#DiJDE

Gdy poznałam mojego obecnego chłopaka, często powtarzał, że bardzo ceni silne, niezależne kobiety, które potrafią o siebie walczyć i dbać. Twierdził, że jest feministą i że kobiety mogą robić wszystko to, co mężczyźni. Wiedziałam, że nie lubi księżniczek, z którymi trzeba się obchodzić jak z jajkiem. Podobało mi się jego podejście, tym bardziej, że za silną kobietę się wtedy uważałam. Pracowałam na wysokim stanowisku, mieszkałam sama i radziłam sobie w życiu świetnie.

Na samym początku naszej znajomości, często chodziliśmy na spacery, szczególnie późnymi wieczorami i nocami, czasami potrafiliśmy spacerować i gadać calutką noc, aż witał nas wschód słońca.

Którejś nocy, gdy szliśmy przez ciemny park, na naszej drodze stanęło czterech wielkich, czarnoskórych facetów (nie mieszkamy w Polsce, gdyby kogoś miało to zdziwić). Próbowaliśmy ich zignorować, ale zaczęli się do nas dowalać i rzucać głupimi, jednoznacznymi komentarzami. Mój, wtedy jeszcze nie chłopak, próbował im się stawiać, ale nie miał szans ani siłowo, ani liczebnie. Dwóch z nich złapało mojego chłopaka, wykręcili mu ręce, a pozostałych dwóch zaczęło szarpać mnie, obmacywać i opowiadać co mi za chwilę zrobią. W pewnym momencie, patrząc prosto w oczy to jednemu, to drugiemu, z uśmiechem na ustach zaczęłam mówić coś w tym stylu "I co mi niby zrobicie? Zgwałcicie mnie? To będziecie mieć przejebane, bo od razu pójdę na policję, a jestem pewna, że mieliście już problemy z prawem. Zgwałcicie i zabijecie? Tym bardziej będziecie mieć przejebane, bo zostawiliście wszędzie pełno DNA, a zostawicie jeszcze więcej, bo oboje będziemy walczyć. Zresztą lubię seks, więc pewnie będę miała więcej przyjemności niż wy. No i nie obiecuję wam, że nie złapiecie jakiejś wenery (puściłam im oczko). Jak tak bardzo chcecie zjebać sobie życie to dawać, miejmy to już za sobą".
Tak ich zamurowało, że nawet mi nie przerwali. Coś do siebie mruknęli, wyzwali mnie od "fucking bitch", splunęli pod nogi i sobie poszli.

Mój chłopak był mną zachwycony, twierdził, że bardzo mu zaimponowałam odwagą i jasnością umysłu.

Nigdy mu się nie przyznałam, że tak naprawdę byłam przerażona jak nigdy w życiu. Zaczęłam gadać co mi ślina na język przyniosła, bo musiałam jakoś zająć mój mózg, inaczej zaczęłabym płakać i wrzeszczeć. Nie czułam się ani trochę odważna.
Tak naprawdę, po powrocie do domu, poszłam pod prysznic i, gdy już mnie nie widział, rozpłakałam się jak małe dziecko. Płakałam przez pół godziny, a później wróciłam do niego i resztę nocy spędziliśmy razem.

Może kiedyś mu o tym powiem. Na razie jest to moja największa tajemnica.

#eYwJy

Noc z 24 na 25 grudnia 2012 roku. Wtedy w wypadku, z którego sam ledwie uszedłem z życiem, straciłem rodziców i młodszą siostrę. Mój świat się zawalił. Jedyną bliską mi osobę stanowiła wtedy moja dziewczyna, Madzia. Wspierała mnie na każdym kroku, ale byłem w takiej rozpaczy, że raniłem wszystkich wokoło, nawet ją. I kazałem jej odejść, dać sobie spokój.

Wigilia roku 2013. Jak wyglądały moje święta? Sam nie wiem. Wpadłem w 4-dniowy ciąg, chlałem na umór, byleby o tym nie myśleć.
Rok 2014, sytuacja się powtarza. Tydzień wycięty z życia.
Rok 2015. Stało się coś, co w życiu by mi nawet przez myśl nie przyszło. Wigilia, godzina mniej więcej 15.00. Do mojego domu wpada Madzia. I widzi wrak człowieka. Wyciąga z szafy moje ubrania. A mi każe włazić pod prysznic i się ogarnąć, bo wali ode mnie jak od świni. Postawiłem się. I dostałem w twarz. Nie odpuściła. Po chwili wyszedłem odświeżony. Kazała mi się ubrać. Znowu się postawiłem. I znowu dostałem w pysk. W ciągu dwóch godzin nie zliczę, ile razy mi przyłożyła.

Zabrała mnie do siebie. Buntowałem się strasznie. W czasie kolacji nie zjadłem prawie nic. Pod choinkę dostałem szczeniaka. Nie chciałem go. Ale przyjąłem. To był dzień, w którym zmieniło się wszystko. Po raz drugi w moim życiu. Odbiłem się od dna. Zacząłem się zmieniać. Na lepsze. A Madzia jest cudem, na który sobie nie zasłużyłem. Zraniłem ją wielokrotnie, a pomimo tego, ona dalej mnie kochała. Jak łabędź.

W tym roku się oświadczyłem. W Wigilię. Przyjęła oświadczyny :)

#1L1Dl

O tym, jak szkoła zabija samodzielne myślenie i próbuje doprowadzić wszystkich do przeciętności. To będzie tylko mój przykład z życia.

Wczesna podstawówka, nauka dodawania i odejmowania pod kreską. Zapewne wiecie, że dodawanie polega to na tym, że jeśli w jednej kolumnie wyjdzie ci wynik powyżej 9, to pod kreską wpisujecie tylko cyfrę jedności, a cyfrę dziesiątek dodajecie do kolejnego rzędu itd., w odejmowaniu jeśli wyjdzie ci wynik niższy niż zero, to "pożyczacie" jedynkę z kolumny obok. Przepraszam, że tłumaczę, ale życie nauczyło mnie, że dużo dorosłych nie pamięta rzeczy z podstawówki. Większość te reszty zapisuje sobie na górze, żeby nie zapomnieć. Tak też nas pani uczyła. Ja to doskonale rozumiem. Problem w tym, że ja nie miałem problemu, żeby tę jedynkę sobie dodać w pamięci. Po pierwsze, tata mi tak radził, a po drugie, tak mi się wydawało szybciej, a dla pamięci wysiłek nieduży. No i tak robiłem i przez to miałem problemy.

Przyszedł czas kartkówki z działań pod kreską. Pani wzięła mnie na stronę i powiedziała, że w sumie wszystkie wyniki mam dobre, ale nie mam zapisanych żadnych cyfr nad kolumnami, więc ma podejrzenie, że ściągałem. Mega się wtedy zestresowałem, ale jakoś wytłumaczyłem, że zrobiłem to w pamięci. Pani powiedziała, że da mi te same działania jeszcze raz i jeśli tym razem zrobię to zgodnie z zaleceniami, to dostanę piątkę, bo wyniki są poprawne, ale ona musi wiedzieć, że wiem, skąd to się wzięło. No dobra. Nie było z tym dla mnie problemu, ale stresowałem się, żeby wszystko dobrze zapisać. Pani powiedziała, że to dobrze, że umiem to zrobić w pamięci, ale następnym razem mam to robić tak jak teraz. No i już przez całą podstawówkę, gimnazjum i liceum robiłem to tak jak inni.

Niedawno jako osoba 20+ przypomniałem sobie o tej sytuacji. Postanowiłem zrobić randomowe obliczenia. Popłakałem się, gdy udało mi się zrobić jedno działanie bez zapisywania liczb u góry kolumn.
Może to niedużo, ale zastanawiam się na jakim poziomie bym był, gdyby pozwolono mi stymulować mózg w ten sposób. Wiem, że pani nie zrobiła tego specjalnie, ale trochę mam żal.

#fBfOc

Dzień przed Wigilią zdałam sobie sprawę, że naprawdę nie mam w co się ubrać na święta (sporo schudłam i nie miałam żadnej pasującej sukienki). Wszystko miałam już prawie gotowe, więc doszłam do wniosku, że mogę wybrać się na zakupy. Zabrałam ze sobą swoje pociechy; 8 i 6 lat.

Po wybraniu kilku sukienek zostawiłam dzieciaki w kąciku dla dzieci - tuż obok przebieralni. Byłam mniej więcej w połowie przymiarek, kiedy usłyszałam krzyk i przekomarzanie się dzieciaków, więc postanowiłam interweniować w sposób jedyny skuteczny przy tych urwisach: ''Ej, łobuzy! Uspokoić się. Czy wy zawsze musicie się lać?! Siedzieć tam grzecznie, bo jak nie, to dostaniecie szlaban na (słodycze, konsolę, komputer itd.)''.

Dokończyłam mierzenie ciuchów, wybrałam pasującą sukienkę. Poszłam do kącika dla dzieci ze słowami ''No, jednak jak chcecie, to potraficie się zachować. Żeby mi te bójki były ostatni raz!'' i wtedy spojrzałam na twarze moich pociech i zrozumiałam, że coś jest nie tak... ''Mamo, ale my się nie biliśmy. Cały czas byliśmy tutaj...''.

Tak, ustawiłam do pionu cudze dzieci. Przyrzekam, lały się jak moje. Cóż, nie ma za co, obca mamo!

#ihks3

Od miesiąca mogę legalnie iść po pigułki antykoncepcyjne.

Mam narzeczonego. Znamy się od przedszkola, poprzez te lata coś zaiskrzyło i w wieku lat 15 zaczęliśmy ze sobą chodzić. Nasi rodzice akceptowali ten związek, no i lux malina. W wieku lat 16, bliżej 17, wiadomo, zaczęliśmy współżycie. Początkowo zabezpieczaliśmy się zawsze prezerwatywą, bo wpierw szkoła i studia, a dopiero potem dzieci. Ale że bywają zawodne, to postanowiliśmy zmienić sposób antykoncepcji.
I tu się pojawiły schody.
Porozmawiałam z mamą i poszłyśmy razem do ginekologa. Mama bardzo wspierała mnie w mojej decyzji o świadomym planowaniu rodziny i że wpierw nauka. Ale u ginekologa... Moja mama usłyszała, że jest nieodpowiedzialna, że tak młodo zaczęłam dawać d... A skoro już daję, to mam rodzić dzieci, bo niż demograficzny jest.

Pigułki przepisywał mi prywatnie inny lekarz. I dobrze, bo dwa miesiące po rozpoczęciu ich brania pękła nam prezerwatywa. Na szczęście dzięki tabletkom nie wpadliśmy.

#O4hUW

Lato, upały, późny wieczór. Siedzę sobie przy laptopie grając w jakaś tam gierkę. Wiecie jak to latem, zazwyczaj nie śpi się w piżamie, tylko jakieś majteczki, ewentualnie bluzka na ramiączkach i tyle. Tak też wyglądałam w tym dniu, zwłaszcza że byłam już po wieczornej kąpieli. Spoglądam na telefon, a na nim wiadomość "Możesz już po mnie przyjechać". Myślę sobie "kurna, nie!". Jestem typem osoby należącej do leniwców i właśnie za tym idzie to, co się później wydarzyło, ale do sedna.

Byłam w tym dniu na tyle zmęczona, że nie chciało mi się nawet ubrać spodni na tyłek, wstałam więc i pojechałam tak jak siedziałam, czyli długa bluzka, majty i kapciochy w renifery. Pędzę ulicami mojej pięknej mieściny, relaksując się jednocześnie ciepłym wieczorem. Wszystko było pięknie do momentu, gdy przed maską mojego samochodu zobaczyłam machający lizak... Oho... Smerfy... Zatrzymuję się i nieudolnie próbuję zasłonić jakkolwiek te majty w kolorowe wstążki, oczywiście moje wysiłki poszły na marne. Otwieram szybę, policjant od samego włożenia głowy w szybę miał uśmiech od ucha do ucha, jak zobaczył jeszcze moja bieliznę, to już nawet zęby wystawił... "Dobry wieczór, zatrzymałem panią do rutynowej kontroli, ale nie wiem, czy to dobry pomysł... Skoro nie ma pani spodni, to i dokumentów brak...".

Myślałam, że umrę ze wstydu, na szczęście pan okazał się śmieszkiem i nie musiałam udowadniać, że zapomniałam dokumentów, tak jak i spodni :)

#E4vsr

Znacie pastę "mój stary jest fanatykiem wędkarstwa"? No, to mój stary jest fanatykiem Biedronki...

Zaczęło się niewinnie, około 4 lata temu naprzeciwko bloków, w których mieszkają rodzice, powstała Biedronka. Początkowo tata nie był przekonany do zakupów, do czasu aż w jego ręce wpadła gazetka z promocjami. Od tamtego czasu zakupy robi tylko w Biedronce i tylko w promocji. Jak są w promocji parówki, to potrafi kupić 6 kilogramowych paczek (a mieszka tylko z mamą) i potem żre te parówki cały tydzień albo i dwa, chyba że ucieka data, to każe matce zrobić fasolkę albo bigos, żeby je wykorzystać. Inne produkty tak samo: nie ma promocji na makaron, to z bólem serca kupi paczkę, a potem jak w końcu jest w ofercie parę groszy taniej, to robi zapasy jak dla pułku wojska. Pół zamrażalnika matka ma zawalone różnymi schabami, łopatkami i filetami, bo promocja była i grzech nie kupić. Latem był hałas, bo ojciec dostał info, że z jakiejś tam okazji (chyba Dzień Dziecka) jest promocja na lody, to poszedł i kupił 20 sztuk, a potem nie miał gdzie tego przechować, bo zamrażarka pełna.
Jakiś czas temu matka dzwoniła gdzieś z jego telefonu i zdziwiło ją, że często wydzwania do jakiejś Tereni. Okazało się, że pani Terenia to znajoma starego, pracuje w Biedronce i ojciec jak chce coś z gazetki, to dzwoni i prosi, żeby mu odłożyła to czy tamto, bo raz czy dwa tata się na jakąś promocję nie załapał, więc teraz dzwoni i rezerwuje na przykład 12 kostek masła.
W tym roku ojciec dał wszystkim swoim wnukom po 70 złotych na Gwiazdkę z zastrzeżeniem, że pojadą z nim po świętach do Biedronki i wybiorą sobie zabawki, bo na pewno będą wyprzedaże. A parę dni temu zadzwonił do mnie pochwalić się, że kupił 48 paczek chipsów, bo były "za darmo". Matka zła, bo całą spiżarka w chipsach. Pytam ojca co ma zamiar zrobić z taką ilością chipsów, to jeszcze z mordą na mnie wyleciał, że jak jest okazja, to się wykorzystuje, „synek zobaczysz, jeszcze przyjedziesz do mnie na te czypsy”.
Tak samo było z karpiem za darmo, bananami, jabłkami, maskotkami z różnorakich gangów – rozdają, to się bierze, a potem myśli na ch#$ to komu.

#Skwby

Pierwsza praca? W moim przypadku kariera zawodowa zaczęła się dość hardcorowo - zostałam akwizytorką. Taką, którą kierowca wywozi w wiejskie tereny i zostawia na cały dzień, by chodziła z plecaczkiem i materacem rehabilitacyjnym na sprzedaż.

Wytrzymałam miesiąc. W żadnej innej pracy nawet przez kilka lat nie przeżyłam tylu "ciekawych" historii, co tam w tak krótkim czasie... W sumie sam fakt przeżycia jest na plus, bo nie było to bezpieczne zajęcie. Co najbardziej zapadło mi w pamięć?

1) Pięcioosobowa rodzina mieszkająca dosłownie w jednym pokoju. Składał się on z ogromnego stołu, na którym było po prostu wszystko. Ubrania, garnki, buty, sprzęty. W jednym rogu pomieszczenia była kuchenka, w rogu z naprzeciwka toaleta i zlew, a pod ścianami kolejne łóżka.

2) Przyjmuje mnie mężczyzna w średnim wieku. Rozmawiamy, chcę zaprezentować mu materac, gdy nagle słyszę ni to krzyk, ni to dziwne charczenie zza zamkniętych drzwi do innego pokoju. Mężczyzna tłumaczy, że to jego matka, która nie ma pieniędzy na lekarza. W nodze pod biodrem zrobiła jej się rana, a ona lubi w niej grzebać, zwiększać dziurę. Krzyczy w ten sposób, gdy za bardzo dotyka kości.

3) Trafiłam do domu żołnierza - weterana. Rozmowa konkretna, ale kiedy chciałam wyjść z jego domu, on nie zezwala. Mówi, że już zdecydował i właśnie taką dziewczynę jak ja życzy sobie na żonę dla swego syna. Chce, żebyśmy na niego poczekali. Dopiero po moich tłumaczeniach, że jestem w stałym i bardzo poważnym związku, zgodził się mnie wypuścić.

4) Rozmawiam ze starszą kobietą. W pewnym momencie ona mówi, że żaden materac nie jest jej już potrzebny, bo na zgniłą nogę nic jej nie pomoże. Po czym zadarła spódnicę - jej noga była dosłownie sinozielona, od kostki do kolana.

5) Wchodzę na podwórko przylegające do jakiegoś niewielkiego domu. Przed nim, na ławeczce, siedzi kobieta i przegląda jakieś zdjęcia, wyciągając kolejne z pudełka. Podchodzę, zagaduję... Ona patrzy na mnie takim nieobecnym wzrokiem i prosi, żebym usiadła. Pokazuje mi zdjęcia. Na wszystkich, w różnych ujęciach, jest dziewczynka w białej sukience, leżąca nieopodal stawu. Kobieta nagle mówi mi, że to jej córka, która dwa dni temu utonęła. Nawet nie wiem kiedy to się stało, ale zaczęła mi opowiadać całą historię swojego życia na tej wsi - była kochanką sołtysa, który bił ją i poniewierał, a reszta mieszkańców z powodu "niemoralnego" trybu życia nie odzywała się do niej słowem. Spędziłam u niej chyba 2 h po prostu rozmawiając, próbując jej uświadomić, że może zwrócić się o pomoc i gdzie. Kiedy wychodziłam zatrzymała mnie jej matka, po cichu mi dziękując, że porozmawiałam z jej córką.

Historii było jeszcze sporo, te są najciekawsze. Uprzedzając komentarze - tak, podjęcie pracy w takim charakterze nie było szczególnie mądre. Na pewno nie zrobiłabym tego ponownie ;)

#alK97

Poznałam ojca swojego dziecka, kiedy miałam 15 lat. Od razu zakochałam się w nim na zabój, jak typowi Romeo i Julia. Z góry uprzedzę, że nie było zbliżeń, z tym czekałam do 18 roku życia. Bałam się niechcianej ciąży. Niestety los pokazał mi, że nie nad wszystkim można zapanować.

Kiedy byłam już pełnoletnia zrobiliśmy to, oczywiście w zabezpieczeniu.
Po kilku tygodniach na imprezie zaszaleliśmy i zrobiliśmy to ponownie, ale bez zabezpieczenia. Na szczęście okazało się, że nie doszło do zapłodnienia.
Jednak dało mi to do myślenia i zamiast się cieszyć, zaczęłam robić badania. Wyniki nie były dobre. Na 99% byłam bezpłodna, i to definitywnie. Prawdopodobnie przez to, że za młodu miałam wypadek samochodowy i roztrzaskaną miednicę. Przez 8 miesięcy leżałam cała w gipsie, a przez rok uczyłam się na nowo chodzić.

Kiedy usłyszałam taką diagnozę, pogodziłam się z tym. Przestałam więc się zabezpieczać. Przez cały rok hulanek z ukochanym nic, puste zero. Po roku jednak stało się niemożliwe – byłam w ciąży. Lekarze sami tego nie rozumieli. Najwidoczniej w moim przypadku przeważył 1%.

Ukochany kiedy się dowiedział o ciąży, to ulotnił się szybciej niż słońce dociera do ziemi. Moja rodzina nie interesowała się tym, że to może być moja jedyna szansa na dziecko i kazali usunąć. Długo o tym myślałam i postanowiłam sama, wbrew wszystkim, urodzić i wychować dziecko.

Minęło parę ładnych lat, dziecko jest zdrowe i szczęśliwe. Jednak nie o tym ma być ta historia. Bowiem czy to w szpitalu, czy w urzędach albo i przedszkolach, każdy traktuje mnie jak latawicę. Mimo iż mam 25 lat, wyglądam na 18. Nie maluję się prawie, może to dlatego. Ludzie nie mówią tego dosłownie i wprost, ale daje się odczuć, że sądzą, iż nie wiem z kim mam dziecko (ojciec się nim nie interesuje). Kiedy jednak pokazuję dowód, od razu jest inna rozmowa.

Proszę więc was, nie oceniajcie młodych mam, nie wszystkie to panienki, które poszły na imprezę i nie wiedzą z kim mają dziecko. Czasem może kryć się za tym inna historia, jak ta moja – że prawdopodobnie to jest i będzie moje jedyne dziecko. Lekarze bowiem nadal dają mi tylko 1% szans na ciążę.

#PBi1a

Cztery lata temu byłam na pierwszej randce. W zasadzie nie robię takich rzeczy, ale tak się sytuacja potoczyła, że po kolacji pojechaliśmy razem do niego. Chłopak był super, kilka kieliszków wina, świeczki i wiadomo jak to się skończyło.

I teraz mam problem z opisaniem tej sytuacji w cenzuralny sposób.
Po stosunku chciałam się odwdzięczyć mu, ponieważ jeszcze nie skończył, zaczęłam robić mu dobrze ustami, ale nie zdjęłam prezerwatywy. Po kilku sekundach poczułam drętwienie w ustach i na języku. Pomyślałam, że to normalne, ale po chwili nie czułam już wcale ust, tylko mrowienie na tyle uciążliwe, że uciekłam do łazienki. Czułam takie zażenowanie, że chciałam uciec, ale moje ciuchy były w pokoju. Wróciłam po nie i zaczęłam w pośpiechu się ubierać. Wtedy odezwał się (dla przykładu niech będzie imię) Michał: "Przepraszam cię bardzo, nie wiedziałem, że te perforowane gumki mają taki środek mrowiący" i na moich oczach polizał prezerwatywę.
Zrobił dziwną minę i powiedział, że to po to, żebym nie czuła się głupio i wiedziała, że nie opowie o tym kolegom. Wtedy zaczęliśmy się śmiać. Zostałam do rana, a w zasadzie to na całe życie.

Jesteśmy małżeństwem od trzech miesięcy i właśnie zaszłam w ciążę, ale nie wiem co opowiem dziecku, kiedy zapyta o pierwszą randkę rodziców :D
Dodaj anonimowe wyznanie