#cntzx

Moja dziewczyna studiuje w jednym z większych polskich miast. Ze względu na to, że owo miasto znajduje się około 150 km od miejscowości, w której mieszkam, widujemy się tylko w weekendy. Pewnego nie do końca pięknego dnia czułem się niezbyt dobrze. Była to sobota, a więc dzień, w którym miałem przyjechać do mojej jedynej. Tak się złożyło, że w niedzielę rano musiałem wracać do swojej miejscowości, więc mogliśmy spędzić ze sobą tylko kilka godzin. Ale dobra, przejdźmy do meritum.

W sobotę, po walce z samym sobą, by nie zwymiotować podczas drogi, przybyłem na miejsce. Gdy już dotarłem do jej mieszkania poczułem się lepiej. Swoją drogą nie wiedziałem, że moja jedyna ma takie właściwości lecznicze! Ze względu na to, że długo się nie widzieliśmy, bez zbędnego tracenia czasu przeszliśmy do rzeczy. Wszystko fajnie, nie? Faktycznie, było fajnie aż do momentu, gdy zacząłem dochodzić. Podczas tej jakże przyjemnej chwili rozluźniłem się na tyle, że w ciągu paru sekund powróciło moje słabe samopoczucie i jak się domyślacie, lub nie, zwymiotowałem na moją partnerkę...
Od razu mówię, że nie potrzebuję miejsca w bunkrze. Było mi cholernie głupio, no ale trudno. Było - minęło.

Jeszcze jedno: po dwóch tygodniach (podczas których ona nie chciała się ze mną widywać, bo była podobno bardzo zajęta ;)) wyszło na to, że pani, którą nazywałem moją jedyną, co prawda była moją jedyną, ale ja już nie byłem jej jedynym, a nawet byłem jednym z wielu.

Tak że po zastanowieniu się: Ola, w sumie to dobrze, że Cię orzygałem. ;)

#PgbQi

Mój syn nie zaliczył poprawy z matematyki na zajęciach dodatkowych. To było trzecie podejście niestety. Powiedział, że miał atak paniki i się totalnie zawiesił, ale ja go w pełni usprawiedliwiam, ponieważ dzień wcześniej w domu rozwiązywał wszystko gładko, a chwilę po rozpoczęciu poprawy pani rzuciła mu bombę - "Marcin, przepraszam zgubiłam twój zeszyt do geografii".

Czy to powód do paniki? Tak i tłumaczę: młody zgubił parę razy już inne zeszyty, za co dostawał w domu ochrzan i potem musiał wszystkie półki przerzucać, żeby je znaleźć, więc ma złe wspomnienia. Młody ma też problem z geografią, bo za brak jakichś lekcji dostał już dwa minusy, za trzeci już jest jedynka. Ponieważ bazgroli i ma braki, to kazaliśmy mu przepisać zeszyty kolegi. Nie było to łatwe, bo pierwsze wersje były koszmarne, dopiero za 3 razem te 12 stron wyglądało całkiem czytelnie. Zajęło mu to parę godzin. Następnego dnia nie było pani z geografii, ale pani z matmy zaoferowała pomoc w dostarczeniu go. Czy odmówilibyście? No nie. Odpowiedzialny dorosły, któremu można zaufać...

Dzień później... bomba! Wszystko w piach!

Na szczęście finał jest ok. To nie szkoła XX wieku, panie w szkole się dogadały, wspólnie ustaliły, że z geografii będzie miał anulowane minusy i czwarty raz zeszytu nie będzie musiał przepisywać. Chociaż jako rodzic, chyba mam dla niego zadanie na okres ferii...

#UulLv

Miałam chłopaka... Policjanta. Nazwijmy go Michał
Zawsze dobrze nam się układało, choć czasem Michał był strasznie impulsywny i zdawał się nie panować nad sobą.

Pewnego dnia poszliśmy na zakupy do galerii handlowej i pokłóciliśmy się o to, że nie mogłam nic wybrać.
Kłótnia rozpętała się na dobre, po czym Michał zwyzywał mnie od najgorszych i uderzył mnie w twarz przed wejściem do galerii.
Całej sytuacji przyglądało się 2 facetów, którzy potem podeszli, wylegitymowali się i powiedzieli, że są z policji i co to ma być za bicie kobiet. Postawa jak najbardziej prawidłowa, lecz Michał potem wyjął "blachę" i nastawienie dwóch panów nagle się zmieniło... Nagle to ja już byłam tą złą.
Skończyło się tak, że Michał poszedł z tymi dwoma kolegami z pracy, a ja wyprowadziłam się od niego i więcej już się nie zobaczyliśmy.

#R5oDC

Hejka ;) znów trochę o polskiej służbie zdrowia, tym razem jednak o ten prywatnej i to jednej z większych sieciówek!

Od 18 roku życia mam wkładkę domaciczną, chemiczną - taka forma antykoncepcji, 3 lata spokoju, super duża skuteczność. Partnera od założenia nigdy nie zmieniałam, więc wydawała się być super wyjściem. Oczywiście co półroczne wizyty były, sprawdzające czy wkładka przypadkiem się nie przesunęła.

Historię mogę zacząć w połowie września, bo razem z sesją poprawkową i dużym stresem dostałam paskudnie bolący okres - co było dziwne, bo nigdy nic nie bolało, ale stwierdziłam, że przejdzie. Okres (delikatny) trwał do końca września, więc postanowiłam sprawdzić, czy wszystko jest okej u lekarza - studiuje daleko od domu, więc mój lekarz odpadał, a wizytę chciałam umówić dość szybko, więc została wielka klinika. Pani bardzo miła, bez USG stwierdziła zapalenie - antybiotyk i leki hormonalne na zatrzymanie krwawienia. Ok.

Po miesiącu bez poprawy pojechałam do domu odwiedzić mojego lekarza, który po bardzo długim wykładzie o bezsensownym braniu leków przypisanych przez "głupiego lekarza", zrobił USG, które pokazało pokaźnego guza na jednym z jajników. Skierowanie do szpitala, badania krwi.
Jednym z badań krwi było tak zwane "beta hcg", które pewnie wszystkie mamy znają :) Chcieli prowizorycznie sprawdzić, czy nie jestem w ciąży, bo to by komplikowało sprawę operacji.
I wykazało. 5 tydzień ciąży.

Jak to możliwe? Leki przypisane przez Szanowną Panią "doktor" okazały się blokować moją antykoncepcję. Doskonale wiedziała, że mam wkładkę. Nie powiedziała nic.
Zawsze bardzo chciałam mieć dzieci (może jeszcze nie teraz), więc usunięcie nie wchodziło w grę, ale te dwie połączone informacje (rak i dziecko) totalnie mnie załamały. Tydzień później poroniłam. Pod koniec już naprawdę je chciałam. Już miałam plan.

Za tydzień mam operację.

Nie mam pomysłu na morał ani fajne zakończenie. Chyba po prostu chciałam się wyżalić i polecić sprawdzanie opinii o lekarzach przed skorzystaniem z usług. Mogą nieźle spieprzyć życie.

#uqciW

Pewnego dnia wybrałam się do pobliskiej miejscowości, żeby coś załatwić. Stanęłam przed pasami na czerwonym świetle, a gdy tylko zapaliło się zielone weszłam na ulicę. Będąc już prawie w połowie przejścia nagle, usłyszałam pisk opon, zdążyłam się tylko obrócić, zobaczyć auto nadjeżdżające wprost na mnie i ... zapanowała ciemność.

Pierwszy powrót świadomości... oczy miałam zamknięte, słyszałam poddenerwowane głosy, leżałam na plecach. Nieśmiało otworzyłam oczy - światło mnie oślepiało, musiałam je zamknąć. Kiedy ponownie otworzyłam usłyszałam jakiś głos: wybudza się... Widziałam nad sobą sufit, gdzie od czasu do czasu pojawiała się lampa. Byłam w szpitalu, wieziona gdzieś... Nie mogłam się ruszyć, czułam ból i strach. Obok mnie wszędzie chaos, rozmowy lekarzy nade mną, a ja znów zaczęłam odpływać, słysząc gdzieś w tle: tracimy ją...

Kolejny powrót świadomości... Otwieram oczy i nad sobą widzę sufit. Nie wiem co się dzieje. Próbuję się ruszyć, ale nie mogę nawet kiwnąć palcem. W tym momencie przypominają mi się wspomnienia o wypadku, szpitalu. Serce łomocze mi jak szalone a do mnie dociera myśl o paraliżu. Pojawiają się łzy w moich oczach, boję się jak nigdy. I wtedy nagle czuję, że czucie wraca w moje ciało, mogę już ruszyć palcem, ręką. Tylko jest mi okropnie zimno. Siadam i widzę skopaną kołdrę, swój pokój. I wtedy z szalejącym sercem uzmysławiam sobie, że to wszystko to był tylko sen. Najbardziej realny sen w moim życiu, który przydarzył mi się dobre kilkanaście lat temu, a ja do dzisiaj pamiętam każdy, najdrobniejszy szczegół, każde moje odczucie i strach...

#DxlA9

Byłam zarejestrować nr telefonu w jednej z sieci komórkowej i tam oczywiście się wystałam, ale tak stojąc zobaczyłam jak starszy pan (ok. 70 lat) podszedł do obsługi pytając się grzecznie, czy nie wyłączyli mu oferty, ponieważ jego telefon nie działał. 

"Pani" z obsługi powiedziała, że nic nie wyłączali i dodała, że może mu się telefon zepsuł. Starszy pan na to, że niedawno go kupił, a ona do niego prosto z mostu: 
"Z telefonami jest jak z ludźmi, jak są stare, to się psują, tak jak ludzie umierają". Słysząc to starszy pan nic nie powiedział i po prostu odszedł.

Ludzie nie mają skrupułów :(

#xjxUo

Jakiś czas temu wracając nocnym autobusem do domu, zagadał do mnie kierowca. Sprawiał wrażenie miłego i pewnego siebie. Pogadaliśmy chwilę. Kiedy wszyscy pasażerowie opuścili autobus, kierowca spojrzał na mnie dwuznacznie się uśmiechając i zapytał, czy może nie chcę pójść na tył. Byłam zaskoczona. Nikogo już nie było, a miałam jeszcze kilka przystanków do mojego domu. Powiedziałam, że fajnie mi się rozmawia, ale nie jestem zainteresowana.

Na szczęście odpuścił, ale ta sytuacja wydawała się dość dziwna zwłaszcza, że zauważyłam obrączkę na jego palcu.

#CRKaz

Od dziecka miałam straszne problemy z trawieniem. Miałam wiecznie twardy, wzdęty, bolący brzuch, było mi niedobrze, a każda kupa to był istny horror.

Nie jadłam słodyczy (do dziś nie lubię), moja dieta to było głównie mięso, nabiał, pieczywo, warzywa... czasem owoce. Najwięcej mięsa i nabiału, poza piątkiem i czasem sobotą, nie było dnia bez kurczaka czy wieprzowiny. Uwielbiałam żółty ser czy twaróg, ale na widok szynki, kiełbasy lub kotleta robiło mi się niedobrze. Przestałam płakać nad mięsem w wieku 6 lat bo i tak nie miało to sensu, musiałam zjeść to co było nałożone mi na talerz/zrobione do szkoły. Pamiętam jak nieraz odbijało mi się mięchem przez dwa dni.

W wieku 18 lat przestałam jeść mięso, mimo lamentu rodziny i prób przemycania mi go na talerz albo wpędzania mnie w poczucie winy pod tytułem "tyle się przy tym narobiłam", "mięsko takie drogie", "ja dbam o Ciebie a Ty chcesz się zagłodzić". Życie bez mięsa to było coś pięknego. Czułam się dużo lżej, choć nie wszystkie dolegliwości ustały. Idąc za ciosem, poszłam na testy na celiakie i nietolerancję laktozy. Śmiałam się że jako zagorzała fanka sera, nie mogłabym z niego zrezygnować, zresztą skąd by u mnie się wzięła taka przypadłość? A tu szok, zdiagnozowano u mnie koszmarnę nietolerancję produktów mlecznych. Zmieniłam mleko krowie na kokosowe, z bólem serca pożegnała ser... I okazało się, że można wysrać się bez umierania z bólu. Zniknął mi trądzik, a brzuch w końcu nie wyglądał jak piłka.

Do dziś kocham ser i raz na jakiś czas sobie na niego pozwalam, co niestety mocno odczuwam następnego dnia na kibelku, a na moim policzku zawsze wyskakuje mi syf lub dwa. Ale jem wegetariańsko/wegańsko już wiele lat i naprawdę się przyzwyczaiłam, lubię to.

Clue tej historii jednak, to fakt, iż mimo koszmarnego braku zdolności trawienia produktów odzwierzęcych, alkohol wyparowuje ze mnie momentalnie. Nigdy nie miałam kaca. Gdy inni leżą, mi delikatne upojenie już mija i mogę pić dalej. Zainspirowałam się do tego wyznania porannym widokiem gości w moim salonie, którzy cierpią z bólu i ogromnego dyskomfortu po wypiciu stosunkowo niewielkiej ilości alkoholu zeszłej nocy, gdy ja po butelce różowego ginu, whiskey i paru drinkach, wstałam rano, wypiłam wodę i kawę, poszłam na WC i byłam w pracy przed czasem, świeża, pełna energii i bez najmniejszego bólu. Mój organizm to totalne dziwadło.

#BKE1E

Wiele popełnionych w dzieciństwie czynów człowiek żałuje dopiero na starość. Ja na przykład wstąpiłem do ZHP, jeździłem na obozy i popierdzielałem a kusych spodenkach, długich podkolanówkach na nogach i jakiejś badziewnej, kwadratowej czapeczce na łbie.

Na jednym z obozów spotkałem ekipę ciekawych ludzi. Niestety, jak to w dużych grupach bywa - zawsze musiał znaleźć się jakiś wyłom. W tym przypadku był to dwunastoletni, grubasek, który najwyraźniej z domu wyniósł nawyk do klinicznego donoszenia starszym stopniem druhom na wszystkich, którzy łamią w najmniejszym stopniu reguły. Nawet nie wiecie, jakie to było upierdliwe. Ktoś zabluźnił, nawet cicho, pod nosem, a grubasek już gnał ile sił do komendanta. Ktoś przysnął na warcie, a już grubcio robił awanturę. Wszyscy mieli tego małego donosiciela serdecznie dość - łącznie z dowództwem obozu.

Kto jeździł na takie wyjazdy, ten wie, że samo budowanie obozu zajmuje kilka dni. Trzeba postawić ogrodzenie, budkę wartowniczą, wykopać latrynę... No, właśnie - nas przydzielono do tej ostatniej czynności. Wytypowano dziesięciu chłopaków, wręczono szpadle i pokazano gdzie mamy kopać dół. A tymczasem na czas konstruowania latryny, na pobliskiej górce postawiono pięknego toi-toia, z którego korzystali też wszyscy mieszkańcy kilku innych, pobliskich obozów.
Wkurzyliśmy się, bo nagle druh drużynowy zdecydował, że przydzieli nam jeszcze kogoś do pomocy. Jak możecie się domyślać - był to nasz kolega grubasek.
Po dwóch godzinach pracy, jeden z kumpli poprosił nas o pół godzinki wolnego. Chciał się na chwilę wyrwać do sąsiedniego obozu i odwiedzić tam swoją dziewczynę. Wszyscy zgodziliśmy się i chłopak pobiegł do swojej ukochanej. Pobiegł też i grubasek. Do komendanta. Nakablować. Siłą go zatrzymaliśmy i mimo że nas pięści swędziały nie doszło do rękoczynów.
I tak naskarżył.

Marzyliśmy o zemście. A ta nadeszła szybko, kiedy jeszcze tego samego dnia nasz mały skarżypyta dzierżąc w dłoni rolkę srajtaśmy poczłapał do toi-toia. Zebraliśmy się we czterech i cicho zakradliśmy do budki. Dwóch z nas stanęło z tyłu, a dwóch z nas z drugiej strony. Zaczęliśmy kibelkiem bujać. Gruby darł się wniebogłosy. Śmiesznie było. W każdym razie po kilku chwilach uznaliśmy, że już wystarczy i odsunęliśmy się od toi-toia. Jednak ci z tyłu ciągle chcieli bujać... W rezultacie kabina się wywróciła, sturlała się z górki i wylądowała drzwiami do dołu.

Całe godziny trwała akcja ratowania pływającego w fekaliach nieszczęśnika.
Nikt się nie dowiedział, kto dokonał tego haniebnego czynu. Grunt, że zachowanie grubcia zmieniło się o 180 stopni. Nam było trochę przykro, bo w sumie to odwaliliśmy straszną głupotę. Wzięliśmy naszą ofiarę pod skrzydła. Ostatecznie okazał się bardzo fajnym gościem. Gruby, jeśli to czytasz to... wybacz nam.;)

#R85Pg

Niektórzy są naprawdę niereformowalni.

Pracuję z kobietą, która nie rozumie, że premia za brak absencji chorobowej to premia za brak absencji chorobowej, bez względu na to, z jakich przyczyn była wzięta. Co trzy miesiące dostajemy 1500 zł za brak L4, w tym roku firma nam dorzuciła do tego dodatkowo po 1000 na święta. To ją doprowadziło do szału. Chodziła i wmawiała wszystkim, że to nie jej wina, że miała chore dzieci i musiała iść na opiekę i też powinno się jej należeć. Twierdzi, że jest podwójnie pokrzywdzona, bo nie dość, że dostaje 80% kiedy jest na zwolnieniu, to dodatkowo zawsze omijają ją premie. Powiedziałem jej, żeby poszła do szefa i kłóciła się z nim, a nie ze mną, bo nie mam zamiaru wysłuchiwać jak bardzo jest pokrzywdzona. Poszła na rozmowę i nikt nie wie co tam się działo, ale dziś nie przyszła do pracy, a szef jest tak zły, że nikt nie miał odwagi zapytać się dlaczego jej nie ma.

Nie rozumiem takich roszczeniowych ludzi.
Dodaj anonimowe wyznanie