Studiuję. Wkurza mnie, kiedy słyszę głosy niechętne nauce zdalnej. Nawet jeśli nie jesteś jej zwolennikiem, to pamiętaj, że zajęcia online są dużo efektywniejsze - każdy może pracować w komfortowych warunkach.
Znacznie lepiej uczyć się zdalnie. W pełni zdalnie!
Wielu z Was pewnie wyśmieje mnie i moje wyznanie, ale chciałbym zaryzykować.
Mam pewną przypadłość (może nałóg, nie wiem jak to nazwać). Obecnie mam 28 lat, a od 18 roku życia do mniej więcej 23 paliłem papierosy. Przyszedł jednak taki dzień, kiedy postanowiłem je rzucić. Próbowałem wszystkiego - tabletki, guma zamiast papierosa, cukierki i wiele innych rzeczy. Nie udawało się, gdyż ciągle był ten nawyk i chęć zapalenia. Pewnego dnia kupiłem w sklepie bibułki i zapakowałem w nie oregano i inne zioła. Nie były to papierosy, ale samo palenie sprawiało mi radość.
Tym sposobem uzależniłem się od palenia ziół kuchennych.
Parę lat temu, podczas wycieczki do Berlina, moją uwagę przykuł pewien starszy pan, który spacerował po jednym z parków. Sędziwy mężczyzna miał na sobie koszulkę z wielki kodem QR. Zaintrygowany tym widokiem dyskretnie wyciągnąłem komórkę i za pomocą aplikacji zeskanowałem kod. Okazało się, że był to bezpośredni link do fotografii tego samego staruszka pozbawionego ubrań i z marchewką wetkniętą w tyłek. Pod spodem zaś znajdował się numer telefonu.
Nie wiem co jest gorsze – fakt, że nie mogę się tego obrazu pozbyć z głowy, czy to, że pan zauważył jak robię mu zdjęcie i zalotnie mrugnął do mnie okiem licząc, że odwzajemnię jego flirt.
Idę sobie spokojnie, jedząc zapiekankę. Przewracam się i próbuję się czegoś złapać. Padło na spodnie jakiegoś chłopaka. Ściągnęłam je razem z majtkami...
O uczynnych sąsiadach słów kilka.
Mam takiego delikwenta w klatce, stary kawaler, lat blisko 50, mieszka z mamusią lat blisko 80. Typowy Ferdek stójkowicz z kilkoma kolegami po fachu, co to stoją dzień w dzień na straży porządku pod klatką z butelkami złocistego napoju.
Wizja szybkiego i łatwego zarobku przyciąga go niczym magnes. Miałem niedawno remont, trzy pary skrzydeł drzwiowych, framugi, wór starej glazury i zdemontowane meble kuchenne. Chłop wycenił swoje usługi na 20 zł, gdy spytałem ile za to chce. Uwijał się niczym mrówka, naprawdę człowieka tak zaangażowanego w pracę ze świecą szukać.
Od tamtej pory minął miesiąc, do dziś przychodzi i pyta, czy nie mam nic do wyniesienia, może śmieci on chociaż wyniesie, może korytarzyk odkurzy, może podłogę ogarnie. Generalnie gość jest całkiem obrotny i przedsiębiorczy. Sąsiadkom niewychodzącym robi zakupy, leniwym wyprowadza pieski, wnosi ciężkie rzeczy, wynosi śmieci, full serwis i niedrogo. Wszystkich "klientów" i zobowiązania z wyprzedzeniem zapisuje w notesie.
Raz go spytałem: - Czemu ty nie idziesz, chłopie, do pracy?
A on do mnie: - A co to, ja nie pracuję? Nienormowany czas pracy, blisko do domu, wypłata zawsze na czas...
Dzisiaj miał miejsce mój pierwszy stand-up, który został zorganizowany przez dom kultury w naszym mieście. Możliwość wyjścia na scenę i spróbowania swoich sił w dziedzinie, która bardzo mnie fascynuje, sprawiła, że byłam cholernie zestresowana. Na szczęście dobrze się przygotowałam, a otuchy dodawał mi fakt, że mój kochany braciszek przyszedł na występ, aby duchowo mnie wspierać. Tymczasem ten mały skur#iel przeczytał w domu wszystkie żarty, które sobie napisałam i dzisiaj, podczas mojego występu, głośno kończył każdą moją historyjkę, stając się tym samym gwiazdą wieczoru…
Choruję na depresję już kilka lat, leczę się, uczęszczam na terapię i coś robię, żeby się jej pozbyć, ale to nie jest takie łatwe i często są tygodnie, że nawet nie mam siły się umyć i jedynie zmieniam piżamę, a smród maskuję perfumami, moje zęby są w okropnym stanie przez lata zaniedbań, bo tak, ale w depresji często nie ma się siły ich nawet umyć. Teraz jest lepiej, dzięki lekom jakoś funkcjonuję i nie katuję ludzi swoim smrodem.
Strasznie wkurza mnie to, jak depresja jest romantyzowana w dzisiejszych czasach.
Depresja to obrzydliwa, śmiertelna choroba, ale nikt nie bierze jej na poważnie.
Jako dzieciak miałam psa, wabiła się Sonia. Był to skundlony, czarny jak smoła labrador, była tylko ciut mniejsza, ciut. Niesamowicie inteligentna (pomyślicie sobie, jak każdy pies dla właściciela, ale nie, ona naprawdę była wyjątkowa, do dzisiaj potrafię oglądać filmy z psami z całego świata, gdzie rozpisują się w komentarzach jaki ten pies mądry i wyjątkowy, a na mnie to nie robi wrażenia, bo Sonia robiła tak samo, a czasem nawet lepiej).
Wracając do historii, była chora na punkcie zdjęć, całe szczęście nie była to era selfie i smartfonów. O ile na spotkaniach rodzinnych każdy śmiał się jak przybiegła na widok aparatu i do dzisiaj jest na pierwszym planie na 90% rodzinnych zdjęć, to na wakacjach nie było już tak super. Wyobraźcie sobie, że wyciągacie na plaży, z torby czy plecaka aparat i zauważacie, że leci na Was wielkie, czarne psisko, szczekając. Pewnie niejedna osoba robiła rachunek sumienia. Na całe szczęście mój tata szybko biegał, więc zazwyczaj zdążył dobiec i wyjaśnić, że ona kocha być fotografowana. Dzięki temu przez 13 lat była na wszystkich plażowych zdjęciach ludzi w promieniu kilkudziesięciu metrów od nas.
Właśnie zastanawiam się, ile osób przeglądało zdjęcia z przyjaciółmi, żonami, dziećmi, czy wnukami i mówiło "o, a ten pies 15 lat temu w Kątach Rybackich wpie*dalał się na nasze wszystkie zdjęcia''.
Piątek, godzina 16, właśnie zaczął się mój ostatni wykład tego dnia. Czuję w kieszeni wibracje, wyciągam telefon, widzę, że dzwoni mama. Wyłączam, piszę SMS, że oddzwonię później. Ale mama dzwoni i dzwoni. Zaczynam się martwić, korzystając z tego, że wykładowca rozmawiał z dwoma studentami odbieram. Cicho mówię "halo", słyszę, że mama płacze. Mówi, że moja siostra miała wypadek, że jest operowana, a jej stan jest krytyczny. Mówię jej tylko "trzymaj się, już jadę". Zrywam się z miejsca i wypadam z sali jak wicher.
Studiuję w mieście oddalonym o 1,5 h jazdy pociągiem od miasta rodzinnego. Biegnę więc na dworzec, patrzę na rozkład - jeden pociąg odjeżdża za kilka minut. Następny za 2 h. Dosłownie przeleciałem na odpowiedni peron, pociąg już stał, większość drzwi zamknięta, bo zaraz odjazd. Wpadam do wagonu (bezprzedziałowy), siadam na pierwszym lepszym miejscu. Próbuję się uspokoić, ale jestem tak zdenerwowany, że ledwo oddycham.
Pociąg rusza, jedziemy już jakieś 40 minut, gdy do wagonu, w którym siedzę, wchodzi konduktor. Jak go zobaczyłem, przypomniało mi się, że nie mam biletu. Pomyślałem, że kupię u niego. Problem w tym, że wylatując jak wariat z sali wykładowej nie wziąłem plecaka. Miałem przy sobie telefon, kilka drobniaków, chusteczki. Kontroler podchodzi, dukam coś o bilecie, szukam jakichś pieniędzy. Pytam, ile kosztuje bilet do mojego miasta. Normalny, bo legitymacji nie mam. On mówi, że 26 złotych plus dopłata za kupno w pociągu. Mam przy sobie 4 zł 74 gr. Kontroler każe mi wstać, mówi, że będzie mandat, że mam wyjść. Wszyscy w wagonie na nas patrzą.
Tłumaczę mu, że nie mogę wyjść, że siostra miała wypadek, że jest w bardzo ciężkim stanie, że muszę zdążyć. On jest nieugięty, pewnie myśli, że kłamię. Mam dość. Wiem, że jeśli wysiądę teraz, będę na stacji na kompletnym zadupiu. Że nie zdążę. Zaczynam płakać. Mam 22 lata, prawie 180 cm wzrostu i płaczę jak dziecko, tłumacząc mu, że muszę jechać do siostry. Facet nie wie co zrobić, mówi coś o przepisach. Nagle podchodzi do nas młoda dziewczyna. Pyta, ile mi brakuje, mówi, że ma 10 zł. Dalej za mało, ale inni też podchodzą. Uzbierali mi na bilet. Obcy ludzie, których widziałem pierwszy raz w życiu. Ktoś przy mnie siada i mnie przytula, pociesza. Gdy wychodzimy, jakiś chłopak mówi, że tu obok stacji ma auto, to mnie odwiezie do szpitala.
Nie wiem, jak mam im dziękować. Zdążyłem. Byłem w szpitalu o 18:05. Moja siostra o 18:15 się przebudziła, poznała mnie i mamę. O 18:27 zaczęła się reanimacja, po około 40 minutach Ewcia zmarła.
Dziś od tego wydarzenia mijają prawie 3 lata. Do tej pory trudno mi uwierzyć, że obcy ludzie dosłownie kupili mi ostatnie minuty z siostrą.
Mam 24 lata i muszę się podzielić beznadziejną przygodą, która mnie ostatnio spotkała.
Trzy miesiące temu zaczęłam spotykać się z chłopakiem, teraz już jesteśmy razem. Tydzień temu byłam u niego w domu rodzinnym przez parę dni. Poznałam rodzinę, no i jego młodszego brata, który chodzi do liceum. Ten jego brat trochę chyba nieśmiały, mało się udziela itp. Pewnego razu byliśmy na mieście na spacerze, potem w knajpie na obiedzie we dwoje i wracając mieliśmy zabrać tego młodego ze szkoły. Tak się złożyło, że miałam wtedy wzdęcia i chciało mi się pierdzieć. No i w drodze zatrzymaliśmy się przy sklepie, bo mój chłopak chciał na szybko coś kupić, ja powiedziałam, że zostanę w samochodzie. Widziałam i słyszałam, że ten jego brat też wychodzi. Jak drzwi już się zamknęły, to postanowiłam sobie ulżyć i zaczęłam głośno pierdzieć. Kilka razy to zrobiłam i otworzyłam okno. Po chwili mój facet wrócił i widzę, że chce już ruszyć, więc pytam, gdzie młody. Okazało się, że był cały czas w samochodzie za moimi plecami, a wcześniej wysiadł z samochodu tylko na sekundę żeby zdjąć bluzę i od razu wsiadł z powrotem...
Nikt nic nie mówił o moim incydencie, nikt o tym nie wie, tylko ja i brat mojego chłopaka, ale boję się teraz nawet patrzeć w jego stronę. Jest mi mega wstyd :D
Dodaj anonimowe wyznanie