Miałam wtedy około 12 lat. Jak zwykle musiałam pójść do Szkoły Muzycznej. Zajęcia się skończyły i postanowiłyśmy porzucać moim beretem w sufit. Po paru rzutach zdecydowałam rzucić beretem prosto w lampę. Myślałam, że nic się nie stanie.
Po chwili spadł beret, a potem niezliczona ilość kawałków owej lampy. Za chwilę przyszła dyrektorka, oczywiście zapytała: „Co się stało?”. Cała czerwona odpowiedziałam, że lampa sama spadła. Potem razem z koleżanką szybko opuściłyśmy salę.
Trzy lata później zastanawiam się, dlaczego żaden kawałek lampy na mnie nie spadł i dlaczego tej lampy jeszcze nie wymienili.
Obecnie mało wychodzę z domu i myję głowę raz w tygodniu.
W tzw. międzyczasie psikam suchym szamponem i podpinam, żeby nie było widać tłustych włosów.
To dobra oszczędność czasu – polecam.
Jestem wierząca. Często modliłam się o śmierć. Do momentu, gdy nasunęło mi się, że być może już umarłam, a tak wygląda moje piekło.
Ciućkałem tabletkę na ból gardła. Po chwili jak była strasznie cienka, rozciąłem sobie nią język...
Gdy mam sen o gównie, to zazwyczaj w ciągu dnia coś, co miałam zaplanowane, mi się nie powiedzie. To taki proroczy sen dla mnie z zapowiedzią, że będę miała pecha.
Nie chcę mieć dzieci. Nie dlatego, że ich nie lubię albo uważam, że nie nadaję się na matkę. Zawsze uważałam, że przyjdzie czas, kiedy i ja zostanę mamą, a śliczna kopia mnie i mojego partnera będzie radośnie biegała po ogrodzie. Przyszedł teoretycznie odpowiedni czas, oboje mamy stałe posady w dobrych firmach, mieszkanie bez kredytu, a znajomi i rodzina zastanawiają się, dlaczego w tym mieszkaniu nie ma jeszcze kołyski. Otóż dlatego, że śmiertelnie się boję, że coś z tym dzieckiem będzie nie tak. W rodzinie nie ma historii chorób genetycznych, ale wiadomo, że często tej historii być nie musi, żeby coś poszło nie tak. Nie chciałabym za nic w świecie być matką dziecka ze specjalnymi potrzebami. Nie chodzi o socjal czy pieniądze, ale o to, że nie chciałabym nigdy żyć w ten sposób, zostać tak ograniczoną, tak diametralnie zmieniać plany i ambicje. Kiedy słyszę o kimś, kto ma niepełnosprawne dziecko, to szczerze mu współczuję, ale nigdy, przenigdy nie chciałabym się takim dzieckiem choćby przez chwilę zająć, a co dopiero być jego matką.
Moja 4-letnia córka dostała ostatnio w przedszkolu nagrodę za… uwaga, uwaga… najgorszy rysunek w grupie. Za nic nie mogę jej od tamtej pory przekonać do rysowania, a przedszkolanki nie rozumieją, co zrobiły źle.
Z mężem chcemy świadomie przygotować się do ciąży, bo jak wiadomo, ciało kobiety się zmienia, hormony szaleją, więc stwierdziliśmy, że pójdziemy do lekarza zapytać, jak się do tego przygotować, jakie badania zrobić przed i jakie witaminy nam, a szczególnie mi poleca. Jakie było nasze zdziwienie, gdy lekarz nas wyśmiał i powiedział, że jak chcemy dziecko, to mamy robić, a nie zajmować miejsce kobietom, które przychodzą do niego z poważnymi problemami (byliśmy prywatnie i wizyta wyniosła nas 400 zł). Nie zalecił żadnych badań (cytologia, USG itp., nic po prostu). Nie poddaliśmy i poszliśmy do innego też prywatnie i co? Znowu to samo, z tym że miałam zrobioną cytologię i USG piersi oraz zalecił kwas foliowy, a co do reszty, to stwierdził, że możemy nawet chlać jak żule, bo dopiero w ciąży będę musiała przestać, choć jeden kieliszek wina i tak nie zaszkodzi (!). Wyszliśmy oburzeni, że lekarz z 30-letnim doświadczeniem powiela te głupoty na temat picia kieliszka wina w ciąży...
Trzeci i ostatni raz poszłam już sama do ginekologa z NFZ i zapytałam znowu o to samo, czy mam się dodatkowo zaszczepić, zrobić badania krwi, przebadać tarczycę itp. Stwierdził, że to bez sensu, bo i tak te badania będę miała w ciąży robione...
Tyle się słyszy, żeby przygotować się do ciąży świadomie, zacząć prowadzić lepszy tryb życia, brać witaminy, iść do dentysty, zrobić jakieś badania, bo przecież lepiej wyleczyć coś przed ciążą niż w trakcie, a kiedy przychodzi się do lekarza, to i tak kobieta zostaje z tym sama i szuka porad w Internecie.
Widocznie wg lekarzy to lepiej iść na melanż, upić się jak zwierzę, zrobić to w kiblu i potem cieszyć się macierzyństwem, popijając kieliszek wina :)
Mam nadzieję, że przeczytają to normalni ginekolodzy i podejdą inaczej do takich par jak my, a nie będą ich zbywać głupimi tekstami i śmiechem.
Moja mama ma jeszcze dwie siostry i trzech braci (wszyscy dorośli, rozsiani po całej Polsce). Jako jedyna zdecydowała się zaopiekować swoją matką, a pozostałe rodzeństwo uznało to za świetną okazję, by przez kilkanaście (jak nie więcej) lat mieć kompletnie w dupie, co się dzieje z ich matką. Wizyty, które złożyli mojej babci, można policzyć na palcach jednej ręki. Dzwonili do niej dosłownie dwa razy na rok. Zarówno moja mama, jak i mój brat oraz tata mieliśmy dość. Najzwyczajniej w świecie. Nie będę się teraz zbytnio rozpływać nad tym, jak ciężka jest opieka nad starszym człowiekiem, dlatego ujmę to w skrócie.
Zamawianie każdego z nas jak kelnera w restauracji? Normalka.
Proszę, dziękuję? Te słowa są jej obce.
Ciągłe oskarżenia o kradzież emerytury, idące głównie w stronę mamy, są na porządku dziennym.
Tego roku w Wielkanoc chcieliśmy rodzinnie wyjechać w góry. Babci nie mogliśmy zabrać, bo trudność sprawia jej przejazd dwóch przystanków autobusem, a co dopiero kilkugodzinna podróż. Dlatego musieliśmy znaleźć kogoś, kto by się nią opiekował. Rodzice zaryzykowali i zadzwonili do siostry mojej mamy z prośbą, czy mogłaby wziąć na DWA DNI swoją matkę do siebie. Nie. Nie weźmie jej. Na pieprzone dwa dni w roku...
Jednak to, co babcia odwaliła niedawno, sprawiło, że wszystkim nam się odechciało. Po prostu. Zadzwoniła z płaczem do swojej córki i powiedziała, żeby ją zabrała z tego domu, że ona już nie chce z nami mieszkać. Że my się nad nią znęcamy. Co z tego, że praktycznie nigdy nie miała żadnych obowiązków. Nigdy nie prosiliśmy jej, żeby zrobiła cokolwiek w domu. Przez cały czas leżała, spała, oglądała telewizję, a teraz oczernia nas przed resztą rodziny.
Mam nadzieję, że w końcu umrze.
Moje najgorsze wspomnienie z podstawówki?
Działo się to dokładnie w trzeciej klasie. Tego dnia czułem się okropnie i od rana bolał mnie brzuch. Podczas obiadu mieliśmy pomidorową. Nie dość, że mi nie smakowała, to musiałem w tamtej chwili pilnie pójść do łazienki. Wstałem od stołu i jak najszybciej podszedłem do okienka oddać talerz, gdy pani, która akurat miała dyżur, szarpnęła mnie mocno za ramię, posadziła z powrotem na miejsce i powiedziała, że nie pójdę, dopóki nie zjem, po czym wróciła do swojego stolika.
Jako że dosyć się przestraszyłem, bo nauczyciel nakrzyczał na mnie po raz pierwszy, zacząłem dalej jeść, tak jak kazała. Niestety mój brzuch już tego nie wytrzymał i zwymiotowałem z powrotem do talerza. Nie było mowy, żebym zjadł to do końca, więc podszedłem do pani i powiedziałem, co się stało. Pani zwyzywała mnie i stała przy mnie tak długo, aż wszystkiego nie zjadłem...
Nie mam teraz żadnej traumy do jedzenia, ale pomidorowa wywołuje u mnie mdłości.
Dodaj anonimowe wyznanie