobą zrobić. Nie wiem, czy kiedykolwiek się odważę. To będzie przecież jawne przyznanie się do porażki. Porażki, której boję się najbardziej na świecie.
Trochę o tym, jak to można w nieprzemyślanych, rzuconych w gniewie słowach zniszczyć lata związku i jak by się wydawało, wielkiego uczucia.
Pięć lat temu wyszłam za mąż, ukochany bardzo szybko chciał powiększyć rodzinę, więc rok później na świecie pojawiła się nasza córka. Nadmienię, że zachodząc w ciążę ważyłam około 58 kg, kilka dni po porodzie było 73 kg. Przebierałam się w sypialni po pierwszym prysznicu po powrocie ze szpitala i od męża usłyszałam "Ale ty się w tej ciąży zaniedbałaś strasznie" (dla niewtajemniczonych - po porodzie następuje około 6 tygodni tzw połogu, czas gdy hormony powoli się normują, macica obkurcza, organizm przyzwyczaja się do nowej roli. Według niektórych lekarzy kobieta potrzebuje około roku, żeby całkiem "wrócić do siebie" po porodzie. Wiadomo że te parę dni po narodzinach dziecka matka nie ma figury sprzed 9 miesięcy). Nie potrafiłam nic odpowiedzieć, rozpłakałam się, a on nie zwracając na mnie kompletnie uwagi wyszedł z sypialni.
Minęło dokładnie 10 miesięcy, z powodu stresu, zaburzeń odżywiania wywołanych u mnie tamtą sytuacją i kilkoma podobnymi i ciągłego karmienia piersią waga ekstremalnie poleciała w dół. Na wizycie z dzieckiem w przychodni lekarz zbadał i mnie, kazał wtedy natychmiast odstawić dziecko od piersi ze względu na moje zdrowie - ważyłam 47 kg, mój organizm był wycieńczony. Włosy wypadały garściami, cera ziemista, paznokcie kruche i słabe, anemia. Jedynym zadowolonym w całej sytuacji był mój mąż - każdemu kto jeszcze chciał słuchać opowiadał, jak to szybko się "ogarnęłam" po porodzie. Pilnował oczywiście, żebym broń Boże nie przytyła. Potrafił skomentować "Znowu chcesz być grubasem", kiedy słodziłam herbatę.
Jego słowa sprzed prawie roku też wciąż siedziały mi w głowie, myślałam o tym co byłoby z nami, gdybym jednak nie schudła - czy bylibyśmy nadal razem? Czy może znalazłby sobie zgrabną kochankę? Ile jest wart facet, który zamiast wesprzeć swoją kobietę, wypomina jej wygląd dosłownie kilka dni po porodzie? Co jeśli znowu przytyję, na przykład po drugiej ciąży? Stopniowo odsuwałam się od męża, coraz częściej się kłóciliśmy. W końcu spakowałam dziecko i wróciłam do swoich rodziców. Mąż początkowo o nas walczył, potem jednak stwierdził, że to nie ma sensu, bo ja mam "skłonności do tycia", że pewnie teraz, jak on mnie nie pilnuje, to się roztyję z powrotem, a on chce mieć zgrabną partnerkę.
I tak dwa lata po pięknym ślubie odbyła się piękna sprawa rozwodowa. Były miał rację, przytyłam, czy też jak mówi moja mama "wróciłam do żywych", ważę 55 kg, nie objadam się, ale też nie żałuję sobie od czasu do czasu fast foodów czy słodkości.
Sytuacja sprzed lat, kiedy jako świeżo upieczony magister inżynier zacząłem pracę w technikum dwa miasta dalej. Jako że byłem dopiero co po studiach, to nie ukrywajmy, że całkiem dorosły jeszcze nie byłem i z pewnością nie wyglądałem na swój wiek. Pierwszego dnia mojej kariery pedagogicznej nie zapomnę nigdy.
Na starcie, zestresowany jak karp przed świętami, wchodzę do pokoju nauczycielskiego, gdzie nie zdążyłem powiedzieć ''dzień dobry'', a nauczycielka WF-u zaczęła się na mnie wydzierać, z jakiej racji pozwalam sobie tu wchodzić, pokój nauczycielski nie jest dla uczniów, proszę wyjść. Moja twarz przybrała koloru krwistej czerwieni i lekko drżącym głosem musiałem się tłumaczyć. No cóż, zdarza się. Można to nawet uznać za komplement. Lecz nie w następnym wypadku.
Pierwsze zajęcia tego dnia miałem w sali na 1 piętrze. Idąc w stronę drzwi, zauważyłem że pod tą salą stoi 3 uczniów. Spojrzałem na nich, oni na mnie, aż jeden z nich do mnie:
- Na ch*j się patrzysz? Coś nie pasuje?
Szczerze mówiąc, wyglądał starzej ode mnie. Mimo że nie powinienem, bo w końcu nauczyciel, to jednak niedojrzałość wzięła górę i odparłem:
- A co, kur*a, nie mogę?
Po czym pospiesznie otworzyłem salę i dodałem:
- Zapraszam do środka, jestem nauczycielem mechaniki budowli.
Wyraz twarzy tego chłopaka był nie do opisania. Przez całą lekcję siedział cicho, a potem wyjaśniliśmy sobie, że przez takie odzywki do mnie może mieć problemy i odwrotnie - więc sprawa poszła w zapomnienie.
Co prawda nie uczyłem tam długo, ale chłopaka pamiętam do dziś, on mnie zapewne też :)
Wyznanie o życiu seksualnym.
Jestem 32-letnią kobietą, szczęśliwą żoną i mamą. Moje 7-letnie małżeństwo uważam za udane w każdym względzie. Mam jednak swoją tajemnicę, której nigdy nie wyznam mężowi. Otóż jestem osobą aseksualną. Nie lubię uprawiać seksu, nie potrzebuję go ani trochę. Jednak, aby mąż był szczęśliwy, uprawiam go udając, że daje mi to szczęście. Jeżeli chodzi o aktywność seksualną, najchętniej przystaję na seks klasyczny. Stosunek oralny mnie obrzydza, zarówno gdy ja jestem aktywna, jak i gdy pięści mnie mąż. Mimo to nie rezygnuję z tego i zawsze udaję, że mi się to podoba.
Jednak nie zawsze tak było.
Jako partnerka, a później narzeczona mojego ukochanego, miałam silny popęd seksualny. Wręcz nie do opanowania. Jednak jako osoba wierząca (mąż jeszcze bardziej wierzący) czekałam ze współżyciem do ślubu. Oczywiście bardzo trudno było wytrwać, ale ograniczaliśmy się tylko do pettingu.
W końcu nastał ten moment: noc poślubna. Byłam przerażona, bałam się bólu. Jednak nie spodziewałam się, że może być aż tak wielki. Instynktownie odpychałam męża od siebie, zaciskam biodra. Nie wiem, czy to strach, czy ból, czy może butelka wina wypita na odwagę spowodowała, że na chwilę straciłam nawet przytomność.
Potem przez kilka dni miałam opuchnięte narządy płciowe. A ochota na seks zniknęła.
Niestety na zawsze.
Jakiś czas temu rozstałam się z chłopakiem - do tej pory nie mogę tego przeboleć, a moje życie zmieniło rytm.
Właśnie siedziałam jedząc śniadanie po zwleczeniu się z łóżka o 13, a do kuchni wszedł tata sprawdzając coś w telefonie. Kiedy mieszałam płatki, łyżka była nieludzko ciężka, od skrywanych uczuć drżała mi tak okropnie, że obijała się o brzegi miski, a ja nie potrafiłam w paraliżu skrywanych, rozszarpujących mnie wewnętrznie uczuć nawet jej puścić, odłożyć, nie umiałam zrobić nic. Wtedy w radio zaczęła się piosenka Alone - przy refrenie i słowach "I know I'm not Alone.." nie wytrzymałam napięcia, w płatkach pojawiły się moje łzy.
Kiedy piosenka zaczęła rozkręcać się w najlepsze, zamiast refrenu usłyszałam szybkie wyjęcie wtyczki z gniazdka i zdezorientowana zobaczyłam jak tata odszukuje i włącza na swoim smartfonie wersję "Facet to świnia" tak wiejską, że siłą rzeczy zakrztusiłam się ze śmiechu i płacz ze smutku zmienił się w radosne pociąganie nosem pełnym kataru i łez. Tata się uśmiechnął pod wąsikiem i myknął z kuchni, zostawiając smartfonik i wielkie wtf na twarzy mamy, która weszła do drżącej od tłustego bitu kuchni.
Tato, nie wiem skąd znasz angielski, czy w ogóle go znasz, ale Twoje wyczucie poprawiło mi humor do końca dnia :')
Obok mnie mieszka staruszka, którą czasem odwiedza dość przystojny wnuczek. Jest taki sztywny i jakoś nigdy się nie zgadaliśmy, nawet w sumie nie wiem jak ma na imię, ale ładny chłopak z niego.
Dziś mama kazała mi dać psu proszek na odrobaczenie, więc logiczne jest, że potem będę musiała zobaczyć, czy w kupie nic się nie rusza. To stwierdziłam, że ogarnę to wieczorem, bo będzie mniejsza szansa, że kogoś spotkam. Proszek dany, no i idziemy na spacer. Spacerujemy i nagle stało się - kupa. No to sprawdzam, czy nikogo nie ma - wydaje się, że czysto, wyjmuję telefon i świecę w tę kupę. Nagle słyszę głos przystojnego wnuczka:
- Hej, coś się stało? Zgubiłaś coś?
- Nie no, tylko świecę w kupę...
- Aha, to miłej zabawy.
Oddalił się szybciej niż przybył.
W sumie dopiero po czasie pomyślałam, jak to dziwnie zabrzmiało :D
Prawdopodobnie nigdy nie stworzę stałego związku. Mam koło 30, pracę, mieszkanie, jestem kulturalny. Niestety przez seks nigdy pewnie nie stworzę stałej relacji z kobietą. Kręci mnie bardzo ostry i wyuzdany seks z rolą kobiety jako totalnie zdominowanej. Najśmieszniejsze jest to, że jest to przeciwieństwo tego, jak funkcjonuję w życiu prywatnym.
Niestety nigdy nie znalazłem partnerki, która byłaby interesującą jako człowiek i jednocześnie podzielała moje upodobania. Z kolei poszukiwania na różnych portalach ero odpadają. Nie szukam szmaty, która się puszcza, czy kogoś, na kogo będę patrzył tylko przez pryzmat seksu. Z drugiej strony trudno jest na pierwszej randce opowiadać o swoich preferencjach i nie wystraszyć kandydatki. Zwykły seks w dłuższej perspektywie mnie nie cieszył, laski leżą jak kłody, zero zaangażowania. Tak oto pewnie nigdy nie znajdę swej jedynej.
Dodaj anonimowe wyznanie