Jakiś czas temu znajomy wstąpił do klubu "trafiłem 6 w lotka". Specjalnie się nie chwalił, ale jego rodzina i najbliżsi znajomi wiedzieli. Nie szalał z kasą - wyremontowali dom, wykupili wycieczkę na Wyspy Kanaryjskie coby zaszaleć, a resztę kasy - do banku. Stwierdzili, że mają całkiem niezłe prace z zadowalającą pensją - może fajerwerków nie ma, ale na dostatnie życie wystarczało, więc kasa poczeka w banku, jak będzie naprawdę potrzebna....
Wczoraj zadzwonił do mnie "Cho na browara.... muszę spuścić parę". No i siedzimy przy zimnym złotym, a on mi się żali, że do du... z taką wygraną... Jak tylko wrócili z wycieczki, to się zaczęło - a to rodzice potrzebują mieszkanie odremontować (to akurat opłacił - rodziców kocha), ale już że kuzyn potrzebuje samochód, przydałoby się kupić iPhone'a na urodziny siostrzenicy, szwagier ma pomysł na biznes, tylko żeby mu dać kasę na niego, a jakiś inny pociotek potrzebuje dla córki na studia... Codziennie dzwonią do niego bliżsi i dalsi krewni (których mętnie kojarzy z jednego spotkania gdzieś tam) z pomysłami na to, jak wydać jego kasę. W dodatku jak wcześniej był taką wyblakłą czarną owcą rodziny, bo syn lekarzy poszedł w informatykę, więc to jakiś "przegraniec", to teraz jest zapraszany na wszelkie urodziny, śluby czy inne święta przez kogo się da.... A jak odmawia, to od razu foch i obrabianie mu dupska u wszystkich. Podobno najśmieszniejszy był jakiś kuzyn, siódma woda po kisielu, który na odpowiedź, że nie przyjedzie na drugi koniec Polski na urodziny jego córki (bo ich raz w życiu na pogrzebie rodzinnym widział), stwierdził "To przyślij chociaż prezent"...
Coś w tym jest, że "pieniądze szczęścia nie dają" (chociaż przyjemniej jest płakać w najnowszym modelu Mercedesa).
Opiszę wam, jak u nas w kraju w zawodach technicznych (geodezja, budownictwo, projektowanie itp.) starzy pracownicy z uprawnieniami cofają rozwój.
Aby dostać uprawnienia, trzeba zdać państwowy egzamin, ale przed nim trzeba odbyć udokumentowaną praktykę.
Jestem geodetą, od ponad roku pracuję w zawodzie, którym de facto interesuję się od 8 lat, ponieważ pracowałem na czarno u miejscowego geodety. Aktualnie pracuję w prywatnej firmie, gdzie szefem jest 70-letni facet, który średnio ogarnia nową technologię. Nie wie nawet jak włączyć podstawowy sprzęt pomiarowy, nie mówiąc już o pomiarze i opracowaniu danych. Ale niestety jestem od niego zależny, ponieważ nie mam uprawnień. I nie ma znaczenia, że to ja ogarniam całą robotę i dostosowuję wszystko do nowych przepisów i nowości technologicznych.
Jest to straszne, czasami mam dosyć ukochanego zawodu z powodu takich starych dziadków, który utrzymują się tylko z mocy głupiego prawa -_-
To był pierwszy raz, kiedy rodzice puścili mnie na potężną imprezę organizowaną przez kumpla mojego starszego brata. Miałem wtedy jakieś 14 lat, więc tata kazał mojemu bratu oraz grupce jego znajomych mieć mnie cały czas na oku.
Powiem wam szczerze - chciałem się upić. Pierwszy raz w życiu. Zobaczyć, czy rzeczywiście alkohol sprawia, ze człowiek się "wyluzowuje", staje się odważniejszy i skłonny do szaleństw.
Widziałem, jak mój brat szykuje się do wyjścia. Miał taki duży plecak, do którego wkładał butelki z piwem. Tak więc moim zadaniem było zapamiętać, gdzie mój braciszek zostawi ten bagaż, a następnie wykraść ze dwie-trzy buteleczki. Z pierwszym poszło łatwo - plecaczek znajdował się w przedpokoju. Z drugim było trudniej - brat i jego kumple ciągle mnie obserwowali, czasem pytali, czy chcę dolewkę soczku i patrzyli, czy nie robię czegoś głupiego. W końcu udało się - moi strażnicy wyszli na balkon, aby zapalić. To był ten moment - rzuciłem się na plecak, wyjąłem trzy piwa, jedno otworzyłem i przelałem do mojego kubeczka po soku. Nie powiem - smak piwa mnie zaskoczył. Było cholernie gorzkie i w ogóle mi nie smakowało. Ale czego nie robi się dla efektu? Kubek szybko został opróżniony, a kiedy tylko była okazja, szybko otwierałem kolejną butelkę skitraną gdzieś za tapczanem i uzupełniałem zawartość mojego kubeczka.
Już po pierwszym piwku coś poczułem. Zrobiło mi się wesoło i miałem wrażenie takiego fajnego smyrania w głowie. Po drugim, mocno już nietrzeźwy, wyszedłem na parkiet, aby potańczyć z koleżankami mojego brata. Po trzecim wlazłem na stół. Chciałem skoczyć z niego jak taki ninja, ale okazało się, że mebel stoi na jednej nodze, więc oczywiście wywaliłem się, zrzucając wszystkie rzeczy ze stołu. Na dywanie wyrzuciłem z siebie potężnego pawia i leżąc w hafcie, zacząłem puszczać bańki nosem... Mój brat, który jeszcze przed momentem zajęty był bajerowaniem jakiejś dziewczyny, pozbierał mnie do kupy, a jego kumple pomogli mu posprzątać. Zostałem zaniesiony do taksówki i zawieziony do domu.
Rano miałem poważną rozmowę z tatą i moim braciszkiem. Oto co się stało:
Wszyscy wiedzieli, że będę chciał spróbować "owocu zakazanego", więc mój tatko uknuł szatański plan. Poszedł do sklepu i nakupował piw bezalkoholowych. Kazał mojemu bratu włożyć je do plecaka w mojej obecności - abym złapał przynętę. Ładunek miał zostać postawiony w miejscu przeze mnie widocznym. Zniknięcie moich strażników też nie było przypadkiem. Wszyscy chcieli, abym wypił te podrabiane piwa dla kobiet karmiących... Nikt natomiast nie spodziewał się, że uda mi się upić czymś, co nie ma w sobie alkoholu! A jednak udało się! I miałem nawet kaca giganta! Do dziś nie mam pojęcia, jak to się stało. Chyba po prostu poznałem wówczas ogromny potencjał efektu placebo.
Od niedawna jestem mamą. Pierwsza ciąża była zaskoczeniem, nie planowałam zakładania rodziny, ale cóż... stało się. Ku mojemu ogromnemu zdziwieniu okazało się, że macierzyństwo to coś, czego tak naprawdę brakowało mi w życiu. W końcu poczułam się na prawdę szczęśliwa i spełniona. Pięć miesięcy po urodzeniu córki zaszłam w kolejną, już planowaną ciążę, a z czasem chcemy postarać się z mężem o kolejne dziecko. Nigdy nie sądziłam, że moje podejście do dzieci i wszystkiego co z nimi związane aż tak diametralnie się zmieni. Dopiero teraz czuję, że moje życie jest takie jak być powinno, kocham moje skarby najbardziej na świecie, jestem w stanie zrobić dla nich wszystko i będę gotowa zabić, jeżeli ktoś będzie chciał zrobić im krzywdę... I tu zaczyna się mój problem.
Jakiś czas temu ukazał się w sieci film ukazujący problem pedofilii. Obejrzałam zwiastun, całego filmu nie dałam rady... Od tamtej pory nie mogę o tym zapomnieć. Nie jestem w stanie pojąć, jak kogoś mogą pociągać dzieci. Nie mieści mi się w głowie, jak można świadomie robić im krzywdę. Stało się to moją obsesją, myślę o tym cały czas – w pracy, podczas gotowania obiadu, z psem na spacerze, przed snem, pod prysznicem... Cały czas. Ogromnie boli mnie fakt, że istnieją tacy zwyrodnialcy, którzy krzywdzą w ten sposób dzieci, że matki świadomie oddają swoje własne dzieci w ich ręce i że niewiele z tym faktem można zrobić. Rozrywa mi serce, gdy pomyślę sobie, że te dzieci cierpią i umierają nigdy nie zaznając cudownego, beztroskiego dzieciństwa. Ogarnia mnie wściekłość, gdy pomyślę, że to może spotkać moje maleństwa.
Boję się, że w przyszłości będę nadopiekuńcza, bo cały czas siedzi mi w głowie scenariusz, że ktoś je porywa, wywozi, krzywdzi i że nigdy ich już nie zobaczę. Boję się, że nie będę w stanie zwalczyć tej obsesji i będę za nimi wszędzie chodziła, a o wyjściu do znajomych czy na imprezę będą mogły zapomnieć. Nie chcę pozbawiać ich rozrywki i zabawy, ale strasznie się o nie boję. Chcę być najlepszą mamą i chcę, żeby były szczęśliwe, a nie zamykać je w bezpiecznej bańce. Jednak moje lęki nasilają się z dnia na dzień. Nie mogę wyrzucić z głowy czarnych myśli i boję się, że powoli wariuję na punkcie bezpieczeństwa moich dzieci.
Jestem w związku z jedynakiem, facet cudowny, dużo daje od siebie. Ale... no właśnie. Mamusia. Jako jedynak od zawsze musiał się wstydzić za jej zachowanie i nadgorliwość, a ta jak ogólnie wiadomo, jest gorsza od faszyzmu. No i tutaj pojawiam się ja, wolna jak ptak polny, kochająca swobodę i brak ograniczeń. Mój ukochany, podobnie jak ja, ceni sobie te same wartości, między innymi poszanowanie cudzej przestrzeni, prawo do posiadania swoich spraw, a co jest całkiem obce rodzicielce mojego lubego. I tak oto tydzień przed samymi świętami rozegrała się krwawa jatka w naszym domu. Janek odebrał mnie z pracy, wracamy do domu, gdzie została sama mamusia i co widzę? Szperanie w kuchni, sprzątanie, bo "przecież jest brudno". Zwracałam uwagę na to już wcześniej, że sobie tego typu akcji u siebie nie życzę, ale gdzie tam. Ja nie jestem "na tyle dobrą panią domu, żeby żyć z jej synem". Wywiązała się niezła awantura, a teściowa wyszła obrażona za kilka słów prawdy.
Spodziewałam się jej wizyty w święta, wiedziałam, że nie daruje sobie myszkowania po mieszkaniu, dlatego w tajemnicy przed partnerem kupiłam ogromne, żelowe dildo. Umieściłam je w mojej górnej szufladzie komody i wyszłam z partnerem na spacer z psem. Tak jak się spodziewałam, po naszym powrocie mamusia szybciutko się ubrała i dosłownie uciekła od nas z domu. Mój partner do tej pory nie wie, dlaczego mamusia jest taka milcząca i dlaczego się ostatnio tak niechętnie odzywa :)
Podobno po pijaku człowiekowi wszystko lepiej wychodzi, bo ma bardziej otwarty umysł.
Otóż nie tym razem.
Mąż mnie poprosił, bym zagrała chociaż fragment pierwszej ballady Chopina na jego urodzinach (gram przez 13 lat). Zgodziłam się. Dodam, że nad pianinem wisi zdjęcie Chopina. Zaprosiliśmy znajomych. Przygotowałam dużo różnych pyszności. Było też dobre whisky.
Pośmialiśmy się, pogadaliśmy, popiliśmy.
A teraz czas na koncert. Usiadłam do pianina, zaczęłam grać. Wszystko ładnie, pięknie, dochodzimy do trudnego fragmentu, lecz nagle poczułam całą ognistą istotę trunku, którym raczyłam się przed chwilą. Próbowałam dumnie grać dalej i w tym momencie cudowny koncert Chopinowski przemienił się w przerażająco śmieszny i żałosny soundtrack do taniego horroru. Chopin patrzył na mnie z głębokim zażenowaniem, a ja cała zadowolona z siebie, że tak świetnie zagrałam i jeszcze mi brawo bili…!
Dzisiaj mój chłopak poprosił mnie o rękę, bardzo oficjalnie w najlepszej restauracji w mieście. Nie zgodziłam się. Marek dostał ode mnie "z liścia", a potem wyszłam z restauracji.
Dlaczego tak zrobiłam? Otóż przez całe swoje piękne "przemówienie" nazywał mnie imieniem swojej eks...
Mój facet gra w pokera na pieniądze. Kwoty są małe, ale sam fakt! Strasznie tego nie lubię, tylko że on jest w tym podobno dobry i ciągle ogrywa swoich kumpli, więc jest z tego taaaki dumny. Jakiś czas temu zaprosił do nas znów kilka osób i znowu grali. Arrr... W każdym razie, był tu nowy chłopak, młodszy od wszystkich i był w ogóle zaskoczony, że gra jest na prawdziwą kasę i nie chciał grać, ale pomyślał chwilę i w końcu się zgodził - wpisowe to było ledwie 20 zł. Katastrofalnie mu szło i mój Misiek śmiał się z niego, kiedy wyszliśmy na papierosa, że podobno widać po jego twarzy jaką ma kartę i kiedy blefuje. No miał ubaw po pachy, a mi "nowego" było zwyczajnie żal.
Jakąś godzinę później, kiedy chłopaki w większości byli już wstawieni bourbonem, "nowy" zaczął podbijać stawkę tak, że chyba wszystkie żetony były już na środku stołu. Wygrał. Misiek z kolegami zbledli, a ten "nowy" ostro zażądał wypłaty puli, kończąc grę. Misiek dostał nauczkę.
Co "nowy" zrobił później? Przeliczył banknoty i każdemu z chłopaków oddał jego wpisowe. Powiedział przy tym: "Mówiłem, że nie będę grał na pieniądze, ale jeśli wy lubicie grać o prawdziwą stawkę, to..." Koniec tego zdania wpłynął na życie kilku osób.
Od tej pory, kiedy Misiek zaprasza kumpli na pokera, to wpisowe wynosi przeważnie stówę. Nikt się nie denerwuje i atmosfera jest w ogóle o wiele bardziej przyjazna, a zwycięzca dostaje największe gratulacje, bo po skończonej partii każdy swoje pieniądze... przekazuje na pobliski dom dziecka.
PS. Nigdy później nie widziałam "nowego", ale jeśli może to przypadkiem czytasz, to... Dziękuję. Cieszę się, że na świecie są tacy ludzie jak Ty, którzy pojawiają się znikąd, a jednym gestem i jednym zdaniem potrafią "naprawiać świat". Bo teraz i ja nie muszę być zła na Miśka, chłopaki robią coś dobrego i więcej w nich radości, no i dzieci... dziękuję, po prostu Ci dziękuję.
Mam 31 lat, moja żona 29. Pracujemy oboje, mamy 3-letniego syna. Żyjemy normalnie, rzadko się kłócimy. Jeśli jednak już do tego dochodzi to często powodem kłótni jest to, że wyrzuca mi moje granie na komputerze. Ogólnie robię to dość rzadko i nie trwa to dłużej niż 1,5 godziny.
W jej rozumieniu w gry wideo grają tylko nastolatki, a dla 30-letniego mężczyzny to jest wstyd. Ja myślę, że gry wideo są o wiele bardziej pożyteczne niż oglądanie programów telewizyjnych (które ona uwielbia), ponieważ podczas gry nie tylko gapisz się w monitor, ale wykonujesz pewne czynności – mózg przekazuje sygnały do kończyn, reagując na zmieniające się warunki.
Ta hipokryzja mnie wykańcza. Rozumiem, że ludzie z pokolenia naszych rodziców mówią, że gry wideo są złe, ale kiedy młoda dziewczyna, która sama siedziała prawie non stop z telefonem przed narodzinami dziecka, ma do mnie takie zarzuty to jest to nie jest to trochę dziwne? Rozmowy i moje argumenty, że różni ludzie na różne sposoby odprężają się i łagodzą stres, do niczego nie prowadzą.
Ogólnie zrozumiałbym zarzuty, gdybym codziennie spędzał kilka godzin tylko na grach. Ale nie, nie przesadzam z tym i generalnie po godzinie gry w wirtualną piłkę/koszykówkę trochę mnie to nudzi, więc nawet nie mógłbym siedzieć przed komputerem i grając w coś wiele godzin.
Kto ma ten sam problem? Jak sobie z tym radzicie?
Moja żona zostawiła mnie dla innego. Dla ojca naszej 10-letniej córki. Mam na myśli, że tak, że jednego dnia straciłem żonę i dowiedziałem się, że moja córka nie jest moją córką.
Mam ochotę na whisky pitą beczkami, kto ze mną?
Dodaj anonimowe wyznanie