Jedna kobieta napisała, że po prawie 50 latach była w Polsce i jest źle, "bo ludzie się nie starają". Jako jeden z przykładów "starania się" podała kogoś, kto brał proszki na ból, aby móc robić na dwa etaty.
To nie jest pracowitość, to skrajna głupota. Zdrowie jest najważniejsze. Znam kilkoro ludzi co tak robiło, w wieku 25-35 lat, czyli "młody i produktywny". Niestety pojawiał się jakiś uraz i zamiast wziąć urlop zdrowotny na tydzień, dwa czy nawet na miesiąc, to ci znajomi ignorowali to, biorąc tabletki. Jak tabletki nie pomagały, był lekarz, 2-3 dni wolnego, powrót do pracy, bo przecież zakład zatrudniający kilkuset ludzi upadnie bez jednego szeregowego pracownika. Aktualnie takich kilku znajomych, którzy się "starali", albo do końca życia nie może podnosić rzeczy +10 kg, albo w ogóle czegokolwiek podnosić, mają zakaz wykonywania pracy przez lekarza.
Sama się starałam i zarabiałam dużo, ale szefostwo się pozmieniało i niszczyli pracownikom zdrowie psychiczne. Osobiście wolę pracować za mniej, niż mieć zniszczone zdrowie czy psychikę.
Dodatkowo narzekanie, że pani w urzędzie nic nie wie, nie stara się... Przepisy, czasami, zmieniają się bardzo szybko, albo są sprawy, którymi podczas ostatnich 10 lat ktoś na tym stanowisku zajmował się aż dwa razy, albo ktoś pracuje pierwszy miesiąc i jeszcze nie wie wszystkiego.
Inna sprawa dotyczy często pracodawców, którzy nie szanują pracownika. Starałam się, robiłam wszystko najlepiej jak potrafiłam, szefowa cały czas: za wolno, źle, beznadziejnie... Przestałam się starać, robiłam minimum: moje wyniki według szefostwa były identyczne. Pomyślałam, że może jak nabrałam wyprawy i teraz to co uważam za robienie powoli, wcześniej uważałam za robienie szybko. Chciałam sprawdzić, czy jak teraz się postaram, to będzie lepiej... Nie było, szefowa mówi mi, że cały czas jest tak samo... Po co się starać? Dostawałam takie same reprymendy jak pracowałam i jak się obijałam. Cały czas było źle, nigdy dobrze.
Zamiast wytykać palcem "że nikt się nie stara", warto się zastanowić, dlaczego tak jest.
Gdy byłam małą dziewczynką, czyli spory kawał czasu temu, miało miejsce dość dziwne zdarzenie.
Obudziłam się w nocy i poczułam, że muszę załatwić ''grubszą sprawę''.
Poszłam w stronę łazienki i zamiast w spokoju się wysrać, mój mózg podpowiedział mi ''hola, hola, obudzisz rodziców dźwiękiem spłuczki''.
Jakiś szatański plan stworzył się w mojej głowie i do dzisiaj nie wiem, jak można być tak głupim.
Weszłam do pokoju rodziców i po upewnieniu się, że śpią, nawaliłam im kloca na dywan, wstałam i wróciłam do pokoju spać.
Niestety nie mieliśmy psa.
Rano moim tłumaczeniem było mniej więcej tyle: ''Myślałam, że tam była toaleta...''.
Moi rodzice do bogatych nie należą, ja skończywszy technikum próbowałam znaleźć pracę w zawodzie - nic z tego. Decyzja - wyjazd za granicę, i powiem wam, wcale nie było mi lekko. Pracowałam u gospodarza na polu dosłownie 11 h na dobę, a następnie 4 h w magazynie, pokój dzieliłam z sześcioma dziewczynami. Harówka, spanie i tak przez sześć miesięcy. Oszczędzałam, nie palę, nie piję, więc uzbierałam sporą sumkę.
A teraz najlepsze: gdy wróciłam do domu, CAŁA rodzina sobie o mnie przypomniała, koleżanki zapraszały na kawę, tylko zawsze w okazywało się, że wszyscy mają problemy finansowe. A to jakaś awaria, a to choroba, a to już sama nie wiem. A mnie po prostu było przykro, bo gdy odmówiłam, okazywało się, że jestem chytrą suką. Pieniądze przeznaczyłam na rozkręcenie własnej firmy, niby nic wielkiego, ale pracuję na swoim.
Miałam dość docinków rodzinki, dlatego gdy ZNOWU kuzynka próbowała mnie przekonać, aby ją wspomóc (naprawdę nie miałam gotówki), wpadłam na pomysł. Moja kuzynka to taka dama, co pracą się nie splami. Zaproponowałam jej przy rodzinnym obiedzie, że załatwię jej pracę w Holandii. Dobre pieniądze, tylko trzeba się narobić (nie miałam takiej możliwości tak naprawdę). Jej mina bezcenna, jej rodzice namawiali ją, że to okazja, a ona wiła się ja piskorz i zaczęła się wykręcać.
Więcej o kasę nie poprosiła :)
"Mama" podała mnie do sądu za pomówienia... bo napisałam na blogu w jaki sposób się nade mną znęcała w latach młodszych i o mojej zniszczonej psychice.
Powiadają, że matkę ma się tylko jedną i powinno się ją szanować i że nie powinno się nikomu życzyć niczego złego, ale jednak.
Od najmłodszych lat wychowywali mnie dziadkowie. Moja mama zginęła w wypadku, ja byłam owocem gwałtu, więc ojca nigdy nie poznałam. Jak widzę memy z uroczą babcią i żartem o jedzeniu, to robi mi się jakoś dziwnie przykro... Moja babcia była inna.
Babcia była bardzo religijną osobą, tak samo jak dziadek. Wychowywali mnie w wierze, dbali o mój rozwój, uczyli się ze mną, bawili, ogólnie świetne dzieciństwo. Do czasu, aż dostałam pierwszej miesiączki.
Babcia zaczęła mnie traktować szorstko, ponieważ "okresem Bóg ukarał kobiety" i ona w czasie mojej miesiączki nie chce grzesznicy widywać. Tak więc w te dni siedziałam sama w pokoju, nie mogłam jeść obiadu z dziadkami ani iść do kuchni, gdy ktoś akurat tam był.
Nie mogłam zostawić podpasek w szafce w łazience, bo to "oznaka grzechu", tak więc podpaski zawsze trzymałam u siebie w pokoju pod łóżkiem, zużyte musiałam brać w woreczek i wywalać do śmietnika na spacerze, bo nie mogły być w naszym śmietniku.
Jeśli ubrudziłam ubranie krwią, to musiałam prać to w nocy ręcznie, z pralki nie mogłam korzystać. Babcia zabraniała prać "skażonych" ubrań pod jej dachem. Dlatego prałam ręcznie przed kąpielą, by się nie wydało, że coś zaplamiłam.
W gimnazjum mieliśmy lekcje na basenie, zawsze kochałam pływać, a wiadomo, że w czasie miesiączki jest to utrudnione, więc zaczęłam używać tamponów. Niestety babcia raz je u mnie zobaczyła, spoliczkowała mnie i kazała to spalić, ponieważ to "rzecz wymyślona przez diabła" i teraz już nie jestem dziewicą, jeśli ich używałam.
"Najmilej" wspominam pierwszy okres, zaczął mi się w nocy jak miałam 11 lat, łóżko poplamione, piżama też, babcia mnie obudziła i zaczęła krzyczeć, zabroniła wyjścia z pokoju dopóki nie pójdzie do pracy. Pościel kazała wywalić "poza domem". Musiałam się ubrać, w majtki napchać papieru toaletowego i jechać rowerem do sklepu po podpaski. Papier nie wytrzymał i spodnie również były do wyrzucenia.
Obecnie nie utrzymuję z dziadkami kontaktu, byli kochani cały miesiąc z wyłącznością 5 dni, wtedy to był koszmar. Od zawsze mam bardzo bolesne okresy (mdleję z bólu), a babcia mówiła, że to moja kara, więc mam ją z pokorą przyjmować i modlić się o łaskę.
Dodam jako ciekawostkę, że moja babcia nigdy nie miała okresu (jakaś choroba we wczesnym dzieciństwie czy coś, nigdy nie dopytywałam o szczegóły), przez co czuła się czysta i bezgrzeszna. Moja mama była adoptowana.
Kiedy byłem w liceum, pani od historii przygotowała dla najlepszych uczniów zadanie na szóstkę. Trzeba było zrobić wywiad z jakimś weteranem II Wojny Światowej. W gruncie rzeczy - misja to wyjątkowo trudna. Znajdź teraz staruszka, który przeszło 70. lat temu był już dorosłym mężczyzną walczącym na wojennych frontach.
Nie powiem - mimo czekających na mnie trudności, zdecydowałem się podjąć zadania. Pochodziłem trochę po sąsiadach, popytałem dziadków, nawet podzwoniłem trochę po rodzince. W końcu znalazłem - pan Grzegorz miał chyba ze 200 lat. Pomarszczony niczym rodzynka, bezzębny i cholernie niedosłyszący starszy pan mieszkał całkiem blisko mnie. Okazał się naprawdę przemiłym człowiekiem i bardzo chętnie zgodził się udzielić mi wywiadu.
Przygotowałem się na tę rozmowę. Poczytałem trochę o żołnierskim ekwipunku, o rodzajach broni, amunicji, taktykach partyzanckich, o budowaniu okopów, doraźnej pomocy medycznej. Chciałem usłyszeć o tym, jak pan Grzegorz ganiał z karabinem po lasach, jak bronił naszej ojczyzny przed germańskim oprawcą, jakimi bohaterskimi czynami się wysławił...
Przyszedłem do niego z dyktafonem, kartką papieru i długą listą pytań. Jako młody gnojek marzący o karierze Wojewódzkiego, chciałem zacząć z grubej rury. Walnąć takie pytanie, które z miejsca zaintrygowałoby słuchaczy. Oto nadeszła moja chwila! Usadowiłem się przy stole naprzeciw pana Grzegorza, włączyłem dyktafon i zadałem moje powalające pytanie:
- Czy zabił pan kogoś?
- Cooo? - zapytał pan Grzegorz
- Czy zabił pan kogoś? - powtórzyłem
- Eeee...? - odparł pan Grzegorz
- Czy zabił pan kogoś? - nie ustępowałem niczym Monika Olejnik - prawdziwy Tommy Lee Jones polskiego dziennikarstwa
- Czekej pan... - mruknął pan Grzegorz, po czym wyjął z ucha aparacik, coś przy nim pogmerał i ponownie wepchnął do ucha.
- Czy zabił pan kogoś? - kontynuowałem
- A wiesz pan, że to bardzo możliwe? Przez całą wojnę byłem kucharzem polowym. Hue hue hue... - odparł mój rozmówca, posyłając mi szelmowski uśmiech i ukazując swoje niemalże łyse dziąsła.
Cały mój wywiad szlag trafił. Psia jego mać! Ale z panem Grzegorzem miałem kontakt jeszcze bardzo długo. Całkiem fajny gość. Czasem mu zakupy robiłem.
Poszłam na imprezę znajomego...
Cóż, nie przedłużając - obudziłam się rano półnaga z telefonem w ręce, nie do końca ogarniając gdzie jestem. W galerii mojego telefonu znalazłam całą sesję z kurnika.
Z żywymi kurami.
Nic nie pamiętam. Nikomu tego nie życzę.
Mój wujek zawsze wszędzie się spóźniał. Niestety kilka tygodni temu zmarł - śmiercią nagłą, nikt się tego nie spodziewał. Zawsze mówił, że chciałby być pochowany w rodzinnej miejscowości (czyli na wsi kilkadziesiąt kilometrów od miejsca zamieszkania). Ostatnie pożegnanie odbyło się na dzień przed pogrzebem, ponieważ wujek został skremowany.
W dniu pogrzebu nikt nie jechał za trumną, i tak było daleko, a ostatnie pożegnanie już za nami. Wszystko umówione, dopięte na ostatni guzik - ludzie zjeżdżają się pod kościół. A wujaszka jak nie było, tak nie ma... Okazało się, że panowie z zakładu pogrzebowego wyjechali troszkę za późno i żeby nadrobić czas, postanowili pojechać skrótem... "Co się może stać, przecież mamy GPS"...
No właśnie, zasięg niestety padł w środku pola...
Koniec końców, wujek spóźnił się na własny pogrzeb.
Pracuję na kasie. Któregoś dnia podchodzi młody mężczyzna i chce kupić alkohol. Moja podejrzliwa natura nakazała mi poprosić o dowód. Nagle u klienta banan na twarzy, patrzę na datę urodzin i robię wielkie oczy.
Wylegitymowałam 36-latka...
Codziennie wieczorem, około tej samej godziny, wracam od mojej drugiej połówki do domu. O tej godzinie autobus jest już zwykle pusty i jestem jedynym pasażerem. Kierowca prawie za każdym razem to ta sama osoba.
Gdy pewnego dnia się zagapiłem, bo pisałem coś na telefonie, kierowca zatrzymał się na moim przystanku i krzyknął do mnie "nie zapomniałeś o czymś?".
Szybko wyskoczyłem z autobusu i usłyszałem jeszcze za sobą "do jutra!".
Chyba mam zbyt rutynowe życie...
Dodaj anonimowe wyznanie