Miałam 5 lat kiedy starszy o 7 lat kuzyn pokazał mi w tajemnicy swojego penisa.
Tak to się zaczęło. Pamiętam, że chciałam pochwalić się mamie, że wiem jak to wygląda, ale powiedział, żebym nic nie mówiła. To tajemnica. Z każdym następnym spotkaniem, a widzieliśmy się co tydzień, posuwał się dalej. Jak miałam około 8 lat, robił mi minetkę, biegł do toalety i wracał. Nie rozumiałam co się dzieje, aż raz nie zdążył i skończył na moim swetrze. Miałam później zajęcia dodatkowe i poszłam taka śmierdząca spermą - żadna nauczycielka nie zwróciła uwagi. Byłam w 4 klasie.
Wielokrotnie "bawił się mną" gdy ja oglądałam kreskówki. Nie wiedziałam, co się dzieje. W pewnym momencie zaczęło mi się nawet podobać, nie wiedziałam co robić, ale jak wrócił z toalety rzucił: "Co robisz? Ubieraj się". Nie rozumiałam, że chciałam, żeby dał mi też skończyć.
Teraz mam męża, dziecko i nie potrafię cieszyć się seksem. Reaguję irracjonalnie na złapanie mnie za tyłek na schodach, czasami podczas pieszczot odlatuję myślami. Mąż wie, ale chyba nie rozumie do końca. Jak słyszę od znajomych tekst: "zły dotyk boli całe życie", to cała się skręcam. Nie wie prawie nikt.
Na domiar złego mój teściu jak wypije, to rzuca niejednoznaczne uwagi czy łapie za sukienkę. Mimo że na co dzień jestem przebojową, odważną, "ostrą" kobietą, nie umiem zareagować.
W środku chyba dalej jestem tą małą dziewczynką, która nie wiedziała, że nie powinna widzieć jeszcze wzwodu.
W dzieciństwie byłem niesfornym dzieckiem. Nie słuchałem się rodziców, byłem głośnym dzieckiem; Zawsze wszystko robiłem po swojemu. Zresztą... egocentryzm został mi do dziś. No, ale nie o tym.
W przedszkolu - aniołek.
W domu - diabeł.
Tak było ze mną. Rodzice zapytali mojej przedszkolanki, co zrobić. Stwierdziła, że pomóc może psycholog.
Zapisany zostałem na wizytę. Pamiętam to jak dziś! Pani psycholog powiedziała, żebym usiadł przy stole. Chwilę później przyniosła mi kartkę A4, na niej położyła ołówek. Na odległość około metra od kartki położyła duże pudełko z kredkami.
Powiedziała, bym narysował "swój świat". Moją rodzinę, bliskich itd. Automatycznie wziąłem się do roboty.
Był jednak jeden problem... Na kartce leżał tylko ołówek, a po kredki musiałbym wstać. Wstydziłem się zapytać, czy mogę użyć kredek, a więc wszystko naszkicowałem ołówkiem. Mój rysunek mimo iż przedstawiał szczęśliwą rodzinę i moją przedszkolną miłość (taaaaaki byłem kochliwy chłopak, haha), to wydawał się być nieco mroczny z racji użycia jedynie ołówka. Zero kolorów. Tylko jeden, ciemny odcień.
Pani psycholog zawołała rodziców na rozmowę, a ja czekałem w innym pomieszczeniu.
Wiecie czego dowiedzieli się moi rodzice o mnie po interpretacji przez panią psycholog mojego szkicu?
Usłyszeli, że jestem niesamowicie zamkniętym w sobie dzieckiem, pesymistycznie patrzącym na świat. Nie widzę w świecie kolorów, pozytywów, a jedynie zło.
A to wszystko dlatego, że wstydziłem się zapytać o kredki...
Moja siostra ma 17 lat i potrafi nieźle zabalować. Pewnej nocy obudziło mnie walenie w ścianę, które dochodziło z jej pokoju. Niczym ninja się tam zakradłem, ale to co zobaczyłem przerosło moje oczekiwania.
Moja pijana siostrzyczka próbowała pozabijać motyle nadrukowane na jej tapecie w pokoju...
Brak słów.
Mam 17 lat i pochodzę z patologicznej rodziny. Między rodzicami jest (lub było) 10 lat różnicy, dodatkowo jestem typową wpadką. Szybki ślub itd. Matka nieraz dawała mi do zrozumienia, że mnie nienawidzi, więc nic dziwnego, że wybrała alkohol i zostawiła mnie z ojcem, również alkoholikiem, który przepijał niemal wszystkie pieniądze, bił mnie i zmuszał do pracy w domu oraz jako opiekunka.
Niedługo miną dwa lata, odkąd trafiłam do Domu Dziecka. I wiecie co? Tu mam znacznie lepsze warunki niż w domu rodziców. Wbrew stereotypom mam tu bardzo dobrze, pomagają mi poradzić sobie z depresją i stanami lękowymi. Więc czy dom rodzinny jest najlepszy? Nie wydaje mi się.
Jeśli jest tu ktoś, kto boi się trafić do DD ze względu na obawy przed tymi "okropnymi warunkami"... Nie martw się. Zgłoś się po pomoc, nie pożałujesz.
Miałem jakieś 6 lat. Zbliżał się sylwester, mama z tatą postanowili. że pierwszy raz zabiorą mnie na rynek, żebym mógł zobaczyć fajerwerki. Nadeszła pora wyjścia, jednak ja kłócę się z mamą, ponieważ każe mi ona ubrać grubą zimową czapkę, która zakrywa uszy. Po naleganiu mamy ubrałem "hełm'' i wyszliśmy na rynek. Sylwester rozkręcał się, wszyscy czekamy na godzinę 00:00. I jest! Zaczęło się! Byłem strasznie podekscytowany, nigdy w życiu nie widziałem czegoś piękniejszego! Już po wszystkim wszyscy podchodzą do barów i zaczynają swój Nowy Rok. Podszedłem z tatą i ja. Dostałem dużą colę. Wypiłem ją, po czym poszedłem wyrzucić śmieci do kontenera. Kontenery były ogromne i stalowe. Z trudem wrzuciłem tam śmieci (byłem niski) i nagle "usłyszałem'' ogromny huk! Urwał mi się film.
Obudziłem się w szpitalu. Obok siedział tata z mamą i z siostrą. Wszyscy przerażeni patrzyli na mnie. Tato zapytał: "Synu?". Ja odpowiedziałem: "Tak?". Mama rozpłakała się ze szczęścia, a tato odetchnął z ulgą.
Okazało się, że jakiś debil wrzucił petardę do kontenera akurat wtedy, gdy wyrzucałem colę. Huk był tak ogromny, że gdybym nie miał na sobie czapki, która zakrywa uszy, straciłbym słuch. Teraz jestem szczęśliwym nastolatkiem, mam dziewczynę, jednak od tamtej pory nigdy nie poszedłem na sylwestra.
Można powiedzieć, że mama uratowała mi słuch zwykła czapką :D
Mam 16 lat i boję się otyłości.
Gdy się urodziłam, moja otyła mama stwierdziła, że pulchne bobasy wyglądają ślicznie, dlatego postanowiła mnie też utuczyć. Nieraz jako małe dziecko wymiotowałam z przejedzenia, a chipsy i czekolada były głównym pokarmem, jaki dostawałam.
Gdy miałam 4 latka, mój tato nas zostawił i stwierdził, że mama jest chora psychicznie (co później okazało się prawdą). Gdy byłam starsza, nie chciałam tyle jeść, ale byłam zmuszana. Mama nakładała mi przeogromne porcje śmieciowego jedzenia i nie pozwalała wstawać od stołu, dopóki talerz nie będzie pusty. Wielokrotnie byłam też karana z powodu niezjedzenia słodyczy albo po prostu zwymiotowania ich.
Ponad rok temu odwiedziła nas babcia (wcześniej widziałam ją tylko dwa razy, bo mieszkamy na innym końcu Polski). Przestraszyła się tym, jak wyglądam (54 kg nadwagi) oraz tym, jak mama mnie karmi. Postanowiła nasłać na nas policję i zażądać odebrania mamie praw rodzicielskich. Wszystko przebiegło szybko. Teraz mama jest w zakładzie psychiatrycznym, a ja mieszkam z babcią i... chudnę! Mimo to niechęć i obrzydzenie do otyłości ludzi pozostała. Mam nadzieję, że to się zmieni, a ja w końcu będę szczupła. :)
Chciałam jechać w wakacje z narzeczonym do malowniczej miejscowości poleconej mi przez przyjaciółkę na kilka dni wypoczynku. Marcin stwierdził jednak, że nie będzie brał wolnego w pracy na te chociaż dwa czy trzy dni, bo sobie tak wymyśliłam.
Przyznałam mu rację.
Zupełnie przypadkowo i omyłkowo niedawno zamówiłam najnowszą wersję jego ulubionej sportowej gry komputerowej do paczkomatu w dokładnie tej miejscowości, do której chciałam pojechać. Szach-mat, kochanie ;)
Jestem z facetem od około 10 miesięcy. Nie mieszkamy jeszcze razem. Mamy wspólne hobby, jego rodzina mnie lubi. Natomiast mam jeden problem: jego była.
Rozstali się ponad półtora roku temu, podobno w miłej atmosferze. Nie mają żadnych wspólnych zobowiązań, ani dzieci. Po rozstaniu, a przed poznaniem mnie widzieli się może raz, czy dwa. Natomiast odkąd ona dowiedziała się o moim istnieniu co chwilę coś od niego chce. A to trzeba ją pocieszyć, bo jest ciężko chora, wręcz umierająca. A to coś pożyczyć, albo w czymś pomóc, albo coś innego.
Ostatnio nawet się z nim zabrała do kilku salonów optycznych, bo akurat w tym samym czasie szukała okularów.
Jego uczuć jestem pewna i wiem, że z jego strony to czyste koleżeństwo. Mówi mi o każdym spotkaniu i melduje się po. Natomiast nie wierzę w jej dobre intencje. Wydaje mi się, że ona cały czas liczy na jego powrót, tak mi podpowiada intuicja. Facet mówi, że przesadzam i jego uczuć mogę być pewna. Wydaje mi się, że on ma wyrzuty sumienia, że ją rzucił. Natomiast ja mam już dość tej baby i tego, że po takim czasie nie potrafi nawet spróbować ułożyć sobie życia. Mówi, że nowego faceta nie ma i nie szuka. Cały czas coś od niego chce. A ostatnio się okazało, że ona by chciała jeździć z nami na wycieczki, albo przynajmniej z moim facetem. Na co się nie zgodziłam i facet to uszanował. Tyle dobrego, ale nie zmienia to faktu, że przez te sytuacje jestem ciągle wkurzona i boję się, że ona w końcu coś odwali.
Ciekawi mnie wątek oszustów tinderowych.
Sama niemal padłam ofiarą faceta, który podawał się za kogoś, kim nie jest, jak się potem okazało, posługiwał się zdjęciami ukradzionymi z Insta... Mówił, że jest kapitanem statku i obecnie w rejsie w Singapuru do UK. Miał zdjęcia w mundurze i był diabelnie przystojny. Dziwne było to, że po trzech dniach stwierdził, że on usuwa Tindera, gdyż mnie poznał i jestem tą jedyną.
Po tygodniu pisania na WhatsAppie powiedział, że mieli sztorm i popsuła im się turbina, przez co stracili kontakt z całym światem... i działa mu tylko WhatsApp na tym jego satelitarnym telefonie. Krok po kroku prosił mnie, abym zamówiła mu nową turbinę przez swojego maila, a następnie opłaciła fakturę, a on mi zwróci kasę...
Wcześniej dla uwiarygodnienia wszystkiego podał mi hasło i login do swojego konta bankowego, na którym faktycznie miał kupę siana. Jak się potem okazało, była to fejkowa strona zrobiona przez jakiegoś chyba licealistę na lekcji informatyki.
Oczywiście nic mu nie wysłałam i kazałam spadać na drzewo. Jednak ciekawość sprawiła, że zaczęłam szperać w necie i okazało się, że ten sam gość, używając tych samych zdjęć, próbował tak nabrać kogoś w Niemczech (jest tam firma, która się specjalizuje w sprawdzaniu osób poznanych na portalach randkowych, które wyłudziły kasę, więc jest to zjawisko dość powszechne, że ludzie w ten sposób sobie "zarabiają").
Tak więc mój kapitan okazał się ściemą. A taki był ładny...
PS Słyszałam od znajomej, że jej dwóch kolegów wysłało laskom pieniądze na bilety do Dubaju, bo akurat są pilotami i tam mieszkają, oczywiście kobietek w życiu nie zobaczyli.
Od ponad roku mam psa, dokładniej suczkę. Mieszkam w małym bloku na najwyższym piętrze. Za to na samym dole mieszka pewne małżeństwo, również posiadają suczkę, która jest dość dużo większa od mojego psa. Problemem jest to, że pies z dołu jest agresywny do mojej suni.
Kiedyś gdy wychodziłam ze swoją na spacer, ta z dołu otworzyła sobie sama drzwi skacząc na klamkę i po prostu nas zaatakowała. Wydzierałam się wniebogłosy. Całe szczęście nic nie nam nie stało. Miałam nadzieje ze właściciele po tej sytuacji zaczną przekręcać drzwi na zamek i sytuacja się nie powtórzy. Niestety nie. Wczoraj znowu moja psina została zaatakowana, tym razem ma przegryzione ucho. Nie chcę, aby tamten pies został uśpiony czy zabrany, ale bardzo się boję. Czy ktoś wie gdzie powinnam to zgłosić?
Dodaj anonimowe wyznanie