Znałem kiedyś Chińczyka. Chłopak zwał się Wang i chodził ze mną do gimnazjum. Jego rodzice wyprowadzili się do Polski, kiedy on miał sześć lat. Dzieciak świetnie gadał po polsku i był lubiany w klasie. Niestety, chłopaki ze starszych roczników czasem mu dokuczały i rzucały w jego kierunku dość obraźliwe hasła, zazwyczaj oparte na durnych stereotypach i uprzedzeniach.
Kiedyś podszedł do nas jeden taki dryblas i zaczął pytać, czy Chinki mają poziome waginy, czy kolor skóry Azjatów związany jest z sikaniem pod wiatr, czy każdy „kitajec” je miskę ryżu co rano i czy zna kung-fu. Chciałem stanąć w obronie Wanga i zacząłem tłumaczyć gościowi, że stereotypy zazwyczaj nie są zgodne z prawdą. Nie zdążyłem jednak skończyć pierwszego zdania, bo mój kumpel, wziąwszy potężny zamach, strzelił delikwentowi trampkiem prosto w ucho. „Owszem, znam kung-fu. Zaczepiaj mnie częściej, a chętnie będę ci o tym regularnie przypominał” - rzekł Wang do wijącego się na ziemi osiłka.
Do końca naszej nauki nikt mu już nie zatruwał życia, a ja cholernie się cieszyłem, kiedy nasz klasowy kolega uczył nas podstaw samoobrony.
W szóstym miesiącu ciąży poroniłam. Obudziłam się w sali z 4 kobietami z dziećmi.
Nie polecam nikomu.
Chodzę na terapię już 4 lata.
Mając ok. 5 lat, byłam z ciocią na placu zabaw - tam zaczepiła mnie grupka dzieciaków, niewiele starsi, niektórzy nawet w moim wieku. "Bawisz się z nami w opowiadanie strasznych historii?" - pewnie, że się zgodziłam.
Żadne historie nie zapadły mi w pamięć, ale czemu się dziwić? Ja tam tylko słuchałam.
Nadeszła jednak kolej dziewczyny, która zaprosiła mnie do zabawy.
Nie pamiętam szczegółów. Ale historia tyczyła lalki bez kciuka. Mordowała dzieci, ludzi w sklepie, a kiedy matka jej właścicielki ją wyrzuciła, dziewczynka została zasztyletowana pod prysznicem.
Niby nic, a jednak... Mój mały móżdżek na bieżąco podczas słuchania kreował sobie te wszystkie obrazy - dziewczyna miała niebywały dar opowiadania jak na swój wiek.
Morał z bajki był jeden - nie pokazuj kciuków, bo zginiesz.
Możecie się śmiać, ale do teraz mam ręce w kieszeni, śpię na brzuchu z dłońmi pod poduszką i po prostu zawsze chowam ręce. Nie umiem zasnąć z kciukami na wierzchu.
A nie wierzę w tę historię, nawet jej całej nie pamiętam.
Kimkolwiek jesteś, dziewczyno z placyku, powiem jedno - zostań politykiem.
Słowem wstępu: Mam brata bliźniaka. W dzieciństwie często się kłóciliśmy, wiadomo „Mamo, chodźmy na sanki!”, „a nie, bo ja wolę na zostać w domu”.
Tak czy inaczej, teraz jesteśmy już starsi, mamy własne życie i mimo wszystko mamy dość dobry kontakt. Niedawno Adam (imię, oczywiście zmienione) postanowił, że chce coś zmienić i poszedł do fryzjera. Swoje długie loki ściął i przefarbował się z blondu na brąz.
Jakiś czas po tym postanowiliśmy odwiedzić rodziców, oczywiście była to niespodzianka, chcieliśmy zobaczyć ich reakcję na nową fryzurę Adama. Jednak reakcja mojej mamy przeszła nasze najśmielsze oczekiwania.
Wchodzimy sobie spokojnie do domu, ja całuję rodziców, potem on i idziemy do salonu. Nagle jednak poczułam, że mama mnie zatrzymuje.
- Fajny ten chłopak. Podoba mi się - uśmiechnęła się do mnie, a ja uznałam, że robi sobie żarty.
- Tak, to prawda. Przystojny jest, prawda? - zaśmiałam się.
- I to jak. Z przyjemnością zostanę jego teściową.
Tak. Moja mama, nie poznała swojego syna! A na dodatek uznała, że jesteśmy parą!
Kiedy byłam w podstawówce (kl. 1-3), uprawiałam seks z moją kuzynką. Czasem używałyśmy wibratora jej mamy. Pamiętam, że zamykałyśmy się w kuchni i każda miała określony czas na zabawę z tym urządzeniem, potem się zmieniałyśmy. Bałyśmy się, że zajdziemy w ciążę. Ustaliłyśmy, że jakby co to powiemy rodzicom, że tylko koło siebie spałyśmy.
Chciałabym o tym zapomnieć, mam nadzieję, że dzieci w dzisiejszych czasach mają mózgi i nie wpadają na takie pomysły.
Na wstępie od razu zaznaczę, że od ponad 4 lat mam partnerkę. Nie spotykałyśmy się z negatywnymi reakcjami na nasz związek i orientację, poza dalszą rodziną Asi (mówię o wszystkich, poza jej rodzicami i rodzeństwem, wspaniali ludzie). Asia zawsze miała doskonały kontakt ze swoją mamą. Jeździmy do jej rodziców co weekend, miałam okazję wielokrotnie widzieć, że dobrze się dogadują.
Jakiś czas temu Asia dzwoni do mnie, że jej mama miała wypadek, jest w szpitalu. Nawet przez telefon słyszałam, że prawie płacze, więc moją reakcją było wystrzelenie z budynku uczelni (miałam akurat okienko) i pojechanie do szpitala. Idę na odpowiednie piętro, gdzie zobaczyłam moją dziewczynę i jej tatę. Na co dzień nie okazujemy sobie z Asią uczuć na ulicy, czasem damy sobie buziaka albo przytulimy się na przywitanie, ale to robią i heteroseksualne kobiety, więc nikt nigdy nie skomentował. Moją reakcją w tamtej chwili, kiedy zobaczyłam jej łzy, było przytulenie jej, nawet nie zastanawiałam się, że dookoła są inni ludzie. Siedzimy tak jakąś chwilę i nagle słyszymy:
- To obrzydliwe, takie rzeczy powinno się leczyć! To niedopuszczalne w miejscu publicznym! - I dalej w tym klimacie.
Nim zdążyłam pozbierać szczękę z podłogi - naprawdę pierwszy raz coś takiego mi się zdarzyło ze strony obcej osoby - tatuś Asi wbił w tę kobietę ciężkie spojrzenie i powiedział:
- Mam nadzieję, że nikt pani nie pocieszy, kiedy ktoś pani bliski będzie walczył o życie.
Kobieta wyraźnie się zmieszała i odeszła.
Koniec końców mama Asi z tego wyszła, wszystko jest w porządku.
Zastanawiam się tylko, czy heteroseksualne kobiety nie przytulają przyjaciółki, kiedy płacze? Nawet publicznie? Przecież nie mamy na czole wypisane orientacji...
Gdy byłam małą dziewczynką, rodzice w nocy często się budzili i wkurzali na bandę wynajmujących po sąsiedzku dom studenciaków, która w nocy jeździła pijana i naćpana samochodem i zatrzymywała się przed domami, wydzierając się i "warcząc" silnikiem.
Pewnego dnia moi rodzice wyjechali w delegację i zostawili mnie pod opieką babci. Wiadomo, babcia położyła mnie do łóżka i sama zasnęła, gdy tylko zrobiło się ciemno. Ale ja jak to ja, bez kociaka ani rusz do spania, więc zaczęłam go szukać. Po chwili okazało się, że w domu go nie ma, ni hu hu, więc patrzę przez okno - stoi przed bramą. Babcia mocno spała, więc sama pobiegłam po niego na ulicę. Nagle słyszę okropny ryk, biorę kota na ręce, chcę już wbiec za bramę, a tu na ulicy przede mną stoi samochód... I teraz wyobraźcie sobie sytuację: nagle krzyki studenciaków z samochodu ustają, samochód stoi, a przed nim stoi dziewczynka - bez butów, w białej koszuli nocnej, w ciemnych czarnych włosach zarzuconych na twarz, trzymając na rękach czarnego jak jej włosy kota. Momentalnie odpalili od razu wsteczny, na szybkości, wjeżdżając w płot sąsiada...
Wtedy dopiero policja zainteresowała się tym wydarzeniem i studenciaki musieli naprawić płot i jeszcze znaleźli u nich parę gramów.
I tak oto dziewczynka przypominająca z wyglądu kobietę z horroru zapewniła wsi spokój, a cwaniakom nauczkę.
W emocjach człowiek zamienia się czasem w podłą, nieczułą bestię. Potem, po ochłonięciu oczywiście żałuje, ale czasu cofnąć się nie da. No, cóż...
Jak co tydzień wsiadłem do jednego z tych nowoczesnych pociągów podmiejskich, aby pojechać na weekend do mojej dziewczyny mieszkającej 20 km od wiochy, w której mieszkam. Wszystkie miejsca były wolne, więc usadowiłem się wygodnie na jednym z trzech siedzeń przy oknie. Po paru minutach do wagonu wtoczył się facet z trójką dzieciaków (8-12 lat). Jak na złość, rodzinka usiadła koło mnie - jeden chłopczyk zajął siedzenie po mojej prawej, a tata z jeszcze jednym chłopcem i córką, która ściskała w rękach jedną z książek o Harrym Potterze, usiedli naprzeciw nas. Czułem się trochę niekomfortowo - przecież cały wagon był wolny i mogli przycupnąć sobie w każdym innym miejscu. Ale, nie - musieli walnąć się tutaj!
No, trudno. Jakoś to przeboleję - pomyślałem. I wtedy stało się - facet otworzył butelkę z colą, pociąg zaczął hamować, butelka wypadła mu z łap i plask! - jej zawartość wylała się na moje spodnie. "Co, do ch#ja?!" - krzyknąłem przestraszony. Na to gość powiedział do mnie: "Przeproś". Ja patrząc a to na swoje mokre, lepiące się spodnie, a to na jego twarz w końcu odrzekłem "Co proszę?". "Przeproś za bluźnienie przy dzieciach, chamie!" - krzyknął facet.
No i zirytowałem się troszkę. "Bisurmański pastuchu bawołów!" - rzekłem - "Może waść sobie nie zdawałeś sprawy, ale wylałeś mi pół butelki lodowatej, PIER#OLONEJ coli na moje spodnie! Z tegoż to powodu mam pełne prawo do rzucania PIER#OLONYCH przekleństw przy twych dzieciach!"
- Tato, niech ten głupi pan już sobie pójdzie - jęknęła dziewczynka.
Facet czerwony ze złości zabrał dzieciaki, a na odchodne rzucił mi tekst "Ktoś powinien powiedzieć ci, co to są dobre maniery!". Na co odrzuciłem zgrabną ripostę: "A twojej córce ktoś powinien powiedzieć, że Dumbledore ginie na 606 stronie książki!" W tym momencie trójka dzieciaków, jak na zawołanie, ryknęła chóralnym płaczem, ojciec, dotąd czerwony jak piekielny ogień, zbladł i czym prędzej wyprowadził dzieciaki z pociągu.
Tak mi trochę przykro - nie chciałem zniszczyć młodzieży lektury, a już na pewno nie zrazić ich do książek. W emocjach człowiek zamienia się czasem w podłą, nieczułą bestię...
Mój 90-letni wujek ma za sobą kilka zawałów i wylew, dwa przypadki zakończyły się śmiercią kliniczną. Jego historie o doświadczeniu życia pozagrobowego stały się w rodzinie swego rodzaju legendą; zakładam, że wiele szczegółów po latach dopowiedziano, zresztą nie ma ich kto zdementować, bo wujek wymaga stałej opieki i nie bywa przy stole, gdzie zazwyczaj się je opowiada.
Dreszczyk dreszczykiem, zaduma zadumą, ale moją ulubioną historią jest ta usłyszana od ratujących wujka lekarzy, wtedy czerwonych od stresu i śmiechu. Otóż gdy niby wszystko było już przesądzone, a pacjent "stracony", prawie martwy wujek z zamkniętymi oczami powiedział:
- A takiego ch#ja, nie umrę!
Ze szpitala wyszedł po czterech dniach :)
Gdy miałam może z 7 lat, mama uczulała mnie na nieznajomych. Wiedziałam, że nie mogę przechodzić sama przez ulicę, podchodzić do obcych, rozmawiać z obcymi, wsiadać do obcych samochodów i brać czegokolwiek od obcych ludzi. Pewnego dnia bawiłam się z koleżankami na dworze, gdy zaczepiła nas starsza pani, dając nam reklamówki dużych brzoskwiń, żebyśmy zaniosły do domu. Wszystkim już się zaświeciły oczy od widoku tych owoców, jednak nie mi. Ja stwierdziłam, że skoro nie znam tej pani, to znaczy, że te brzoskwinie na pewno są zatrute i jak zjem jedną, to umrę... Z tego względu brzoskwinie zakitrałam pod krzakami, bo bałam się zanieść zatrute owoce do domu. Dwa dni później sprawa wyszła na jaw, bo starsza pani, jak się okazało jakaś sąsiadka, zapytała mamę, jak jej smakowały brzoskwinie... Dopytywana ze łzami w oczach przyznałam, że zostawiłam je w krzakach, bo przecież były od obcej osoby, a mama mnie zdrowo ochrzaniła, że zmarnowałam dobre owoce...
Nie mam serca jej tego powiedzieć, ale od tamtej pory wiedziałam, że jednego mnie uczy, a drugiego wymaga, więc nigdy już nie potrafiłam jej zaufać. Zwłaszcza że dla niej to przez lata był powód do żartów, jak to mała ja byłam przestraszona i wywaliłam dobre owoce...
Niby taka mała sytuacja, a ciągnie się ta sprawa za mną przez lata, no a mama wciąż nie rozumie, że jej zachowanie to była czysta hipokryzja.
Dodaj anonimowe wyznanie