#GtHZu

Mając 14 lat miałam operację w obrębie czaszki, przy znieczuleniu miejscowym. Nie będę się wdawać w szczegóły, ale byłam pierwszym takim przypadkiem w Polsce oraz jednym z niewielu na świecie, więc cała operacja była nagrywana przez kilka osób, aby potem odtwarzać to nagranie na różnych seminariach czy wykładach. Oczywiście wiercenie w kości twarzoczaszki na pewno nie jest przyjemne, i nawet w znieczuleniu miejscowym czułam (i słyszałam) wszystko. Darłam się jak opętana i łzy leciały mi z bólu (a i tak dostałam większą dawkę znieczulenia niż normalnie się daje). Wstyd mi było, że ktoś to będzie oglądał, ale cóż, dla dobra nauki się zgodziłam.

Dziś jestem studentką kierunku ściśle związanego z medycyną. Po 8 latach od operacji mogłam obejrzeć w końcu to nagranie, razem z jakąś setką studentów. Podobno jest to hit i coroczny nieodłączny punkt wykładu, a film był puszczany także w innych krajach Europy oraz w USA.
Jako dziecko chciałam być sławna i w jakimś stopniu mi się udało :P

#WFvpM

Gdy miałam 18 lat, czując się mega dorosła i jakże odpowiedzialna, po kolejnej awanturze z rodzicami postanowiłam się wyprowadzić z moim chłopakiem. Chłopak jak dla mnie spełnienie marzeń, przystojny, czuły, po prostu cudowny. Wynajmowaliśmy pokój w mieszkaniu, tam też odbył się mój pierwszy raz. Wspólne mieszkanie, praca chłopaka, toczyliśmy "normalne" dorosłe życie.

Mojemu facetowi tak się spodobało, że któregoś dnia wypalił z tekstem, że chciałby mieć ze mną dziecko. Na początku mnie zamurowało, ale kilka dni później w mojej głowie zaczął tworzyć się obraz małego bobaska i naszej dwójki wiecznie zakochanych nad łóżeczkiem. Zgodziłam się i tak oto starania o dziecko zaowocowały dwoma kreskami na teście ciążowym. Kiedy mój chłopak dowiedział się o tym, czym prędzej postanowił wprowadzić się z powrotem do rodziców, pod pretekstem, że nie stać go na utrzymywanie się samemu, i tyle było z naszej miłości. Nagle przestał się mną interesować. Ja z brzuchem również wróciłam do rodziców. On w końcu zaczął się wypierać dziecka, znajomym rozpowiadał, że uroiłam sobie ciążę itd.

Kiedy po kolejnych badaniach USG miałam w ręce zdjęcia, stwierdziłam, że nie będzie ze mnie robił idiotki i jego rodzicom też przydałoby się wytłumaczyć co nieco. Kiedy drzwi otworzył mi jego tata, o mało nie spadłam ze schodów – popchnął mnie i zwyzywał, bo jego biednego synka chcę wrobić w dziecko... Od tamtego momentu żadnego kontaktu z nimi nie miałam.

Urodziłam zdrowego, przepięknego synka. Miesiąc od porodu koleżanka postanowiła wyswatać mnie z kumplem, którego ja wcześniej nie znałam. Nie podobało mi się to, ale zaaranżowała spotkanie bez mojej wiedzy. Udało jej się, między nami coś zaskoczyło i od tamtego momentu jesteśmy razem, jest teraz moim mężem. To on i moi rodzice wspierali mnie, kiedy walczyłam w sądzie o uznanie ojcostwa przez tamtego dupka, kiedy matka dupka wyzwała mnie na sali sądowej od najgorszych i kiedy doszło do badan DNA. Jestem im za to wdzięczna, bo po ciężkich przejściach mam teraz swoją rodzinę, męża (mąż adoptował syna), dwójkę najwspanialszych dzieci, mały domek i jestem szczęśliwa. A jak widzę dziewczyny, które są w młodym wieku ślepo zapatrzone w faceta, to od razu zapala mi się czerwona lampka. Dla mnie się to skończyło dobrze, ale życzę takim dziewczynom, żeby nigdy ich (tak jak mnie wtedy) rozum nie opuścił.

#ok0Qw

Jedną z rzeczy, której od czasu pojawienia się w naszej rodzinie dwóch pociech, zawsze brakuje jest cisza, święty spokój i okazja do odpoczynku. Kto ma szczęście posiadać dzieciaki, ten wie o czym mówię. Ciągłe krzyki, płacze, tupanie i generalny chaos.

Pewnego dnia obudziłam się z błogą świadomością, że tego dnia będę leniuchować, jak nigdy. Najmłodszy synek pojechał na kolonie, starszy (zbuntowany 16-latek. Kurczę, ale ten czas szybko leci...) rano pojechał do kolegi na jakieś rozgrywki w grach planszowych, a mąż wybył na delegację. Wstałam, napiłam się wody z kranu (a, co!) i rozczochrana powlokłam się do salonu. Cisza była wręcz nieznośna. Włączyłam telewizor i odpaliłam konsolę dzieciaków. Włożyłam płytę z karaoke, podkręciłam głośność na maksa i zamieniłam się w gwiazdę estrady. Świadomość, że nikogo nie ma w domu dała mi animuszu. Skakałam przed ekranem, robiłam takie wymyślne rockowe pozy, machałam czupryną, a nawet udawałam Madonnę, wykonując te jej wszystkie obsceniczne gesty. Szał!
Zadzwonił telefon. Zdyszana odebrałam. To był mój mąż. Byłam tak bardzo rozkręcona, że czułam się jak jakaś szalona nastolatka. Zaczęłam więc mówić mojemu ukochanemu sprośne rzeczy do słuchawki. Że byłam niegrzeczna, że tęsknię za jego badylkiem, że marzę o tym, aby teraz wziął mnie do jaskini i zrobił mi bardzo brzydkie rzeczy... Mąż był zachwycony, ale akurat leciał na jakieś spotkanie, więc musieliśmy skończyć nasze świntuszenie.
Odkładając telefon na stolik zobaczyłam JEGO - mojego starszego syna, który siedział sobie w najlepsze na krześle i sącząc herbatkę z filiżanki, przyglądał mi się ze złośliwym uśmiechem na twarzy. Zamarłam. Chwila ciągnęła się w wieczność. W końcu zapytałam:
- Długo tu jesteś?
- Hmmm... - odparł szyderczo - Wróciłem na moment do domu jakoś tak w połowie "Ruda tańczy jak szalona", ale udało mi się załapać na "Takie tango", "Lubelskiego fulla", "Dziewczyny lubią brąz" i ten kawałek z czołówki "Złotopolskich"... Dobra, lecę już, bo kolega czeka.

Ja stałam za murowana, z koparą do samej ziemi, gdy mój synek podszedł do drzwi i otworzył je. Jednak, gdy już miał wychodzić, zastygł nieruchomo. Postał tak w ciszy przez parę sekund, a następnie odwrócił głowę w moją stronę i rzekł:

- Matka? Ty tak czasem narzekasz, że w robocie ci słabo płacą. Nie myślałaś o jej zmianie? Zrobiłabyś karierę w seks-telefonie, albo, co tam - idź z duchem czasu. Seks kamerki mają dział z MILF-ami! Przemyśl to, madre. - I zatrzasnąwszy drzwi, poszedł sobie.

Czuję się zażenowana. Do bunkra jednak nie pójdę, no bo kto ten domowy chaos ogarnie?

#ZgfYk

Nowy ja.

Jestem 21-letnim facetem. Mam 178 cm wzrostu, ważę jakieś 80 kg i wiem jak się nazywam. I to w sumie wszystko. Resztę wiem tylko dlatego, że opowiedziała mi to kobieta, która każe na siebie mówić "mama", facet "tata" i kompletnie obca kobieta, która uważa, że powinienem mówić jej po imieniu, gdyż jest moją siostrą.

Z tego co usłyszałem to miałem wypadek. 3 miesiące temu pomagałem tacie przy wymianie barierki na balkonie i nieszczęśliwie spadłem uderzając głową. Straciłem przytomność i byłem w śpiączce przez dwa tygodnie i trzy dni, po tym czasie obudził się człowiek, który zaczyna w sumie relacje międzyludzkie od zera. Nie pamiętam twarzy, rodziny znajomych, o ile takich miałem. Nie mam również wspomnień sprzed wypadku. Umiem chodzić, czytać, pisać, jeździć rowerem, choć wszystkich nazw przedmiotów praktycznie nie znałem. I teraz pytanie skąd wiem o tej stronie? Dzięki historii przeglądania internetu... Stwierdziłem, że skoro tak często tu bywałem, to może sobie coś przypomnę. Niestety nie. Mam tylko nadzieję, że nie jestem autorem wyznań, które tu przytrafiły się niektórym osobom.
Ale dla pocieszenia... Mam w domu kolekcję książek, które według rodziny czytałem po 100 razy. Patrząc na nie nie mam pojęcia o czym są, a według lekarza silne bodźce na mózg mogą pomóc w odzyskaniu swojej tożsamości. 
O tym jak mi się teraz żyje ciężko pisać, bo w sumie nie pamiętam jak żyło mi się wcześniej.

#GRHck

Czytam czasem historie o cudownych rodzicach i zbiera mi się na płacz. Uważam, że zazdrość to coś złego, jednak często zazdroszczę innym właśnie czułych, kochających i "normalnych" rodziców.

Wiele lat uważałem moją rodzinę za normalną. Trwało to do 13 roku życia. Kilka tygodni po moich urodzinach odbywały się urodziny babci. Jako że nie lubię takich imprez, to wróciłem do domu wcześniej. Przed północą znajomi przyprowadzili do domu mamę. Zachlaną do tego stopnia, że kontakt z nią był prawie zerowy. Ojciec był ponoć w lepszym stanie i zasnął na babcinej sofie, a tylko moja rodzicielka "stawiała opór". Wtedy dotarło do mnie, że to właśnie moja codzienność. Nie ma weekendu bez wstawionej matki, bez wydarcia się na mnie bez powodu, nie ma rodzinnej imprezy bez bełkoczącej przez alkohol mamy.

Ojciec nie jest lepszy. Może i nie pije (tak często), ale ma wiele innych wad. Jest cholerykiem, awanturnikiem, furiatem. Potrafi mi zrobić wojnę o każdą drobnostkę (bo nie umie się rozczytać z mojego pisma, bo kupiłem nie taki chleb itp.), przy czym rzuca drobnymi rzeczami i wali pięścią w stół. Potrafi grozić mi, że pobije mnie tak, że nie wstanę i "nauczę się szacunku". Gdy stwierdza, że go denerwuję, to idzie do babci. Ta natomiast podburza go i wmawia, że jest idealny, a mnie trzeba ustawić.

Rodzice tworzą razem mieszankę wybuchową. Prowadzą całymi dniami kłótnie, obrażają się, wydzierają. Jednak są momenty, gdy to ja staję się celem ataku.
Częstokroć słyszę, że wiedzą wszystko lepiej, a ja jestem tylko 17-letnim gówniarzem, który nic nie wie o życiu. Wiele razy też wmawiali mi, że powinienem dziękować za to, jacy dla mnie są A ja nawet nie mogę zaprosić przyjaciół. Po prostu. Bo nie. Zabronili. Problemem jest wyjście do znajomych. Zawsze wiąże się to z serią nonsensownych pytań. I nie. Nie pytań typu "Kiedy wrócisz?". Matka pewnego razu przez godzinę dopytywała o to jaką pizzę, gdzie, za ile zamówiliśmy i kto ile się złożył itd. Gdy nie odpowiedziałem na coś, to usłyszałem, że mam obowiązek jej wszystko mówić, bo mieszkam w jej domu. Jest to odpowiedzią na wszystko. Najczęstsze co słyszę to "Co z tego, że masz 17 lat? Mieszkasz u nas i my będziemy za ciebie o wszystkim decydować. Nie wejdziesz nam na głowę. A jak będziesz miał 18, to i tak masz się nas słuchać. A jak się nie podoba, to możesz się z domu wynieść".

Gdy inni z mojego otoczenia jeżdżą z rodzicami na wakacje, spędzają z nimi czas i dogadują się bardzo dobrze, ja wychodzę z domu tylko po to, żeby się swoim rodzicom nie narazić.

#EQ0zH

Wyprowadziłam się do rodziców w zeszłym roku – stwierdziłam, że czas się całkowicie usamodzielnić. Licencjat obroniony, praca na czas nieokreślony była, więc co mi szkodzi spróbować być „w pełni dorosłą”. Wyszukiwałam ofert przez Internet, wybrałam najkorzystniejszą i po ustaleniu wszystkiego tydzień później wprowadziłam się do nowego mieszkania zajmowanego przez dziewczynę w podobnym do mnie wieku. Brakowało co prawda lodówki i pralki, ale uznałam, że to wszystko można załatwić bardzo szybko. OK, stwierdziłam, że się dogadamy ze względu chociaż na podobne zainteresowania. No cóż... Początki były piękne, ale po około trzech miesiącach zaczęłam dostrzegać pewne rzeczy i aktualnie, mimo że jestem bardzo cierpliwym i ugodowym człowiekiem, szlag mnie trafia.

1. Wyjadanie jedzenia to chyba jedna z najczęstszych sytuacji. Nie żebym żałowała – wiecie, może akurat nie miała, a była głodna? Tylko oczywiście dowiadywałam się o tym, że czegoś nie mam, jak po to sięgałam. I dopiero kiedy wprost pytałam, czy mi zjadła to i to, przyznawała się i obiecywała, że „odkupi”. Jak do tej pory odzyskałam tylko kilka gorących kubków, pozostałych produktów ani widu, ani słychu. Nie będę przecież zakładać kłódki na szafkę, w której trzymam jedzenie, chociaż to może byłoby jakieś rozwiązanie.

2. Zostawianie naczyń na kilka dni w zlewie to norma.
Zaschnięte resztki jedzenia, muchy, które zbierają się przy tej „wyżerce” i oczywiście śmieci, które potrafią stać tydzień. A jak wiadro jest pełne, to po co wyrzucać? Można dostawić worek. A jak się nie trafi? To nic! Przecież pod zlewem cała półka może robić za kosz. Nieważne, czy to resztki jedzenia, zużyty tampon czy chusteczka. Syf jest niesamowity i ostatnio po powrocie z urlopu (nie było mnie trzy dni) myślałam, że puszczę pawia. Kiedyś mówiłam jej na trzeźwo, że ma zacząć po sobie sprzątać, ale to dotarło tylko na chwilę. Kłócić się nie lubię, więc musiałam się napić, żeby jej wygarnąć dosadnie co i jak. Wtedy poprawa była już na dłużej.

3. Używanie moich szamponów, żeli pod prysznic, odżywek czy pasty do zębów. Oczywiście zorientowałam się, że jakoś tak szybko wszystko zaczyna mi się kończyć. Przykład: szampon. Faktem jest, że to nie jest szampon taki kupowany w sklepie za 10 zł, tylko wybulam na niego prawie pięć dych, żeby mi starczył na ok. pół roku (to taki typowo fryzjerski i cholernie wydajny). Nagle zaczęło mi go ubywać. Zwłaszcza kiedy np. jechałam do rodziców na weekend czy do znajomych. Zaczęłam zabierać swoje kosmetyki do pokoju...

Mam jeszcze kilka historii, ale mam ograniczenie znaków: o wymyślnych historiach, jak coś "samo się popsuło", jak co tydzień bywa na noc inny facet, jak zrobić z domu syf... Dodam, że laska ma 23 lata.

#tGvQP

W czasie liceum w klasie maturalnej złamałam nogę, a wiadomo - przed maturą miesiąca wolnego od szkoły sobie nie mogłam zrobić.
Tato zaczął wozić mnie do szkoły autem, a odbierał a to wujek, a to mama.
Schody zaczęły się, i to dosłownie, w szkole.
Trudno było mi wejść na drugie lub trzecie piętro o kulach, poprosiłam o pomoc kolegę, który nawet nie odpowiedział i pobiegł dalej. Myślę - trudno, jakoś spróbuję, a tu
nauczyciel matematyki podaje moje kule mojej koleżance, a mnie bierze na ręce i jak gdyby nigdy nic niesie na drugie piętro na polski. Jakoś wydukałam podziękowania, próbując to przyswoić.
Przez cały miesiąc nosili mnie na zmianę nauczyciel matematyki razem z wuefistą.

Po maturze obaj nauczyciele dostali ode mnie po dobrym alkoholu i dużym dziękuję :)

#j2cxJ

Pewna "wiodąca marka" specjalizująca się w wysokoprocentowych trunkach wydała kiedyś edycję limitowaną wódki z "grającą nakrętką", czyli taką menelską pozytywką grającą w momencie odkręcenia butelki. Na takie urządzenie naciął się mój świętej pamięci dziadek.

Mój dziadek - czyli prosty chłopina podbiegający pod dziewiąty krzyżyk na karku. Wychowany w duchu niezbyt rozwiniętej wsi, przeżywszy dwie wojny, za nic miał sobie nowoczesne wynalazki. Jedyne czego oczekiwał od jesieni swojego życia to spokój, i sporadyczny papierosek. No i wódeczka od czasu do czasu. Jego schemat dnia był prosty i powtarzalny. Rano dziadek wstawał o piątej rano, mył się, ubierał, po czym przypomniawszy sobie, że od dwudziestu lat nie ma już pola do uprawy, siadał na kanapie i drzemał sobie do około ósmej. Po drzemce szedł do sklepu po chleb, wypalał po drodze papieroska, pogadał z sąsiadami, z panią sklepikarką, i tak mu czas mijał do południa. Czasem chodził na grób swojej żony czy na mecz lokalnej drużyny piłkarskiej. Ot, spokojne życie seniora. Nie lubił komputerów i innych nowoczesnych wynalazków. Dla niego "za komuny było prościej". Może biedniej - ale ogarniał na czym świat stoi, a nowoczesność go nie obchodziła.

Czy powiedziałem, że mieszkał ze swoim synem, czyli moim wujkiem Włodkiem? A więc tak właśnie było, wujek opiekował się dziadkiem, starał się ograniczać jego nałogi i generalnie ograniczał mu jego swobody obywatelskie. Tak przynajmniej twierdził dziadek.

Pewnego razu podczas zjazdu rodzinnego, po fajnym wieczorze spędzonym z bliskimi, dziadek miał kłopoty ze spaniem. Kręcił się w łóżku, stękał, jęczał, aż w końcu w głowie zaświtał mu plan - po wódeczce lepiej się śpi, więc po kieliszku jego kłopoty miną. Problemem było to, że wujek Włodek spał koło komody z trunkami, która była w tym czasie dla dziadka strefą zakazaną. I tutaj nadchodzi osobista relacja mojego wujka:

"Obudziłem się, bo słyszałem, że dziadek wstał z łóżka, ale udawałem, że śpię, bo chciałem zobaczyć co zrobi, bo rzadko wstawał w nocy. Dziadek podkradł się po cichutku do komody z alkoholem, otworzył drzwiczki, wyciągnął flaszkę, odkręcił nakrętkę… I zaczęła z niej grać kolęda "Cicha noc". Dziadek struchlały po cichu pod nosem zamruczał: "Włodek, ten sk%#@ysyn, nawet tu alarm zamontował…".

#PVZcw

Parę dni temu wybrałem się z moim kochanym pupilem na spacer. Była dość późna pora, ale chciałem mu jakoś wynagrodzić większość dnia spędzonego w samotności, więc poszedłem z nim na pola za moją wieś. Spacer przebiegał dość sprawnie, a piesek nie sprawiał większych problemów. Mój piesek jest psem myśliwskim i w pewnym momencie z prędkością światła zaczął biec w kukurydzę. Niewiele myśląc ruszyłem w pościg, niestety straciłem go z oczu. Robiło się coraz ciemniej, a ja wciąż nie mogłem go znaleźć. W pewnym momencie usłyszałem, jak szczeka gdzieś w oddali, więc z prędkością światła pobiegłem w miejsce, skąd dobiegał głos mojego psa. Było dość ciemno, ale zauważyłem, że pies nie mógł wydostać się z pełnego wody rowu, więc niewiele myśląc ściągnąłem buty i postanowiłem uratować życie mojemu podopiecznemu. Gdy już tak szybowałem niczym orzeł do tego rowu, uderzył mnie dość intensywny zapaszek... Jakież było moje zdziwienie, gdy wylądowałem w przyjemnie miękkiej i jakże ohydnie śmierdzące mazi. Jak się domyślacie, zażyłem kąpieli W KROWIM GÓWNIE.
Gdy już uratowałem swojego pieska, a on na pożegnanie wytrzepał się z tej cuchnącej ''wody'', postanowił mi podziękować, skacząc na mnie... Znów wylądowałem, tym razem tyłkiem, w tym specyfiku.

Nigdy w życiu tak szybko na boso nie wracałem do domu. Nigdy.

#Z7AnJ

Niedawno pojawiło się tu wyznanie, pisane przez dziewczynę chłopaka, który najpierw kroił chilli, a potem poprawiał jajka i go piekło. Tak się złożyło, że dzień później dowiedziałam się, że mój chłopak mnie zdradza... Byłam kompletnie załamana, ale potem obmyśliłam zemstę. Wiem, że takie zemsty są nieco dziecinne, ale cóż...

Schowałam wszystkie jego rzeczy w workach na śmieci i włożyłam je za łóżko, by niczego nie zauważył. Potem wrócił z pracy. Oczywiście, drzwi otworzyłam w kusej bieliźnie i od progu zaczęłam go całować. Następnie, wciąż go całując, zabrałam go do sypialni. Rzuciłam na łóżko, rozebrałam i założyłam mu prezerwatywę. Nie byle jaką prezerwatywę. Otóż wcześniej wsypałam do niej chilli, pieprz oraz troszkę tabasco. Kiedy zorientował się co się dzieje, było już za późno. Wywaliłam go za drzwi, nagiego, tylko z prezerwatywą na penisie, następnie rzuciłam jego rzeczy za okno. Na pożegnanie dodałam tylko "dzięki za zdradzanie mnie przez niemal rok z Agą (moją siostrą), miłej zabawy".

Złamanego serca mi to nie skleiło, ale swego rodzaju satysfakcja jest, a ja bardzo dziękuję autorce wspomnianego w pierwszym zdaniu wyznania!
Dodaj anonimowe wyznanie