#MO0ZC

Autobus. Wchodzi babcia, pochyla się nade mną i rozpoczyna swój monolog. O niewychowanej młodzieży, itd. Szturchając mnie laską po nodze, mówi:
- Nóg nie ma, że siedzieć musi? Zwolni mi miejsce, bo ja stara, schorowana jestem.

W tym momencie myślałem, że ją śmiechem zabiję, bo jeszcze przed chwilą biegła do autobusu jak rasowy sprinter olimpijski. Ale zdławiłem to w sobie, po czym ostentacyjnie podniosłem lewą nogawkę, mówiąc:
- Trafiła pani w sedno, bo tak się składa, że lewa kończyna od połowy łydki w dół nawaliła mi ponad 2 lata temu. Wyjścia nie było, więc skrócili, a teraz sobie śmigam w takiej, przypinanej.
Babka widząc moją protezę, spaliła niezłego buraka, po czym nastąpiła natychmiastowa ewakuacja na sam koniec autobusu.

Gdyby sytuacja miała miejsce tydzień wcześniej, to bez problemu bym jej to miejsce zwolnił. Ale odebrałem nową protezę i muszę się do niej przyzwyczaić, więc żeby nie przeciążać nogi, w czasie ponownej "nauki chodzenia" po prostu ograniczam wysiłek do minimum, np. przez siadanie w autobusach, czego do tej pory praktycznie nie robiłem.

#FYWc3

Ze swoim partnerem życiowym jestem od 10 lat, od 8 mieszkamy wspólnie. Ogólnie to nie mogę narzekać, Bartek mnie wspiera, obowiązki domowe wykonuje lepiej ode mnie, ma dobrą pracę, obydwoje dobrze zarabiamy. No jakoś się wiedzie.

Około 5 lat temu strasznie dusiłam go o zaręczyny. Uważałam, że to niezbędne, żeby założyć rodzinę, chciałam zostać matką, kupić dom na przedmieściach i spokojnie żyć. Bartek za to nie był jeszcze gotowy, ojcostwo, rodzina nie były dla niego priorytetami. Chciał podróżować, rozwijać się zawodowo i szaleć razem ze mną. Zrozumiałam to po roku ciągłych awantur i przekonywania, że teraz tylko dziecko jest nam potrzebne do szczęścia. Przecież i tak bym go nie zmusiła (z natury jest bardzo uparty). Żyliśmy więc sobie na kocią łapę i w sumie ani za bardzo nie podróżowaliśmy, ani on za bardzo się nie rozwinął zawodowo. W tym czasie moja kariera poszybowała do przodu. A teraz on nagle wyskoczył z propozycją małżeństwa i posiadania dzieci...

Chciałabym się cieszyć, ale nie potrafię. Nie chcę teraz siedzieć w pieluchach, totalnie mi przeszło. Boję się, że jak wyjdę z zawodu, to już do niego nie wrócę (mam dosyć prężnie rozwijający się zawód). Nie chcę utkwić w domu już od pierwszego dnia ciąży (pracuję z prądami i ultradźwiękami, które szkodzą dziecku). Jasne, jest tacierzyński i on może poświęcić karierę, ale wprost mi powiedział, że nie może, bo przecież ma tak szerokie perspektywy...

Kocham go i chcę z nim być, ale mam ochotę mu powiedzieć, żeby się wypchał. Było się decydować 5 lat temu, kiedy prosiłam go o to, byśmy wspólnie zostali rodzicami.

#djGLc

Ostatnio byłam na wigilii firmowej w klubie w Gdańsku. Kolacja składała się z dwóch dań, a później przyniesiono nam inne smakołyki. Mimo że na imprezie było koło 35 osób, to pod koniec jedzenia zostało i tak bardzo dużo.

W związku z tym, że wybieraliśmy się na rynek, postanowiliśmy zapakować to co się dało do pudełek i rozdać osobom potrzebującym.

Miny napotkanych ludzi bezdomnych, którzy w sobotni wieczór dostawali od nieznajomych niespodziewane pudełka pizzy, w których odkrywali wykwintne przekąski, roladki czy inne bruschetty, były bezcenne.

Sami się nieźle wzruszyliśmy. Fajnie było widzieć radość na ich twarzach i mieć poczucie, że jedzenie się nie zmarnowało, a my zrobiliśmy coś dobrego :)

#shWVH

Jak zawsze szłam rano na zajęcia. Wychodząc z bloku zauważyłam ochroniarza, który stał sobie przy schodach. Z racji tego, że humor mi dopisywał, uśmiechnęłam się do niego, co ochroniarz odwzajemnił. Jednak moją uwagę przykuł pewien obiekt znajdujący się na ziemi.
To była kupa. Ogromna psia kupa.
I niestety, musiałam skomentować jej obecność w miejscu, gdzie nie powinno jej być. Niewiele myśląc mówię do ochroniarza:
- Oho, ale ktoś się zesrał.
Ochroniarz zdziwiony, ja jeszcze bardziej, bo myślałam, że powiedziałam to w myślach, a nie na głos. Zatem wraz ze swoją głupotą pognałam w te pędy na uczelnię.

Gdy wracałam do mieszkania, znowu spotkałam tego ochroniarza. Unikałam jego spojrzenia jak mogłam. Już kończę wpisywać kod do klatki... A on podchodzi do mnie i zmieszany mówi:
- To nie byłem ja, naprawdę.

#3pLyJ

Nie wiem gdzie popełniłam błąd w wychowaniu syna.

Ponad miesiąc temu dałam mojej latorośli samochód, ciesząc się, że w końcu oderwał się od komputera, poznał dziewczynę i chce ją zabrać na randkę. Teraz wychodzi na jaw, że mój syn nie był na randce, tylko pożyczył samochód tej dziewczynie, a ona pojechała gdzieś z jakimś innym chłopakiem. Fotoradar zrobił im zdjęcie 200 km od domu. Syn przyznał się, że przesiedział cały dzień na PKS-ie, bojąc się mojej reakcji jeżeli by wrócił bez samochodu, bo ta wywłoka, bo inaczej nie da się jej określić, przekonała go na "przyjaciółkę, która pilnie potrzebuje jej wsparcia, bo zostawił ją mąż", żeby pożyczył jej mój samochód. Dodam, że to auto po powrocie było ubłocone jakby jeździło po lesie, z pustym bakiem, fotelem upaćkanym w musztardzie i jeszcze znalazłam tam pozostałości po prezerwatywie.

To już nie pierwszy raz, kiedy syn dał się wykorzystać, ale nigdy nie przybrało to takiego rozmiaru. Coraz bardziej boję się, że gdzieś w tym wszystkim zabrakło mu męskiego wzorca, bo wychowywałam go sama. Moje rozmowy i uświadamianie nie działają. Ja w jego wieku przyprowadzałam znajomych do domu, miałam przyjaciół, z którymi się spotykałam, to był czas pierwszych miłości i imprez, a mój syn całe dnie spędza przy komputerze. Sama już nie wiem co robić. Jestem tak zła, że najchętniej poszłabym do tej gówniary i powyrywała jej kudły.

#jE7it

Odkąd miałam 9 miesięcy wychowywali mnie obcy ludzie, mama miała mnie gdzieś, o ojcu już nie wspomnę. Mama nigdy szczególnie się mną nie przejmowała, nie spędzała czasu, bo wyjeżdżała za granicę, aby zarobić, ale moja opiekunka mi powtarza, że chciała po prostu uciec od obowiązków. Gdy miałam 13 lat wróciła do Polski, mieszkałam z nią zaledwie 3,5 roku, gdy się wyprowadziła do chłopaka, którego poznała. Zostałam sama, bez nikogo. Co prawda opłacała mieszkanie, więc miałam wszystko, czego potrzebowałam – a przynajmniej ona tak myślała. To co było mi najbardziej potrzebne to miłość od rodzica – nie miałam tego, miałam wieczne kłótnie.
Przyszedł dzień, w którym się rozstała z chłopakiem i nagle przyszła, wprowadziła się jakby nie było z tym żadnego problemu. Otóż jest, choć ona udaje, że wszystko między nami jest okej.

W pełni rozumiem, że inni mają o wiele gorsze problemy, ale potrzebowałam się wygadać. Momentami mam tak, że jej naprawdę nienawidzę, bo gdy u mnie się waliło jej nie było, a jak widziała moje łzy, była w stanie powiedzieć mi, że to wszystko moja wina. Nie oczekuję niczego więcej jak wsparcia od niej, chociaż przez tyle lat mam i tak twardą dupę, odporną na wszystkie złe sytuacje, bo parę lat temu chciała mnie oddać do ośrodka wychowawczego.

Zastanawiam się, dlaczego w tych czasach mało który rodzic zwraca uwagę na stan psychiczny swojego dziecka, dlaczego zamiast wesprzeć, bardziej dokłada swojemu dziecku bólu.

#45Fbn

Dzisiaj w nocy śniło mi się, że jestem w swojej pracy, w restauracji. Goście właśnie bardzo ubrudzili obrus, więc trzeba było go wymienić. Miała przyjść po niego pani Krysia, żeby wziąć go do pralni. A ja, cóż... będąc kulturalnym człowiekiem, postanowiłam poskładać obrus w kostkę i położyć na ziemi. Tak też zrobiłam.

...jakiś czas później przebudziłam się, strasznie zmarznięta.
Okazało się, że śpię bez kołdry, bo ta leży sobie pięknie poskładana w kostkę obok łóżka :)

#RWPjh

Uwielbiam szum farelki.

Gdy miałem kilka lat i nocowałem u dziadków podczas ferii zimowych, miałem zwyczaj schodzenia do kuchni w środku nocy i włączania starej, radzieckiej farelki - za oknem prószył śnieg lub padał deszcz, obijając się o metalowy parapet, a ja po prostu siedziałem na wprost niej na podłodze opatulony kocem i gapiłem się w nią, namiętnie doglądałem, jak żarniki robią się coraz bardziej czerwone. Szum wiatraczka wprowadzał mnie w błogostan. Jedyną żywą duszą w kuchni, poza mną, był stary kocur mojej babci. Wydawał się czekać na mnie co noc, bo praktyczne nigdy nie spał, siadał mi na kolanach i dopiero wtedy zasypiał, cicho pomrukując. I tak oto razem grzaliśmy się ciepłym powietrzem farelki. W ten sposób spędzałem niemal każde zimowe i jesienne wieczory u babci. Zdarzało się, że delikatnie przysypiałem, oddając się tej rozkoszy.

Dziś, po parudziesięciu latach, często wracam wspomnieniami do tamtych chwil, nawet teraz siedzę we własnej kuchni z włączoną nowoczesną elektryczną farelką, której ciepły strumień powietrza ogrzewa moje ciało i piszę to wyznanie, czując w sobie namiastkę małego chłopca owiniętego w koc, z kotem na kolanach.

#CPU9U

Dawno, dawno temu była sobie "Wielka Miłość", poznali się na jednych z portali społecznościowych. Zakochali w sobie po uszy, nie widząc poza sobą świata układali razem życie, po 7 miesiącach związku upragnione słowa w pięknej scenerii jak z filmu "Wyjdziesz za mnie?". Pierścionek przyjęty, zamieszkali razem u niej w małym domku odziedziczonym po babci. Chcieli jak najszybciej wyprawić wesele. Szybka decyzja "Wyjeżdżamy za granicę do pracy". Pracowali ciężko, każdy grosz odkładając na wspólne konto, powolutku uzbierała się spora kwota, w sumie 60 tys. złotych. I można było planować w końcu "ten dzień". Suknia zamówiona, zaproszenia wysłane, zaliczki wpłacone, tylko odliczać dni...
Piękna historia? Lecz już nie dla mnie.
Oszukał mnie, zabrał mi wszystko, pieniądze, nadzieję, miłość, wszystko to o czym marzyłam. I zniknął. I jak mogłam żyć, bo czy można żyć bez serca? Jedna, druga nieudana próba samobójcza, zamknięcie na oddziale psychiatrycznym i totalne dno.
10 miesięcy leczenia, terapii, rozmów... Wychodzę powoli na prostą, jest OK, może nawet lepiej. A on? Jak to mówili znajomi "podobno wozi się po obcych landach swoim pięknym autkiem za wasze pieniądze".

Dziś dostałam wiadomość od jego kuzynki "Sebastian miał wypadek w Austrii, wypadł z drogi, wbił się w drzewo, nie przeżył". I pomyślicie może, że z mojej strony to okropne, ale uśmiechnęłam się tak od dawien dawna, tak po prostu...

#ErH5X

W moim mieszkaniu wiszą na ścianach zdjęcia moich rodziców - w salonie i w kuchni, czyli w miejscach, w których spędzam najwięcej czasu. Wiszą tak, że widać je od wejścia i w zasadzie cały czas są na widoku. Często jacyś moi goście mówią, że muszę bardzo za nimi tęsknić (mieszkam daleko od rodziny), że to musi być super mieć z rodzicami taką więź, że zazdroszczą. Oczywiście z wdziękiem przytakuję.

Prawda jest taka, że do rodziców dzwonię od wielkiego dzwonu, odwiedzam ich jeszcze rzadziej, kontakt z nimi mam paskudny, a ich zdjęcia wiszą w mieszkaniu, bo... są moim motywatorem dietetycznym. Ilekroć na nie patrzę przypominam sobie, że mam nie obżerać się, tylko jeść, bo inaczej skończę z taką sylwetką jak oni. A jeśli nawet sobie nie przypominam, i tak odbierają mi apetyt.

Póki co działa, schudłam już 5 kilo. Jeszcze 10 i nie będę już mieć nadwagi.
Dodaj anonimowe wyznanie