#wvCSO

Wyznanie o tym, jak to byłam zmuszona srać do reklamówki kilkadziesiąt razy.
Na wstępie chcę tylko zaznaczyć, że robię naprawdę duże kupy (do 20 cm długości), często mam zatwardzenia i nie umiem się wypróżnić inaczej, niż kucając na sedesie*.

Zaczęło się to od kiedy przeprowadziliśmy się do starego bloku na 3 piętrze i kanalizacja była stara i rury strasznie wąskie. Dwa razy zatkałam kibel i musiałam przepychać i rozdrabniać gówno, żeby jakoś poszło w dół. Najbardziej anonimowa część – mieliśmy długą, dużą łyżkę, której mama używała do nakładania sałatek. Umyłam łyżkę i dałam pod zlew, chcąc potem mamę powiadomić o tym, by pod żadnym pozorem jej już nie używała, ale zapomniałam i skończyło się na tym, że przypomniałam sobie, jak wróciłam do domu, a rodzice mojego ojczyma z mamą i siostrą zajadają się sałatką nakładaną tą łyżką. Może miałabym wyrzuty sumienia, ale sama musiałam ją zjeść, więc no...

Za każdym razem, kiedy jedziemy gdzieś na 2 lub więcej dni, zawsze muszę brać ze sobą reklamówki, bo moje gówna się nie spłukują. A jak jedziemy w gości lub oni przychodzą do nas, to muszę trzymać kupę, dopóki nie wyjdą, no bo co mam powiedzieć? „A tak tylko sram sobie od czasu do czasu w reklamówkę”? (którą muszę wynieść do dużego kontenera koło bloku). 

PS Próbowałam wszystkiego na zaparcia i nic to nie dało. Do tego mimo mojego młodego wieku już mam hemoroidy i dochodzi do tego, że jak sram, to płaczę z bólu i bezsilności.

*siadam na kibel, opieram się plecami o klapę /spłuczkę (?), podkurczam kolana i daję stopy na sedes. Raz srając w ten sposób w toalecie publicznej, za przeproszeniem, wyjebałam się i byłam cała w gównie...

#1X5s1

Mam 26 lat i od dwóch lat nie miałam żadnego chłopaka. Moja rodzina jest tak zmartwiona tym faktem, że co chwilę ktoś urządza mi pogadanki na temat tego, że zostałam starą panną i że już nigdy sobie nikogo nie znajdę i właśnie marnuję swoje życie. Wszystkie szczyty przebiła moja mama, która tak przejmuje się moim losem, że ostatnio wzięła mnie „na rozmowę”, w trakcie której zaczęła mi tłumaczyć, że powinnam wrócić do mojego byłego, bo to dla mnie najlepsza szansa i w ogóle jestem totalnie głupia, że go zostawiłam. Nic nie zmieniło jej zdania, nawet argument, że notorycznie mnie zdradzał i bywał w stosunku do mnie agresywny. To dla niej nieważne, ważne, że powinnam kogoś mieć, za wszelką cenę, a te wszystkie moje „fanaberie” bym jakoś sobie „ułożyła w głowie” i w końcu przestałyby mi przeszkadzać.

#4efhs

Piszę to wyznanie późno w nocy. Mój facet ze swoim synem właśnie śpią w sypialni, a ja zostałam przeflancowana do pokoju dla gości. Mały ma 5 lat i nie mieszka z nami, tylko ze swoją matką. W domu moim i mojego faceta ma swój pokój, jednak miewa koszmary nocne, po których boi spać się sam. Z tego tytułu mój facet zabiera go do naszej sypialni, a mnie z niej uprzednio wyprasza, bo mały podobno jest jeszcze do mnie nieprzyzwyczajony. 
Ta sytuacja trwa już od pół roku. 
Dziś uparłam się, żeby mały spał u siebie i owszem, zasnął. Za to mój partner wiercił się w naszym łóżku i nie mógł spać. Stwierdził, że on woli spać z synem, że zgodził się na tę sytuację, żebym nie robiła fochów, że to jest małe dziecko, on się tak martwi, że syn w nocy się wystraszy, że od teraz będzie spał z nim. Zabrałam więc swoją pościel i się wyniosłam. W międzyczasie usłyszałam kilka niemiłych słów na temat swojego zachowania od mojego faceta. Zaś kilka chwil później młody obudził się i przybiegł do mnie z płaczem i w zasikanych majtkach. Przebrałam go i otarłam łzy. W międzyczasie wstał (obudzony z głębokiego snu) tatuś, opieprzył syna za płacz i sikanie, po czym wziął go do sypialni, wyprzytulał i powtarzał, jak bardzo go kocha.
Jakiś czas wcześniej odbył się ślub kuzyna mojego faceta, na który pary zostały zaproszone z dziećmi. Nie zabrakło więc mnie oraz tatusia z synkiem. Cały wieczór chodziłam sama lub siedziałam przy stole sama, bo mały chciał gdzieś iść z tatą albo bawić się z dziećmi, więc tato szedł go pilnować, albo mały płakał i się obrażał, więc tato bez słowa wychodził go zabawiać. Czasem zagadywała mnie siostra mojego faceta, a czasem jego rodzice, lecz generalne siedziałam przy stole z winem i walczyłam ze sobą, czy zamówić taksówkę i jechać do siebie do domu.

Ja wiem, że mój partner z synem widuje się dwa razy w tygodniu, a między nimi jest wielka miłość i tęsknią za sobą. Ale ja czuję się jak manekin. Czuję, że coraz mniej we mnie miłości wobec dziecka mojego faceta, nikt nie docenia moich starań. Ba! Młody zaczyna mi być obojętny. A tatuś? Kocham go i strasznie mi go brakuje. I czuję, że powoli znikam w tym związku, zajmuję rolę drugorzędną albo i dalej. 
Teraz leżę sama w ciemnym pokoju i chce mi się wyć. Mężczyzna, którego kocham, śpi w sypialni ze swoim synem, a ja nie mogę być częścią tej rodziny. Dość mam tłumaczeń, że mały może być zazdrosny, że może czuć się odrzucony, że ja jestem dorosła, więc powinnam sytuację zrozumieć i ustosunkować się do niej. Ale zastanawiam się, po co tu jestem? Może sama miłość to za mało. Może spakuję jutro swoje rzeczy w walizki i wrócę tam, skąd przyszłam...?

#rxosM

Kiedyś poszłam pracować do najzwyczajniejszego burdelu. Na kilka lat, z przerwami. Nie było fajnie, ale na pewno nie gorzej niż w domu albo przy zrywaniu wiśni za 40 zł dniówki.

Nie żałuję. Miałam wtedy niecałe 17 lat i dowiedziałam się, jak to jest nie być głodnym i w dodatku widzieć, że jutro też nie będę. I jak się mieszka bez zaćpanej matki oraz szóstki rodzeństwa, które albo tak samo zaczęło ćpać, albo niedługo miało zacząć.

#YPpMS

Tata odszedł od mamy do młodszej laski jakieś 3 lata temu. Matka się kompletnie załamała, na szczęście terapia i antydepresanty z czasem jej pomogły i nie skończyła jako alkoholiczka. Cieszę się bardzo, że się podniosła i dzisiaj jest w świetnej formie. Tylko czasami mam wrażenie, że chyba w aż „zbyt świetnej”. Mieszkamy razem, ja jestem w drugiej klasie liceum, a ona, tuż po czterdziestce, chyba przeżywa drugą młodość. I nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie fakt, że… no właśnie. Trochę przesadza.

Moja mama ma lepszą figurę niż ja. Trzy razy w tygodniu chodzi na siłownię i dwa razy na basen plus raz w tygodniu ma zajęcia taneczne. Dba o siebie bardzo, codziennie ma pełny makijaż, zrobione włosy, zawsze ubiera się w kuse i seksowne sukienki. I tu właśnie zaczyna się problem. Od pewnego czasu ona stała się w tym wszystkim strasznie wyzywająca i wulgarna. Nie ma w sobie żadnej skromności, zakłada tak krótkie spódniczki, że prawie widać jej tyłek. Dekolt zawsze do pasa. Momentami to po prostu jest niesmaczne. Wstyd mi, gdy idzie w takim stroju na zebranie do szkoły. Ona kompletnie nie wygląda jak matka! Mówiłam jej o tym, ale ona sobie nic z tego nie robi. Jednak najbardziej mi wstyd zapraszać do siebie znajomych. Gdy tylko wpadną do mnie koleżanki, moja matka stara się grać kumpelę. Zagaduje do nich głupimi tekstami o lakierach do paznokci i próbuje rozmawiać jak ze swoimi koleżankami, nie zauważając, że to znajome jej córki, młodsze o ponad 20 lat! Najgorzej jest, kiedy przyjdą do mnie koledzy. Wtedy matka zaczyna się przed nimi wyginać, przybiera dziwne pozy, ewidentnie wypina tyłek, by przykuć ich wzrok. Flirtuje z moimi kolegami, a przecież każdy z nich mógłby być jej synem! Moi koledzy z chęcią na to patrzą i ciągną te durne pogawędki, a potem nabijają się z niej. 

Mam ochotę zapaść się pod ziemię, jak widzę, gdy moja własna matka robi z siebie pośmiewisko. Co więcej, ostatnio przestałam zapraszać do siebie mojego chłopaka, bo nawet do niego ma jakieś chore teksty… Jest mi strasznie przykro i nie wiem, jak z nią rozmawiać. Nie chcę, by znów wróciła do depresji, ale jej aktualne zachowanie przekracza wszelkie normy. Co jej powiedzieć, by w końcu do niej dotarło, że nie musi się tak zachowywać, by czuć się wartościowa?

#0B2V4

Godzina 1:30. Przychodzę do pokoju świeżo umyta, z zamiarem położenia się spać. Oświecam światło, by nie zabić się na wstępie i co widzę? Moim oczom ukazują się przerażające ślepia czarnego monstrum przyczajonego na skraju biurka. Osiem długich, włochatych odnóży przygotowanych jest do ucieczki, która gwałtownie następuje. Obiekt przemieszcza się z prędkością światła pod blat drewnianego mebla, gdzie jeszcze przez kilkanaście sekund jeszcze przebywa zwinięty w kłębek. Żeby ulżyć moim trzęsącym się ze stresu kończynom dolnym, na chwilę odwracam wzrok. Kiedy zerkam ponownie, potwora nie ma i nie widać go aż do tej pory, kiedy półżywa ze strachu stoję na środku pomieszczenia, pilnie patrząc we wszystkie kierunki, szczególnie uwzględniając sufit, przerażona myślą o ataku z powietrza. Zaczynam miewać halucynacje z większą ilością tych podłych zwierzątek oblepiających mnie rzekomo z każdej strony. Boję się wejść do łóżka, jak zamierzałam jeszcze 20 minut temu, by uniknąć otoczenia przez sadystę, który ciągle ma możliwość teleportacji do szczeliny między wyżej wymienionym łóżkiem a ścianą.
Wszyscy w domu śpią, nikt nie może mi pomóc. Najchętniej zemdlałabym z nagromadzenia nerwów, jednak wizja ohydnych wielkich nóg stąpających po moim ciele nie jest mile widziana. Chyba przestoję tak całą noc, skoro wytrzymałam już pół godziny. Może rycerz na białym koniu mnie uratuje. Jeśli nie, zginę śmiercią męczeńską w kokonie białej nici.

Pozdrawiam wszystkich ludzi z arachnofobią.

#Ad31b

Uwielbiam czytać wyznania dziewczyn, które były bite i/lub poniżane. Im bardziej dziewczyna upodlona, tym lepiej. Po lekturze kilku takich wyznań przykrywam się kołderka i zanim zasnę, wyobrażam sobie, że jestem jedną z nich (a tak naprawdę jestem studentem, lat 22).
Lepiej wtedy śpię. :)

#VSQ5P

Pewnego dnia, gdy mój starszy brat pracował jeszcze w sklepie sportowym, przyjechałam do niego i wybierałam sobie jakieś rzeczy. Nadeszła godzina, w której klienci musieli opuścić sklep, a pracownicy (czyli mój brat) mogli zebrać się do domu. Dał mi więc klucze do auta i kazał zaczekać w środku, a on tam się jeszcze zbierał na zapleczu.
Usiadłam przed kierownicą i z nudów zaczęłam się bawić, że gonię razem z całym Avengers jakiegoś złoczyńcę, że jesteśmy w pościgu i naprawdę nieźle zapieprzamy. No i wydaję polecenia mojemu zespołowi, próbuję naśladować dźwięki karabinu, kręcę tą kierownicą jak debil i wtedy otwierają się drzwi. Mój brat z miną mniej więcej *japierdole* patrzy na mnie, a obok niego stoi kolega, którego, jak się okazało,  mieliśmy podwieźć do domu :"))))

PS Podobno stali przy tym aucie trochę i wszystko było słychać, czekali, aż się skapnę, że mnie widzą, ale byłam chyba za bardzo skupiona wydawaniem poleceń. Tak że ten...
Dodaj anonimowe wyznanie