#DXiW2
#FhmBh
Z Karolem zaczęliśmy się spotykać przed studiami. Na czas studiów wspólnie zamieszkaliśmy. Jakoś nam czas płynął – dużo kłótni, awantur, ale i nie tylko. Po 5 latach związku się oświadczył. Nic się w sumie nie zmieniło, tylko to, że robiliśmy się coraz starsi. Rodzina zaczynała pytać o ślub, bo lata lecą, a tu cisza. W końcu po 10 latach nadszedł ślub. Nie było wow i fajerwerków, a po ślubie się nawet posypało. Karol zapraszał se kumpli, a ja robiłam za służącą. Po awanturach na jakiś czas pomagał w domu, ale krótko. W łóżku podczas zbliżenia zadowalał mnie wibrator. O miłości francuskiej, przynajmniej z jego strony, nie było już mowy. Mimo że wcześniej była.
Miłość się wypaliła, a zostało przyzwyczajenie. Dobijaliśmy do 30, a o dziecku ani słowa.
Z Adamem utrzymywaliśmy sporadyczny kontakt. Raz na jakiś czas któreś z nas napisało i tyle. Ostatni raz napisałam ja. O jakąś głupotę. I zaczęliśmy gadać codziennie. Od rana do wieczora. On był wolny, ale wiedział, że mam męża. Na początku było niewinnie. Zwykłe gadanie o bzdetach. Później zaczęło się robić ciekawie. Wyznał mi, że się zakochał. Ja czułam się znowu jak nastolatka, motylki w brzuchu itp.
Z mężem sypało się coraz bardziej. W trakcie jednej z kłótni wyrzucił mnie z domu. Nie miałam ze sobą nic. Moich rzeczy nie chciał mi oddać. Po kilku dniach przyszedł, błagając o wybaczenie. Nie chciałam do niego wracać, ale musiałam zabrać swoje rzeczy, a to był jedyny sposób. Kilka dni później, gdy Karol był w pracy, spakowałam rzeczy i wyszłam. Niedługo później złożyłam papiery o rozwód. Jednak zanim się rozwiodłam, spotkałam się z Adamem. Nie był kołem ratunkowym itp., decyzja o rozwodzie była podjęta. Zaczęliśmy być parą jeszcze przed rozwodem. Teraz już jesteśmy po ślubie i mamy dziecko. I jesteśmy szczęśliwi.
Czasami po prostu nie warto czekać na cud, który nie nastąpi. Nie warto też trwać w związku z przyzwyczajenia.
Anonimowe w tym jest to, że tylko dwie osoby wiedzą, jak było naprawdę. Rodzina i znajomi oraz Karol znają inną wersję. A prawda jest taka, że zakochałam się w innym, będąc zamężną...
#6GP85
Znajoma pracująca w sklepie skarżyła się, że moja babcia maca gołą ręką bułki, chociaż na każdej szklanej powierzchni przy pieczywie jest napisane, że należy założyć rękawiczki jednorazowe.
Wcześniej nie segregowała śmieci, bo ona zaraz umrze i nie obchodzi ją, w jakim stanie będzie planeta po jej śmierci. Szkoda tylko, że mieliśmy podpisaną deklarację, że segregujemy i musieliśmy robić to za nią, inaczej zostalibyśmy ukarani. I tak co jakiś czas kłóci się, że opłaty zdrożały i nie będzie płacić, tylko palić swoje śmieci w piecu.
Nie obchodzi jej, że woda stale kapała z jej kranu, w końcu stać ją na opłaty (tata się zlitował i wymienił uszczelkę).
Anonimowe jest to, że od dwóch dni dosypuję jej leków nasennych do dzbanka z herbatą, którą robi na cały dzień i sama wypija. Miałam problemy ze snem, psychiatra przepisał mi tabletki, ale od kiedy staruszka nas nie męczy, zasypiam bez tych pigułek. W dzień śpi lub chodzi zmęczona i senna, nie ma też ochoty nikogo zapraszać. Na zakupy też nie wychodzi, więc mój mąż robi je za nią.
Nie wiem, co dalej zrobić, na pewno na czas jej choroby będę dalej faszerować ją lekami, żeby ją jakoś spacyfikować. Lepiej tak, niż żeby miała stwarzać ryzyko zakażenia.
#ebtxJ
Druga sprawa, że strasznie dużo je. Jak któregoś domownika nie ma w domu, obiad trzeba mu odłożyć, bo ojciec wszystko zje. Nieważne, ile się nagotuje, i tak wszystko zjada. W liceum chodziłem na treningi. Kilkakrotnie szedłem spać głodny, a on narzekał, że go brzuch boli z przejedzenia. Kiedy w wakacje pracowałem całe dnie w polu u znajomego, siostra przyniosła mi obiad ze szkoły (po maturze, obiady z MOPS-u). Wróciłem o 21 do domu, a obiad oczywiście on zjadł. Takich przykładów są setki.
Mama tak samo pracuje jak on, ale ona musi gotować, prać, sprzątać, prasować. On nie musi w domu robić NIC. Stolarz z zawodu, a meble rozwalone, bo mu się nie chce ich skleić.
Przez jego zachowanie brak mi pewności siebie. Nie umiem zwracać komuś uwagi, bo wychodzę z założenia, że i tak to nic nie da.
#gP0f3
Dostaję niemal ataków paniki, gdy mąż ma pomóc małemu w kąpieli, choć wcześniej było to na porządku dziennym. Lub gdy razem się zdrzemną na kanapie, szczególnie wieczorem, gdy synek ma na sobie tylko piżamkę. Najgorzej jest, gdy muszę iść do pracy, a oni zostają we dwoje. Serce wali mi ciągle jak oszalałe, ręce mi się trzęsą, nogi uginają, mam ochotę wyć, wrzeszczeć, rwać włosy z głowy... Muszę się powstrzymywać, by od razu po powrocie nie biec do synka i oglądając go z góry na dół wypytywać, czy wszystko w porządku, co robił z tatusiem i czy nic go nie boli. Jest mi tak strasznie wstyd, czuję się podle, bo naprawdę nie mam podstaw do takich obaw, szczególnie wobec tak wspaniałego człowieka, jakim jest mój mąż. Kocham go bardzo i wiem, że skrzywdziłabym go do żywego samym poruszeniem tego tematu, ba, to mi nawet przez usta nie chce przejść, tak absurdalnie to brzmi. Ale nie mogę już tak dłużej, nie daję rady żyć w tym strachu, nie mogę przez to skupić się na czymkolwiek innym. Każde jego sam na sam z naszym dzieckiem przysparza mnie o chęć zrobienia mu krzywdy, chcę bronić swoje maleństwo, choć nie mam przed czym.
Mąż wie o mojej przeszłości, ale wątpię, by podejrzewał, że może się ona na nim odbić w taki sposób. Czy jeśli pójdę do psychologa w tajemnicy, on zaleciłby terapię we dwoje? Chciałabym to tak obejść, żeby mąż się nie dowiedział o tym, co przeżywam, choć to nieuczciwe i zdaję sobie sprawę, że aby w pełni zaznać spokoju, muszę to z nim „przepracować”. Ale bardzo nie chcę go skrzywdzić swoimi lękami.
#81ogF
Zastanawiałam się, czy usypia mnie ten szum wydawany przez farelkę, czy ciepło, ale okazało się, że to ciepło. Co ciekawe, ciepło z wszelkich innych źródeł mnie nie usypia – tylko to z farelki.
PS Dla niewiedzących (a wiem, że tacy są): farelka to takie urządzenie à la wiatrak, po prostu tak jak wiatrak chłodzi zimnym powietrzem, tak farelka dodatkowo grzeje ciepłym powietrzem.
#Ci7j9
Najlepsze jest to, jak taki mały dzieciak wpadnie do mnie do saloniku. Relatywnie blisko drzwi (przy witrynie) mam telewizor na stojaku. Raz upomniałam dziecko, które zaczęło kopać stojak. Dostałam opierdziel stulecia, bo przecież jak mogłam Brajankowi nie pozwolić dotknąć i przewrócić telewizora. Dzieci wpadają, łapią za przedmioty, które sprzedaję (tanie nie są), po czym jak odbieram je dziecku, to dostaję ochrzan, że dziecko chciało tylko zobaczyć, a ja jestem taka wredna… Ciekawe, czy zapłaciliby, gdyby coś się zepsuło?!
A klienci z dziećmi? Piekło. Pracuję tu kilka miesięcy, a zdarzyło mi się dopiero 3-4 dzieciaków, które zachowywały się normalnie. Oferujemy dla nich kolorowanki, kredki, baloniki... To nic nie daje. Po wizycie pary z dzieckiem mam do mycia podłogę, która jest w słodkich napojach, ubrudzoną ekspozycję, grubą warstwą czekolady i powyrywane kartki z gazet…
Mam 22 lata. Pamiętam doskonale swoje dzieciństwo. Pamiętam kilka klapsów od mamy, jak zaczęłam świrować w miejscu publicznym. Pamiętam stanowczy wzrok taty, który nie chciał kupić kolejnej czekoladki, bo jedna miała mi wystarczyć.
Dziękuję, kochani rodzice, że wychowaliście mnie na człowieka szanującego innych ludzi, który umie cieszyć się z małych rzeczy.
PS Nie mam urazu po kilku wychowawczych klapsach.