#hblFA

Z racji tego, że mój klekot już ledwo jeździł, mój ojciec postanowił, że kupi sobie nowe auto, a mi odda stare. Po długich poszukiwaniach w końcu coś sobie wypatrzył, zadzwonił, pogadał i umówił się na spotkanie.
Pojechaliśmy więc do Warszawy (jestem ze Szczecina), zeszło nam ok. 10h jazdy w jedną stronę, bo niejednokrotnie GPS wprowadził nas w błąd.

Dojechaliśmy, obejrzeliśmy, ojciec pieniądze wyłożył i jazda z powrotem do domu. On jechał przede mną, już był trochę zmęczony jazdą, zagapił się i puknął w tył samochodu jakiejś dziewczyny.
Zjechaliśmy na parking, wysiadła ona, piękna jak nie wiem co, ogląda tył samochodu... Diagnoza = lekkie wgniecenie. Tata prosi, wręcz błaga, aby nie wzywać policji, bo samochód nieubezpieczony i nie przerejestrowany, jak wróci do domu, to jej przeleje 500, a nawet 1000 zł, bo teraz wydał resztę pieniędzy na benzynę. Ona się tylko uśmiechnęła i powiedziała:
- Spokojnie, tego szrota i tak nie ma co ratować, co najwyżej da pan 3 złote, bo mi brakuje na kebaba.

Szczęśliwszego go w życiu nie widziałem, wymienili się numerami "w razie W" i odkąd wróciliśmy do domu prosi, abym do niej zadzwonił i zaprosił na obiad, bo idealnie by do mnie pasowała :')

#knRwp

Drodzy Anonimowi, od wielu lat śledzę Wasze wyznania, lecz nigdy nie spotkałem się z podobnym „problemem”, z jakim borykam się od kilkunastu lat. Z tego względu przyszła kolei i ma mnie. Problem dotyczy oczywiście związku.

Słowem wstępu, z moją żoną jesteśmy parą od kilkunastu lat. Małżeństwem jesteśmy od lat pięciu. Jestem facetem grubo po trzydziestce. Największym problemem w moim życiu pozostaje sfera seksualna, a właściwie jej brak. Po prawdzie nigdy z żoną nie uprawialiśmy seksu. Nie brakuje nam niczego fizycznie oraz psychicznie. Po prostu nigdy do tego nie doszło. Jestem załamany i bezsilny. Cała ta sytuacja mnie przytłoczyła i stłamsiła. Nie wiem już co myśleć i jak na całą sytuację reagować. Przepełnia mnie wściekłość i jest to jedyne uczucie, które w chwili obecnej odczuwam na pewno.

Na początku tego roku uświadomiłem sobie, że ze strony żony nigdy nie czułem się pożądany. Niemal wszystkie próby zbliżeń inicjowane były z mojej strony. Wielokrotnie rozmawiałem z żoną na ten temat – bez rozwiązania. Na początku starłem się być cierpliwy i wyrozumiały, dając jej czas, żeby poczuła, że jest gotowa na krok dalej. Kiedy zamieszkaliśmy razem, pojawiły się inne powody – że jestem ciągle wściekły, złoszczę się, nie rozumiem, nie staram się, nie okazuję zainteresowania, nie próbuję podrywać, zbyt wiele czasu poświęcam na studia, pracę itd. Wszystko to oczywiście w większości prawda, nigdy nie byłem książkowym chłopakiem, studentem. Ja zaś popadłem w ogromne kompleksy. Uzależniłem się od pornografii. W końcu padło na to, iż przy mnie nie czuje się pewna moich uczuć, ponieważ nie jesteśmy zaręczeni. Do zaręczyn w końcu doszło, jednak w dalszym ciągu to nie było to. Tak więc ostatecznie się pobraliśmy. I wiecie co? Ano nic. Nazajutrz po poprawinach straciłem jakiekolwiek zainteresowanie mojej nowo poślubionej żony.

Jestem zniszczony psychicznie, niezdolny do podjęcia ruszenia z miejsca. Czuję wyłącznie wściekłość, którą wylewam na żonę, rodziców i przypadkowe osoby z mojego otoczenia. Nigdy nie zdradziłem. Nigdy nie próbowałem tego zrobić, co paradoksalnie wprowadza mnie w jeszcze większą wściekłość.

Żona ciągle zapewnia mnie, że mnie kocha, i jeśli się postaram, to w końcu do tego dojdzie. Problem jest taki, że ja się nie postaram i nie uspokoję, zaś jej warunki traktuję jako dalsze wymówki. Nie chcę dłużej tego znosić, jednak apatia, kompleksy, strach przed samotnością i jej nieciekawa sytuacja życiowa mnie paraliżują.

Nigdy nikomu tego nie opowiadałem. Nikt nie wie, jak wygląda moje życie i co jest powodem moich ciągłych wybuchów. Cała ta żałosna sytuacja ma wpływ na pozostałe sfery mojego życia. Nie potrafię się uwolnić i nie mam już siły walczyć.

Musiałem się tym gdziekolwiek podzielić i mam nadzieję, że pozwoli mi to podjąć decyzję.

#r43BA

Mam 37 lat, jestem samotna, bezdzietna i mam dwa psy (mieszańce owczarka niemieckiego). Są bardzo dobrze wychowane i super miłe, dzieci moich sióstr (w wieku 2-13 lat) je uwielbiają. Mam 4 siostry, a one mają w sumie 10 dzieci, pomagam im i często się nimi opiekuję. Pracuję w domu i jestem prawie zawsze dostępna, aby pilnować starszych dzieci (ponieważ mogę łatwo pracować, gdy są w moim mieszkaniu), a kiedy potrzebują opieki dla najmłodszych, po prostu przesuwam trochę mój harmonogram.
W moim domu mam tylko jedną bardzo surową zasadę: żadnej czekolady. Jest zabójcza dla psów, ja za nią nie przepadam, a dzieci mogą bez niej spędzić całe popołudnie.

Wczoraj było u mnie czworo siostrzeńców (w wieku 3, 5, 7 i 8 lat). 7- i 8-latek to rodzeństwo. Jak się okazało, starsi chłopcy przynieśli ze sobą czekoladę i podzielili się z młodszymi kuzynami. Ja byłam w kuchni, robiłam im napoje, oni byli w salonie. Moje psy spały na balkonie. Weszłam do salonu, a tam wszędzie były okruchy czekolady... Zapytałam, kto ma czekoladę, a starsi chłopcy przyznali, że mama im ją dała i że zawsze mają ją przy sobie, ale zazwyczaj jedzą ją po kryjomu.

Kiedy moja siostra przyszła po nich kilka godzin później, opowiedziałam jej, co się stało, a ona stwierdziła, że jej dzieci są na tyle duże, że nie zrobią czekoladowego bałaganu. Powiedziałam jej, że już nigdy więcej nie będę niańczyć jej dzieci. Jest wściekła i mówi, że przesadziłam. Inna moja siostra zgadza się z nią. Moja mama uważa, że nie mam racji, bo przedkładam psy nad dzieci.

Czy naprawdę tak ciężko przestrzegać jest zasad mojego domu?

#vLcMl

O tym, jak mój stary telefon uratował mi dupę.

Moja nokia już była nieco zdezelowana, zdarzało się, że samoistnie do kogoś "dzwoniła".
Pewnego dnia umówiłem się z laską, którą poznałem na necie. Po pół roku pisania nadszedł moment, żeby zobaczyć się na żywo (wcześniej nie pozwalały na to moje warunki pracy). Wiedziałem jak wygląda, czym się zajmowała itd. Ogólnie zapowiadało się obiecująco. Pisaliśmy dosłownie o wszystkim, łącznie z fantazjami erotycznymi ze sobą w rolach głównych.

Umówiliśmy się w publicznym miejscu - na miejskim rynku. Podobała mi się i co tu ukrywać - miałem nadzieję na coś więcej niż tylko kawa.
Przychodzę na miejsce nieco wcześniej, daję jej znać SMS-em, że już jestem i czekam na nią.
Po chwili dostaję SMS-a o treści "jak się czujesz". Odpisałem "Podjarany, czekam na Ciebie z utęsknieniem". Znów napisała "mrau, ciekawe jak się to spotkanie zakończy". Odpisałem jej trochę głupkowato "no jak to jak, kolacją ze śniadaniem ;)". Po tym cisza przez 10 min. i znów SMS "lubisz koronkową bieliznę?" Odpisałem "a zwłaszcza na zgrabnym ciele jak Twoje".
Odpisała ,że za chwilę będzie na miejscu, więc schowałem telefon do spodni.

I... pojawiła się. 14-letnia dziewczynka. O żeż w mordę. Od razu pożałowałem wszystkich wiadomości.
Mówię do niej, że zaszła chyba jakaś pomyłka. Ja mam 29 lat, umawiałem się z 25-latką, a nie z 14-latką.
Ona na to "teraz żebym na Ciebie nie doniosła, musisz zapłacić mi 5000 zł."
Ja takie "wtf, dziecko, zmykaj do szkoły, a nie w randki się bawisz z dorosłymi". A ona na to "mam SMS-y i screeny z czatów, zdjęcia. To dowody, że mnie uwodzisz. Komu uwierzą, Tobie czy mi?". Nie brałem tego serio, powiedziałem tylko, że nie będzie mnie szantażować i niech o mnie zapomni. Nie chcę mieć prokuratora na głowie.
 
Niestety, tego samego wieczora przyszli do mnie policjanci. Zarzut uwodzenia nieletniej. Na nic tłumaczenia, na przesłuchanie i szlus. Przeszukanie chaty, pracodawca powiadomiony - zawieszenie do wyjaśnienia sprawy, plotki po osiedlu, że pedofil jak nic.
I wtedy stało się coś nieoczekiwanego.

Telefon z komendy. Podczas spotkania ponoć do kogoś "dzwoniłem" i się nagrałem na pocztę głosową. Telefon "zadzwonił" do mojej mamy, wszystko się nagrało. Co prawda nie było to wyraźne, ale ekspertyzy wykazały, że to był mój głos i tej dziewczyny. Śledczy zrobili kawał dobrej roboty, na nośnikach były zdjęcia, ale nie jej, a jakiejś randomowej modelki z neta. Rozmowy... owszem, były ostre, ale nie miałem pojęcia, że piszę z dzieckiem! Ukartowała to z koleżanką, 14-letnie dzieci! Powiedziała, że polowała na pedofilów! Nawet miała folder z moimi zdjęciami i rozmowami!

Oczyszczono mnie z zarzutów.
Złożyłem pozew o odszkodowanie. Czekam na rozprawę. Nerwów mi to nie zwróci.
Przeprowadziłem się do innego miasta.
Nigdy więcej net-rand.

#7jz7d

Mój partner ma problemy z agresją w kłótniach. Poza tym jednym problemem wszystko inne między nami jest świetne. Mamy podobne poczucie humoru, spędzamy razem aktywnie czas, uwielbiamy sporty ekstremalne, jest opiekuńczy, troskliwy, docenia mnie i niby tylko tyle, że nie potrafi się ze mną normalnie kłócić, albo aż tyle. Nigdy nie podniósł na mnie ręki, wyżywa się raczej na meblach czy przedmiotach pod ręką. Jesteśmy ze sobą parę lat i zawsze miał z tym problem. Od 2 lat chodzi na terapię, porządkuje inne problemy – śmierć matki długo chorującej na raka, zaborczego ojca, uzależnienie od narkotyków.
Dla mnie jest to szczególnie trudne do przetrawienia, bo uwolniłam się od ojca, który dokładnie tak samo się zachowywał, był w kłótniach agresywny, nie dawał sobie nic powiedzieć, zawsze jego musiało być na wierzchu, niszczył przedmioty.

Próbowałam wpłynąć na partnera rozmowami, ciszą, unikaniem, wychodzeniem, potem dochodził płacz – nic to nie dawało. Przy ostatniej takiej kłótni wykrzyczałam mu, że mam tego dość, że się wyprowadzam, że to koniec. Pojechałam ochłonąć do lasu, przemyśleć jak chcę to załatwić, porozmawiać, rozstać się jak ludzie.
Jestem raczej osobą impulsywną i często zdarzało mi się powiedzieć/zrobić coś bez większego zastanowienia, więc na chłodno chciałam przeanalizować wszystkie za i przeciw tego związku.

Wróciłam do domu i porozmawialiśmy. Szczerze, od serca – że boję się zostać przy kimś, kto zachowuje się jak mój ojciec, co idealnie wpisuje się w schemat, że nie chcę zakładać rodziny w obawie o życie potencjalnych dzieci narażonych na to, co sama przechodziłam. Podjęłam decyzję o roku. Roku pracy nad kłótniami. Nie wiem, czy to jakieś chore ultimatum z mojej strony. Ilość czasu wydaje mi się być uczciwa, ale czuję się nie do końca fair, boję się, że partner nie będzie pewny co do moich uczuć. Kocham go, ale dość pragmatycznie podchodzę do życia i w wieku 26 lat poświęcenie roku dla niego jest niczym, jednak więcej niż rok poświęcać nie chcę. Uważam, że mam prawo do szczęśliwego życia, jednak chciałabym, żeby było u jego boku.

Czuję się paskudnie i egoistycznie z postawieniem takiego ultimatum, ale jednocześnie podjęłam tę decyzję z myślą, że naprawdę chcę być z tym człowiekiem.
Jestem wewnętrznie rozdarta.

#gfKK5

Mam duży problem z panowaniem nad stresem. Ostatnio byłem na rozmowie o pracę i mnie dopadło. Najpierw zapomniałem jak się nazywam, potem na pytanie "Jaki ma pan stosunek do punktualności? powiedziałem, że to bardzo ważne, aby mówić poprawną polszczyzną i przepuszczać starsze panie w drzwiach do przychodni, a na koniec kiedy kazano mi powiedzieć, kim chcę zostać za pięć lat, powiedziałem, że... kierowcą wyścigówki.
Pracy nie dostałem.

#mUjwF

Gdy chodziłam do podstawówki, mieliśmy w domu kotkę. Moja mama jej nie znosiła, patrzyła na Fuksję z niechęcią, gdy ta spała na starym fotelu lub przechadzała się dumnym krokiem po mieszkaniu. Dla mnie z kolei, kotka była całym światem: potrafiłam się z nią bawić godzinami, nie mówiąc już o kocich gadżetach (byłam kocią wersją wyznania #ie7Or).

W domu co rusz wybuchały małe awantury o to, że karmiłam Fuksję najlepszymi wędlinami, zamiast zwykłym kocim żarciem. Ja nie mogłam zrozumieć mojej mamy, ona mnie, ale dla świętego spokoju postanowiłam nie kłuć jej w oczy i dawałam kotce smakołyki tylko cichaczem.

Pewnego popołudnia, gdy obie z Fuksją zajadałyśmy się w najlepsze domową kiełbasą, usłyszałam trzaśnięcie drzwiami: mama wróciła wcześniej z pracy. Spanikowałam i niewiele myśląc wrzuciłam całą kiełbasę do stojącej w kuchni pralki. Liczyłam, że jakoś uda mi się niepostrzeżenie ją wyciągnąć i przełożyć do lodówki. Niestety, mama postanowiła od razu przystąpić do gotowania barszczu białego. Otworzyła lodówkę i spytała:
- A gdzie jest kiełbasa?
Jako bystre dziecko, nie straciłam zimnej krwi. Niespiesznie podeszłam, mówiąc:
- Hmmm, gdzieś tu była... Na pewno gdzieś jest, trzeba poszukać... A nie sprawdzałaś może w... pralce???
Po czym wyciągnęłam kiełbasę z pralki, na twarzy miałam taką dumę z odkrycia, jaką mógł mieć tylko Kolumb czy inny Magellan. Głosem zaskoczonym i niewinnym, powiedziałam:
- Ooo! Jest!

Mama śmieje się ze mnie za każdym razem, gdy na stole pojawia się barszcz biały...

#mlRvR

W podstawówce w mojej klasie była sobie Genowefa (muszę dodać, że imię zmienione?). Gienia była kujonką z bardzo rygorystycznymi rodzicami. Ot, dziewczynka jakich wiele. Czasem się stresowała minusem w piątce, czasem koniecznie chciała poprawiać 4+. Nie była może jakoś szczególnie uwielbiana w klasie, ale też i nikt jej za bardzo nie dokuczał.

Żyła sobie swoim życiem spokojnie. Ale to przecież nie wpis na anonimowe, prawda? ''Anonimowym'' aspektem historii jest to, że Genowefka co jakiś czas, podczas lekcji, regularnie wstawała i z miną, którą do tej pory pamiętam (a w podstawówce byłam 20 lat temu), ''na legalu'', jak gdyby nigdy nic...ujeżdżała krzesło... Normalnie je gwałciła.

I wiecie, co jest zadziwiające? Każdy nauczyciel, który to widział, zwyczajnie odwracał wzrok. Każde z dzieci w klasie udawało, że nic nie widzi. Gienia nigdy nie usłyszała złego słowa przez to, nigdy nikt się nad nią nie znęcał, nie stała się klasowym pośmiewiskiem. Nasza klasa chyba naprawdę była niesamowita :D
Dodaj anonimowe wyznanie