Poznałem kiedyś dziewczynę. Ładną, mądrą, słodką, a kiedy się śmiała, nie potrafiłem powstrzymać uśmiechu. Poprawiała mi humor w sekundę. Dziewczyna idealna. Przyjaźniliśmy się, aż coś we mnie pękło.
Jak się domyślacie, skończyłem w cholernym friendzonie. Niestety, dziewczyna ta miała chłopaka. Debila, jakich mało. Wiedziałem, że nie jest święty. Pies na baby jakich mało, obróci się za każdą pierwszą lepszą panną. Dla niej pokazywał swoją drugą stronę, chociaż nie raz zmuszał ja do płaczu. Gdybym miał policzyć ile godzin spędziłem na rozmowie z nią, kiedy nie wytrzymywała. Ile razy mi płakała. Ile razy ją namawiałem, prosiłem, groziłem. Gdy już miała od niego odejść, ten manipulował ją, przysięgał poprawę, starał się i od nowa.
Dzień dziecka skończył się, gdy pewnego dnia coś mnie tknęło, bym złożył jej wizytę. Przeczucie? Kto wie. I zastałem ją we łzach, trzymającą się za policzek. I jego krzyk, gdy wychodził. Zderzyliśmy się w drzwiach, a gdy zorientowałem się, co się właściwie dzieje, poniosło mnie.
Facet miał złamany nos, połamane żebra i kilka obić po stoczeniu się ze schodów. Może zachowałem się jak pierwotny, ale nie dbałem o to. I wtedy po raz pierwszy podniosłem na nią głos. Między innymi wykrzyczałem słowa "kocham cię".
Może historia mdła, ale jestem szczęśliwy, kiedy spotkałem jej przyjaciółkę, która mi podziękowała ze to wszystko ze słowami "zawsze na was stawiałam".
Jesteśmy razem.
I mam sprawę w sądzie za pobicie.
Od pięciu lat na stałe mieszkam w Londynie ze swoim tatą. Mam 20 lat. Moja mama zmarła tuż po porodzie. Jestem jej idealną kopią, ale tylko z wyglądu. Charaktery mamy zupełnie inne i dlatego właśnie rodzina ze strony mamy nie utrzymuje z nami kontaktu.
Dlaczego? Moja mama była wspaniałą kobietą. We wszystkim najlepsza, z najlepszymi ocenami, czego się nie dotknęła, zawsze jej wychodziło. Świetnie gotowała, pięknie śpiewała, w pracy szybko awansowała. Chodzący ideał. Wg mojej rodziny to właśnie moja wina, że moja mama umarła. O ile z tym się z czasem pogodzili (lub po prostu przestali o tym głośno mówić), o tyle nie mogą się pogodzić, że mimo uderzającego podobieństwa ja nie jestem nią. Jestem osobą raczej nieśmiałą, zamkniętą w sobie. Mam problemy z nawiązywaniem znajomości. Talentu kulinarnego ani wokalnego też po niej nie odziedziczyłam. Dla rodziny okazałam się wielkim rozczarowaniem.
Tylko mój tato od zawsze mnie wspiera i mówi, że mama na pewno jest ze mnie dumna.
Dlaczego pisałam na początku o Londynie? Bo tam właśnie postanowił przeprowadzić się mój tata widząc, jak traktuje mnie rodzina. I za to jestem mu bardzo wdzięczna!
Był mroźny, grudniowy dzień. Jak co dzień, jechałam na uczelnię. Ta sama godzina co zawsze, ten sam autobus, ten sam kierowca i ci sami ludzie - bardzo dużo ludzi. Jednym słowem - TŁOK. Jedziemy, jedziemy, jedziemy i nagle kierowca gwałtownie zahamował. Wszyscy pasażerowie latają po autobusie - normalnie armagedon. Ja upadłam na jakiegoś młodego chłopaka. Przeprosiłam, wstałam, autobus ruszył (nic groźnego się nie stało), a chwilę potem wysiadłam na swoim przystanku. Sięgam po rękawiczki do kieszeni i czuję, że jest tam jakaś kartka. Wyciągam ją i czytam: "Kiedyś zostaniesz moją żoną". W mojej głowie pojawiają się znaki zapytania. Myślę sobie: to była groźba, czy obietnica? A do tego nie wiem, kto napisał tą wiadomość. Tak więc postanowiłam, że następnego dnia przyjrzę się pasażerom i pomyślę, kto mógł być autorem tej jakże malutkiej karteczki.
Kolejnego dnia weszłam do autobusu i zaczynam swoją obserwację. Patrzę w prawo - emerytki, patrzę w lewo - uczniowie jadący do podstawówki/gimnazjum. Patrzę prosto i widzę jego - chłopaka, na którego przewróciłam się poprzedniego dnia. Jest jedyną osobą, która mogła napisać mi tę wiadomość, no ale przecież nie podejdę do niego i nie zapytam, czy to on włożył mi wczoraj kartkę do kieszeni, no bo co by było, gdyby to jednak nie był on... Pomyślałam sobie: jak mu zależy, niech walczy!
Minęło kilka miesięcy. Wchodzę do tego samego co zawsze autobusu. I nagle potykam się, a łapie mnie on! No ale podziękowałam mu i potem jak zwykle wysiadłam na tym samym przystanku. Ku mojemu zdziwieniu on też wyszedł na tym samym przystanku co ja. Podchodzi do mnie i mówi: Hej, jestem Tomek. Tak sobie pomyślałem, że skoro już dwa razy na mnie poleciałaś w autobusie, to warto zapytać, czy znalazłaś kartkę ode mnie. Oczywiście powiedziałam, że znalazłam.
Od tego momentu zaczęliśmy rozmawiać w autobusie, potem się przyjaźnić, potem spotykać. I tak się spotykaliśmy, potem zaręczyliśmy się, a po świętach bierzemy ślub :)
Tak więc patrzcie dookoła siebie w autobusie. Może gdzieś obok Was jest miłość Waszego życia. Jazda autobusem naprawdę zbliża!!! :)
Historia wydarzyła się w czasach podstawówki. Był wtorek, jak co tydzień po lekcjach chodziłam na SKS z siatkówki. Pani za bardzo się nie bała zostawiać uczniów w sali samych z piłkami. Wszyscy kopią, odbijają... Również ja wzięłam piłkę, poodbijałam... Aż z nie wiadomych przyczyn kopnęłam w sufit. Tak, w sufit. Niestety szkoła była stara i wraz z moim kopnięciem odpadł dość duży płat tynku, co najlepsze, zleciał wprost na głowę dziewczyny, której wprost nienawidziłam. Oczywiście przepraszałam, ale po cichu cisnęłam z niej bekę. Do tej pory ona o tym nie wie.
Brawo ja 👏
Mamy z żoną jedno dziecko, córkę, a drugie - syn - już w drodze :)
Ania ma 4 latka, ale to bardzo mądra dziewczynka (jak się okazuje, po mamusi...).
Jej przyjście na świat nagraliśmy - żeby była pamiątka, w końcu to nasze pierwsze dziecko, zatem i emocje sięgały zenitu. Film przeleżał w szafce kilka lat i dopiero niedawno zapragnęliśmy go obejrzeć, skoro kolejny poród już niebawem, warto odświeżyć sobie pamięć.
Tego wieczora Ania przyszła do nas z zamiarem obejrzenia swojej ulubionej bajki (o tytuł mnie nie pytajcie, wiem tylko, że jest tam tańcząca mysz). No to super, wreszcie okazja, żeby w spokoju obejrzeć poród. Dałem córce płytkę z bajką, a ta uradowana pobiegła zaraz do salonu (jak już mówiłem jest bardzo mądra, sama potrafi sobie włączać bajki).
Uradowany wołam żonę, wreszcie chwila dla nas. Mamy w sypialni drugi telewizor, dlatego ułożyliśmy się wygodnie na łóżku i odpaliłem film.
Chyba dobrze myślicie... zaczęła lecieć ta cholerna tańcząca mysz.
Zaraz powiązałem fakty, sprintem do salonu - Ania cała zapłakana, a na ekranie moja drąca się wniebogłosy ukochana, dookoła sama krew, wszystko w krwi, czubek głowy małej Ani we krwi, nawet kamera była trochę umazana, kurwy lecą co drugie słowo, no po prostu obraz jak z najgorszego filmu Hitchcocka.
Tak, chyba zepsułem dzieciństwo córce.
Tak, chyba nie zostanę dziadkiem.
Nie, żona się nie rozwiodła, ale przez miesiąc musiałem spać sam - dziewczyny spały razem.
I na koniec:
Tak, jestem okropnym ojcem.
Życzcie powodzenia przy synu!
Mam 29 lat. Niedawno w moim stabilnym i poukładanym życiu zaczął się prawdziwy kataklizm, którego końca nie widać.
Wszystko zaczęło się od informacji, że moja narzeczona zauroczyła się w koledze z pracy. Szok, wcześniej rozumieliśmy się jak dwie krople wody, myśleliśmy o tych samych rzeczach w tym samym czasie. Kilka dni wcześniej wspólnie opłaciliśmy zadatek na salę weselną. Zobaczyłem sposób ich rozmowy ze sobą na messengerze, którą z nim prowadziła podczas kąpieli. Upiłem się, poprosiłem żeby pojechała do domu rodzinnego, a ja sam zostałem z tym wszystkim w miejscu gdzie mieszkaliśmy razem.
Już pod wpływem alkoholu i bez niej w domu dostałem białej gorączki, zaczęły wychodzić emocje, nad którymi już nie byłem wstanie panować. Zacząłem niszczyć wszystko na swojej drodze i szukałem miejsca na sznur, na szczęście szybciej się upiłem. Psychicznie w jednej chwili przestałem istnieć, bez poczucia własnej wartości, z poczuciem winy i bezsilności.
Niedługo po tym wszystkim chcąc odreagować w sporcie, skręciłem staw skokowy, unieruchomiając się w miejscu, w którym dopiero planowaliśmy wspólne życie. Bez możliwości wyjścia do ludzi i pracy, co potęgowało tylko ten stan beznadziei.
Gdy już udało mi się powrócić do pracy po l4, w nadziei, że oderwę nareszcie myśli, i wezmę się za coś sensownego, dostałem wypowiedzenie umowy po 5 latach spędzonych w firmie. Kolejny cios, skumulowany w przeciągu niecałych dwóch miesięcy.
Kończą się najgorsze święta Bożego narodzenia w moim życiu, już bez kontaktu z byłą narzeczoną. Byłem człowiekiem z pasjami, uprawiającym sport, niepalącym i pijącym sporadycznie, niebojącym się wyzwań. Dziś mija 3 miesiąc od rozstania, a w lustrze widzę jedynie wrak samego siebie.
Mam 3-letniego braciszka, więc jako dobra siostra postanowiłam przebrać się za Mikołaja. Gdy wręczyłam młodemu prezenty, wywiązał się między nami taki dialog:
Brat: Ściągaj tą czapkę, Ala!
Ja: Ho, ho, ho, jaka Ala? Jestem Świętym Mikołajem!
Brat: Jesteś za brzydka na Mikołaja.
No cóż.
Dużo osób współczuje mi straty rodzica (ojca), ale mi nawet nie jest przykro. Mój ojciec pił przez pół mojego życia, nie raz podniósł na mnie rękę, straciłam z nim kontakt w wieku 18 lat. Wzięłam się spakowałam i uciekłam... Dla mojej mamy był to cios, który teraz wie, że był dobry dla nas wszystkich.
Mój ojciec we wczesnym dzieciństwie był kimś dla mnie ważnym, byłam "córeczką tatusia". Zawsze chodząc do sklepu pozwalał kupować sobie różne słodycze i gazetki (jakieś tam Barbie). Później zaczęło się psuć, ojciec przychodził pijany do domu i nie miał już czasu dla nas, swojej rodziny. Mimo, że próbowałam go ratować, on odrzucał moją pomoc. Od 13 roku życia całe jego pieniądze szły na alkohol. Dzień w dzień pił do upadłego i zaczęły się padaczki alkoholowe. W pewnym momencie przestał się kontrolować, pobił mnie za to, że byłam w domu.
Po kilku latach po mojej ucieczce zaszłam w ciążę, szok, że będzie dziadkiem. Obiecywał, że się zmieni i mu uwierzyłam... Fakt pod koniec mojej ciąży chodził do pracy, ale jak dostał wypłatę to był koniec. Znowu zaczął pić i całą wypłatę przeznaczał na alkohol. Swojej pierwszej wnuczce nie kupił nawet głupiego miśka za 5 zł, żeby miała pamiątkę...
I tak po trzech miesiącach od urodzenia mojej córki, mój ojciec zmarł na własne życzenie. W nocy poszedł do pomieszczenia gospodarczego wypić wódkę i prawdopodobnie dostał ataku padaczki. Upadł na szkło, które się tam znajdowało. Babcia znalazła go prawdopodobnie po godzinie w kałuży krwi, po dwóch dniach zmarł.
Dostałam telefon od brata, że ojciec nie żyje. Moja reakcja była taka, że się cieszyłam. Cieszyłam się z tego, że będzie święty spokój. Zainteresowało mnie w jaki sposób zmarł (bo nikt mi nie powiedział, że taka sytuacja się wydarzyła).
Pamiętam jego twarz w trumnie, była spuchnięta i to rozcięcie na twarzy.
Prawdopodobnie nawet jeżeli by przeżył to nie miałby jednego oka.
Pogrzeb nie zrobił na mnie żadnego wrażenia, cieszyłam się, że wiał lekki wiatr i było słońce, bo wtedy łzawią mi oczy (mogłam udawać przy rodzinie, że mnie to rusza).
Historia wydarzyła się ponad 20 lat temu. Podróżowałem "stopem" przez jeden z krajów unijnych. Podróż trwała kilka dni i spotkałem na swojej drodze około 15 kierowców, ale kilku szczególnie zapadło mi w pamięci.
Kierowca 1 - w środku nocy, pustkowie, zatrzymała się piękna, młoda dziewczyna w sportowym aucie. Podwiozła mnie do miasta oddalonego 3 godziny drogi. Miły początek podróży.
Kierowca 5 - mechanik samochodowy. Jechaliśmy przez pustkowia, kiedy nagle przypomniał sobie, że musi za chwilę zajechać do znajomego coś załatwić i będzie kontynuował podróż. Zaproponował więc, że zabierze mnie ze sobą. Zjechaliśmy więc z głównej drogi, polną ścieżką dojechaliśmy na jakieś złomowisko, gdzie mój kierowca wysiadł i spotkał się z dwoma groźnie wyglądającymi ludźmi. Jako naiwny nastolatek dopiero w tym momencie zrozumiałem swoje położenie - jestem pośrodku niczego, w aucie na złomowisku, jeśli mnie tu zabiją to nikt mnie nawet nie znajdzie i nie domyśli się gdzie jestem. Ciekawostka - to było w czasach przed erą powszechnego posiadania telefonów komórkowych, więc oczywiście nie miałem ze sobą telefonu ani opcji kontaktu ze światem. Blady jak ściana i pogodzony z losem czekałem na bieg wydarzeń. Ostatecznie - faktycznie mój kierowca po dłuższej rozmowie ruszył w dalszą podróż i dowiózł mnie do najbliższego miasta.
Kierowca 15 - środek nocy, ja po prawie 2 dobach bez snu, po krótkich drzemkach. Kierowca - stateczny pan w średnim wieku. W trakcie jazdy opowiada o okolicznych terenach, miejscowościach. Moja czujność więc osłabła, patrząc w dal powieki zaczęły same opadać. W pewnym momencie usłyszałem pytanie, którego nie zrozumiałem. Wyrwany ze stanu senności odwróciłem głowę w stronę kierowcy i zobaczyłem spuszczone do kolan spodnie. Krzyk i niecenzuralne słowa z mojej strony sprawiły, że kierowca zatrzymał się w środku lasu i mnie wysadził. Plusem był brak agresji z jego strony.
I tak, po nocnym spacerze 20 km, rankiem wsiadając do autokaru w najbliższej miejscowości, zakończyłem przygodę z autostopem. Od tamtej pory nigdy więcej nie skorzystałem z tej formy lokomocji. Dziś wspominam tę historię z refleksją, że będąc młodym miałem znacznie więcej szczęścia niż rozumu.
Świecie dokąd zmierzasz. Niedawno zmieniłem mieszkanie. Oddana deweloperka więc ludzi było niewielu, raczej same majstry i pojedynczy ludzie. Blok niewielki bo 15 mieszkań, 1 klatka. Jako, że ja u siebie prace robiłem sam, to chodziłem w roboczych ciuchach i można powiedzieć zakumplowałem się z kilkoma majstrami. Pomagaliśmy sobie w potrzebie, pożyczaliśmy wiertła, narzędzia, kliny do płytek jak zbrakło. Kawusia na wiaderku, to u mnie, to u kogoś.
Właściciele mieszkań, czyli moi sąsiedzi kiedy pojawiali się w bloku, w ogóle nie odpowiadali na dzień dobry. Nie jestem duszą towarzystwa, ale rodzice wychowali mnie, by mówić sąsiadom "dzień dobry". Najczęściej było milczenie, czasem "bry" z wyrzutem, raz usłyszałem że robol to do roboty, a nie ludzi zaczepiać. Jeden hit, bo pani wykrzyczała do mnie, że ma męża i dziecko. W odpowiedzi na zwykłe "dzień dobry". Gratuluję pani, ale ja tylko jestem miłym człowiekiem.
Skończył się etap remontów. Ja już w normalnych ubraniach, nie przypominam robola, sąsiedzi również zasiedlili lokale. Jeszcze kilka razy wyciągałem rękę i witałem się z ludźmi. Są dwa małżeństwa i jedna dziewczyna, z którymi normalnie rozmawiamy i żyjemy jak we wspólnocie. Reszta chodzi w milczeniu, więc i my z sąsiadami znajomymi stwierdziliśmy, że nie będziemy więcej z nikim próbować nawiązywać kontaktu.
Jest to bardzo smutne, że nasz świat zaczyna tak wyglądać. Więcej kultury i pogody ducha w tych "robolach", którzy dawno pożegnali stereotyp pijaka i nieudolnego podrywacza. Uważam, że każdy zasługuje na szacunek.
Dodaj anonimowe wyznanie