Byłem w restauracji z moją dziewczyną, w pewnym momencie zaczęła płakać.
Wszyscy ludzie myśleli, że jej się oświadczyłem i zaczęli klaskać...
Opowiem wam, jak jeden wieczór może wywrócić całe życie do góry nogami.
Przez pięć lat byłam szczęśliwą żoną, kochałam męża całym sercem oraz ufałam bezgranicznie. Dlatego nie robiłam problemu, gdy jego kumpel zaprosił go na wieczór kawalerski. Nie powiedziałam nic. Nawet gdy poinformował mnie o tym, gdzie odbędzie się ten wieczór (w klubie go-go). Muszę również dodać, że panem młodym był mój brat, a pomysł należał do ich wspólnego przyjaciela. Tym bardziej nie miałam nic przeciwko. W trakcie gdy całe to wesołe grono zabawiało się, ja, moja przyszła bratowa oraz kilka jej znajomych spędziłyśmy miły i spokojny wieczór panieński przy kieliszku wina.
Następnego dnia mój ukochany nie wrócił do domu, zrobił to dopiero dzień później. Nawalony jak messerschmitt stanął w progu mieszkania. Szukałam go wszędzie, gdzie się dało, dzwoniłam do wspólnych znajomych, miałam nawet iść na policję, gdyby nie było go dłużej. Myślicie, że to wszystko? Z naszego wspólnego konta zniknęło dziewięć tysięcy złotych! Gdy szanowny pan wyleczył kaca, zaczął błagać mnie o wybaczenie. Okazało się, że poprzedni dzień spędził w jakimś barze, zapijając smutki. Nie chciał powiedzieć, co się stało, musiałam wyciągać to z niego godzinami. Cóż... klub go-go okazał się zwykłym burdelem. Panie tam pracujące wyciągnęły od mojego męża pieniądze w zamian za prywatne tańce oraz drinki. Największą kwotę wydał, stawiając tym lampucerom alkohol. Przyrzeka, że żadnej nie dotknął, a tym bardziej że mnie nie zdradził. Tak jak mówiłam, wierzę mu, mamy zasadę, że mówimy sobie o wszystkim, nawet najgorszą prawdę. Przez tę zasadę wyznał mi jeszcze coś. Mój kochany braciszek zdradził swoją narzeczoną z jedną z tych podłych bab, a jego konto również zubożało o kilka tysięcy. Nie wiem, jak inni uczestnicy wieczoru, nie chciałam tego słuchać.
Ślub miał odbyć się tydzień po wieczorze. Wiecie, co zrobiłam? Powiedziałam o wszystkim narzeczonej brata. Był na mnie wściekły, nadal jest. Minęło już kilka miesięcy, ale nadal jestem pewna, że zrobiłam dobrze. Przez tych bezmózgów nie pojechałam na wakacje w tym roku, co i tak jest niczym w porównaniu z dramatem mojej niedoszłej bratowej. Ona straciła faceta, którego kochała. Ja żoną jestem nadal, chociaż już nie taką szczęśliwą.
W liceum na lekcji polskiego otworzyłam filmik na snapie, w którym zabrzmiał w tle szkolny dzwonek. Pech chciał, że dźwięk nie był wyciszony...
Wszyscy wyszli z klasy :D
Pewnie każdy z was w dzieciństwie zetknął się z pewnym zjawiskiem, mianowicie z porównywaniem do innych — czy do członków rodziny, czy do ludzi z klasy. Klasyczne:
„a co dostał X ze sprawdzianu ?”, „A X jakoś dostał 5!”. W moim dzieciństwie często byłem porównywany do kuzyna w tym samym wieku. Kuzyn był takim cudownym dzieckiem: aktywny społecznie, brał udział w akademiach i uroczystościach, ministrant, sportowiec, w szkole podstawowej i gimnazjum świadectwa z paskiem. Najgorzej miałem w szkole podstawowej, gdy cały czas zestawiano moje wyniki w nauce z jego wynikami. Jego dobra passa skończyła się jednak w liceum. Tam okazało się, że już taki cudowny nie był — oceny spadły znacząco w dół, skończyły się świadectwa z paskiem. Nawet zrezygnował z rozszerzonego przedmiotu, bo sobie z nim nie radził i wybrał łatwiejsze rozszerzenie, jednak nie powtarzał klasy i nie miał poprawek, maturę też jakoś udało mu się zdać. W końcu nadeszła pora wyboru uczelni. Ja dostałem się na uczelnię medyczną, on dostał się na uczelnię techniczną.
Na uczelni wytrzymał dokładnie miesiąc, po czym zrezygnował. Przez rok pracował dorywczo jako taksówkarz i magazynier. Absolutnie nie mam nic do tych zawodów, bardzo je szanuję, no ale wiecie, jak to jest — cudowne paskowe dziecko, przyszła elita, a wykonuje taką pracę. Po roku poszedł na jakiś tam kierunek na uniwersytecie, ale nie jest to nic prestiżowego.
Teraz jak matka próbuje gonić mojego młodszego brata do nauki i prawi mu morały o dobrych ocenach, to zawsze przypominam jej o tym „cudownym dziecku”, co miesiąca na uczelni nie wytrzymało.
Usiadłam w autobusie na siedzeniu umiejscowionym na kole. Wiadomo, że w korku to miejsce najbardziej się trzęsie. Tak więc... wibracje były tak silnie odczuwalne, że dostałam najlepszego orgazmu w życiu, siedząc w autobusie. Do tego chłopak siedzący obok mnie chyba się zorientował, bo przez resztę drogi cały czas na mnie spoglądał z dziwnym uśmieszkiem.
Jestem po czterdziestce, w związku małżeńskim już ponad 10 lat, mamy dzieci w szkole podstawowej. Jesteśmy bardzo udanym i zgranym małżeństwem. Na początku gdy się poznaliśmy, nie było między nami dużej chemii i porywów serca. Przyjaźniliśmy się i miłość przyszła z czasem. Spokojna, wyważona. Smutne to, co napiszę, ale nigdy się wcześniej nie zakochałam na zabój. Nie przydarzyło mi się to. Widziałam, że np. są ładni faceci, podobali mi się, ale nie szedł za tym poryw serca.
W tym roku do szkoły moich dzieci przyszedł nowy nauczyciel.
Odprowadzając dzieci do klasy, zobaczyłam go po raz pierwszy. Szedł naprzeciwko mnie. Bez zastanowienia po prostu obydwoje się zatrzymaliśmy i mimowolnie zaczęliśmy się w siebie wpatrywać. Mój Boże... nigdy w życiu przez te parę sekund nie przeżyłam czegoś takiego. To mój taki wybuch emocji, fascynacji, pożądania w paru sekundach, że musiałam się ocknąć i iść do przodu. To piękne uczucie, że widziałam, że on na mnie też bardzo zareagował i widziałam, jak mu się podobam.
Od tej sytuacji jak się mijamy, on stara się na mnie nie patrzeć. Odwraca głowę, denerwuje się. Widziałam, że ma też własne dziecko, które odprowadza do klasy. Ja wiem, że nigdy męża nie zdradzę. On też trzyma zasady i tak sobie do siebie wzdychamy z daleka. Czuję się źle, że nie mogę wyrzucić go z głowy. Od momentu jak go zobaczyłam, nie jem prawie nic, kołacze mi serce non stop, nie mogę się skupić, cały czas o nim myślę i zaczyna dopadać mnie stan depresyjny, bo nie wiem, jak poradzić sobie z tym nawałem uczuć. Fizycznie nie mogę normalnie funkcjonować. Z nikim się tym nie podzieliłam, bo myślałam, że to zwykłe zauroczenie, ale to nie mija. Miesiące mijają... Jak sobie poradzić? Szkoły nie będę zmieniać, bo moje dzieci są zadowolone z tego miejsca i jest blisko domu. Czuję się winna wobec męża, że tak czuję, ale to spadło na mnie jak grom i przecież tego nie planowałam. Czy ktoś miał podobnie i co zrobić, żeby się odkochać?
Jestem młodą osobą, ale mam nieszczęście chorować na dość ciężką przewlekłą chorobę. Tak się w dodatku złożyło, że w moim przypadku wszystkie znane medycynie sposoby leczenia jej zawiodły. Można jednak powiedzieć, że mimo choroby mi się udało — mam wspaniałego synka i niedawno wyszłam za mąż za człowieka, którego bardzo kocham. Za tydzień czeka mnie poważna operacja — jedyna szansa na prawie normalne życie. Niestety, w moim przypadku jest ona bardzo ryzykowna, ponieważ mam różne problemy zdrowotne, przez które szanse, że przestanę samodzielnie oddychać w wyniku narkozy, są wysokie. Podobnie z ryzykiem wielu możliwych powikłań. Ludziom w moim wieku raczej nie robi się takich operacji, a w Polsce przeszło ją tylko kilka osób i to sporo starszych ode mnie.
Choć cieszę się na perspektywę braku cierpienia, to jednak trochę się boję. Zwłaszcza że mam coraz większe przeczucie, że coś pójdzie nie tak, a w zasadzie to szczerze mówiąc, czuję w kościach, że nie przetrwam tej operacji. Nie mówię jednak o tym nikomu, bo nie chcę nikogo dodatkowo martwić. Nie chcę jednak bardzo być zupełnie sama w szpitalu, zwłaszcza jeśli miałyby to być moje ostatnie chwile. Zapytałam więc męża, czy przyjedzie do mnie do szpitala. Wiecie, co odpowiedział? „Nie wiem, może jak będę miał czas”. Nigdy nie czułam się taka samotna, tak opuszczona.
W moim domu nie rozmawiało się na temat ciała, nawet w kwestiach prawidłowej higieny. Miałam 12 lat, kiedy dostałam pierwszego krwawienia. Nie wiedziałam, co się dzieje. Przypomniałam sobie, jak koleżanki rozmawiały kiedyś o tym szeptem i któraś powiedziała, że „to znaczy, że już można być w ciąży”. Użyła dokładnie takiego wyrażenia. Można je zrozumieć jako „od tego momentu można zajść w ciążę” albo równie dobrze jako „możliwe, że już się jest w ciąży”. Byłam przerażona. Bałam się zapytać o to mamę, bo jeśli jestem w ciąży, to co ona powie?
Kwestie higieniczne załatwiałam tak: kawałek papieru toaletowego składałam kilka razy i umieszczałam sobie w odpowiednim miejscu. Czasem się zdarzało, że się przesuwał przy chodzeniu, więc zaczęłam go sobie montować mocniej, trochę wpychając w zakamarki ciała. Za którymś razem odkryłam, że nie ma go na miejscu. Przeraziłam się, że mi wypadł przez nogawkę i leży gdzieś w domu ubrudzony krwią, ale nie mogłam go znaleźć.
Następnego dnia coś się zaczęło dziać. To, co ze mnie wypływało, miało jakiś inny kolor i dziwny zapach. Zaczęłam zmieniać zabezpieczenia częściej, ale nie pomagało. Po kilku godzinach zaczęło po prostu śmierdzieć. Chodziłam do toalety co 10 minut. Już się domyślałam, co się stało z zaginionym papierem.
Nie wiem, ile czasu minęło, ale w końcu cuchnęło ode mnie tak strasznie, że było mi niedobrze. Bałam się, nie wiedziałam, co robić. Jak powiem komuś dorosłemu, to co zrobi? Zechce mi tam zaglądać? Okropność! Zdesperowana, ze łzami w oczach, podjęłam akcję ratunkową. To było potworne. W pierwszym w życiu akcie poznawania swojego ciała od środka wepchnęłam sobie dwa palce na całą długość i dopiero wtedy końcówkami wymacałam zaginiony papier. Trochę zajęło, zanim udało mi się paznokciami zaczepić go i przesunąć w stronę wylotu. Śmierdziało jak z szamba, ciało obce żywcem we mnie gniło. Do końca dnia nie udało mi się domyć rąk z tego smrodu.
Nie dostałam żadnego zakażenia, aż dziwne. Moja mama dopiero po kilku miesiącach zorientowała się, że za często piorę majtki ręcznie i sama zaczęła rozmowę o tym, co to jest podpaska. Nigdy jej nie powiedziałam, ani nikomu innemu.
Jestem muzykiem, gram w orkiestrach, ze stresu przed koncertami już się wyleczyłem... Przynajmniej tak myślałem do wczoraj.
Dzisiaj gram koncert, na który przychodzi osoba, która odkryła we mnie talent i pchnęła mnie w świat muzyki, jednym słowem ten człowiek stał się takim moim drugim muzycznym ojcem. Bardzo się stresuję tym, że coś mi nie wyjdzie i go zawiodę. Chcę, żeby był ze mnie dumny. Żebym mógł choć od takiego „przybranego muzycznego” ojca usłyszeć te słowa, bo od swojego prawdziwego nigdy nie usłyszałem i nie usłyszę.
Nienawidzę i nie toleruję pijanych kierowców, a fakt, że w Polsce nadal funkcjonuje w społeczeństwie ciche przyzwolenie na takie zachowanie, doprowadza mnie do szału.
Impreza dwa lata temu. Ze znajomymi (w sumie ok. 10 osób) świętowaliśmy zaliczenie sesji. Jeden ze znajomych po kilku głębszych postanowił, że wróci do domu samochodem. Na nic się zdały moje prośby, a potem już groźby wezwania policji, jeśli usiądzie za kierownicą. Niestety ja (150 cm w kapeluszu) przeciwko postawnemu facetowi nie miałam najmniejszych szans. Co prawda kilka osób coś tam cicho przebąkiwało, że w sumie to może lepiej, żeby nie jechał, ale po kilku minutach machnęli ręką i stwierdzili, że kolega jest dorosły i wie, co robi. Ja nie dałam za wygraną. Zadzwoniłam na policję. Niestety nie zdążyła dojechać. Chłopak rozbił się jakieś 500 metrów od miejsca imprezy.
A teraz najlepsze. Moi byli znajomi o wypadek obwiniają mnie, bo „zdenerwowałam go i w złości stracił panowanie nad kierownicą”.
Nie mam kontaktu z żadną z tych osób. Żałuję tylko jednego — że za późno powiadomiłam policję.
Jako że nie lubicie niedokończonych wyznań — chłopak przeżył, ale zrobienie dwóch kroków to dla niego duży sukces.
Dodaj anonimowe wyznanie