Mamy z żoną jedno dziecko, córkę, a drugie - syn - już w drodze :)
Ania ma 4 latka, ale to bardzo mądra dziewczynka (jak się okazuje, po mamusi...).
Jej przyjście na świat nagraliśmy - żeby była pamiątka, w końcu to nasze pierwsze dziecko, zatem i emocje sięgały zenitu. Film przeleżał w szafce kilka lat i dopiero niedawno zapragnęliśmy go obejrzeć, skoro kolejny poród już niebawem, warto odświeżyć sobie pamięć.
Tego wieczora Ania przyszła do nas z zamiarem obejrzenia swojej ulubionej bajki (o tytuł mnie nie pytajcie, wiem tylko, że jest tam tańcząca mysz). No to super, wreszcie okazja, żeby w spokoju obejrzeć poród. Dałem córce płytkę z bajką, a ta uradowana pobiegła zaraz do salonu (jak już mówiłem jest bardzo mądra, sama potrafi sobie włączać bajki).
Uradowany wołam żonę, wreszcie chwila dla nas. Mamy w sypialni drugi telewizor, dlatego ułożyliśmy się wygodnie na łóżku i odpaliłem film.
Chyba dobrze myślicie... zaczęła lecieć ta cholerna tańcząca mysz.
Zaraz powiązałem fakty, sprintem do salonu - Ania cała zapłakana, a na ekranie moja drąca się wniebogłosy ukochana, dookoła sama krew, wszystko w krwi, czubek głowy małej Ani we krwi, nawet kamera była trochę umazana, kurwy lecą co drugie słowo, no po prostu obraz jak z najgorszego filmu Hitchcocka.
Tak, chyba zepsułem dzieciństwo córce.
Tak, chyba nie zostanę dziadkiem.
Nie, żona się nie rozwiodła, ale przez miesiąc musiałem spać sam - dziewczyny spały razem.
I na koniec:
Tak, jestem okropnym ojcem.
Życzcie powodzenia przy synu!
Mam 29 lat. Niedawno w moim stabilnym i poukładanym życiu zaczął się prawdziwy kataklizm, którego końca nie widać.
Wszystko zaczęło się od informacji, że moja narzeczona zauroczyła się w koledze z pracy. Szok, wcześniej rozumieliśmy się jak dwie krople wody, myśleliśmy o tych samych rzeczach w tym samym czasie. Kilka dni wcześniej wspólnie opłaciliśmy zadatek na salę weselną. Zobaczyłem sposób ich rozmowy ze sobą na messengerze, którą z nim prowadziła podczas kąpieli. Upiłem się, poprosiłem żeby pojechała do domu rodzinnego, a ja sam zostałem z tym wszystkim w miejscu gdzie mieszkaliśmy razem.
Już pod wpływem alkoholu i bez niej w domu dostałem białej gorączki, zaczęły wychodzić emocje, nad którymi już nie byłem wstanie panować. Zacząłem niszczyć wszystko na swojej drodze i szukałem miejsca na sznur, na szczęście szybciej się upiłem. Psychicznie w jednej chwili przestałem istnieć, bez poczucia własnej wartości, z poczuciem winy i bezsilności.
Niedługo po tym wszystkim chcąc odreagować w sporcie, skręciłem staw skokowy, unieruchomiając się w miejscu, w którym dopiero planowaliśmy wspólne życie. Bez możliwości wyjścia do ludzi i pracy, co potęgowało tylko ten stan beznadziei.
Gdy już udało mi się powrócić do pracy po l4, w nadziei, że oderwę nareszcie myśli, i wezmę się za coś sensownego, dostałem wypowiedzenie umowy po 5 latach spędzonych w firmie. Kolejny cios, skumulowany w przeciągu niecałych dwóch miesięcy.
Kończą się najgorsze święta Bożego narodzenia w moim życiu, już bez kontaktu z byłą narzeczoną. Byłem człowiekiem z pasjami, uprawiającym sport, niepalącym i pijącym sporadycznie, niebojącym się wyzwań. Dziś mija 3 miesiąc od rozstania, a w lustrze widzę jedynie wrak samego siebie.
Mam 3-letniego braciszka, więc jako dobra siostra postanowiłam przebrać się za Mikołaja. Gdy wręczyłam młodemu prezenty, wywiązał się między nami taki dialog:
Brat: Ściągaj tą czapkę, Ala!
Ja: Ho, ho, ho, jaka Ala? Jestem Świętym Mikołajem!
Brat: Jesteś za brzydka na Mikołaja.
No cóż.
Dużo osób współczuje mi straty rodzica (ojca), ale mi nawet nie jest przykro. Mój ojciec pił przez pół mojego życia, nie raz podniósł na mnie rękę, straciłam z nim kontakt w wieku 18 lat. Wzięłam się spakowałam i uciekłam... Dla mojej mamy był to cios, który teraz wie, że był dobry dla nas wszystkich.
Mój ojciec we wczesnym dzieciństwie był kimś dla mnie ważnym, byłam "córeczką tatusia". Zawsze chodząc do sklepu pozwalał kupować sobie różne słodycze i gazetki (jakieś tam Barbie). Później zaczęło się psuć, ojciec przychodził pijany do domu i nie miał już czasu dla nas, swojej rodziny. Mimo, że próbowałam go ratować, on odrzucał moją pomoc. Od 13 roku życia całe jego pieniądze szły na alkohol. Dzień w dzień pił do upadłego i zaczęły się padaczki alkoholowe. W pewnym momencie przestał się kontrolować, pobił mnie za to, że byłam w domu.
Po kilku latach po mojej ucieczce zaszłam w ciążę, szok, że będzie dziadkiem. Obiecywał, że się zmieni i mu uwierzyłam... Fakt pod koniec mojej ciąży chodził do pracy, ale jak dostał wypłatę to był koniec. Znowu zaczął pić i całą wypłatę przeznaczał na alkohol. Swojej pierwszej wnuczce nie kupił nawet głupiego miśka za 5 zł, żeby miała pamiątkę...
I tak po trzech miesiącach od urodzenia mojej córki, mój ojciec zmarł na własne życzenie. W nocy poszedł do pomieszczenia gospodarczego wypić wódkę i prawdopodobnie dostał ataku padaczki. Upadł na szkło, które się tam znajdowało. Babcia znalazła go prawdopodobnie po godzinie w kałuży krwi, po dwóch dniach zmarł.
Dostałam telefon od brata, że ojciec nie żyje. Moja reakcja była taka, że się cieszyłam. Cieszyłam się z tego, że będzie święty spokój. Zainteresowało mnie w jaki sposób zmarł (bo nikt mi nie powiedział, że taka sytuacja się wydarzyła).
Pamiętam jego twarz w trumnie, była spuchnięta i to rozcięcie na twarzy.
Prawdopodobnie nawet jeżeli by przeżył to nie miałby jednego oka.
Pogrzeb nie zrobił na mnie żadnego wrażenia, cieszyłam się, że wiał lekki wiatr i było słońce, bo wtedy łzawią mi oczy (mogłam udawać przy rodzinie, że mnie to rusza).
Historia wydarzyła się ponad 20 lat temu. Podróżowałem "stopem" przez jeden z krajów unijnych. Podróż trwała kilka dni i spotkałem na swojej drodze około 15 kierowców, ale kilku szczególnie zapadło mi w pamięci.
Kierowca 1 - w środku nocy, pustkowie, zatrzymała się piękna, młoda dziewczyna w sportowym aucie. Podwiozła mnie do miasta oddalonego 3 godziny drogi. Miły początek podróży.
Kierowca 5 - mechanik samochodowy. Jechaliśmy przez pustkowia, kiedy nagle przypomniał sobie, że musi za chwilę zajechać do znajomego coś załatwić i będzie kontynuował podróż. Zaproponował więc, że zabierze mnie ze sobą. Zjechaliśmy więc z głównej drogi, polną ścieżką dojechaliśmy na jakieś złomowisko, gdzie mój kierowca wysiadł i spotkał się z dwoma groźnie wyglądającymi ludźmi. Jako naiwny nastolatek dopiero w tym momencie zrozumiałem swoje położenie - jestem pośrodku niczego, w aucie na złomowisku, jeśli mnie tu zabiją to nikt mnie nawet nie znajdzie i nie domyśli się gdzie jestem. Ciekawostka - to było w czasach przed erą powszechnego posiadania telefonów komórkowych, więc oczywiście nie miałem ze sobą telefonu ani opcji kontaktu ze światem. Blady jak ściana i pogodzony z losem czekałem na bieg wydarzeń. Ostatecznie - faktycznie mój kierowca po dłuższej rozmowie ruszył w dalszą podróż i dowiózł mnie do najbliższego miasta.
Kierowca 15 - środek nocy, ja po prawie 2 dobach bez snu, po krótkich drzemkach. Kierowca - stateczny pan w średnim wieku. W trakcie jazdy opowiada o okolicznych terenach, miejscowościach. Moja czujność więc osłabła, patrząc w dal powieki zaczęły same opadać. W pewnym momencie usłyszałem pytanie, którego nie zrozumiałem. Wyrwany ze stanu senności odwróciłem głowę w stronę kierowcy i zobaczyłem spuszczone do kolan spodnie. Krzyk i niecenzuralne słowa z mojej strony sprawiły, że kierowca zatrzymał się w środku lasu i mnie wysadził. Plusem był brak agresji z jego strony.
I tak, po nocnym spacerze 20 km, rankiem wsiadając do autokaru w najbliższej miejscowości, zakończyłem przygodę z autostopem. Od tamtej pory nigdy więcej nie skorzystałem z tej formy lokomocji. Dziś wspominam tę historię z refleksją, że będąc młodym miałem znacznie więcej szczęścia niż rozumu.
Świecie dokąd zmierzasz. Niedawno zmieniłem mieszkanie. Oddana deweloperka więc ludzi było niewielu, raczej same majstry i pojedynczy ludzie. Blok niewielki bo 15 mieszkań, 1 klatka. Jako, że ja u siebie prace robiłem sam, to chodziłem w roboczych ciuchach i można powiedzieć zakumplowałem się z kilkoma majstrami. Pomagaliśmy sobie w potrzebie, pożyczaliśmy wiertła, narzędzia, kliny do płytek jak zbrakło. Kawusia na wiaderku, to u mnie, to u kogoś.
Właściciele mieszkań, czyli moi sąsiedzi kiedy pojawiali się w bloku, w ogóle nie odpowiadali na dzień dobry. Nie jestem duszą towarzystwa, ale rodzice wychowali mnie, by mówić sąsiadom "dzień dobry". Najczęściej było milczenie, czasem "bry" z wyrzutem, raz usłyszałem że robol to do roboty, a nie ludzi zaczepiać. Jeden hit, bo pani wykrzyczała do mnie, że ma męża i dziecko. W odpowiedzi na zwykłe "dzień dobry". Gratuluję pani, ale ja tylko jestem miłym człowiekiem.
Skończył się etap remontów. Ja już w normalnych ubraniach, nie przypominam robola, sąsiedzi również zasiedlili lokale. Jeszcze kilka razy wyciągałem rękę i witałem się z ludźmi. Są dwa małżeństwa i jedna dziewczyna, z którymi normalnie rozmawiamy i żyjemy jak we wspólnocie. Reszta chodzi w milczeniu, więc i my z sąsiadami znajomymi stwierdziliśmy, że nie będziemy więcej z nikim próbować nawiązywać kontaktu.
Jest to bardzo smutne, że nasz świat zaczyna tak wyglądać. Więcej kultury i pogody ducha w tych "robolach", którzy dawno pożegnali stereotyp pijaka i nieudolnego podrywacza. Uważam, że każdy zasługuje na szacunek.
Moja dziewczyna studiuje w jednym z większych polskich miast. Ze względu na to, że owo miasto znajduje się około 150 km od miejscowości, w której mieszkam, widujemy się tylko w weekendy. Pewnego nie do końca pięknego dnia czułem się niezbyt dobrze. Była to sobota, a więc dzień, w którym miałem przyjechać do mojej jedynej. Tak się złożyło, że w niedzielę rano musiałem wracać do swojej miejscowości, więc mogliśmy spędzić ze sobą tylko kilka godzin. Ale dobra, przejdźmy do meritum.
W sobotę, po walce z samym sobą, by nie zwymiotować podczas drogi, przybyłem na miejsce. Gdy już dotarłem do jej mieszkania poczułem się lepiej. Swoją drogą nie wiedziałem, że moja jedyna ma takie właściwości lecznicze! Ze względu na to, że długo się nie widzieliśmy, bez zbędnego tracenia czasu przeszliśmy do rzeczy. Wszystko fajnie, nie? Faktycznie, było fajnie aż do momentu, gdy zacząłem dochodzić. Podczas tej jakże przyjemnej chwili rozluźniłem się na tyle, że w ciągu paru sekund powróciło moje słabe samopoczucie i jak się domyślacie, lub nie, zwymiotowałem na moją partnerkę...
Od razu mówię, że nie potrzebuję miejsca w bunkrze. Było mi cholernie głupio, no ale trudno. Było - minęło.
Jeszcze jedno: po dwóch tygodniach (podczas których ona nie chciała się ze mną widywać, bo była podobno bardzo zajęta ;)) wyszło na to, że pani, którą nazywałem moją jedyną, co prawda była moją jedyną, ale ja już nie byłem jej jedynym, a nawet byłem jednym z wielu.
Tak że po zastanowieniu się: Ola, w sumie to dobrze, że Cię orzygałem. ;)
Mój syn nie zaliczył poprawy z matematyki na zajęciach dodatkowych. To było trzecie podejście niestety. Powiedział, że miał atak paniki i się totalnie zawiesił, ale ja go w pełni usprawiedliwiam, ponieważ dzień wcześniej w domu rozwiązywał wszystko gładko, a chwilę po rozpoczęciu poprawy pani rzuciła mu bombę - "Marcin, przepraszam zgubiłam twój zeszyt do geografii".
Czy to powód do paniki? Tak i tłumaczę: młody zgubił parę razy już inne zeszyty, za co dostawał w domu ochrzan i potem musiał wszystkie półki przerzucać, żeby je znaleźć, więc ma złe wspomnienia. Młody ma też problem z geografią, bo za brak jakichś lekcji dostał już dwa minusy, za trzeci już jest jedynka. Ponieważ bazgroli i ma braki, to kazaliśmy mu przepisać zeszyty kolegi. Nie było to łatwe, bo pierwsze wersje były koszmarne, dopiero za 3 razem te 12 stron wyglądało całkiem czytelnie. Zajęło mu to parę godzin. Następnego dnia nie było pani z geografii, ale pani z matmy zaoferowała pomoc w dostarczeniu go. Czy odmówilibyście? No nie. Odpowiedzialny dorosły, któremu można zaufać...
Dzień później... bomba! Wszystko w piach!
Na szczęście finał jest ok. To nie szkoła XX wieku, panie w szkole się dogadały, wspólnie ustaliły, że z geografii będzie miał anulowane minusy i czwarty raz zeszytu nie będzie musiał przepisywać. Chociaż jako rodzic, chyba mam dla niego zadanie na okres ferii...
Miałam chłopaka... Policjanta. Nazwijmy go Michał
Zawsze dobrze nam się układało, choć czasem Michał był strasznie impulsywny i zdawał się nie panować nad sobą.
Pewnego dnia poszliśmy na zakupy do galerii handlowej i pokłóciliśmy się o to, że nie mogłam nic wybrać.
Kłótnia rozpętała się na dobre, po czym Michał zwyzywał mnie od najgorszych i uderzył mnie w twarz przed wejściem do galerii.
Całej sytuacji przyglądało się 2 facetów, którzy potem podeszli, wylegitymowali się i powiedzieli, że są z policji i co to ma być za bicie kobiet. Postawa jak najbardziej prawidłowa, lecz Michał potem wyjął "blachę" i nastawienie dwóch panów nagle się zmieniło... Nagle to ja już byłam tą złą.
Skończyło się tak, że Michał poszedł z tymi dwoma kolegami z pracy, a ja wyprowadziłam się od niego i więcej już się nie zobaczyliśmy.
Hejka ;) znów trochę o polskiej służbie zdrowia, tym razem jednak o ten prywatnej i to jednej z większych sieciówek!
Od 18 roku życia mam wkładkę domaciczną, chemiczną - taka forma antykoncepcji, 3 lata spokoju, super duża skuteczność. Partnera od założenia nigdy nie zmieniałam, więc wydawała się być super wyjściem. Oczywiście co półroczne wizyty były, sprawdzające czy wkładka przypadkiem się nie przesunęła.
Historię mogę zacząć w połowie września, bo razem z sesją poprawkową i dużym stresem dostałam paskudnie bolący okres - co było dziwne, bo nigdy nic nie bolało, ale stwierdziłam, że przejdzie. Okres (delikatny) trwał do końca września, więc postanowiłam sprawdzić, czy wszystko jest okej u lekarza - studiuje daleko od domu, więc mój lekarz odpadał, a wizytę chciałam umówić dość szybko, więc została wielka klinika. Pani bardzo miła, bez USG stwierdziła zapalenie - antybiotyk i leki hormonalne na zatrzymanie krwawienia. Ok.
Po miesiącu bez poprawy pojechałam do domu odwiedzić mojego lekarza, który po bardzo długim wykładzie o bezsensownym braniu leków przypisanych przez "głupiego lekarza", zrobił USG, które pokazało pokaźnego guza na jednym z jajników. Skierowanie do szpitala, badania krwi.
Jednym z badań krwi było tak zwane "beta hcg", które pewnie wszystkie mamy znają :) Chcieli prowizorycznie sprawdzić, czy nie jestem w ciąży, bo to by komplikowało sprawę operacji.
I wykazało. 5 tydzień ciąży.
Jak to możliwe? Leki przypisane przez Szanowną Panią "doktor" okazały się blokować moją antykoncepcję. Doskonale wiedziała, że mam wkładkę. Nie powiedziała nic.
Zawsze bardzo chciałam mieć dzieci (może jeszcze nie teraz), więc usunięcie nie wchodziło w grę, ale te dwie połączone informacje (rak i dziecko) totalnie mnie załamały. Tydzień później poroniłam. Pod koniec już naprawdę je chciałam. Już miałam plan.
Za tydzień mam operację.
Nie mam pomysłu na morał ani fajne zakończenie. Chyba po prostu chciałam się wyżalić i polecić sprawdzanie opinii o lekarzach przed skorzystaniem z usług. Mogą nieźle spieprzyć życie.
Dodaj anonimowe wyznanie