#h7x2Z

Na dzisiejszej mszy byłam świadkiem dość śmiesznej sytuacji, mianowicie:
Obok mnie stała dziewczynka tak ok. 6 lat, wiecie -  buty w gwiazdki, różowe legginsy, fioletowa kurtka... No po prostu dziecko. Kiedy przyszedł czas zbierania na tacę, dziewczynka z poważną miną zaczęła szukać czegoś w torebce. Po krótkim czasie wyjmuje z niej portfel, a z niego kartę kredytową i wrzuca ją do koszyczka. Ksiądz dopiero po chwili się skapnął, oddał ją dziewczynce.
Okazało się, że zajumała ją tydzień wcześniej mamie. :D

#IDO2M

Byłam w sklepie, stojąc przy lodówce z mięsem zastanawiałam się, co by tu zjeść na obiad. Nagle słyszę jakiś dzwonek polifoniczny, który dobiega z tej właśnie lodówki. Pomyślałam, że mam jakieś schizy. Rozglądam się, nikogo nie ma. Telefon nadal dzwoni. Myślę sobie "no jak nic telefon w lodówce..." Odsuwam kilka opakowań i jest telefon. Stary taki, z klapką. Odbieram. Babka w szoku. Mówi, że od dwóch godzin dzwoni. Zdziwiła się kiedy jej powiedziałam, że właśnie wyciągnęłam go spod mielonego. Babka przyjechała, sama z siebie się śmiała.
A koniec jest smutny, bo nawet na piwo nie dała :(

#M6JGg

Mieszkam za granicą, moja dziewczyna nie mówi i nie rozumie po polsku. Rozmawiamy po angielsku.

Kręci ją, kiedy mówię do niej po polsku w łóżku, kiedy rozmawiamy przez telefon czasami prosi mnie, żebym do niej mówił po polsku, z braku totalnej weny czytam jej strony z encyklopedii o fizyce elementarnej...

Myślałem, że fizyka kwantowa podnieca tylko starszych dziadków, którzy nie wychodzili z laboratorium od 30 lat.

#WAjst

Dzisiaj moja mama wyznała mi, że kiedy się urodziłam, nie wiedziała jeszcze jak mnie nazwać i razem z tatą wymyślili coś „na szybko”. Kiedy jednak poszli do Urzędu Stanu Cywilnego, pracownik zasugerował, żeby rodzice przemyśleli swój wybór, bo imię, które chcieli mi nadać jest dość mało popularne i w przyszłości mogę mieć z jego powodu nieprzyjemności, np. w szkole. Urzędnik powiedział, że w takich sytuacjach często nazywa się dzieciaka imieniem mamy ze strony ojca. Mama i tata uznali, że to dobry pomysł.
Zastanawiam się teraz, czy dziękować rodzicom, że ostatecznie nie nazwali mnie Bridżit, czy też może być na nich wściekłą, że mam na imię Lodzia...

#oXvdJ

Od jakiegoś czasu mam wrażenie, że ludzie sprzedali z kretesem resztki bezinteresowności i wrażliwości na krzywdę innych.

Wracałem ostatnio z kolegą z siłowni. Stoimy sobie full kulturka w tramwaju na przegubie, coby nie wadzić ludziom naszymi torbami. Na którymś przystanku wsiada dziewczyna, młoda, na oko z 19 lat. W widocznej, zaawansowanej ciąży. Ledwo stoi na nogach, widać, że słabo się czuje, ale nikt nie zwolnił jej miejsca. Za to komentarze w stylu "taka młoda, a już bachora będzie mieć", "W tym wieku się puszczać? Kto by pomyślał" oczywiście paść musiały z ust tzw. "moherowych" babć. Dodam, że dwie z nich zajmowały 4 miejsca siedzące, bo zakupy nie mogą się zmęczyć. Obok dziewczyny stała grupka licealistów w jej wieku. Oczywiście podśmiechiwania, poszturchiwania, głaskania po brzuchu darować sobie nie mogli.

Co przeżyłem kilka lat temu, to przeżyłem, ale jedno się nie zmieniło. Nie jestem obojętny na ludzkie cierpienie. Więc kiwnąłem do kolegi, by zerkał na nią, bo ja stoję tyłem i niewiele widzę.

Kiedy dziewczyna zemdlała, od razu poszliśmy jej pomóc. Reakcja otoczenia? Zerowa. Położyliśmy ją na plecach, udrożniliśmy drogi oddechowe. Ale przydałoby się jej ułożyć nogi w najwyższym punkcie, by lepiej dotlenić mózg. Widzę babcię, obok niej zakupy, więc podchodzę i mówię:
- Proszę ściągnąć te tobołki, bo chcemy dziewczynie położyć nogi na fotelu.
- Ale ja nie mam najmniejszego zamiaru!
- Kobieto, za chwilę to będziesz je zbierała po całym tramwaju, więc masz do wyboru.
Z wielkimi oporami zabrała co jej. Ba, nawet się przesiadła stamtąd.

Dziewczynę ułożyliśmy jak trzeba, karetka wezwana, by czekała na najbliższym przystanku. Innej opcji nie było, gdyż tramwaj musiał przejechać odcinek, gdzie nie ma normalnej drogi, wyłącznie trakcja tramwajowa i torowisko. Ratownicy zabrali dziewczynę. Po wstępnym badaniu stwierdzili, że to prawdopodobnie zwykłe omdlenie okołociążowe, ale wolą ją dla pewności zabrać na oddział, by zrobić badania. Zostawiliśmy dla pewności w jej kurtce spisane na kartce nasze numery telefonu.

Reakcji otoczenia chyba komentować nie muszę, bo szkoda słów na taką znieczulicę. A ludzie później się dziwią, że nikt nie chce im pomóc...

PS Dziewczyna odezwała się do nas 2 dni temu. Zaprosiła w ramach podziękowania na kawę. I gdy tak rozmawialiśmy we troje, nie wiem, czy to w przypływie emocji, czy nie, wygadała się, że dziecko nie jest wpadką. Jest wynikiem gwałtu, którego doświadczyła na dyskotece. Ojca nawet nie zna. Chciała je usunąć, ale gdy zobaczyła pierwsze zdjęcia z USG, rozryczała się i postanowiła, że choćby miała stanąć na uszach, to dziecka nie zabije, tylko je wychowa, najlepiej jak potrafi.

#dt3bd

Mam problemy zdrowotne. Jestem wyjątkowo podatna na obrzydzenia i reaguję na nie silnymi mdłościami. Czasem wystarczy, że zobaczę reklamę pizzy z oliwkami (których nienawidzę!) i od razu mam odruch wymiotny. Ta sytuacja ciągnie się już parę miesięcy i postanowiłam pójść na konsultację z lekarzem, bo jak się dowiedziałam – tego typu problemy wcale nie są rzadkością wśród ludzi i są skuteczne sposoby na leczenie.

W poczekalni obok mnie siedziała matka z ośmioletnim dzieciakiem, który wyraźnie stresował się wizytą u lekarza. Rodzicielka malucha wytłumaczyła mi, że jej synek miewa mdłości, które są wynikiem stresu – gówniak puszcza pawia, kiedy jest zdenerwowany, czyli na przykład kiedy nauczycielka woła go do tablicy, albo gdy młody musi zagrać króla Baltazara podczas kościelnych jasełek. Wywód opiekunki chłopca, którego twarz w trakcie maminego monologu zmieniła kolor z blado-różowego na sino-zielony, przerwał tubalny dźwięk: „Burgulbul-błeeeeeech…!”. Dzieciak zwymiotował wprost na moją sukienkę... Zapach nie do końca przetrawionej treści żołądka małolata momentalnie wywołał u mnie silny atak obrzydzenia, którego nie mogłam w żaden sposób opanować i dosłownie parę sekund później stało się, to co miało się stać… „Burgulbul-błeeeeeech…!”. Zrzygałam się wprost na głowę dzieciaka, który jeszcze nie zdążył odsunąć się znad mojej kiecy.

W tym momencie drzwi gabinetu otworzyły się i przez szparę w nich wychynęła głowa lekarza, który zaalarmowany niepokojącymi dźwiękami z poczekalni spojrzał na mnie – obrzyganą od stóp do głów – i uśmiechnąwszy się szczerze rzekł: „Pani się nie przejmuje. To się często tutaj zdarza!”.

#FpHSA

Kiedy dostałam swoją pierwszą wypłatę, pierwsze co zrobiłam to pobiegłam do sklepu z zabawkami i kupiłam swoją pierwszą lalkę Barbie. W wieku 22 lat spełniłam swoje marzenie z dzieciństwa. Zawsze chowam ją przed moim narzeczonym (mieszkamy razem), a gdy wracam z pracy, to ją wyciągam. Bawię się nią, żalę się jej jaki to miałam okropny i męczący dzień w pracy, rozmawiam...
Ale nie martwcie się - lalka mi nie odpowiada :D
Poza tym wszystko ze mną w porządku ;)

#fkZjl

Janka urodziła się na wsi, w największej możliwej patoli. Głód, zimno, awantury i bicie - to była jej codzienność. Skończyła tylko gimnazjum, bo dalej jej rodzice nie pozwalali się uczyć. Miała prać, sprzątać w domu i harować w polu, by oni mogli pić. W zamian ją głodzili i bili. Nie miała dokąd pójść, nie miała perspektyw.
Gdy miała 18 lat, dogadała się z właścicielką wiejskiego sklepu - za pomoc przy dostawach właścicielka dawała jej trochę żywności. To jedzenie zabierali jej rodzice, ale część zawsze zdążyła zjeść po drodze do domu i choć raz w tygodniu nie była głodna.

Przy dostawach pracował Rafał, któremu Janka wpadła w oko. A wręcz zakochał się na zabój. Rafał wyciągnął Jankę z patoli - zamieszkali w pobliskim miasteczku, załatwił jej pracę w sklepie, wzięli ślub. Zrobiła zaoczne liceum, a później studia. Nie kochała go, ale była przy nim szczęśliwa. Dbała o niego, o - pierwszy raz w jej życiu - normalny dom. On traktował ją jak księżniczkę. To z nim miała swoje pierwsze razy - w kinie, w restauracji, na koncercie. Zmieniła pracę, tam poznała mnie i stałyśmy się najlepszymi przyjaciółkami.

Żyli spokojnie, prosto, szczęśliwie. Bez kontaktu z patologiczną rodziną - tak było lepiej. A potem Janka urodziła Wiktora. Fajnego, dobrze rozwijającego się chłopca, który wymaga pełnego zaangażowania. Janka wstaje o 5 rano, by przed pracą zrobić śniadanie swoim chłopakom i ugotować dwudaniowy obiad - Rafał nie lubi, gdy jest więcej niż raz odgrzewane. Musi mieć zupę, mięso, ziemniaki i domową surówkę (bo kupna mu nie smakuje). Potem Janka budzi Wiktora, karmi go i zawozi do żłobka. Następnie jedzie do pracy. Po pracy gna odebrać dziecko i z małym pod pachą robi zakupy. Z pełnymi siatami i dzieckiem wspina się na 4 piętro bez windy. A potem sprząta (Rafał ciągle marudzi, że jest bałagan), pierze, przygotowuje kolację. Po kolacji kąpie dziecko, usypia. Gdy młody śpi, kąpie się, płaci rachunki, załatwia sprawunki. Chodzi spać po 23. Choć Wiktor budzi się w nocy wielokrotnie, tylko ona do niego wstaje, bo "Rafał musi być wyspany do pracy".
Gdzie w tym wszystkim jest Rafał? Na piłce, na siłce, na piwie z kolegami.

Ostatnio, po ponad roku, udało nam się spotkać (zmieniłam pracę, już się tam nie widujemy). To było jej pierwsze wyjście towarzyskie od narodzin młodego. Ale Janka ze łzami w oczach powiedziała mi, że nasze 2-godzinne spotkanie (i z jej dzieckiem) wymagało tyle zachodu, że w najbliższym czasie na pewno się nie spotkamy. Próbowałam jej wytłumaczyć, że skoro oboje pracują, obecny podział obowiązków (a raczej jego brak) jest niesprawiedliwy. Że jej praca, jej odpoczynek też są ważne. Ale ona tego nie rozumie. Czuje zmęczenie, wdzięczność do Rafała za wyrwanie z patoli. I strach, bo on naciska na kolejne dziecko. Nie wiem jak jej wytłumaczyć, przekonać i jak pomóc...
Dodaj anonimowe wyznanie