Pewnego dnia wybrałam się do pobliskiej miejscowości, żeby coś załatwić. Stanęłam przed pasami na czerwonym świetle, a gdy tylko zapaliło się zielone weszłam na ulicę. Będąc już prawie w połowie przejścia nagle, usłyszałam pisk opon, zdążyłam się tylko obrócić, zobaczyć auto nadjeżdżające wprost na mnie i ... zapanowała ciemność.
Pierwszy powrót świadomości... oczy miałam zamknięte, słyszałam poddenerwowane głosy, leżałam na plecach. Nieśmiało otworzyłam oczy - światło mnie oślepiało, musiałam je zamknąć. Kiedy ponownie otworzyłam usłyszałam jakiś głos: wybudza się... Widziałam nad sobą sufit, gdzie od czasu do czasu pojawiała się lampa. Byłam w szpitalu, wieziona gdzieś... Nie mogłam się ruszyć, czułam ból i strach. Obok mnie wszędzie chaos, rozmowy lekarzy nade mną, a ja znów zaczęłam odpływać, słysząc gdzieś w tle: tracimy ją...
Kolejny powrót świadomości... Otwieram oczy i nad sobą widzę sufit. Nie wiem co się dzieje. Próbuję się ruszyć, ale nie mogę nawet kiwnąć palcem. W tym momencie przypominają mi się wspomnienia o wypadku, szpitalu. Serce łomocze mi jak szalone a do mnie dociera myśl o paraliżu. Pojawiają się łzy w moich oczach, boję się jak nigdy. I wtedy nagle czuję, że czucie wraca w moje ciało, mogę już ruszyć palcem, ręką. Tylko jest mi okropnie zimno. Siadam i widzę skopaną kołdrę, swój pokój. I wtedy z szalejącym sercem uzmysławiam sobie, że to wszystko to był tylko sen. Najbardziej realny sen w moim życiu, który przydarzył mi się dobre kilkanaście lat temu, a ja do dzisiaj pamiętam każdy, najdrobniejszy szczegół, każde moje odczucie i strach...
Byłam zarejestrować nr telefonu w jednej z sieci komórkowej i tam oczywiście się wystałam, ale tak stojąc zobaczyłam jak starszy pan (ok. 70 lat) podszedł do obsługi pytając się grzecznie, czy nie wyłączyli mu oferty, ponieważ jego telefon nie działał.
"Pani" z obsługi powiedziała, że nic nie wyłączali i dodała, że może mu się telefon zepsuł. Starszy pan na to, że niedawno go kupił, a ona do niego prosto z mostu:
"Z telefonami jest jak z ludźmi, jak są stare, to się psują, tak jak ludzie umierają". Słysząc to starszy pan nic nie powiedział i po prostu odszedł.
Ludzie nie mają skrupułów :(
Jakiś czas temu wracając nocnym autobusem do domu, zagadał do mnie kierowca. Sprawiał wrażenie miłego i pewnego siebie. Pogadaliśmy chwilę. Kiedy wszyscy pasażerowie opuścili autobus, kierowca spojrzał na mnie dwuznacznie się uśmiechając i zapytał, czy może nie chcę pójść na tył. Byłam zaskoczona. Nikogo już nie było, a miałam jeszcze kilka przystanków do mojego domu. Powiedziałam, że fajnie mi się rozmawia, ale nie jestem zainteresowana.
Na szczęście odpuścił, ale ta sytuacja wydawała się dość dziwna zwłaszcza, że zauważyłam obrączkę na jego palcu.
Od dziecka miałam straszne problemy z trawieniem. Miałam wiecznie twardy, wzdęty, bolący brzuch, było mi niedobrze, a każda kupa to był istny horror.
Nie jadłam słodyczy (do dziś nie lubię), moja dieta to było głównie mięso, nabiał, pieczywo, warzywa... czasem owoce. Najwięcej mięsa i nabiału, poza piątkiem i czasem sobotą, nie było dnia bez kurczaka czy wieprzowiny. Uwielbiałam żółty ser czy twaróg, ale na widok szynki, kiełbasy lub kotleta robiło mi się niedobrze. Przestałam płakać nad mięsem w wieku 6 lat bo i tak nie miało to sensu, musiałam zjeść to co było nałożone mi na talerz/zrobione do szkoły. Pamiętam jak nieraz odbijało mi się mięchem przez dwa dni.
W wieku 18 lat przestałam jeść mięso, mimo lamentu rodziny i prób przemycania mi go na talerz albo wpędzania mnie w poczucie winy pod tytułem "tyle się przy tym narobiłam", "mięsko takie drogie", "ja dbam o Ciebie a Ty chcesz się zagłodzić". Życie bez mięsa to było coś pięknego. Czułam się dużo lżej, choć nie wszystkie dolegliwości ustały. Idąc za ciosem, poszłam na testy na celiakie i nietolerancję laktozy. Śmiałam się że jako zagorzała fanka sera, nie mogłabym z niego zrezygnować, zresztą skąd by u mnie się wzięła taka przypadłość? A tu szok, zdiagnozowano u mnie koszmarnę nietolerancję produktów mlecznych. Zmieniłam mleko krowie na kokosowe, z bólem serca pożegnała ser... I okazało się, że można wysrać się bez umierania z bólu. Zniknął mi trądzik, a brzuch w końcu nie wyglądał jak piłka.
Do dziś kocham ser i raz na jakiś czas sobie na niego pozwalam, co niestety mocno odczuwam następnego dnia na kibelku, a na moim policzku zawsze wyskakuje mi syf lub dwa. Ale jem wegetariańsko/wegańsko już wiele lat i naprawdę się przyzwyczaiłam, lubię to.
Clue tej historii jednak, to fakt, iż mimo koszmarnego braku zdolności trawienia produktów odzwierzęcych, alkohol wyparowuje ze mnie momentalnie. Nigdy nie miałam kaca. Gdy inni leżą, mi delikatne upojenie już mija i mogę pić dalej. Zainspirowałam się do tego wyznania porannym widokiem gości w moim salonie, którzy cierpią z bólu i ogromnego dyskomfortu po wypiciu stosunkowo niewielkiej ilości alkoholu zeszłej nocy, gdy ja po butelce różowego ginu, whiskey i paru drinkach, wstałam rano, wypiłam wodę i kawę, poszłam na WC i byłam w pracy przed czasem, świeża, pełna energii i bez najmniejszego bólu. Mój organizm to totalne dziwadło.
Wiele popełnionych w dzieciństwie czynów człowiek żałuje dopiero na starość. Ja na przykład wstąpiłem do ZHP, jeździłem na obozy i popierdzielałem a kusych spodenkach, długich podkolanówkach na nogach i jakiejś badziewnej, kwadratowej czapeczce na łbie.
Na jednym z obozów spotkałem ekipę ciekawych ludzi. Niestety, jak to w dużych grupach bywa - zawsze musiał znaleźć się jakiś wyłom. W tym przypadku był to dwunastoletni, grubasek, który najwyraźniej z domu wyniósł nawyk do klinicznego donoszenia starszym stopniem druhom na wszystkich, którzy łamią w najmniejszym stopniu reguły. Nawet nie wiecie, jakie to było upierdliwe. Ktoś zabluźnił, nawet cicho, pod nosem, a grubasek już gnał ile sił do komendanta. Ktoś przysnął na warcie, a już grubcio robił awanturę. Wszyscy mieli tego małego donosiciela serdecznie dość - łącznie z dowództwem obozu.
Kto jeździł na takie wyjazdy, ten wie, że samo budowanie obozu zajmuje kilka dni. Trzeba postawić ogrodzenie, budkę wartowniczą, wykopać latrynę... No, właśnie - nas przydzielono do tej ostatniej czynności. Wytypowano dziesięciu chłopaków, wręczono szpadle i pokazano gdzie mamy kopać dół. A tymczasem na czas konstruowania latryny, na pobliskiej górce postawiono pięknego toi-toia, z którego korzystali też wszyscy mieszkańcy kilku innych, pobliskich obozów.
Wkurzyliśmy się, bo nagle druh drużynowy zdecydował, że przydzieli nam jeszcze kogoś do pomocy. Jak możecie się domyślać - był to nasz kolega grubasek.
Po dwóch godzinach pracy, jeden z kumpli poprosił nas o pół godzinki wolnego. Chciał się na chwilę wyrwać do sąsiedniego obozu i odwiedzić tam swoją dziewczynę. Wszyscy zgodziliśmy się i chłopak pobiegł do swojej ukochanej. Pobiegł też i grubasek. Do komendanta. Nakablować. Siłą go zatrzymaliśmy i mimo że nas pięści swędziały nie doszło do rękoczynów.
I tak naskarżył.
Marzyliśmy o zemście. A ta nadeszła szybko, kiedy jeszcze tego samego dnia nasz mały skarżypyta dzierżąc w dłoni rolkę srajtaśmy poczłapał do toi-toia. Zebraliśmy się we czterech i cicho zakradliśmy do budki. Dwóch z nas stanęło z tyłu, a dwóch z nas z drugiej strony. Zaczęliśmy kibelkiem bujać. Gruby darł się wniebogłosy. Śmiesznie było. W każdym razie po kilku chwilach uznaliśmy, że już wystarczy i odsunęliśmy się od toi-toia. Jednak ci z tyłu ciągle chcieli bujać... W rezultacie kabina się wywróciła, sturlała się z górki i wylądowała drzwiami do dołu.
Całe godziny trwała akcja ratowania pływającego w fekaliach nieszczęśnika.
Nikt się nie dowiedział, kto dokonał tego haniebnego czynu. Grunt, że zachowanie grubcia zmieniło się o 180 stopni. Nam było trochę przykro, bo w sumie to odwaliliśmy straszną głupotę. Wzięliśmy naszą ofiarę pod skrzydła. Ostatecznie okazał się bardzo fajnym gościem. Gruby, jeśli to czytasz to... wybacz nam.;)
Niektórzy są naprawdę niereformowalni.
Pracuję z kobietą, która nie rozumie, że premia za brak absencji chorobowej to premia za brak absencji chorobowej, bez względu na to, z jakich przyczyn była wzięta. Co trzy miesiące dostajemy 1500 zł za brak L4, w tym roku firma nam dorzuciła do tego dodatkowo po 1000 na święta. To ją doprowadziło do szału. Chodziła i wmawiała wszystkim, że to nie jej wina, że miała chore dzieci i musiała iść na opiekę i też powinno się jej należeć. Twierdzi, że jest podwójnie pokrzywdzona, bo nie dość, że dostaje 80% kiedy jest na zwolnieniu, to dodatkowo zawsze omijają ją premie. Powiedziałem jej, żeby poszła do szefa i kłóciła się z nim, a nie ze mną, bo nie mam zamiaru wysłuchiwać jak bardzo jest pokrzywdzona. Poszła na rozmowę i nikt nie wie co tam się działo, ale dziś nie przyszła do pracy, a szef jest tak zły, że nikt nie miał odwagi zapytać się dlaczego jej nie ma.
Nie rozumiem takich roszczeniowych ludzi.
Kilka dni temu miałem nieprzyjemną sytuację. Mianowicie od jakichś 8 lat chodzę w jednej, tej samej czapce z daszkiem. I to nie jest tak, że tylko w lato. Noszę ją codziennie, nieważne - niedziela, święto, czapka musi być.
Szkoła, lekcja biologi. Nauczycielka czepiająca się wszystkiego, w tym mojej czapki, której nie ściągam praktycznie w ogóle. Podeszła do mnie, szybkim ruchem zdejmując mi czapkę, i wrzuciła ją do kosza na śmieci. Poryczałem się na środku klasy, osuwając się na podłogę. Ta strzeliła facepalma, bo dla niej to tylko czapka.
Na szczęście miałem tam swoich przyjaciół, którzy pomogli mi wstać z ziemi i przynieśli mi moją własność. Wszyscy w klasie patrzyli się na mnie jak na jakiegoś dziwaka.
I teraz też nie rozumieją, co się wtedy stało.
To była jedyna pamiątka po moim martwym ojcu. Założył mi tę czapkę i wyniósł mnie z płonącego domu, ratując mnie, a samemu umierając. Od tamtego momentu noszę ją codziennie. O tym, co ta czapka oznacza, wiedzą tylko moi najlepsi przyjaciele...
Zmieniłam pracę. Jedynym plusem nowej są lepsze pieniądze. Od pierwszego dnia pracy dziwnie w niej, ładnie mówiąc, pachniało. Codziennie oglądałam swoje buty, czy czasem coś sama nie wniosłam. Każdy już pewnie wie, że chodzi o kupę. Zapach był raz mocniej wyczuwalny, raz słabiej. Byłam nowa, więc wstydziłam się zapytać. Po miesiącu pracy odważyłam się poruszyć temat, a wtedy poszła lawina, każdy zaczął się przyznawać, że też to czuje.
W tym dniu nie było naszego prezesa i zapach był słabo wyczuwalny, pod koniec dnia przyjechał do nas na chwilę, przeszedł, a ja myślałam, że zwymiotuję. To on! Człowiek, który ma tysiące, jak nie miliony na koncie, a z higieną mu nie po drodze...
Pracy nie zmienię, ale teraz codziennie mu się przyglądam. Ten człowiek po jedzeniu nie myje, tylko oblizuje sztućce i wkłada z powrotem do pojemnika z czystymi (!). Idąc do toalety nie spuszcza wody, nie mówiąc o myciu rąk... I żeby chociaż to staruszek był, ale to młody mężczyzna! A fuuuu...
Miał ktoś z Was, kiedyś nie przyjemną sytuację z kurierem? Bo ja tak! Nie mam na myśli DPD, InPost czy DHL. Niestety nie zawsze jest możliwość, wybrania dostawy z powyższych firm. Kilka razy, z przykrością, musiałam zamówić ją od UPS.
Pierwsza sytuacja: Spora komoda, przyszła w trzech pudełkach. Pytam kuriera, czy pomoże wnieść ją do domu, na co on oburzony: ALE JA MAM TYLKO DWIE RĘCE! A KARTONÓW JEST 3!
Druga sytuacja: Kolejny spory gadżet. Bałam się o jego stan, więc zapytałam, czy dostawca poczeka aż sprawdzę przy nim, czy nic się nie uszkodziło. On odpowiedział krótko: DOBRANOC. Wsiadł do samochodu i odjechał.
Trzecia sytuacja: Byłam sama w domu (jest spory, ma parter i dwa piętra). Akurat wynosiłam pranie na samą górę. Kurier zadzwonił, że JEST Z PRZESYŁKĄ I CZY MOGŁABYM PRZYJŚĆ DO DRZWI. Starałam się jak najszybciej zbiec po schodach. Otwieram drzwi i pusto. Paczka leży przy bramie, na zabłoconym trawniku. (Pomyślałam sobie: tak ku**a, pod drzwi). Podeszłam pod samochód. Kurier odsunął szybę: NASTĘPNYM RAZEM PROSZĘ SOBIE ZAMÓWIĆ DO PACZKOMATU, JA NIE MAM PÓŁ DNIA ŻEBY CZEKAĆ, AŻ KTOŚ DO MNIE PODEJDZIE!
Zdenerwowałam się: Niech pan się zamknie i jedzie stąd najszybsze jak się da! Spokojna pana rozczochrana, już nigdy więcej nie zamówimy dostawy w waszej firmie! Żegnam!
Dla kogoś to głupota, a ktoś może miał podobnie..?
Nie będzie to historia paranormalna, ale typu "creepy".
Nikt mi nie uwierzy, ale muszę to wyrzucić.
Moi rodzice wyjechali, zostałam sama w domu. Zamknęłam dom, okna... chyba wszystko. Kiedy dochodziła godz. 1 w nocy, poszłam do łazienki po treningu, a że zapach nie był najprzyjemniejszy, otworzyłam największe okno - balkonowe w moim pokoju. Mieszkam na górnym piętrze, okno wychodzi na ulicę.
Kiedy wróciłam po 30 minutach i podeszłym zamknąć okno, zobaczyłam mężczyznę. I nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że gapił się w okno. Po prostu stał i patrzył wprost na mnie. Uśmiechnął się do mnie i wskazał na mój dom. Zaczęłam się drzeć. Po prostu. Miałam nadzieję, że usłyszy mnie pół ulicy. A gość pomachał mi. Nie wytrzymałam i dalej się darłam. Schowałam się za firanką, po minucie znowu wyjrzałam za okno. Już go tam nie było.
Uświadomiłam sobie, że ten gość WSKAZYWAŁ MI NA DRZWI WEJŚCIOWE. Co zrobiłam? Wyszłam przez balkon i przeszłam na ten sąsiadujący obok. Waliłam w okno, aż ktoś otworzył (moja sąsiadka i jej mąż). Powiedziałam co się stało, a oni od razu zeszli ze mną na ulicę i podeszliśmy do moich drzwi, łatwo przeskakując przez płot. W moich drzwiach były dorobione klucze, a na ziemi leżały oryginalne.
Zadzwoniliśmy na policję i do moich rodziców. Z domu nic nie ubyło, nikogo nie było też w środku (drzwi nie zostały otworzone), policja wszystko sprawdziła. Zmieniliśmy zamki, dodaliśmy alarmy.
Wiecie co mnie jednak bardziej martwi? To, że kluczy do drzwi nie da się dorobić w 30 minut. To musiało stać się szybciej, a nie w tę noc.
Dodaj anonimowe wyznanie