Zmęczona sesją i studiami wróciłam do domu, zjadłam mamine jedzonko i poszłam spać. W końcu swoje łóżku, ukochany miś. Nagle budzi mnie dziwne przeświadczenie, że ktoś się patrzy jak śpię... Otwieram oczy, a tu chude, blade, rozczochrane, garbate, w białej szacie. Tak się przeraziłam, że nie byłam wstanie się odezwać. Nagle upiór się odwraca i wychodzi z pokoju. To wszystko było tak nierealne, że stwierdzam, że to tylko sen i z powrotem usypiam (bardzo często mam realistyczne sny).
Rano wstaję i śmieję się z "koszmaru". Idę pod prysznic. Nagle słyszę skrzypienie drzwi. Szybka analiza. Nikogo w domu nie ma, czyli morderca. Chwytam baterię od prysznica, przygotowana na obronę - moim oczom okazuje się upiór ze snu! Zaczynam krzyczeć i upiór ucieka.
Ze strachu siedzę w łazience do przyjścia mamy. Opowiadam mamie o tym co się stało, ona na to w śmiech. Otóż mój upiór to ubrana w białą nocną koszulę babunia z demencją, o obecności której nikt nie raczył mnie powiadomić...
Muszę coś z siebie wyrzucić. Nie powiedziałem nawet najlepszemu przyjacielowi, wstyd, poczucie porażki... Sam nie wiem. Jest tego zbyt dużo. Popełniłem błąd. Ogromny, życiowy błąd i teraz czuję się jak śmieć. Mam 34 lata, a czuję się jak cholernie stary, zmęczony dziad.
Jakieś osiem lat temu poznałem dziewczynę, przez wspólnych znajomych. Byłem dość świeżo po bardzo bolesnym zerwaniu, a Patrycja, jak się okazało dłuższy czas potem, znajdowała się w układzie "to skomplikowane" ze starszym facetem o mentalności Piotrusia Pana. Ale nie wnikałem w to, w końcu to jej relacja, jej życie. Patrycja była niesamowicie radosna, we wszystkim potrafiła znaleźć dobrą stronę, energia jej nie opuszczała, a ze spojrzenia zawsze biło jakieś takie ciepło. Gdzie nie poszła, przyciągała ludzi – każdy szybko zaczynał ją lubić, każdy czuł się dobrze w jej towarzystwie. Była jak taki niegasnący promyk słońca. Z czasem zaprzyjaźniliśmy się. Ufałem jej tak, jak dotąd ufałem tylko najlepszemu kumplowi, którego przecież znałem od dzieciństwa. Patrycja była jedyna w swoim rodzaju i nie wiem kiedy to się stało, ale zakochałem się. Tak mocno, jak jeszcze nigdy w życiu. Rozumiała mnie, potrafiła rozśmieszyć, umiała wysłuchać, zawsze szukała rozwiązania problemu, nigdy się nie poddając. Nie miałem szans, przepadłem. Kiedy przeniosła znajomość ze swoim panem "to skomplikowane" na koleżeńską stopę, zacząłem się zbierać na odwagę. Nieśmiało jak jakiś młokos, robiłem szczeniackie podchody, ale Patrycja szybko mnie przejrzała. Pogadaliśmy wtedy – właściwie rozmawialiśmy całą noc. I postanowiliśmy dać sobie szansę. Byłem szczęśliwy jak cholera, związek kwitł, znajomi nam gratulowali, zaczęły się przyjacielskie przytyki "no wreszcie!". Rok później oświadczyłem się, niedługo potem odbył się ślub. Kiedy kolejny rok po weselu Patrycja oświadczyła mi, że jest w ciąży, prawie oszalałem ze szczęścia! Zaś na wieść, że zostanę tatą bliźniąt prawie zemdlałem... Kolejne dwa lata i chłopcy na Gwiazdkę dostali młodszą siostrę. W pracy szło świetnie – awans, podwyżka, nawet z rodziną, z którą bywało różnie, zacząłem się dogadywać.
I parę dni temu dowiedziałem się, dzięki znajomej. Żona kilka miesięcy po weselu odnowiła kontakt z "to skomplikowane". Możliwe, że dzieciaki, które tak kocham, nie są nawet moje. Skonfrontowałem się z Patrycją. Na początku zaprzeczała, a wreszcie rozpłakała się i wykrzyczała, że nigdy mnie nie kochała. Byłem tylko bezpiecznym kołem zapasowym, pocieszeniem. Mogła na mnie polegać, miałem pracę, własne mieszkanie, byłem nijaki, a ona potrzebowała zapomnieć o tamtym i uciec z toksycznego domu. Chciała tylko stabilizacji w życiu. A ja, głupek, myślałem, że się kochamy. Że jesteśmy prawdziwą rodziną. Czuję się jak nikt, jak śmieć.
Było to za czasów, kiedy imprezowaliśmy sobie z moim lubym, czyli w sumie związek na świeżo, 2-3 miesiące. Teraz już nie czas na takie szaleństwa.
Klub disco polo, na scenie Zenek, wychodzi na scenę obcy facet, prosi swoją kobietę i co to, co to? Klęka! „Grażynko (czy tam inna Karyno), w obecności twojego idola Zenona chciałem zapytać, czy zostaniesz moją żoną”. No gruba akcja, śmichy-chichy, ale w sumie to mówię mojemu, że fajnie, skoro to jej idol, to zaręczyny całkiem całkiem. Dziewczyna pewnie szczęśliwa, w sumie nieźle tak oświadczyć się na czyimś koncercie.
Miesiąc później ten sam klub, gra MIG. Tańczę, tańczę i nagle wołają mnie na scenę. Z imienia i nazwiska! Cholera jasna! Myślę sobie, czy za dużo wypiłam, czy to się dzieje naprawdę. Zlewa mnie zimny pot, ale robi mi się gorąco. Czy to już, czy to ten moment? Ale jak to już? Tak po trzech miesiącach? Skąd on wiedział, jaki mam rozmiar palca? I w ogóle MIG? Spoko, lubię ich, ale bez przesady, wolałabym oświadczyny na koncercie Sheerana. I nic nie dał po sobie poznać! Co mam powiedzieć? Co mam zrobić? Powiedzieć „tak”? Uciec? Dobra. Idę. Zaciskam pięści, z nerwów boleśnie wbijam paznokcie w dłonie. Czuję, że pocą mi się ręce. Wchodzę na scenę. DJ prosi mnie do konsoli i mówi: „Dowód zgubiłaś”.
Zakochałem się w swojej uczennicy.
Wiem, że zaraz obrzucicie mnie kamieniami i zlinczujecie, ale musiałem to w końcu napisać.
Wszystko zaczęło się, gdy podjąłem pracę w liceum ogólnokształcącym.
Już od pierwszych dni zwróciłem na nią uwagę. Denerwowała mnie swoim zachowaniem na zajęciach; jest wiecznie nieobecna, w ogóle nie zwraca uwagi na omawiane tematy, ciągle wpatruje się w okno lub jakiś punkt na ścianie.
Mimo wszystko jest niesamowicie dobra z mojego przedmiotu. Nie udziela się podczas zajęć, jednak ze wszystkich prac pisemnych otrzymuje praktycznie same oceny bardzo dobre i celujące.
Pewnego dnia postanowiłem sprawdzić jej wiedzę w inny sposób i pod koniec lekcji wyrwałem ją z zamyślenia, pytając z ostatnich tematów. Po paru minutach jej średnia nieco poszła w górę, podciągnięta przez szóstkę.
Zastanawiałem się, dlaczego w ogóle nie próbuje się udzielać, skoro jest naprawdę zdolną osobą z wiedzą wychodzącą nawet poza zakres rozszerzony.
Może to zabrzmi śmiesznie, ale naprawdę mnie zaintrygowała. Czekałem na lekcje z jej klasą, by przez te czterdzieści pięć minut co jakiś czas na nią zerkać. Byłem bardzo ciekawy, o czym tak ciągle myśli...
Po pewnym czasie zacząłem zwracać na nią większą uwagę, zwłaszcza podczas dyżurów na przerwach, apelach, przypadkowych spotkaniach na korytarzu...
Poza lekcjami nigdy nie rozmawialiśmy, więc tym bardziej byłem zaskoczony, gdy pewnego dnia przyszła do mnie z dość nietypową prośbą. Potrzebowała dużej ilości bardzo szczegółowych informacji o różnych postaciach historycznych i mało znanych wydarzeniach. Wiedziałem, że pomoc jej zajmie naprawdę dużo mojego czasu, ale mimo wszystko postanowiłem się zgodzić.
Była mi bardzo wdzięczna i od tamtego dnia spędzaliśmy razem więcej czasu. Jeszcze nigdy wcześniej poznałem tak inteligentnej i bystrej nastolatki, która szybko okazała się świetnym partnerem do rozmów. Urzekła mnie swoją... niecodziennością. Jest niezwykle specyficzną osobą, ale właśnie to mnie do niej przyciągnęło.
Niedawno miała mi powiedzieć, co takiego tworzy (była w trakcie jakiegoś większego projektu).
Nie zdążyła — została potrącona na pasach. Z informacji, które udało mi się zdobyć, wynika, że odniosła dość spore obrażenia, ale jej stan się poprawia i powoli wraca do zdrowia.
A ja teraz siedzę i piję sam, ciągle o niej myśląc. Przy okazji postanowiłem to napisać (dopóki jestem trzeźwy).
I pomyśleć, że do niedawna miałem się za odpowiedzialnego, twardo stąpającego po ziemi faceta... Tymczasem w głowie zawróciła mi dwa razy młodsza uczennica, dla której zrobiłbym wszystko, jednocześnie wiedząc, że mi nie wolno.
Jestem na tyle żałosny, że nie mogę nawet zebrać się w sobie i iść ją odwiedzić.
Mam 31 lat i wrażenie, że mając 13 lat myślałam tak jak teraz (chyba to przez to, że musiałam szybko dorosnąć). Mój ojciec był alkoholikiem, skończył z piciem, kiedy urodziła się moja młodsza siostra, od tamtej pory był to główny temat do pochwalenia się. Nie mówię, że to nie lada wyczyn przestać pić po ciągach jakie miał, ale do pracy to raczej się nie kwapił, żył ot tak sobie, a mama kombinowała. Później był ich wyjazd za granicę, żeby chociaż trochę polepszyć finanse, ja zostałam z młodszą siostrą, miała wtedy 8 lat. Do dziś mam wyrzuty sumienia, że za ostro ją traktowałam, miałam trochę żalu, że zamiast samej zacząć układać życie, muszę się nią opiekować i swoją frustrację przekładałam na nią, chociaż zawsze o nią dbałam jak umiałam. Teraz na szczęście ma się dobrze i mamy fajny kontakt, a ja ciągle nie mogę ułożyć swojego życia... Mam za sobą same toksyczne związki, ciągle przewijają się używki.
Ostatni związek to porażka, a w nim pokładałam największe nadzieje. Zakochany na zabój przystojny, prosty chłopak, również po przejściach. Myślę – to musi być to, trochę go naprostuję i będzie tak po prostu normalnie (rodzina, dom). Sielanka długo nie trwała. Każdego dnia walczyłam, żeby nie zwariować – wahania nastroju, jego problem z uzależnieniem... Mamy wspólnie dziecko, wspaniałą córeczkę. Zdradził mnie, gdy mała miała 8 miesięcy. To był moment, że nie wytrzymałam i chciałam się rozstać, wtedy potoczyła się lawina złych zdarzeń. Czułam się jak w filmie (nie wiem, czy kojarzycie serial "Sprzątaczka"? To bardzo podobnie, tyle o ile mam gdzie mieszkać). Agresja, niby walka o dziecko z jego strony, chociaż absolutnie mu jej nie broniłam. Ciężko to wszystko opisać, ale najgorsze co może być, to słyszeć od osoby, którą się kochało, że mnie zabije, że jestem suką, szmatą etc.
Teraz mam chwilę oddechu i czasu do działania, bo jest zatrzymany już po raz drugi. Ciągle mnie martwi, czy po tym wszystkim dam radę dobrze wychować swoje dziecko. Czy będę na tyle silna, by przetrwać to co jeszcze mnie czeka, gdy on wyjdzie na wolność.
Jestem ministrantem i dosyć mocno angażuję się w kościele. Sytuacja zdarzyła się rok temu podczas przygotowań do jednej ze mszy dla dzieci.
Nie pamiętam dokładnie jaki temat był wtedy przerabiany, ale wiem, że miałem zostać wzniesiony do kościoła jak nieboszczyk - w trumnie.
Niefortunnie tego samego dnia naciągnąłem sobie mięsień, co dość ważne dla historii.
Sytuacja właściwa. Próba rozpoczęta, kładę się do trumny, co przyszło mi z niejaką trudnością, ze względu na mój uraz.
No dobra, leżę w tej trumnie, kiedy nagle koledze przypomniało się, że musi po coś skoczyć na probostwo. Poszedł razem z księdzem, zostawiając mnie w trumnie.
Leżę sobie spokojnie, kiedy nagle ktoś wchodzi... Myśląc, że to kumpel, wypaliłem bez patrzenia na gościa:
- Chcesz się położyć? Może to twój czas? He, he. Ja już tak tu pocierpłem, że czuję się jak nieboszczyk.
Jedyne co usłyszałem to stłumione dźwiękiem stłuczonego szkła "Kyrie Eleison" z ust typowej babci moherowej z kościoła.
Uprzedzając pytania: Babcia została bardzo szybko uświadomiona o pomyłce i uspokojona.
Zajęła nawet pierwszą ławkę na mszy z moim debiutem aktorskim.
Tyle strachu w oczach nie widziałem nigdy.... :)
Od kilku lat nie czuję się dobrze ze swoim imieniem. Dla mnie ma to złe wybrzmienie przez przeszłość i kojarzy mi się z moją dawną niezdarnością. Zawsze kiedy ktoś wymawia moje imię czuję się źle? Ma zły wydźwięk? Coś w tym stylu.
Wiem, że może wydawać się to błahe i głupie. Jednak uwierzcie mi, źle się z nim czuję. Wiem, że nie mogę zmienić, bo nie mam poważnych powodów na tyle, bym mogła faktycznie je zmienić.
Na razie zawsze, gdy się przedstawiam znajomym, to mówię, by nazywali mnie imieniem, z którym czuję się lepiej. Jednak czasami słucham swojego prawdziwego imienia i czuję się źle. Próbowałam to zignorować, ale to wraca. Ta niechęć do swojego imienia, mimo że inni mówią, że jest śliczne. Dla mnie to porażka, bo taką nadałam mu cechę przez przeszłość? Nie wiem czy rozumiecie, ale coś w tym guście.
W "paczce" znajomych mieliśmy chytrą znajomą. Na wspólne imprezy każdy kupował co mógł i uważał, że jest potrzebne. Wszyscy z tego korzystali (jedli, pili). Znajoma jak "coś" kupiła, to tylko ona tego używała. Jak to "coś" nie poszło na imprezie, zawsze zabierała to do domu. Np. kupiła sobie 0,5 litra wódeczki, wypiła 0,3 litra, to pozostałe 0,2 w butelce zabierała do domu.
Na jedną z imprez kupiła sobie 1l coli. Wypiła trochę, resztę trzymała przy sobie. Nikomu nie dając. Kiedy oddaliła się gdzieś do grilla, wraz z kolegą zabraliśmy tę colę, wylaliśmy trochę i nasikaliśmy do niej. Zarówno on, jak i ja. Później odstawiliśmy na miejsce...
Wyobraźcie sobie jakie było nasze obrzydzenie, jak napiła się jej przy nas, a później zabrała ją do domu. Kto ją później pił nie wiem i nie chcę wiedzieć.
Tak, wiem, świnie z nas, ale alkohol... i było to silniejsze od nas.
Było to 5 lat temu. Pewnego dnia wstałam i powiedziałam sobie, że ja już tak nie mogę, to wszystko nie ma sensu, moje życie nie ma sensu. Wiedziałam, że do domu wróci ktokolwiek dopiero wieczorem, więc spokojnie mogłam skonać w samotności. Zażyłam końską dawkę leków i nie wiem co dalej, później obudziłam się już w szpitalu. Pomimo cierpienia, upokorzeń, które znosiłam przez całe życie, wylanych łez, nigdy wcześniej nie płakałam tak jak wtedy. Nieudana próba samobójcza potwierdziła fakt, że jestem totalnym nieudacznikiem życiowym.
Wiecie kto mnie uratował ? Listonosz, w drzwiach widział światło, nikt mu nie otwierał, więc zajrzał przez okno do kuchni, a tam zobaczył pootwierane wszystkie szafki - no wybaczcie, ale popełniając samobójstwo nie zrobiłam tego z należytą dbałością... Niestety to nie jest właściwa historia, którą chciałam się podzielić.
Trzy dni temu się obudziłam z bardzo dobrym humorem, byłam jakoś tak "wewnętrznie silna", zaczęłam wypełniać swoje obowiązki domowe, sprzątać i gdy akurat zaczęłam myć podłogę (każdy wie jak się myje podłogę, tak na kucki prawie), przyszedł mój władca, pan i kat - ojciec. Pokręcił się po domu, poszedł do łazienki, wziął ręcznik, którym wcześniej wycierałam mokrego psa i rzucił mi go na twarz krzycząc, że takie rzeczy się sprząta, że jestem brudasem, że nic nie umiem i tak dalej. Zawsze nic się nie odzywałam, nie wyzywałam go, tylko brałam to do siebie, a tego dnia wstałam, stojąc naprzeciwko niego, powiedziałam mu z nerwami "jeszcze raz, a cie za**erdolę". Byłam gotowa na uderzenie z jego strony, ale byłam też przygotowana, że oddam mu. O dziwo, cios nie padł, stał jak wryty, jakbym wzięła w dłoń odchody psa i wysmarowała mu twarz. Odwróciłam się i już miałam rzucać ścierkę na podłogę, gdy ponownie zwróciłam się w jego stronę i rzuciłam mu ją prosto na twarz - cios ścierą prosto w twarz, do tej pory jestem z siebie cholernie dumna :D
Chciałam popełnić samobójstwo, ponieważ ojciec od zawsze się nade mną znęcał, psychicznie jak i fizycznie.
Czemu po samobójstwie nie został pociągnięty do odpowiedzialności ? Bo jest osobą publiczną. Zarzuty o przemoc domową spowodowałby odebranie mu licencji na broń. Później dowiedziałam się, że moje samobójstwo było spowodowane nie ciężką sytuacją w domu, a "zawodem miłosnym".
Wiele osób może mi zarzucić nieszanowanie ojca, ale jakim on jest ojcem, skoro nienawidzi własnego dziecka?
Pozdrawiam wszystkie osoby pochodzące z rodzin patologicznych, ale "utajnionych" :)
Wstawiłam pranie, wieszam. Patrzę... a tu coś brązowego, spłaszczonego leży na podłodze. Podnoszę, przyglądam się - to kawałek kupy. Wyprany, jakby lekko sprasowany bobek. Widocznie te spodnie córeczki, które wyjęłam z worka (tak pakowane są brudne ubrania w przedszkolu i zostawiane do zabrania w szafce dziecka) nie były zasikane.
Nie upiorę tego wszystkiego jeszcze raz.
Dodaj anonimowe wyznanie