To było w czasach szkoły średniej, czyli daaawno temu. Organizowaliśmy sobie w klasie 18-urodziny. Kwota zbiórki na każdego ucznia wynosiła kilka złotych. Miało się zwrócić za torty. Klasa liczyła 30 osób. Każdy przystał na to, bo zawsze w tym dniu były spokojniejsze lekcje, a nauczyciele nie pytali. Prezenty były różne, ale zazwyczaj była to duża maskotka.
Ja mam urodziny na koniec roku. Po sylwestrze przyniosłam dwa torty. Jeden dla uczniów, a drugi do pokoju nauczycielskiego. Przyznam, że miło było dostać życzenia od dyrektora i nauczycieli. Do tej pory to pamiętam, jak po lekcjach nauczycielka od chemii pytała, z jakiej cukierni zamawiałam torty. Potrzebowała zamówić identyczny na prywatną uroczystość. A zawsze miałam jakiś zatarg z tą kobietą. Ludzie, których traktowałam zawsze jako zło, okazali się być w porządku.
Za to kiedy wniosłam tort do mojej klasy, nastała cisza. Tylko kilka osób odśpiewało mi sto lat. Część udawała, że mnie nie widzi. Nauczycielka, która też była moją wychowawczynią, zwróciła się do towarzystwa, że to już ostatnia taka uroczystość w klasie i powinni bardziej się zaangażować. Pokroiłam tort i... rzucili się na niego jak sępy. Nawet mi kawałka nie zostawili, bo niektórzy brali po dwa i wynosili z sali dla osób z innych klas. Usiadłam w ławce i zjadałam wafla. I przyszły do mnie trzy dziewczyny, które trzymały w ręce foliowy woreczek z 16 zł. "Każdy już się znudził tymi urodzinami, tylko tyle zebrałyśmy na ciebie od klasy". Jakbym dostała w twarz. Zawsze się składałam i nawet chętnie pomagałam w transporcie tortów, bo jako 17-latka zrobiłam prawo jazdy. Wtedy bardzo mnie lubili i nie miałam nigdy z nikim konfliktu.
Nie przyjęłam tych pieniędzy. Wracałam do domu ze łzami w oczach. Jak to wspomnę, to do tej pory zbiera mi się na płacz.
Pierwszy pocałunek przeżyłam na kolonii, z chłopakiem, któremu zaraz po oświadczyłam, że teraz musi zostać moim mężem. Przez resztę pobytu mnie unikał.
Rok temu mój narzeczony M. mi się oświadczył. Oczywiście, głośne "TAK!", wielka radość i szał przygotowań. Na wesele wymyśliliśmy takie jakby girlandy z naszymi zdjęciami. Brat mojego już męża zaoferował się, żeby przejrzeć nasze albumy z dzieciństwa i powybierać co śmieszniejsze. W trakcie wesela wygłaszał toast, który zaczął od wyciągnięcia mojego zdjęcia z wspomnianej wcześniej kolonii... I drugiego takiego samego z kolonii, na której był z M. Obydwoje z mężem łzy wzruszenia, bo szybko połączyliśmy fakty. I razem z wszystkimi naszymi gośćmi wysłuchaliśmy jego historii, jak to brat zakosił mu dziewczynę sprzed ołtarza...
Tak, tym chłopcem od pierwszego pocałunku był mój szwagier. Trochę głupio, ale przynajmniej się uśmialiśmy :)
Jako 10-latek bawiłem się z moim najmłodszym bratem (miał wtedy około roku) na tapczanie. Kulałem go z jednej strony łóżka na drugą, obracałem i takie tam. Zesrał się, a ja tego nie zauważyłem ani nie wyczułem. No i tak go kulałem, że pod ciuchami miał osrane wszystko w każdą stronę. Brzuch, nogi do kolan... Zauważyłem to dopiero jak gówno mu kołnierzem wyszło.
Zawsze wspominamy to przy wigilijnym stole albo jak jacyś specjalni goście przychodzą :D
Zawsze interesowałem się wojskiem. Już jako dziecko zamiast obrazków z rodziną czy zwierzakami malowałem czołgi. Ba! Nawet znałem ich konkretne nazwy. Tak więc poszedłem za ciosem i w latach późniejszych uczyłem się oraz przygotowywałem fizycznie do mojej przyszłej wymarzonej pracy, ukończyłem szkołę z wysokimi wynikami oraz byłem okazem zdrowia… do czasu.
Parę tygodni przed złożeniem wniosku o przyjęcie do jednostki dowiedziałem się, że zachorowałem na raka. Cały mój świat legł w gruzach, niedługo zaczynam walkę z chorobą, nigdy nie sądziłem, że na taką walkę będę musiał być gotów.
No cóż, taki jest niestety świat.
Odkąd tylko ja i mój brat bliźniak weszliśmy w dorosłe życie, nasi rodzice zaczęli nalegać, byśmy jak najszybciej znaleźli wybranki swojego życia i sprawili im wnuki.
Naprawdę nie wiem jak mam im powiedzieć, że wolę mężczyzn, zaś mój brat nie wie jak ma im powiedzieć, że planuje zostać księdzem.
Z moją babcią widywałam się codziennie. Mieszkała niedaleko, codziennie po szkole najpierw udawałam się właśnie do niej, dopiero późnym wieczorem wracałam do domu. Nieciężko więc domyślić się, że byłam z nią bardzo zżyta. Po jej śmierci kompletnie się załamałam. Przez dwa tygodnie nie potrafiłam nawet spotkać się z koleżankami, ogólnie nie wychodziłam z domu. Na pogrzebie cały czas wyłam jak szalona, rodzice musieli mnie uciszać, co chwilę zwracając mi uwagę że "przynoszę im wstyd". Jednak to nie były tylko łzy smutku, ale też złości. Babcia zawsze opowiadała mi, co naprawdę myśli o większości swoich "koleżanek", opowiadała jakie rzeczy jej robiły. Unikała ich jak ognia, ja też miałam okazję przekonać się, jakie są. A na pogrzebie udawały takie miłe, przy moich rodzicach były jak takie potulne owieczki, opowiadały, jaka to babcia nie była wspaniała. Miałam ochotę po kolei wziąć każdą za włosy i wyrzucić z kościoła. Mówiłam rodzicom, kto nie powinien przychodzić na pogrzeb, bo doskonale wiem, że babci by się to nie podobało. Nie słuchali mnie, stwierdzili, że głupoty gadam, no i skoro jestem dzieckiem, to nie będą mnie słuchać.
Jakoś się ogarnęłam, wróciłam do codziennego życia. Aż nadszedł znienawidzony przeze mnie 1 listopada. Nie byłam gotowa odwiedzić grób babci, prosiłam rodziców, żeby pozwolili mi zostać w domu. Oczywiście znowu nie posłuchali, bo co pomyśli ciocia Krysia jak nie przyjdę, bo nie wypada itd. Ryczałam cały czas, znowu nie miałam nawet siły wstać z łóżka. Nie mogłam patrzeć, jak śmieją się z rodziną nad grobem babci. Ponownie się załamałam, prosiłam, żeby dali mi chwilę nie chodzić do szkoły, może zapisali mnie na terapię, ale nie. Nie słuchali. Mówili, że takie życie i trudno, od leżenia do góry tyłkiem całymi dniami babcia nie zmartwychwstanie i mam nie wydziwiać. Mieszkanie po babci momentalnie sprzedali, większość jej rzeczy wyrzucili zostawiając te najcenniejsze. I tak mijały dni, miesiące, lata... A ja przez ich gadanie, że "trudno", "takie życie", "nie wydziwiaj" do dziś nie mogę sobie z tym poradzić. A te stare baby nagle udawały, że zostawiły coś babci, żeby im oddać, nagle były dla mnie nie wiadomo jak miłe, czy może nie chciałabym im oddać tego a tego po babci, bo przecież co ja z tym zrobię itd. Nie mam nawet z kim o tym porozmawiać, nie umiem się przed nikim otworzyć, zdążyłam wyrobić sobie wizerunek takiej "niezniszczalnej" i nie jestem w stanie nikomu powiedzieć, co czuję.
Rzecz działa się w zeszłe wakacje.
Szłam drogą, która akurat była w budowie, trzymając w ręce drożdżówkę. Kiedy przechodziłam obok koparki, głowę wyłonił z niej jakiś mężczyzna.
- Hej, dasz mi gryza? Bo potrzebuję energii do pracy - powiedział.
- Kawałek mogę dać, ale też potrzebuję energii, bo czeka mnie jeszcze długa droga - odpowiedziałam z uśmiechem.
Rozmawialiśmy jeszcze chwilę, a wokół mnie zebrało się jeszcze kilku znudzonych pracą ludzi. Kiedy stwierdziłam, że na mnie już pora, jednemu z nich zrobiło się szkoda moich nóg, które miały do przemierzenia jeszcze 2 km i postanowił mnie podwieźć... KOPARKĄ.
Kumplowi, do którego zmierzałam, opadła szczęka, kiedy zobaczył mnie wychodzącą z tego pojazdu.
A sympatycznym panom dziękuję za zapewnienie mi świetnego humoru :)
Mam przyjaciela, takiego od piaskownicy, który siedział kupę czasu w zakładach bukmacherskich. Za czasów późnej podstawówki/gimnazjum zamiast do kościoła chodziliśmy do bukmachera - obstawiał kupony za 2 zł. Czasem wygrał, czasem nie. Ale z czasem dość mocno się w to wkręcił. Miał tam jakiś system, że obstawiał jakiś procent ''budżetu'' jako stawkę na kupon - jak się udało, to budżet rósł i następny kupon był za wyższą stawkę. Jak się nie udało, to w drugą stronę.
Jakoś z 7 lat temu puścił kupon z wieloma meczami na jednym, przez co kurs zrobił się bardzo wysoki i wygrał prawie 150 tysięcy złotych. Afera jak jasny pierun - o wygranej informował lokalny mały bukmacher (kiedyś jeszcze przez internet się nie grało). Nawet gazeta do niego przyszła i artykuł napisali (mówiłem mu, żeby sobie artykuł darował, ale pewnie chciał podbić sobie endorfiny, że odniósł w życiu jakiś sukces).
Nagle wszyscy dalsi i bliżsi się zaczęli odzywać, żeby tak niby mimochodem trochę ugryźć z jego siana. Wielu też mu mówiło, żeby im kupony dawał jakie obstawia.
Żeby się wywinąć od natrętów, wpłacił po 5 tysięcy na schronisko dla zwierząt i jeszcze jakąś lokalną fundację. Potem skontaktował się z gazetą, wyjaśnił im, że po artykule mu wszyscy bułę trują o jego pieniądze. I wpłacił jakąś tam gotówkę na fundację wspieraną przez właśnie lokalną gazetę. Ci przyszli, napisali artykuł w porozumieniu z nim, że większą część tych 150 tysięcy wpłacił na lokalne organizacje pożytku publicznego itp. W artykule tłumaczył, że bukmacherkę traktuje jako hobby i że zakupił parę potrzebnych rzeczy, a na inne mu wystarcza z pensji. Było parę zdjęć z kartonowym ''czekiem'', jak to przekazuje itp. Ludzie potem w domu go od debili wyzywali, bo jak to pieniądze obcym rozdawać obcym (podobno część była tak perfidna, żeby żałować jego rozdanych pieniędzy, ale wcześniej za każdym razem, jak się przewijał temat kogoś majętnego, to zawsze było ''po co mu te pieniądze, lepiej by na biednych oddał'').
Po pół roku ucichło. Kumpel mówi, że ma nauczkę żeby się nie obnosić z pieniędzmi. Swego czasu mi przyznał, że jak miał tę wygraną 150 tysięcy, to potem ją jeszcze praktycznie kilka razy podwoił i że nadal ma sporo pieniędzy, ale żyje sobie ot tak, żeby się nie pokazywać za bardzo. Kupił mieszkanie - wszystkim opowiada, że na kredyt, bo na kredyt (ale większość spłacił od razu, mówi, że za jakiś czas spłaci resztę). Sam nie wiem ile on tam tego ma, ale chodzi z tym swoim tabletem i notuje tam wyniki itp., więc bankowo nadal w tym siedzi :)
Ostatnio byłam bardzo zakręcona. Cały czas o czymś myślałam.
Wchodzę sobie strasznie głodna do autobusu.
Przede mną stała starsza pani z młodym chłopakiem, kupowali u kierowcy bilety. Z racji, że sama nie miałam biletu, również musiałam go kupić. Nadeszła moja kolej. Zapatrzyłam się na ulotkę, która wisiała na szybie.
K - kierowca
J - ja
K: W czym mogę pomóc?
J: Ee... yy... poproszę bułkę z serem.
K: Niestety nie mamy czegoś takiego w sprzedaży, ale mogę pani dać, bo żona mi dzisiaj zrobiła.
I puścił do mnie oczko.
A ja czerwona jak burak przeprosiłam i poprosiłam o bilet.
Pewnego dnia moja córka (wtedy 16-letnia) wpadła do domu z zamiarem przedstawienia mi swojego chłopaka. Chłopak naprawdę wysoki, bo dwóch metrów spokojnie by się doliczył, przystojny, na imię miał Kacper. Fakt faktem, rozmawiałyśmy wcześniej na jego temat - dowiedziałam się, że jest między nimi różnica 5 lat - niby w tym wieku to całkiem dużo, ale przymknęłam na to oko, między mną a jej ojcem były 4 lata różnicy, dlatego rozumiałam, miłość to miłość. Dowiedziałam się też, że studiuje, pracuje, ma prawo jazdy, własny samochód i w ogóle jest bardzo zaradny życiowo jak na swój wiek.
Kacper z Magdą weszli do pokoju, gdzie właśnie pracowałam. Kacper wręczył mi bukiet kwiatów, po czym przeszliśmy do rozmowy. Rozmawialiśmy ponad 2 godziny, okazało się, że jest naprawdę bardzo inteligentnym, kulturalnym człowiekiem. Polubiłam go od razu.
Kilka miesięcy później młodzi wpadli na pomysł wycieczki w góry na weekend. Kacper obiecywał, że przy nim Magdzie nic się nie stanie, że mogę być spokojna. No i byłam, aż za bardzo, pozwoliłam.
Po powrocie nic nie wskazywało, na coś złego, Madzia wręcz była przeszczęśliwa, jednak 3 miesiące później zaczęłam to zauważać. Była w ciąży, wiedziałam to. Przez kilka dni zastanawiałam się co zrobić, ona chodziła coraz bardziej przygnębiona, rankiem wymiotowała, nie prosiła o kupno tamponów, co zawsze robiła. Postanowiłam z nią szczerze porozmawiać, przecież w sumie ciąża to nie koniec świata, pomogłabym jej. Wtedy usłyszałam jakiś hałas i skrzypienie drzwi dochodzące z jej pokoju. Weszłam, a tam szok i niewyobrażalny, trudny do opisania ból w klatce piersiowej. Zobaczyłam Magdę. Powiesiła się na drzwiach jej łazienki w pokoju. Trzęsąc się, ściągnęłam ją i próbowałam ratować oraz zadzwoniłam na pogotowie. Wiecie co? Udało się. Była nieprzytomna, ale żyła. Przyjechało pogotowie i zabrało ją do szpitala. Moje słoneczko zostawiło list, który przeczytałam po powrocie ze szpitala. Wyznała mi całą prawdę, począwszy od tego, że razem skłamali, że Kacper ma 21 lat, miał 23, ona 16, tak jak różnicę 5 lat mogłam przyjąć, tak 7 to była już przesada, ale wtedy nie byłam na nią zła, byłam wku*wiona na tego gnojka, który - jak się później z listu okazało - zostawił ją, bo nie chciał mieć dwójki dzieci na głowie - Magdy i swojego własnego syna. Magda była na tyle załamana, że stwierdziła, że nie chce już dłużej żyć. Bała się, że sobie nie poradzi. Ale poradziła, z moją pomocą udało jej się skończyć studia medyczne i wyjść na prostą. Od Kacpra nie chce żadnych pieniędzy, nie chce kontaktu ani troski, nie dziwię się jej. Ona i jej syn są moim oczkiem w głowie. Kocham ich ponad życie i jestem dumna, że dała radę.
Dodaj anonimowe wyznanie