Podczas studiów pracowałam w zakładach bukmacherskich. Idealna praca dla studentów. Miałam paru „przyjemnych” klientów, którzy traktowali mnie z góry, takie pseudokrezusy (a tak naprawdę słoma z butów wystawała). Wśród nich był Pan Złotówa (z całym szacunkiem do wszystkich normalnych taksówkarzy).
Pan Złotówa jeździł 15-letnim autem miernej marki, wyglądał średnio, wiek też miał średni, a jak się odezwał, to aż mi wstyd było za niego (mimo że to on się powinien wstydzić swojej głupoty). Przychodził do mnie bardzo często, w pewnym momencie praktycznie codziennie, jednak gdyby mi powiedział „dzień dobry” czy „dziękuję”, to chyba by się poważnie pochorował, więc musiałam się obejść bez tego. I dnia pewnego trafił kupon, wygrał 10 586,87 zł (kwota zbliżona, bo już dokładnie nie pamiętam, ile tam było). I jak już mu wypłaciłam 10 586 zł i chciałam mu dać 87 gr, to machnął zuchwale ręką i z ironicznym uśmieszkiem powiedział: „Reszty nie trzeba, to dla pani”. Poczułam się, jakbym dostała w twarz, więc wstałam, podsunęłam mu te pieniądze pod nos, mówiąc: „Pana hojność jest zbyt wielka, nie mogę tego przyjąć”, po czym odwróciłam się na pięcie i wyszłam na zaplecze. Jego miny niestety nie zobaczyłam, ale jakiś czas później nadarzyła się okazja, żeby się odwdzięczyć.
Wracałam z chłopakiem i kumplem z imprezy, jechaliśmy do mnie. Tak się złożyło, że kurs po nas miał Pan Złotówa. Na początku nawet mnie nie poznał, dopiero jak podjechaliśmy pod dom, dałam chłopakom klucze i powiedziałam, że ja zapłacę. Mówię, że chcę zapłacić kartą, a on na to: „A napiwek doliczyć? Bo wie pani, jak się płaci kartą, to napiwek też można dać”. Spojrzałam na niego i mówię: „Tak, niech będzie. Niech pan doliczy 87 gr”. Popatrzył na mnie z grymasem na twarzy i dopisał te 87 gr. Ledwo powstrzymałam się od śmiechu, wysiadając z samochodu.
Pan Złotówa chyba wyciągnął wnioski i nigdy więcej już się nie ośmieszał.
Próbuję sobie radzić z nienawiścią od czasów podstawówki. Kierowana jest ona do pewnego chłopaka, który przez całe trzy lata mnie prześladował. Potrafił podejść ze swoją paczką kilkudziesięciu innych, otoczyć mnie i komentować.
Co słyszałam, kiedy mówiłam wszystko mojej mamie? ON TAK CIĘ PODRYWA, PODOBASZ MU SIĘ! Żadne tłumaczenia na nic się nie zdały. Z kolei od ojca słyszałam, że mam mu przywalić. Złota rada na zawieszenie w prawach ucznia...
Po kolejnej akcji ze strony tego chłopaka rozpłakałam się, a było to pod koniec ósmej klasy. Ryczałam całe trzy lekcje, aż koleżanki siłą nie zaciągnęły mnie do wychowawczyni. Ta dała mu zakaz zbliżania się do mnie. Przestał mówić, a zaczął się gapić. Z tym szyderczym uśmiechem.
Zaczęłam liceum, on się nie dostał. Jego koledzy też nie. Jednak mój uraz pozostał. W klasie jestem uznawana za nieśmiałą. Nie potrafię z nikim rozmawiać, bo zaraz zaczynam się denerwować. Kiedy nauczyciele to zauważyli, wysłali mnie do pedagoga szkolnego. On z kolei do psychologa z fundacji. Wszyscy czekają na moją poprawę, a moja mama ma wyrzuty sumienia, że nie zareagowała wcześniej.
Apelu nie będzie. To tylko historia, jakich wiele.
Któregoś razu w podstawówce (ósma klasa) solidarnie we czterech najlepszych kumpli spóźniliśmy się na pierwszą lekcję. Zrządzeniem losu był to WOS, którego uczyła moja mama. Powód spóźnienia? Jeden z kumpli przyszedł trochę później i zaczekaliśmy na niego w szatni, aż się ogarnie. Moja mama – zawsze z zacięciem wychowawczym i podejściem super profesjonalnym – nie opieprzyła nas za spóźnienie, tylko zadała nam do napisania pracę na temat (dokładnie nie pamiętam, ale sens oddaję w 100%) „Punktualność jako sposób okazywania szacunku”.
W poczuciu świętego oburzenia, bo jak to, za prokoleżeńską postawę mamy być ukarani dodatkową robotą, cała nasza czwórka napisała prace na temat „Postawy koleżeńskie i solidarnościowe jako wartości coraz rzadziej doceniane w XXI wieku, na podstawie wybranych przykładów” (jak wyżej, temat może nieco inny, ale sens właśnie taki) – w tym oczywiście postawa nas samych.
Dostaliśmy po piątce :)
Historia będzie o dziwnym, a raczej już chorym współlokatorze.
Przed pierwszym rokiem studiów dosyć szybko zaczęłam szukać stancji. Zaraz po tym, jak pogodziłam się z tym, że rodzice nie zapłacą za kawalerkę, zaczęłam szukać pokoju. Warunkiem było to, że co weekend będzie mógł bez problemu nocować mój chłopak (zaczął studia zaoczne). Pomijając mieszkania z widokiem na balkon (jeden pokój ma drzwi na balon, a drugi okno), mieszkanie 4-pokojowe z 12 lokatorów itp., w końcu znalazłam coś, co byłam w stanie zaakceptować. Pokój w domku jednorodzinnym, oddzielna kondygnacja, brak opłat za rachunki i przystępna cena, dosyć niska jak na bardzo dobrą lokalizację. Przy oglądaniu pokoju (są dwa na kondygnacji) poznałam współlokatora (nazwijmy go x). Podpisałam umowę i jedyne co zostało, to wrócić za 3 miesiące z rzeczami.
Wprowadziłam się i pierwsze dni, a nawet tygodnie, mijały w spokoju. X nie spotkałam przez kolejne dwa miesiące. Jednak nie mogło być wiecznie tak pięknie. Nagle z zamrażarki zaczęły ginąć mi pierogi. Nie byle jakie, bo od babci! Od mamy bym zrozumiała, ale od babci pierogów nie dam sobie kraść. Problem był w tym, że winnego nie było. Kolejno zniknęło pół kilo płatek śniadaniowych i inne studenckie jedzenie. Winnego trzeba było znaleźć. Poszłam do właścicieli wyjaśnić sytuację, niestety zwyczajnie się nie dało tego rozwiązać. X miał tendencje do wyjeżdżania za granicę, wracania po 2 czy 3 miesiącach i dopiero płacił za pokój. Jednak gdy nie było z nim kontaktu, a dług u właścicieli był ogromny, postanowili wyjąć szybę z drzwi (większość drzwi to szyba), pozbyć się jego rzeczy i znaleźć nowych najemców. Gdy x usłyszał głosy i próbę wyjęcia szyby, w końcu otworzył drzwi, miał zejść do właścicieli na rozmowę i wyjaśnienia zaraz po prysznicu. Prysznic wziął, potem zniknął na kolejny miesiąc, nie docierając na rozmowę. Tym razem pokój został otwarty.
Na stancję próbował wrócić jeszcze raz, jednak wymienione zamki w drzwiach wejściowych na to nie pozwoliły oraz to, że właściciel stwierdził, że wpuści go, jak będzie miał pieniądze. Padał deszcz, więc wręczył tylko właścicielowi komputer, który miał ze sobą, aby go schował w domu (była 3 w nocy) i powiedział, że wróci jutro z pieniędzmi. Już nigdy tu nie wrócił. Zostawił wszystkie swoje rzeczy. Poszwę na kołdrę (prawie pełną) wypełnioną śmieciami i nowymi koloniami bakterii oraz meblościankę wypełnioną butelkami. Butelkami od 0,5 l do 3 l wypełnionymi moczem. Tak, spędził cały ten czas w pokoju, nie wychodząc. A właściwie wychodząc tylko po to, żeby ukraść moje jedzenie.
Uprzedzając pytania: nie wiem, gdzie robił kupę. Potrafiłam w domu spędzić cały weekend, a nawet i dłużej. Nigdy go nie spotkałam poza tą sytuacją z drzwiami.
Niedawno okazało się, że silne ataki duszności mojego syna są spowodowane alergią na sierść psa. Leki, izolowanie psa nie pomagało. Jednak mąż nie chciał oddać psa. Kazałam mu wybierać pomiędzy psem a synem.
Mieszkam teraz sama z synem.
Kilka lat temu w mojej szkole pani pedagog robiła testy, ale nie byle jakie testy, tylko testy na depresję. Wszystkie odpowiedzi zaznaczałam szczerze i kiedy pani zobaczyła wynik, przeraziła się. Wezwano do szkoły moich rodziców i im o tym powiedziano.
W domu dostałam od mamy opieprz za to, że na testach kłamałam i mam przestać wymyślać, bo ona na moje głupie wymysły nie będzie wydawać pieniędzy.
W czym problem? Ja naprawdę miałam depresję, czułam się dosłownie jak gówno, ale wyszłam z tego dzięki mojej cioci. Do matki mam okropny żal, bo gdyby nie jej własna siostra, kto wie, jak by to się skończyło.
Mój ojciec 2 lata temu uległ wypadkowi – dosyć skomplikowanie złamał nogę. Czekała go operacja złożenia ponownie kości i rehabilitacja. Wiadomo, na początku wszyscy kazali mu leżeć, odpoczywać i się kurować. Gdy kości w nodze się zrosły, mama zapisała go na rehabilitację, a on miał powoli wracać do życia. Codzienne spacerki, ćwiczenia, nic ponad ludzkie siły. Rzeczywistość jednak wygląda tak, że ojciec od 1,5 roku wstaje tylko do łazienki i do lodówki. Jak przyjeżdżam na weekend, to cały dzień gnije na kanapie, a na każdą propozycję wspólnego wyjścia na spacer reaguje najpierw niechęcią, potem agresją. Jak od wielkiego dzwonu jedzie do sklepu po fajki, to staje na miejscu dla niepełnosprawnych i nie widzi w tym problemu. Mamie po 8 godzinach pracy obiadu nie ugotuje, nie umyje naczyń po śniadaniu ani nawet w piecu nie napali. Cały dom jest na głowie mamy, która już ledwo chodzi ze zmęczenia. Przez rok wyhodował sobie poważną miażdżycę i cukrzycę, z którą absolutnie nic nie robi. Pomimo że mama wydaje krocie na jego badania i lekarzy, to ojciec nadal tylko żre i śpi.
Mama nieśmiało mówi o rozwodzie. Ja staram się nie popierać żadnej ze stron. Kilka razy pokłóciłam się mocno z ojcem o jego styl życia i nie przyniosło to żadnych rezultatów.
Najgorsze czego się boję, to nie nawet jego śmierć, ale udar i niepełnosprawność. Rodzice mają kredyt na mieszkanie na głowie, ja jestem na etapie zakładania rodziny w mieście oddalonym o 100 km. Boję się, że mama nie da sobie rady i coś sobie zrobi (od wielu lat choruje na depresję), bo widzę po niej, że jest wycieńczona. Co rozmowę ze mną płacze.
Ojca powoli nienawidzę za to, jak obchodzi się z nami. Proponowałyśmy mu psychologa, ale nie chce o nim słyszeć.
Parę dni temu byłem na imprezie, na której było dużo osób ode mnie z uczelni. Była tam też dziewczyna z innej grupy, która od długiego czasu bardzo mi się podoba. Siedziałem i (wydawało mi się, że dyskretnie) przyglądałem się, jak tańczy, nie mogłem oderwać od niej wzroku. Zastanawiałem się, jak by tu do niej zagadać, gdy niespodziewanie podeszła do mnie i z miłym uśmiechem spytała, czy podoba mi się to, co widzę. Zbiło mnie to z tropu, gorączkowo myślałem, jak tu taktycznie odpowiedzieć. Nie chciałem wyjść na jakiegoś napaleńca, więc zrobiłem enigmatyczną minę i powiedziałem „Widziałem lepsze”... Uśmiech znikł z jej twarzy i poszła do koleżanek. Forever alone.
Dałam swojemu facetowi ultimatum – albo schudnie w pół roku, albo z nami koniec. Bardzo się ostatnimi czasy zaniedbał, ma spokojnie ze 20 kg nadwagi. Bardzo mi to przeszkadza i utrudnia życie nam obojgu. Życie erotyczne leży. Nie mam ochoty, jego ciało mnie odpycha. Brak seksu rodzi frustracje w innych dziedzinach życia i summa summarum oboje chodzimy sfrustrowani, jesteśmy w stosunku do siebie złośliwi, czepialscy. Ciężko mi będzie wymazać z pamięci 4 lata związku, ale nie przeskoczę tego, że gruby facet mnie odpycha. Nie mam zamiaru męczyć się i udawać, że jest OK, skoro nie jest OK. Nie mam zamiaru kłócić się z nim o jego picie piwa czy o jego nawyki żywieniowe bogate w cukry i tłuszcze. Powiedziałam mu jasno – albo schudnie, albo z nami koniec. Ma swój rozum i wie, co trzeba zrobić, żeby stracić wagę.
On ma do mnie pretensje, że oglądam się za wysportowanymi i zadbanymi mężczyznami. Nic dziwnego, widocznie tego mi brakuje w domu. Nie jestem z tych osób, które zdradzają, wprawdzie przechodziło mi to przez myśl, ale nie jestem do tego zdolna. Nie rozumiem ludzi, którzy uważają, że skoro jest się w związku, to można przestawać o siebie dbać. Otyłość jest obrzydliwa i nigdy jej nie zaakceptuję.
Moja babcia leży w szpitalu, wręcz w stanie terminalnym, a ja jedyne co robię, to myślę o tym, co i jak wyremontować w jej mieszkaniu, bym mógł tam zamieszkać. Kocham babcię całym sercem i nienawidzę się za te myśli.
Dodaj anonimowe wyznanie