Wyznanie będzie o tym, jak poskromiłem Śmieszka. Każdy kto pracował w dużym zespole wie kim jest Śmieszek. Taki gość albo rzuci jakiś dowcip z podstawówki, albo zrobi coś bardzo "śmiesznego" w najmniej odpowiednim momencie, czasem poda celowo fałszywą informację i uważa to za znakomity żart.
U nas Śmieszek pracował na stacji wody oczyszczonej. Do niektórych produktów potrzebna była woda lepszej jakości niż z sieci i dlatego mieliśmy własną stację. Jeśli woda nie spełniała parametrów, w produkcji następowała przymusowa przerwa.
Tak było też i tego dnia. Sprawdziłem na miernikach, że parametry są już w porządku, ale zgodnie z procedurą zadzwoniłem na stację, czy można już brać wodę.
– Nie, nie można, woda nadal zła – powiedział baranim głosem Śmieszek.
Wtedy powiedziałem na cały głos, niby do kogoś innego, ale tak, żeby Śmieszek słyszał w słuchawce:
– Panie dyrektorze, woda nadal zła...
Po czym rozłączyłem się i przez kilka minut nie odbierałem od Śmieszka telefonów.
Dyrektor był bardzo zdziwiony, co za idiota pracuje na stacji wody, że idiota ten musiał mu osobiście powiedzieć, że woda jest dobra, aż sekretarka wywołała go z ważnej narady.
Od tamtej pory Śmieszek był już mniej wesołkowaty i nawet dawało się z nim pracować.
Pierwszy raz dodaję tu wyznanie, mam na imię Jakub, mam 22 lata.
Studiuję dziennie na studiach technicznych, kierunek mechaniczny.
W ubiegłe wakacje pierwszy raz poszedłem do pracy jako kurier. Praca na Poczcie Polskiej.
Osoby, którym dostarczałem paczki były różne, albo starsze małżeństwa, albo pary w średnim wieku albo samotni, albo tacy którzy zamawiali coś, bo chcieli żeby ktoś ich odwiedził. Wiadomo, jako kurier zawsze mi się spieszy, ale zdarzało się, że chwilę zostawałem żeby pogadać, albo wnosiłem paczkę na ostatnie piętro, albo chwilę czekałem jak kogoś nie było. Zawsze starałem się żeby ktoś dostał to co zamówił, żeby nie czekał. Jak potem takie osoby dziękowały, albo mówiły, że jestem bardzo uczynny, albo że jestem dobrym człowiekiem, to takie fajne uczucie, to sprawiało że chciało się pracować.
W ciągu tych 3 miesięcy miałem jednak kilka przypadków skrajnego chamstwa u niektórych odbiorców. Kilka przykładów:
1. Ciężka paczka z firmy AVON, wiadomo, kosmetyki. Zamawia jakaś Angelika. Pierwsze piętro w bloku, pukam dwa razy do drzwi, otwiera mi jakiś niedorobiony efekt systemu 500+, g*wniara młodsza ode mnie, i od razu z mordą "czy nie umiem ciszej pukać, bo dziecko śpi?". No to ja grzecznie odpowiadam, że umiem, następnym razem będę pamiętał, wręczam paczkę, a ta znowu że "może byś tak wniósł do pokoju, za co ci płacą?" No przegięcie. Podałem jej kwit bez słowa, podpisała, pakę rzuciłem pod nogi i pożegnałem ją komentarzem, że na taką twarz AVON nie pomoże.
2. Facet zamówił przedni zderzak, do Fiata UNO, niezbyt poręczna paczka, ale dzwonię do gościa czy jest w domu, nie ma, będzie za 20 minut. Za 20 min. z haczykiem jestem, dzwonię kilka razy - brak odpowiedzi. No to awizo i dalej w trasę. Za godzinę facet dzwoni wkurzony, że zerwał się z pracy, a tu awizo. Tłumaczę, że miało być 20 minut, nie godzina, w odpowiedzi usłyszałem, że za to mi płacą, mam dostarczać i warować jak pies jak kogoś nie ma. Dodatkowo zaczął mnie informować, że więcej razy nie zamówi nic przez Pocztę Polską. Kulturalnie odpowiedziałem że w d**pie mam jego opinię, w skrzynce ma awizo i rozłączyłem się.
3. Przesyłka o wartości 3035 zł, jadę pod dom, widać że ktoś bogaty, otwiera mi jakaś dama z synkiem, pierwsze co, to mówi że musi paczkę otworzyć, gdyż chce sprawdzić zawartość. Ja mówię, że to niemożliwe, nie mam zaznaczonego odpowiedniego pola na przekazie. Kobieta wyrywa mi z rąk paczkę i zaczyna rozrywać. Trudno, rozerwała, ale wszystko się zgadza, no to płaci, bez słowa podpis, a potem, zanim wsiadłem do auta, słyszę coś takiego "Kryspin, musisz się uczyć, bo inaczej skończysz tak jak on". Miałem to skomentować, ale tak mnie zatkało, że bez słowa odjechałem.
Na koniec pracy było na mnie 7 skarg za złe zachowanie.
Jak mam być miły, jak ktoś pluje mi w twarz?
Mój tata wyprowadził się ze swojego rodzinnego domu tuż po komunii, czyli w wieku ok. 8 lat. Miał jeszcze 4 rodzeństwa i rodziców, z którymi się nie dogadywał, dlatego w tak młodym wieku wyprowadził się do swojej ulubionej, bezdzietnej cioci (mamy siostry) i jej męża. Ojciec taty (mój nieszczęsny "dziadek", którego nigdy nie nazwę dziadkiem) nie zgodził się, by oni go zaadoptowali, dlatego traktowali go jak syna, ale formalnie nim nie był.
Zarówno ja, jak i moja siostra od urodzenia mówiłyśmy do tej cioci i wujka taty "babciu" i "dziadku". Z czasem mój tata i mama też tak zaczęli do nich mówić.
Nie mam praktycznie żadnego kontaktu z biologicznymi dziadkami od strony taty. Nigdy od nich nic nie dostałam, nawet życzeń na święta czy urodziny, bo nawet nie wiedzą, kiedy one są... Dostali kiedyś zaproszenie na komunię, ale się nie zjawili, nie pamiętam już nawet dlaczego. Na bierzmowanie czy osiemnastkę czy jakiekolwiek inne uroczystości nawet ich nie zapraszałam, bo skoro nie mamy kontaktu, to po co się będę ich o cokolwiek prosić.
Zawsze liczyły się dla nich wszystkie wnuki, tylko nie ja i moja siostra.
Jak kiedyś wezmę ślub to nawet nie będę ich o tym informować, bo po co? Nie potrzebuję od nich złamanego grosza. A gdy któregoś dnia zobaczę klepsydrę z ich imieniem i nazwiskiem, to się długo będę zastanawiać, czy iść na pogrzeb tak naprawdę obcych mi ludzi.
Darzę ich ogromną nienawiścią, sama nie wiem dlaczego. Może przez to, że nigdy nie interesowali się moim tatą ani mną (nawet po nagłej i niespodziewanej śmierci taty).
Moją babcią i moim dziadkiem są tak naprawdę prawnie obce dla mnie osoby, które wychowały mojego tatę jak własnego syna.
Kilka lat temu otworzyłem własną firmę. Wszystko się układa. Jeżdżę na szkolenia, zdobywam nowe umiejętności i certyfikaty. Jestem w związku. Z drugą połówką szukamy mieszkania.
Był zjazd rodzinny. Przyjechała cała rodzina w tym mój kuzyn. 42 lata, nigdy nie pracował, kradł, ćpał, siedział w więzieniu za rozboje, kradzieże, narkotyki. Ma 3 dzieci z 3 różnymi kobietami, ogromne długi za alimenty.
Ogólnie patologia. Po dłuższej chwili wujek pytał co u mnie i mojej partnerki. Powiedziałem, że super. Firma rozwija się, duże zarobki, kupiliśmy samochód z salonu. Ukochana dodała, że dostała awans w pracy i w związku z tym szukamy własnych 4 ścian bo po co wynajmować jak będzie nas stać na kredyt. Po dłuższej chwili kuzyn (pijany) stwierdził, że jego "dupencja" jest w ciąży. Wszyscy zaczęli wiwatować. Jak super, bo kolejny bombelek w rodzinie, że teraz wszystko się ułoży.
Po prostu jakby odkrył lek na raka! Po czym moja ciotka (jego matka) z hasłem "to zatrudnij u siebie Mirka (imię zmienione) bo on teraz jest poważny i musi mieć poważną pracę za dobre pieniądze bo będzie mieć dziecko". Popatrzyłem z niedowierzaniem i mówię: Nie. Wszyscy zaczęli na mnie syczeć i mówić co ze mnie za kuzyn, że nie chcę mu pomóc, że taki wielki pan prezes ze mnie, że teraz patrzę na wszystkich z góry. Zacząłem się śmiać. Jak się uspokoiłem (a dostałem z łokcia od mojej) powiedziałem, że nie interesuje mnie ten człowiek. Całe życie na lewiznach, imprezach, kradzieżach, ćpaniu, chlaniu, robienia dzieci komu popadnie, siedzenie w więzieniu.
Dodałem, że nie mam zamiaru wspierać takiej patologii jaką jest. Co drugie słowo Ku*wa, ch*j. To, że narobił dzieci i teraz alimenty płaci podatnik to nie mój problem. Cała rodzina jakby ich coś opętało. Zaczęli się na mnie drzeć, wydzierać, że mu zazdroszczę bo jest wolnym człowiekiem, bo w życiu miał ciężko (bardzo ciężko miał - ironia), że sam nie potrafię dziecka zrobić dlatego tak mówię.
Po chwili kuzyn strasznie wściekły zaczął się do mnie rzucać z łapami, że mi wpie** bo w ZK siedział i wie co i jak. Moi rodzice tak samo zaczęli do mnie wrzeszczeć, że co sobie wyobrażam. Po dłuższej awanturze wydarłem się na cały głos powiedziałem: Skoro wszyscy tacy mądrzy i mi ustawiają kogo mam zatrudnić to Wy sobie go weźcie pod swój dach i go utrzymujcie!
Płaćcie za jego wódkę, narkotyki, za jego panienkę, na jego dzieci i dalej będzie wolny i będzie miał gdzie mieszkać! Patrzę na każdego po kolei i pytam: Bierzesz go do siebie? JAK TO NIE? Przecież masz dom! Stać Cię na jego utrzymanie. Zapadała cisza. Po dłuższej chwili z ironicznym uśmiechem mówię, że dokładnie tak myślałem, że tak będzie. Wyszliśmy bez słowa. Rodzina nie odzywa się do mnie.
A Mirek? Czeka na wyrok. Niedługo po imprezie tak pobił jednego faceta, że ledwo uszedł z życiem.
Dowiedziałam się dzisiaj, że moi rodzice się rozwodzą.
Jak? Ano okazało się, że mój ojciec nie wiedział jak ma mi to powiedzieć (mimo, że nie jestem już dzieckiem - mam 19 lat), więc co zrobił? Zmienił status swojego związku na Facebooku na "wolny".
Ręce całkiem mi opadły kiedy od mamy usłyszałam, że po 25 latach małżeństwa zostawił ją dla jakiejś młodej siksy.
Chciałabym uświadomić niektórych, a właściwie to ostrzec przed dzwonieniem na numer 112. Mój kolega pracuje od 5 lat jako dyżurny w PSP. Poznałam go na jednym ze szkoleń strażackich. Pierwsze słowa jakie usłyszeliśmy od niego to "NIGDY NIE DZWOŃCIE POD 112, chyba że nie lubicie poszkodowanego. Jeśli jest wypadek albo się pali, dzwońcie pod 998 (straż sama załatwi sobie karetkę i policję), jeśli wasza żona rodzi pod 999, a jeśli was okradają pod 997". Dlaczego? Bo jest szybciej. Koleś ze 112 po otrzymaniu zgłoszenia musi powiadomić odpowiednie służby i powtórzyć co mówił dzwoniący, a czas leci. Podam przykład.
Był wypadek gdzieś na drodze koło lasu. Babka zadzwoniła pod 112, podała ogólny opis miejsca (nie znała dobrze terenu), operator wypytywał ją o pierdoły przez 10 minut. W końcu powiadomił miejscowe PSP. Gadał ze strażakiem przez 8 minut. Gdy nie mógł wytłumaczyć gdzie doszło do zdarzenia, wysłał nagranie rozmowy ze świadkiem. Dyżurujący strażak stracił kolejne 10 minut na odsłuchanie go. Znał teren i wiedział, że babka pomyliła się opisując drogę, bo tam gdzie twierdziła, że był wypadek, żadnej drogi nie było (o czym koleś ze 112 nie wiedział, bo ma za duży teren do obskoczenia by znać każde zadupie). Do kobiety nie szło się dodzwonić by dopytać o miejsce wypadku, więc strażacy po pół godzinie pojechali w ciemno. Dotarli na miejsce po 20 minutach (można było tam dojechać w 10, gdyby znali dokładną lokalizację). Reasumując dotarcie na miejsce zajęło ok. 50 minut, a mogło trwać tylko 15-20. I to nie jedyny przykład.
Nie winię operatorów 112. W takim systemie pracują i tego się nie przeskoczy. Jednak pod ten numer polecam dzwonić, gdy pali się śmietnik lub trzeba ściągnąć kota z drzewa. Gdy chodzi o ludzkie życie, wybierajcie konkretny numer (997, 998, 999), bo czas jest najgorszym wrogiem ratownika.
Wczoraj na ulicy jakaś starsza (nawiedzona) kobieta podeszła do mnie i chciała dotknąć mojego brzucha.
Kiedy przerażona odsunęłam się, ona uśmiechnęła się i powiedziała:
- Och, będziesz mamą! To wspaniale! Na pewno już nie możesz doczekać się porodu. Który to miesiąc?
- Dwunasty...
Dwunasty miesiąc jestem na diecie...
Kiedy miałem 17 lat zdarzało mi się popalać papierosy. Rodzicom nigdy nie udało się złapać mnie na gorącym uczynku. Zdziwiłem się zatem, kiedy pewnego dnia ojciec wziął mnie na stronę i pokazał znalezione w moim pokoju papierosy. Zestresowałem się, myśli zaczęły się plątać. Wywiązał się z tego całkiem ciekawy dialog.
[T] To twoje?
[J] Nie! Jasne, że nie!
[T] Więc czyje?
[J] Mojego... Mojego chłopaka!
Gdy zorientowałem się co właśnie palnąłem, zrobiłem się czerwony jak burak i wybuchnąłem nerwowym śmiechem. Tata spojrzał na mnie, parsknął i machnął ręką.
Dostałem szlaban na miesiąc, a reszta rodziny dowiedziała się o tym, jak oryginalne mam wymówki.
Dwa tygodnie temu poddałem się kompleksowym badaniom.
Dziś otrzymałem wyniki. Wszystkie wyszły w porządku, ale gdy zobaczyłem ostatnią kartkę byłem w szoku. Okazało się, że jestem bezpłodny, zawsze byłem.
Moja żona jest w ciąży z drugim dzieckiem.
Chyba czeka mnie poważna rozmowa z nią.
Historia ku przestrodze.
Wczorajszego dnia jechałem spokojnie samochodem, kiedy nagle kierowca z przeciwnego pasa zjechał na mój pas i uderzył czołowo w samochód przede mną. Szybkie zatrzymanie, telefon na pogotowie i wybiegnięcie z samochodu bez zastanawiania się. Rekonesans co się stało, podbiegam do samochodu przede mną, poduszki wywalone, auto do kasacji. Kierowca coś mamrocze. Próbuję go wyjąć przez bagażnik z innym kierowcą, udało się. Przytomny, ale nie wie co się dzieje. W tym czasie kierujący (bo kierowcą go nazwać nie można) autem, które spowodowało wypadek wydostaje się ze swojego auta i ma do mnie pretensje, że pomagam komuś innemu, a nie jemu. Podchodzi do mężczyzny, który mi pomaga i zaczyna go szarpać. W międzyczasie przyjeżdża karetka i zajmuje się wyciągniętym kierowcą. Niestety ten typ wciąż nie daje nam działać. Podbiegam do samochodu, a w środku jest dziewczyna, około 20 lat. Próbuję otworzyć przednie drzwi. Bezskutecznie. Otwieram tylne. Opuszczam siedzenie i wyciągam dziewczynę na zewnątrz. Podbiega ratownik i instruuje mnie co mam robić, nacisnąć poduszkę co każde 5 jego uciśnięć. Spoko, przyjeżdża kolejna karetka, straż i policja. Zabierają ich, spisują zeznania, dokumentują.
Niestety dziewczyna nie przeżyła drogi do szpitala.
Dlaczego? Ten @#$% kierowca miał 2,4 promila i nie tylko spowodował wypadek, ale też przeszkadzał w ratowaniu życia.
Tu jest moja rada i informacja. Jeżeli widzisz pijanego kierowcę, wezwij policję zanim coś się stanie! Nie będziesz kapusiem/konfidentem/frajerem, tylko bohaterem, bo możesz ocalić komuż życie.
A jeżeli ktoś uniemożliwia Ci działanie w takiej sytuacji, obezwładnij go soczystym sierpowym z pozdrowieniami ode mnie. Masz do tego prawo!
Dodaj anonimowe wyznanie