Pierwszy słoneczny pseudowiosenny dzień, niestety ja na kacu po wczorajszej imprezie. Od rana muliło mnie trochę w żołądku, ale wiedziałem, że przejdzie. Bliżej południa byłem już w pełni sił, zjadłem obiadek i myślę sobie: wezmę znajomą na rowerki, szkoda by było zmarnować taką pogodę! (nic większego nas nie łączy, aczkolwiek jest to dziewczyna moich marzeń). Zgodziła się!
Ruszyliśmy ochoczo na łąkę położoną w dolinie rzeczki, siadamy sobie na brzegu... Lekki wiaterek, słoneczko grzeje w plecy, czyste, bezchmurne, niebieskie niebo... Ja i ona. Rozmowa leci jak z nut, oboje w dobrych humorach, jednym słowem sielanka. Myślę sobie – to jest ten moment, w którym musisz w końcu postawić sprawę jasno: dalej przyjaźń czy może bliższe uczucie? Zdecydowany z szarmanckim uśmiechem zaciągnąłem się i mówię do niej: „Wiesz co, Karolina, jak już tak tutaj siedzimy, toooo...”.
Niestety nie dokończyłem, bo właśnie złapał mnie spory atak kaszlu po drapiącym gardło dymie. Tak spory atak kaszlu, że zacząłem się dusić i krztusić. W tym momencie mój wrażliwy żołądek przypomniał sobie, że warto byłoby wyrzucić z siebie to, co na wczorajszej imprezie w siebie wlałem. Tym oto sposobem wyrzygałem i wykaszlałem mojej niedoszłej miłości cały obiad na buty, na moje buty i na większą część mojego ubrania...
PS Pytania nie dokończyłem, ale jesteśmy umówieni na kolejne spotkanie :)
O tym, jak straciłem miłość swojego życia, a wyrzutów sumienia nie udało się pozbyć nawet na terapii.
Tego wieczoru pokłóciliśmy się jak zawsze, o nic. O to, że za mało czasu, że za dużo pracy, że nie słucham, że nie wychodzimy na miasto. Krzyczała, że ma dość. Ja krzyczałem głośniej. W pewnym momencie powiedziała, że chce wyjść, że musi ode mnie odpocząć. Powiedziałem wtedy coś, czego nie da się cofnąć: „To wyjdź. Tylko nie wracaj”. Trzasnęła drzwiami. Słyszałem jej kroki na klatce. Stałem przy oknie, ale nie zszedłem za nią. Byłem zbyt dumny, zbyt wściekły. Wyszedłem do baru, piłem całą noc.
Kolejnego dnia, na największym w moim życiu kacu, odebrałem telefon od jej siostry.
Moją Anię potrącił pijany kierowca. Podobno weszła na pasy, nie patrząc. Podobno płakała.
Nie zdążyłem. Nie zdążyłem jej powiedzieć, że to nieprawda. Żeby zawsze wracała, bo bez niej nie umiem oddychać.
Wszyscy mówią, że to wypadek, że to nie moja wina. Rodzina przytulała mnie na pogrzebie. Jej mama powiedziała, że byłem miłością jej życia. A tylko ja wiem, jakie były ostatnie słowa, które ode mnie usłyszała. I muszę z tym żyć.
To był mój pierwszy dzień w przedszkolu. Pani zaprowadziła nas do łazienki i poprosiła, aby każdy z nas wybrał swój wieszak na ręcznik. Odkąd pamiętam, byłam miłośniczką kotów, więc kiedy ujrzałam zawieszkę z obrazkiem przedstawiającym małego kotka, wiedziałam już, że będzie moja. Niestety nie byłam jedyną wielbicielką tych zwierząt i pomimo zażartej walki z kolegą, który był ode mnie mniej więcej cztery razy większy, musiałam w końcu się poddać. W międzyczasie większość wieszaków została zajęta przez inne dzieci, więc mi przypadł ten z wizerunkiem mrówki, który niekoniecznie cieszył się powodzeniem.
Kilka miesięcy później podczas śniadania zrobiło mi się niedobrze – zupa mleczna nigdy nie należała do moich ulubionych posiłków w przedszkolu. Nie chciałam wyjść na słabą, więc z zimną krwią zapytałam panią, czy mogę pójść do toalety, nic nie wspominając o tym, że za moment zwymiotuję. Po przekroczeniu drzwi sali pobiegłam szybko do toalety. Niestety nie zdążyłam dotrzeć do kabiny i zupa mleczna wraz z pozostałą zawartością mojego żołądka znalazła się na podłodze. Było mi wstyd przyznać się, że nabałaganiłam i wtedy w mojej głowie zrodził się idealny pomysł. Całe wymiociny wytarłam starannie ręcznikiem zawieszonym na wieszaczku z kotkiem. Kolorem były zbliżone do koloru ręcznika, a ja postarałam się, żeby dobrze w niego wsiąkły. Nikt niczego nie zauważył.
Strasznie cieszyła mnie myśl, że ten dzieciak, który ukradł mi wieszak, przynajmniej raz wytarł sobie twarz moimi wymiocinami.
Mam 20 lat. W wieku 18 lat zdiagnozowano u mnie PCOS i najprawdopodobniej jestem bezpłodna. Od rodziny usłyszałam, że „szukam na siłę” i „teraz wszyscy to mają”, bo to przecież modne. Potem oczywiście mieli czelność pytać, kiedy zamierzam założyć rodzinę.
Ostatnio zdiagnozowano u mnie celiakię. Nie opowiadałam o tym nikomu, bo wiedziałam, czego się spodziewać. Domownicy zaczęli pytać, czemu tak „wybrzydzam”. Powiedziałam prawdę i co? „A jakiej choroby ty nie masz?”, „Kto to widział chorować w takim wieku?” albo „czego to ty nie wymyślisz...”.
Eh…
Mam 18 lat i dużo starsze rodzeństwo. Moja siostra jest starsza o 14 lat i posiada już swoją rodzinę, brat jest starszy o 10 lat i mieszka w mieście ze swoją żoną. Wyprowadzili się z domu rodzinnego dawno temu, zostawiając mnie samą z rodzicami. Jakiś czas temu zauważyłam, że brat w ogóle ze mną kontaktu nie utrzymuje, widuję go tylko na jakiś imprezach rodzinnych. Z siostrą się widzę tylko wtedy, gdy potrzebuje opieki do dzieci lub potrzebuje mojej pomocy. Bardzo często robią sobie rodzinne planszówki lub ogniska razem ze swoimi partnerami i naszym tatą, ale gdy dochodzi do tego, że o tym wspominają przy mnie, to mnie przepraszają i mówią, że o mnie zapomnieli. Gdy oni organizują sobie imprezy urodzinowe nawzajem, dają sobie drogie prezenty itp., to u mnie to jest spotkanie na tort tylko z siostrą, a brat przyjeżdża po paru dniach tylko życzyć najlepszego, dać jakieś czekoladki i jedzie do siostry. Mój brat z moim chłopakiem utrzymuje kontakt, jeżdżą sobie na mecze, bardzo dużo rozmawiają, jak się spotkają, a ja nie pamiętam, kiedy ostatni raz zamieniłam z bratem jakieś słowo. Nawet gdy u niego jestem raz na jakiś czas, to bardziej bratowa ze mną rozmawia. Przykre.
Moja przeszłość stanowi dla mnie bardzo trudna wyzwanie. Wyciągnęłam z niej listę wymówek, wg których nie powinnam nic osiągnąć:
– urodzenie się w złej rodzinie
– rodzice, którzy sami nie byli kochani
– przemoc psychiczna i fizyczna ojca nad matką w czasie jej ciąży
– bycie dzieckiem niechcianym i częste słyszenie o tym
– bieda, chodzenie w ubraniach po kimś, jak obdartus, ciągłe poczucie bycia gorszym.
– nienawiść do mnie od strony babki (matki mojego ojca)
– alkoholizm ojca i brak poczucia bezpieczeństwa, wykorzystywanie przez rodziców dla zdobycia pieniędzy
– jako dziecko częste przebywanie ze znajomymi rodziców, którzy byli zboczeni, i słyszenie częstych podtekstów seksualnych
– wyzwiska, wyśmiewanie, poniżanie przez rówieśników, co zatem idzie – w dalszej części strach przed ludźmi. I brak pewności siebie.
– zdolność zrobienia wszystkiego dla innych, aby tylko ktoś mnie polubił i przy okazji nie krzywdził
– brak odwagi, strach lęk, obawa.
To są moje demony, które idą za mną przez całe życie i uniemożliwiają mi zdobycie tego, czego pragnę. Dopiero teraz, po trzydziestu, czterdziestu latach życia mam odwagę stawić temu wszystkiemu czoła. Moim celem jest obrócenie tego wszystkiego w siłę, która doprowadzi do sukcesu.
Napisanie tego wszystkiego na forum publicznym nawet anonimowo jest pierwszym krokiem do zmiany. Wierzę, że jest to możliwe, że są ludzie, którzy może przeżyli coś podobnego jak ja, a może nawet dużo, dużo gorsze rzeczy i odnaleźli swoją drogę w życiu, a teraz są szczęśliwi.
Trafiłem w internecie na historię braci, którzy nie rozmawiali od wielu lat, bo pokłócili się nad grobem ojca. Pogodzili się po latach i natchnęło mnie to by opowiedzieć Wam moją historię.
Brat 9 lat, ja 6. Bawiliśmy się LEGO u dziadków, kiedy brat nie chciał oddać mi jakiegoś klocka. Poprosiłem go o niego kilka razy, za każdym razem odmówił. W końcu mi powiedział, że jakby mnie nie było, to by było lepiej, bo nim się urodziłem, to nie musiał się dzielić. Wiem, że to dziecięce bzdury i że takie gadanie to po prostu sposób na dogryzanie młodszemu bratu. Ale od tamtej pory pamiętam każdy taki tekst, który padł w moją stronę za jego przyczyną.
Minęło 30 lat. Oboje jesteśmy poważnymi ludźmi, tuż przed 40 rokiem życia. Każdy z nas jest totalnie inny, różnimy się. Ja od zawsze interesowałem się naukami z pogranicza socjologii, psychologii i tak dalej. Mój brat jest psychopatą. Bardzo dobrze się maskuje, wiem, że stara się nie okazywać tego, że nie ma głębszych uczuć. Ale są momenty, kiedy kompletnie traci tę zdolność i są to skrajne sytuacje, jak utrata kogoś, upojenie alkoholowe i tak dalej.
Kocham go. Nie jest złym człowiekiem, robi rzeczy, które inni uważają za empatyczne. Ale ja jako jego brat wiem, że gdy umrę, jego łzy będą tylko teatrem, jego żal będzie dobrą maską. Chciałbym, żeby było inaczej... Ale wiem, że nie jest.
Na pewno każdy albo prawie każdy w Polsce słyszał piosenkę Mieczysława Fogga „Jesienne róże”. Od czterech lat zaczynam płakać, gdy tylko ja usłyszę, a to z powodu mojego taty.
Mój tata w każde moje urodziny tańczył ze mną do tej piosenki, zaczął na moich pierwszych urodzinach (mam zdjęcia) i tak każdego roku, my tańczyliśmy, a mama robiła nam zdjęcie. Ta tradycja trwała do moich 32. urodzin, nawet gdy byłam już mężatką. 32. urodziny zdecydowałam spędzić z mężem za granicą na wycieczce, choć tata prosił, abyśmy wylecieli dzień później i dokonali tradycji. Nie zgodziłam się. Myślałam, że po powrocie zatańczymy, zresztą jeszcze tyle urodzin przede mną...
Jak bardzo się myliłam... Tata miał wypadek samochodowy, gdy my leżeliśmy na plaży. Nie przeżył, a ja nie mogę sobie darować, że nie przesunęłam głupich wakacji o jeden dzień i nie zatańczyłam z moim tatą.
Mąż mnie pociesza, że przecież nie wiedziałam, a tata mi na pewno wybaczył, ale ja już nigdy nie zatańczę z moim tatą.
Za czasów technikum mój tata miał bardzo dobrą koleżankę. Ogólnie były też okresy, kiedy byli ze sobą, rozchodzili się itd., aż w końcu mój tata poznał moją mamę.
Gdy mój tata poznał brata mojej mamy, stwierdził, że to idealny chłopak dla jego dawnej miłości i tak oto najlepsza przyjaciółka stała się jego rodziną :).
Od pewno czasu mieszkam w Amsterdamie. W Holandii w wielu mieszkaniach są ogromne okna, tak jest też w moim. Mieszkam na drugim piętrze w szeregowcu, po drugiej stronie ulicy stoi podobny. Koniec końców, jeśli sąsiad z naprzeciwka ulicy ma odsłonięte okno, mogę zobaczyć wszystko, co się u niego dzieje.
To teraz anonimowe.
Czasami (nawet bardzo często) ponosi mnie z chłopakiem tak, że robimy to w salonie na kanapie około 18 przy zapalonym świetle i odsłoniętym oknie, tak że kilkunastu sąsiadów z naprzeciwka mogłoby mieć niezłe kino na żywo. Jednak tylko ja wiem, że strasznie mnie to podnieca i nawet czasem w trakcie patrzę w okna naprzeciwko, żeby zobaczyć, czy nikt tego nie ogląda. Niestety jeszcze się nie zdarzyło.
Tak, wiem, że mogą tam mieszkać dzieci i nie chcę, żeby to one to oglądały, ale na razie nie kojarzę, żeby jakiekolwiek naprzeciwko mieszkały (czasem w dzień obserwuję sobie życie sąsiadów).
Może chore, może dziwne, może straszne, ale właśnie dlatego anonimowe.
Dodaj anonimowe wyznanie