Mojego Tatę uratował chleb.
Tata urodził się w czasie II WŚ. Kiedy wioska w której mieszkał była pacyfikowana i wywożona, zdarzył się taki mały cud. Dziadek był w pracy, babcia z 3-letnim synkiem (moim tatą) i półtoraroczną córką razem z całą wioską czekali na stacji kolejowej na pociąg, który miał ich wywieźć w nieznane. Babcia podeszła do pilnującego ich żołnierza i zapytała, czy może wrócić do domu po chleb, który jest w piecu. Obiecała się nim podzielić z żołnierzami. Ten miał dobry dzień i na to pozwolił. Babcia z dziećmi poszła po chleb, a w tym czasie przyjechał pociąg. Zabrał całą wieś, a babcia wróciła na pustą już stację. Nie mogła uwierzyć w to co się stało. Została bez dobytku, bo ten razem z innymi pojechał w nieznane...
Po kilku dniach wrócił dziadek, całkiem siwy, bo wiedział już, że nie ma do czego wracać, bo wieś wywieziona. Miał wtedy niecałe 30 lat, osiwiał w te kilka dni. Bał się podejść do domu, w którym widział dym z komina, bo nie wiedział, kogo zastanie we własnym domu, skoro rodziny już nie ma...
Dziś z tych wszystkich ludzi został tylko tata, który wszystko to pamięta. Było to tak naładowane emocjami, że dziś jako ponad 80-letni dziadek pamięta ten dzień, gdy miał 3 lata.
Czytałem dużo strasznych historii w internecie, ale nigdy nie sądziłem, że coś takiego przytrafi się również mnie.
Wczoraj, gdy poszedłem przytulić 3-letnią córkę przed snem, zobaczyłem, że podłoga obok jej łóżka jest wilgotna. Pytam: "Co tu się działo?". Ona odpowiedziała: "Plułam na mglistych ludzi, bo tylko ślina ich odstrasza".
Możecie się śmiać, ale ja wystraszyłem się okropnie.
Na Studium Wojskowym było nawet fajnie. Musztry niewiele, głównie "W dwuszeregu zbiórka!" i "Czwórki w prawo - twórz!".
No więc tworzyliśmy te czwórki i trochę maszerowaliśmy. Ale pewnego razu kapitan wydał komendę "Czwórki w LEWO - twórz!".
Do niektórych dotarło, że tym razem w lewo, inni ruszyli tradycyjnie w prawo, żołnierze się powywracali, pozderzali głowami, a największa czwórka liczyła dziewięć osób, co było rekordem jednostki.
Jestem normalną, zdrową nastolatką. Moje BMI wygląda idealnie. Nie zawsze jednak tak było. Kiedyś miałam anoreksję, o której nikt nie miał pojęcia. Nikt z najbliższych, bo wszyscy inni coś zauważali, ale głośno o tym nie mówili, nie chcąc się wtrącać.
Jednak jakoś z tego wyszłam, przytyłam paręnaście kilo i już jest dobrze. Dobrze, dopóki ktoś mi czegoś nie powie.
I dzisiaj nastał ten dzień. Rodzina zaczęła na mnie naskakiwać, że moja forma spędzania aktywnie czasu jest nic nie warta, że jak ja mogę coś czasem podjeść między wyznaczonymi godzinami jedzenia. Podjadam raz na jakiś czas, ale to nie ma dla nich znaczenia.
Nawet nie wiedzą, że wpędzili mnie w dół i nie jadłam nic już do końca dnia. Bojąc się, że znów będą mówić.
Nie chcę, żeby anoreksja powróciła i będę o to walczyć. Jednak co jeśli przegram?
Wiem, że nie lubicie morałów, więc takiego nie będzie. Dodam tylko, że około rok temu matka oglądała program o anoreksji w telewizji, spojrzała na dziewczynę o dokładnie moim wzroście i wadze podczas choroby i zapytała "Jak jej mama mogła nie zauważyć?".
No właśnie mamo, jak?
Pewnej nocy obudził mnie potężny hałas dobiegający z pokoju moich rodziców.
Gdy przyszedłem na miejsce okazało się, że tata przez sen napierdziela ręką w ścianę. Obudziłem go i zapytałem co robi, on mi na to odpowiedział:
- Słoń się nie chce przesunąć!
I poszedł spać...
Jedyna rzecz w życiu, której żałuję, to małżeństwo. Osiągnąłem i dalej osiągam w życiu to czego chciałem - ciężka praca, odwaga i pozytywne podejście w każdym przedsięwzięciu. Próbowałem tego także w małżeństwie, ale poddaję się. Po 10 latach życia z moją żoną nie widzę szans na szczęście w tym związku, a co za tym idzie szczęścia w życiu.
Jestem człowiekiem, który nie wycofuje się ze złożonej przysięgi, więc nie odejdę od żony, ale czuję, że utknąłem w czymś strasznym. Może nie potrafię żyć w długim związku, może się nie dobraliśmy, a może trafiłem na beznadziejną kobietę. Jak by nie było, nie mogę pogodzić się z tą porażką. Wszyscy patrząc na to co osiągnąłem, na to co robię, myślą, że wygrałem życie, a ja codziennie usypiając modlę się o śmierć we śnie, żebym już nie musiał żyć z tym człowiekiem obok mnie.
Oczywiście rano wstaję i znowu do pracy, uśmiech na twarz i skupiam się na tym, co mnie cieszy. Ale w głębi duszy nie czuję się szczęśliwy. Pewnie uważacie, że jestem głupi, że tkwię w tym związku, ale zrywając przysięgę nie byłbym w swoich oczach mężczyzną, tylko śmieciem.
Piszę to wyznanie, żeby wyrzucić w końcu to z siebie, wyrzucić to, co tak strasznie mnie męczy.
Poznałem moją (do niedawna) narzeczoną, kiedy oboje byliśmy w liceum, od pierwszego spotkania wiedziałem, że to ta jedyna. Uganiałem się za nią kilka dobrych miesięcy, aż w końcu otworzyła się i spróbowaliśmy. Jeny... To były tak piękne czasy, każdy powinien choć raz tak się poczuć. Minął nam rok, drugi, trzeci, aż w końcu zamieszkaliśmy razem w dużym mieście, studiując na jednej uczelni. Wszystko układało się po naszej myśli, w międzyczasie kupiliśmy sobie psa, żeby mieć się kim wspólnie opiekować - istna sielanka, wiecie, tworzenie tego całego ciepła domowego itd.
Pewnego razu moja wybranka dzwoni do mnie z płaczem, że strasznie pożarła się z rodzicami, ale to tak, że wyrzucili ją z domu. Szczerze mówiąc myślałem, że to tylko chwilowy kryzys, że emocje wzięły górę, wiadomo jak to jest przy kłótniach. Niestety okazało się, że oni naprawdę się jej wyrzekli i dziewczyna na 1. roku studiów, bez dochodów, z mieszkaniem na wynajem została sama. Oczywiście miała mnie, wspierałem ją jak tylko mogłem, moi rodzice pomagali nam finansowo, ale i tak było bardzo ciężko. Stwierdziłem, że chcę, żeby utrzymała się na swoim kierunku i mogła dalej studiować, więc rzuciłem moje studia i poszedłem zarabiać, pracowałem za marne grosze, bo przecież chłopak po ogólniaku nie ma szans na przyzwoitą pensję. Tyrałem jak tylko mogłem, całymi dniami pracowałem w hurtowni, zamknięty, bez świeżego powietrza, nosząc materiały budowlane.
Wtedy zaczęło się coś psuć między nami. Z początku było nam mało siebie. Ona na uczelni, ja w pracy. Wracaliśmy zmęczeni, sen i wyjście z domu. Mimo wszystko starałem się odłożyć trochę grosza na wymarzony pierścionek zaręczynowy, po kilku długich miesiącach udało mi się na niego uzbierać i podczas romantycznej kolacji poprosiłem ją o rękę - zgodziła się. Byłem najszczęśliwszy na świecie!!
Co stało się tydzień później?
Wracam z pracy, wchodzę do mieszkania, patrzę, że wszystkie rzeczy mojej ukochanej zniknęły. Znalazłem wiadomość na stole. "Przykro mi, że musiałam to zrobić, ale z mężczyzną bez szkoły i porządnej pracy daleko nie zajadę, a nie zamierzam marnować życia na wiązanie końca z końcem. Proszę Cię, odpuść sobie kontaktowanie się ze mną, mam gdzie mieszkać i nic mi nie grozi - jestem tu nawet bezpieczniejsza niż przy Tobie".
Zostawiła mnie dla gościa ze złotą kartą i bogatszymi starszymi. Dla pieprzonego "banana". Nie boli to, że zostawiła, bolą te wszystkie słowa, które słyszałem o tym jaki jestem wspaniały, że rzuciłem uczelnię itp.
Pozdrawiam cieplutko.
Jestem tatą. Tatą nieznośno-kochanej Zuzi. Ostatnio umówiłem się po pracy w studio tatuażu na omówienie nowego projektu. Przeważnie żona odbierała 6-letnią Zuzię ze szkoły, ale tym razem musiała zostać dłużej w biurze. No to ja hop, szybko po córkę i jedziemy do studia. Podekscytowana, bo jeszcze nie była, a już ma mnóstwo planów na swoje (dumny tata). Od progu energiczna dziewczynka zdobyła sympatię ludzi :) Tak bardzo, że na odchodne dostała pączka na drogę. Podziękowaliśmy i poszliśmy w swoją stronę.
Idziemy sobie powolutku, młoda trzyma torebkę z trofeum, na deser po obiedzie. Widzę, że z naprzeciwka idzie bezdomny - stary, schorowany, pcha wózek ze złomem. Przechodzimy koło niego i idziemy dalej. Nagle Zuzia wyrywa mi się z ręki i biegnie do owego pana, wręczając mu torebkę z pączkiem.
Jeszcze nigdy nie widziałem tak szczęśliwego człowieka.
Młoda podeszła do mnie, chwyciła mnie za rękę i jak gdyby nigdy nic poszliśmy dalej.
I teraz wyobraźcie sobie wytatuowanego wikinga ryczącego ze wzruszenia, gdy opowiadał to swojej żonie.
Chyba nie popełniłem błędu w wychowaniu :)
Kocham moje królewny!
Kiedy on jest pijany, to pisze i dzwoni, że tęskni, kocha i przeprasza, że chce żebym była przy nim, na trzeźwo też tak czasem powie, ale rzadko.
Facet, którego kochałam, a który mnie odrzucił. Dlaczego tak się zachowuje?
Podobno słowa pijanego to myśli trzeźwego, co o tym sądzicie?
Aż dziw bierze, że w obecnych czasach nie ma nikogo takiego jak Oswald... Kim, Łukaszenka, Putin... jaki świat byłby gdyby ich w końcu ktoś pozamiatał...
Gorszy? Chyba nie...
Ale lepiej nakładać sankcje i przez to tylko zwykli ludzie umierają z głodu i mają biedę z nędza. Elit to nigdy nie ruszy.
A z drugiej strony... Po nich pewnie przyjdą podobni.
Dodaj anonimowe wyznanie